glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Morawskie Groty i Podziemne Rzeki
termin: 30.IV.-5.V
sezon: Wiosna 2008
1202397001
Autor tekstu: Tomasz Marek Karol hr. Larczyński, featuring Agata hr. Larczyńska
Autor zdjęć: Tomaszowie L&R


Pokaż Morawskie Groty i Podziemne Rzeki na większej mapie


Właściwie to miało nie być tej relacji. Właściwie to miałem sobie pooglądać zdjęcia, umyć zęby i iść spać, a nie chędożyć się tu z jakimiś podróżniczymi pierogami. The queen is dead, no future, wyjazd był tak udany, że aż nieudany. Na całe szczęście zgubiliśmy klucze.

Jak na klub trójmiejski miejsce zbiórki wybraliśmy dosyć niekonwencjonalne, mianowicie dworzec w Katowicach. Spowodowała to kusząca promocja Intercity, czyli kuszetki za 20 zł w TLK-ach, z czego część grupy (z wyżej podpisanym włącznie), czując postępujące zdziadzienie w zębach trzonowych, ochoczo skorzystała. Ponad godzina na przesiadkę miała nas uchronić od wszelkich stresów i zębozgrzytań. No ale cóż - to przecież Polska, tu się wszystko musi spieprzyć. Nie umiemy wygrać w kopaną z Austriakami, większość autostrad zbudował nam Hitler, to i godzina na przesiadkę wyparowała jak poranna mgiełka w okolicach Ciemnej Góry.

Dźdobry panie kndktorzeee, czy do Katowic dojedziemy na czas? Taktak synku, malutkie opóźnienie, może pięć minutek, luzik, obudzimy was. Aaa panie kndktorzeee, co to za stacja? Częstochowa, synku. Aaa która jest godzina? 4:00, śpij już, naprawdę. Aaa o której mieliśmy być w Katowicach? Oj nie wiem, 4:05 chyba.

I naprawdę zasnąłem, przez co umknął mi zreferowany mi właśnie przez p. konduktora fenomenalny plan osiągnięcia przez pociąg TLK Gdynia-Zakopane prędkości ponaddźwiękowej na odcinku Częstochowa-Katowice. Plan nie wypalił, jaka szkoda, a tak malowniczo zapowiadało się odpalenie silników turboodrzutowych wysuwanych z kuchni Warsu… w efekcie czego w Katowicach zjawiliśmy się jakie 3 minuty przed odjazdem osobowego do Ostrawy, w Grodzie Nad Niczym powitani sączącycm się z głośnika rapem już odjeżdża/już odjeżdża”. Grupa, rozrzucona w różnych rejonach peronu, zamiast wykonać koncentrację, zareagowała panicznym aaaaaa!!!, po czym rączo pomknęła do stojącego trzy perony dalej blaszaka, najwyraźniej zdziwionego porannym „łubudu” ze strony zaspanych Kaszubów. Ja zaś miotałem się po peronie koło TLK-i, usiłując wypatrzyć jakichś naszych maruderów – że nikogo nie było, to sprintnąłem do osobowego i z ulgą klapłem na zabytkowej dermie.

Tszszszsz, drzwi się zamykają. Yyyyy, pociąg rusza. Dzyńdzyń. Telefon. Cześć, jesteśmy w tej TLC-e i ni cholery nie możemy was znaleźć! Fakt, w tym momencie byłoby to raczej trudne.

No cóż, nie wykonałem żadnego bohaterskiego czynu, nie zaciągnąłem ręcznego, nie pobiłem kierownika pociągu. To znaczy może bym to zrobił, ale nie o 5:00 rano. Poszedłem zamiast tego spać. Cześć i chwała ekipie opóźnionej, która – kierując się tylko naszymi SMS-ami – pokonała samodzielnie całą drogę aż do bazy Ká?aTa w Bernie, a zwłaszcza za wariacką przeprawę przez granicę (w użyciu tam był zdaje się jakiś lokalny pociąg, autobus, taksówka i własne buty), dołączając do nas już w samej bazie, zaledwie godzinę po naszym przybyciu.

Główna zaś część bez przeszkód, z przesiadką w Boguminie, dojechała do Berna i tramwajem dalej potoczyła się na Komín (no, tak się dzielnica nazywa). Tam jednak, zamiast spodziewanej przepełnionej czeskiej bazy wodniackiej – jaką znałem z biwaków nad Wełtawą czy Ohrzą chociażby – zastaliśmy owszem, schludny „areał”, ile że zakluczony na głucho. Oczywiście, jako sąsiedzi słynnego pana Lecha, nie zmartwiliśmy się tym, tylko powtórzyliśmy jego akcję z płotem, z jakiejś dupowatej dziury wyszarpnęliśmy numer do szefa bazy, Ji?íego Krausa i wyciągnęliśmy go z łóżka (?) telefonicznie. Onże, poniekąd zaskoczony naszym przybyciem (a sam mu przed wyjazdem klarowałem o której będziemy), sprawnie się jednak zjawił i uprzystępnił nam bazę. Jak się okazało – sezon wodniacki na Svratce zaczyna się dopiero w połowie maja i przez to cały areál Ká?aTa mieliśmy dla siebie.

Jako baza do eksploracji Morawskiego Krasu jest to lokalizacja wręcz idealna i każdemu gorąco ją polecam: 200 m od przystanku szybkiego tramwaju, trolejbusów i autobusów (zatem kwadrans od berneńskiej starówki i 20 min. od dworca kolejowego), może ze 400 m od centrum Komína z knajpkami i sklepami (w restauracyjce przy przystanku Svratecká mają tanie i bardzo smaczne „dania dnia”!) – a drugiej strony w zacisznym lesie spływającym ze stoków Holednej, nad urokliwym zakolem Svratki. Warunki typowo schroniskowe, 60 K? za noc + 5 K? za jeden żeton z blachy falistej, dający 3 minuty ciepłej wody pod prysznicem #-)

Opóźnienie wynikające z czekania na pana Krausa spowodowało, że planowaną wycieczkę w Dolinę Adamowską przełożyliśmy na ostatni dzień, a zamiast tego, zgarnąwszy ekipę pościgową, poszliśmy snuć się po Bernie. Przewidziawszy rozmaitość godzin powrotów, klucz od bazy schowaliśmy pod sprytnie do tego celu wybranym nikt-mnie-nie-widzi kamieniem. A Berno, cóż… Na niektórych miasto to zrobiło spore wrażenie, patrz komentarze u dołu, ja jednak trochę ponarzekam: jak na Republikę Czeską to ogólnie lokacja dosyć brzydka. Ma pojedyncze, zachwycające zabytki, dla których jednak warto tu przyjechać, ale cała starówka robi wrażenie mocno zaniedbanej i… jakoś tak mało starej; jeśli chodzi o Morawy, historyczna ich stolica (Ołomuniec znaczy się) stolicę aktualną wręcz deklasuje, z innych czeskich miast krajowych bardziej podobały mi się (jako całość) nawet Pilzno czy Czeskie Budziejowice.

No, ale żeby nie jojczyć tak nadmiernie, to słów kilka pozytywnych: piękna bryła katedry św. Piotra i Pawła, zmuszająca do niezwykłej – jak na Czechy – zadumy krypta kościoła kapucynów, oba ratusze (Stary i Nowy), wreszcie, dla odmiany po rozmyślaniach nad mumiami w krypcie – tradycyjny w Czechach akcent humorystyczny, czyli Brn?nský drak, w odróżnieniu od krakowskiego trzymany w …oryginale. Zresztą, popatrzcie na zdjęcia. Tylko się nie przestraszcie. Uprzedzałem!

Następnego zaś dnia, już zgodnie z planem, pojechaliśmy pociągiem do Blanska i stamtąd autobusem do przystanku Holsztyn Rozdroże, by na dobre zacząć eksplorację jednego najbardziej fascynujących obszarów krasowych w Europie Środkowej. Wystarczyło parę kroków od przystanku, by zanurzyć się w wapiennie gargulce rączo wybrzuszające się z lasu dookoła, a po kolejnych kilku – trafiliśmy na pierwszy, za to od razu spektakularny ponor – Novą Rasovnę: Biała Woda nie tylko bowiem znika tu pod ziemią, huczącym wodospadem spadając w czeluście lokalnego odgałęzienia Amatérskiej jeskyni, lecz wraz z nią znika cała dolina – kończąc się ślepą ścianą, co jest widokiem dość niezwykłym dla górołaza przyzwyczajonego do nudnej jak Pan Tadeusz morfologii Beskidów Zachodnich.

Jak to jednak w kraju nad Morawą bywa, nie dość na tym atrakcji: zaraz nad ponorem wznosi się bowiem skała z ruinami zamku Holsztyn, niezbyt może efektownymi, ale za to oferującymi krasowo-zieleniaste panoramy doliny Białej Wody i odciśniętych w trawie śladów rynku zanikłego miasteczka Holsztyn. Ogólna bukoliczność tam panuje, więc jeżeli lubicie bić rekordy w Długodystansowych Maratonach po Terenie Pagórkowatym, to nie zaglądajcie tam, bo od razu spadnie wam ciśnienie i zaczniecie chrapać, mamrocząc jakieś głupoty o białych obłokach i że chcecie być kwiatkiem na łące, huh.

Po przebudzeniu kontynuowaliśmy człapanie wzgórzami, łąkami i dolinami ?o??vskiej plo?iny, przez wymuskane wsie Holsztyn i ?o??vka do Sloupu. Mijaliśmy zagubione w krzewach bożemęki, pola leniwie upstrzone wapiennymi plamkami, wąwozy porośnięte łagodnymi przylaskami, słowem – serce Moraw. Widać, że mieszkają tu od wieków ci sami ludzie, zżyci ze swą ziemią, dbający o swe mało przecież urodzajne pola. Żałośnie wręcz wypada porównanie tego z naszą tzw. „Centralną Polską”, bo że na polskich Ziemiach Wyzyskanych panuje często syf, to jeszcze da się wytłumaczyć brakiem zakorzenienia mieszkańców - czeski Sudetenland wygląda przecież niewiele lepiej, co z drugiej strony nadaje mu szatańskiego klimatu w sam raz dla wędrowca - ale już to nasze „Serce Polski” wygląda przy morawskim zupełnie jak organ 60-letniego rozpadającego się alkoholika przy serduchu dziarskiego 20-letniego sportowca. Tak konec st??ování, pokra?ujeme dál.

Turyści omijają zwykle Sloup, śmigając wprost do jaskiń, co jest istotnym błędem, biorąc pod uwagę nie tylko restaurację U Kova?ík? (godny polecenia stosunek cena/jakość), ale także prześliczny kościół pielgrzymkowy Panny Marii Bolesnej. W obu tych przybytkach trochę nam czasu zeszło, więc do Sloupsko-?o??vskich jeskyń zeszliśmy conieco później niż planowaliśmy.

Jaskinie są potężne i oczywiście godne odwiedzin, tyż biorąc pod uwagę ceny wstępu, no i jak się zakręcić, to jako studentów można przemycić nawet osoby kompletnie się tego faktu nie spodziewające. Spośród innych jaskiń Morawskiego Krasu wyróżniają je gigantyczne, rozświetlone kolorowymi reflektorami przepaście, które pokonuje się ażurowymi kładeczkami w stylu „mam-lęk-wysokości-czy-nie”; ale naprawdę, niektóre są głębsze niż Macocha nawet, tyle że w całości skryte pod ziemią. Szata naciekowa tradycyjnie, jak to w Morawskim Krasie, przebogata – słynny „Świecznik”, używany jako logo tej jaskini (i miniaturka tego wyjazdu przy okazji), był już kilka razy kradziony i trzeba go było przybetonować do spągu; zatem jeśli go ktoś będzie chciał opchnąć na Allegro - co całkiem realne biorąc pod uwagę ilość Polaków przewijających się przez jaskinie – to sprzedajcie mu kopa i dzwońcie na policję.

Przy tym przed jaskiniami dodatkowa atrakcja – ponor całkiem sporego Sloupskiego potoku, który- w odróżneiniu od Białej Wody – spokojnie i z gracją wlewa się do innej macki Amatérskiej; zresztą i same Sloupsko-?o??vské jeskyn? to tak naprawdę tylko fragment tego podziemnego kolosa.

Po jaskiniach mieliśmy powędrować w stronę Boskovic tak jakby, a ściślej do ??árnej, ale leniwość Sloupu osłabiła nas trochę – do tego stopnia, że wpełzliśmy do autobusa i do Boskovic zwyczajnie, burżujsko pojechaliśmy. Zamek w B. (domyślnie) ładny, (domyślnie), bo był na tyle mocno nieczynny, że sforsowaliśmy jeno bramę i utknęliśmy na psie-wartowniku. Za to pomyszkowaliśmy po zachowanym tu ciekawym getcie żydowskim, i kilka innych zabytków też ciekawymi znaleźliśmy, a to farę i pałac zwłaszcza. Na koniec władowaliśmy się do pociągu (na odcinku Boskovice – Skalice nad Svitavou nareszcie spotkaliśmy klasycznego motorá?ka!) i spokojnie wróciliśmy do Ká?aT.

Spokojnie… To znaczy, jeszcze tylko musimy otworzyć drzwi kluczem zostawionym pod kamieniem; w sumie to nie zgadaliśmy się, bo chciałem, żeby klucz wzięła ostatnia wychodząca osoba, która jednak zrozumiała, że ma go schować pod naszym kamieniem. Jest 21:00, do tego zaczęło intensywnie popadywać, więc każdy chce już być na naszym przytulnym stryszku. A tu dupa. Kamień odwalony. Klucza nie ma.

Wstępne założenia i hipotezy:
- kamień był tuż za płotem, na terenie areału, tak, że z zewnątrz nie było go widać
- zatem nikt spoza areału go nie wziął
- być może wzięli go członkowie oddziału wodniackiego K?T Brno, którzy za dnia grali na boisku areału w siatkówkę?
- ale po co mieliby się zapuszczać w chaszcze w rogu, daleko od boiska, i tam grzebać pod kamieniem?
- zatem zapewne zrobił to Ji?í Kraus!
- za dnia przechodził koło kamienia (to wiedzieliśmy), zauważył, że nie leży w tym miejscu co zwykle, chciał go z powrotem położyć… a tu niespodzianka!
- no i się zbulwersował, że klucz od jego bazy wala się po glebie, wziął go do siebie… a ty się, Polaku, martw!

I znowu to samo… Skok przez płot, wyciągamy tę samą kartkę i dzwonimy do Krausa.

- Dobrý ve?er, mamy taką sprawę…
- Co, może zgubiliście klucze?!
- Nnnooo, w sumie to…
- Wy [potok przekleństw], ja wam dam!!! Już jadę.

Minęło jakie pół godziny i pan Kraus we własnej osobie przybył pod bazę. Znowu wyglądał na wyciągniętego z łóżka (?), tyle że tym razem dodatkowo przemoczonego do suchej nitki. Nie miał samochodu. Był zły.

- Młody – i – głupi! – wycedził, wskazując na mnie palcem, po czym burcząc, otworzył swoim kluczem drzwi i wprowadził nas do środka. A następnie …z przyjaznym wyrazem twarzy dał mi swój klucz i obiecał, że następnego dnia przyniesie zapasowy. Moich przeprosin nie chciał słuchać (ale ani słowem nie zająknąłem się, że klucz zostawiliśmy pod kamieniem), powiedział, że tak się zdarza i ogólnie żebyśmy się nie przejmowali.

Uhm, zagadka. Hipoteza uległa następujacej modyfikacji:

- Kraus ma nasze klucze (bo któżby inny?), ale chce nas potrzymać za karę w stresie i, że tak powiem, „wychować”.

No dobra. Idziemy spać i bladym świtem zrywamy się, by eksplorować kolejną część Morawskiego Krasu. Ten blady świt wynikł z tego, że na ponad miesiąc przed naszym wyjazdem jedyny wolna godzina, jaka pozostała na wizytę w Jaskini Punkwiowej w przeciągu całego długiego weekendu, to 8:20 tego dnia właśnie – wszystkie inne wstępy były porezerwowane. Jak się jednak na miejscu okazało, nie trzeba się tym było specjalnie przejmować, bo 3/4 rezerwacji połknęły jednodniowe wycieczki autokarowe z Polski, które i tak przyjeżdżały w godzinach dowolnie przez siebie wybranych („panie, płaciłem, to chcę wejść!”), wrzeszcząc i jak szarańcza włażąc gdzie popadnie. Traumatyczne przeżycie poniekąd, tłumy rodaków poza granicami ojczyzny… No ale jakoś jednak weszliśmy… z tym tylko, że dalszą część relacji oddaję w ręce mojej lubej – ja bowiem byłem w Punkwiowej już po raz kolejny, a chciałbym, żeby swoje wrażenia opisał ktoś, kto widział ją naprawdę pierwszy raz.


Na początek pozdrawiam wszystkie Gdakki i inne kuraki, a zwłaszcza tych, którzy ze mną w tym przybytku czechoznawczym byli. Ekovlak z grubym panem obdarzonym nosem śliwowatym zawiózł nas przed wejście jaskiniowe, a tam…. Polacy i Polacy, grubi, gruboskórni, wszystkowiedzący. Od razu dół i fobia antypolska mnie dopadła, zresztą towarzyszyła mi od samego początku wyjazdu, kiedy to w sąsiednich kuszetkach opierdzielałam baby wypalone solarium i dziady wypalone wódą i telewizją. Polacy jaskiniowcy nie raczyli słuchać rad pani przewodniczki, nie słuchali nawet głosu z puszczonej taśmy i od razu władowali się na nacieki- przecież trzeba wszędzie robić zdjęcia! Wiedzieli, że są najlepszą nacją na swiecie, najbardziej zorientowaną we wszystkich aspektach i do końca jaskini prezentowali swoją sarmackość w całej krasie. Spelunca (łac.: spelunca,ae-jaskinia) Punkiewna [czyli kolejny fragment Amatérskiej] była szczególna poprzez swoją ogromność i dostojność, załadowanie nas do łodzi z grubasami i widok na przepaść niesamowitą. Przepaść Macocha prawie powaliła nas na kolana, zresztą niegdyś powalała
niektórych doszczętnie. Do 1914 r. istniał w okolicznych wsiach szczególny zawód- tragarz do wyniszenia samobójców z owej Macochy.Tak przynajmniej podaje przewodniczek, który zakupiłam w kramie z pamiątkami. Zieleń zlewała się z purpurą i słonecznością w mrokach jaskini i tyle moich impresji, żadnych rewelacji.


Po wypłynięciu Punkwą (czyli połączonymi siłami Białej Wody, Sloupskiego potoku i kilkunastu innych cieków) z jaskini rozdzieliliśmy się i część ekipy pojechała kolejką na górę Macochy, część zaś zdobyła płaskowyż trapersko, na butach. Górny taras widokowy jakiś dziki kapitalista wynajął i golił 10 K? za wstęp - a była to ażurowa krateczka 1x3 m - co wprawdzie nie było szaleńczą kwotą, ale jednak jakoś nas zbulwersowało i wymiotło na taras środkowy, bezpłatny, bo trzeba doń zejść po nierównych schodkach, więc klasa w tym ustroju panująca już i tak tam nie powędruje (i nie zapłaci); jej strata, bo z tego tarasu widać cały ogrom przepaści – tak jej szczyt, jak i dno Jaskini Punkwiowej, gdy z tarasu płatnego widać tylko górną połowę zjawiska. Venimus, imagines impressimus, spadówimus.

Droga do Katerinskiej jaskini [nazwa pochodzi wg legendy od jakiejś Kaśki, która wpadła za swą zbłąkaną owieczką do jaskini i tam kipła z braku wafelków] upłynęła w złocistej pogodzie, była niedługa i przyjemna.Sam obszar jaskini, udostępniony dla zwiedzających, jest o wiele mniejszy niż w poprzednich, ale także ciekawy i zdumiewajacy. Dobrze poprowadzona trasa, sale z bogatymi "różnościami" i zabawna czarownica (?) utworzona z nacieków rozbawiały i przyciągały uwagę.

Datum 2 Iulii 2008.



OK, wracam za klawiaturę. Po wyjściu z Katarzyńskiej wrzuciliśmy się na zielony szlak i nim wdrapaliśmy się pod Ciechów, po czym - znów rozleniwiani ultrawiosenną ofensywą rozkwitających pól – bez agresji pomknęliśmy krawędzią Doliny Punkwiowej do Blanska. Po drodze dłuższą chwilę zajął nam punkt widokowy Przy Ławeczce, z którego rozciąga się iście szwajcarska panorama zakoli Punkwy, otaczających je skał i Jeziora Jakubowego, tkwiącego pośrodku niczym wielkie oko. Krótszą chwilę zajęły natomiast szczątki pluszowego misia, wykorzystanego prawdopodobnie do czegoś w rodzaju obrzędów voodoo, i przybitego do drzewa za ?i?lavską hájenką, uhm.

Blansko to tak jakby nuda, ale dwa zabytki podowują, że warto to wpaść: piękny, bielutki zameczek z wnętrzem zajętym wprawdzie przez muzeum o dość odstraszającej tematyce, ale za to z miłym, chłodnym dziedzińcem – oraz dość egzotycznie tu wyglądająca rusińska cerkiewka, za I Republiki przeniesiona z Ni?négo Seli?cia przy granicy rumuńskiej. Posnuwszy się wokół tandemu sakralno-fortyfikacyjnego, wsiedliśmy do ciapąga i spadliśmy do Berna.

A tymczasem w Ká?aTach czekał na nas zadowolony pan Kraus, czyli Sagi Kluczowej odsłona kolejna. Tym razem krótka: Kraus dał nam zapasowe klucze, szeroko uśmiechnięty wypytywał o Gdakka i ogólnie był happy. O kluczu spod kamienia ani słowa. Cóż, pewnie odda nam ostatniego dnia i wtedy dopiero porządnie nas zruga.

No to rano budzimy się, doprawadzamy bazę do cacy-cacy stanu, porządkujemy rachunki żetonowe i czekamy na pana Ji?íego. On przybywa, a jakże, w dalszym ciągu jak do rany przyłóż; robimy sobie z nim zdjęcie, życzymy sobie wszystkiego naj, oddajemy klucze (zapasowe) i spadamy. O kluczach zgubionych wzmianki brak.

Ostatniego dnia poszliśmy więc na trasę, którą planowaliśmy na dzień pierwszy, czyli w Dolinę Adamowską i do Byczej Skały. Dolina była głęboka, zieloniutka i do tego szumiała niezliczonymi zakolami K?tinskiego potoku – nic, tylko iść. Pierwszy przystanek zrobiliśmy przy Hucie Franciszka, gdzie spenetrowaliśmy klimatyczny, choć ostro rekonstruowany XVIII-w. wysoki piec (ponoć najstarszy istniejący w Europie). Kawałek dalej jaskinia Jáchymka, czyli przyjemna odmiana po innych jaskiniach Morawskiego Krasu, zwiedzanych z przewodnikiem mówiącym zawsze to samo (to się nazywa stalagmit, to skalaktyt, a to stalagnat), po schodkach otoczonych barierkami tak, by broń-Boże nigdzie się nie potknąć. Tu potykać się było gdzie, wszędzie było pełno błota, dziur, korytarzy niższych i wyższych, nacieków wprawdzie malutko, ale co tam, i tak miejscówka ze wszech miar godna polecenia.

Po wyjściu z jaskini minęliśmy jeszcze jedno, kameralne zjawisko krasowe (wywierzysko pod Byczą Skałą) i powędrowaliśmy do pomnika Karola Hynka Máchy, czeskiego Jamesa Deana doby romantyzmu, który zgodnie z zasadą „live fast, die young“ padł na syfilis spłodziwszy pierwej mnóstwo natchnionych poematów oraz syna. Część jego poezji wymalowano na pomniku, postawionym na całkiem przyzwoitym wzgórzu, z którego rozciąga się widok na Dyjsko-svratecký úval – Berna samego wprawdzie nie widać, ale już pole bitwy pod Austerlitz w całej okazałości, więc miłośnicy okresu napoleońskiego mogą być usatysfakcjonowani. Od pomnika poszliśmy następnie ceprostradą (ale całkiem klimatyczną), znaczy się Drogą Zamkową, na ruiny Nowego Zamku; to znaczy to są takie ruiny, co to je w XIX w. podrasowano, coby bardziej seksowne były, ale w odróżnieniu od np. naszego Starego Książa tym po 1945 roku nie dane było przekształcić się w ruiny prawdziwe, lecz utrzymano ich stan „pseudo”. Mnie tam to odpowiada, to jest takie bardzo pozytywne pseudo, no i wstęp jest za darmo (prywatny właściciel ma gest najwyraźniej).

Z zamku szlak wzdłuż ujętych w romantyczne obudowy źródełek sprowadza w dolinę Svitavy; przy rzece dobija do międzynarodowego rowerowego Szlaku Bursztynowego Kraków-Wiedeń, więc i od rowerzystów się zaroiło. A my, poboczem i niestety asfaltem (dla rowerzystów stety rzecz jasna, zresztą zakaz wjazdu dla samochodów, więc w sumie to OK) dotuptaliśmy z powrotem do Adamowa i vlakiem wróciliśmy po bagaże na dworzec w Bernie. Jeszcze tylko pożegnanie z miastem i śmigamy do granicy.

Podróż dokudowowa była wielce skomplikowana wg planu, ale nie bałem się, bo doświadczenie każe ufać ?eskim dráhom o dwa piętra wyżej niż Polskim Kalekom Państwowym; i faktycznie – choć przesiadki planowaliśmy trzy, i to napięte, a w dodatku w drodze okazało się, że linia Hradec Kralowe-Jaromierz jest remontowana i wrzucili nas tam w autobus zastępczy – to wszystko się zazębiło, co się spóźniło, to następne poczekało i w Náchodzie byliśmy tylko kilka minut po czasie. Tam zwyczajowe busowanie i zwijamy się w ciapągu Kudowa-Gdiniô. Dla ciekawych, przesiadki mieliśmy zatem w Pardubicach, Hradcu Kralowe, Jaromierzu, Starko?u i Náchodzie, drobiazg. Pozdrowienia dla kondiego w EuroCity Budapeszt-Praga, którym jechaliśmy do Pardubic, który widząc moją koszulkę z Secret of the Runes, od razu się rozanielił i wyznał, że on tu tylko dutki zarabia, a jego powołaniem jest growlowanie w bernieńskim zespole deathmetalowym (zapomniałem nazwy), po czym nastąpił przegląd południowomorawskich zespołów black/death, z których dziwnym trafem nie znałem żadnego. Za to on znał Behemotha.

A gdzie klucze?! Ta zagadka, mimo długich sporów i osobistego zaangażowania agenta Muldera, pozostaje nierozwikłana. Natomiast, teoria dotycząca ich losów uległa daleko idącej modyfikacji:
- niemożliwe, by miał je pan Kraus: wspomniałby o tym chociaż słówkiem, a on nawet ostatniego dnia mówił, że klucz „gdzieś zgubiliśmy”, że niby w lesie czy łerewer;
- zatem, pamiętając o losie biednej Katarzynki z Jaskini, która – jak wam już wiadomo – poszła ze znajomym pastuszkiem uprawiać wolną miłość do nowo odkrytej groty, tam spadła im gumka i szukając jej wpadli do jakiejś czeluści (eee… no dobra, ta legenda to chyba inaczej szła), wysuwamy hipotezę, iż pod bazą Ká?aTa znajduje się nieznana jaskinia, do której wpadły nasze klucze, bo zbyt głęboko wbiliśmy je w glebę: jeżeli ktoś pod dokopie się pod Ká?aTami do jakiegoś systemu i znajdzie jakieś klucze dyndające sobie na stalagmicie, to nazwa „Jaskinia Kluczowa” © by autor tego tekstu. Shalom!
zdj1
Początek długiego weekendu - ludek polski tłumnie rusza na majówkę... Czyli miejscówki w TLK to naprawdę dobry pomysł #-)))
zdj2
I już w Bernie - rynek główny, czyli nám?stí Svobody wita!
zdj3
Brn?nský drak, czyli Bernieński Smok, czyli kto tu komu podprowadził Szewczyka Dratewkę?
zdj4
Widok z wieży Starego Ratusza (tej ze smokiem) na kościół św. Piotra i Pawła. U dołu fragment Zelnego trhu z Dietrichsteinskim palácem.
zdj5
Twierdza Szpilberg
zdj6
Na stryszku w bazie Ká?aTa było ciasnawo, acz przytulnie #-))
zdj7
Drzewa porastające płytką glebę na wapiennych skałach w rez. 'Biała Woda' przybierają najróżniejsze kształty - okolice Starej Rasovny
zdj8
Ruiny zamku Holsztyn
zdj9
Widok z ruin Holsztyna na wieś Holsztyn i dawne miasteczko, po którym zostały tylko ciemne kształty na pierwszym planie - tam był niegdyś rynek. W tle dolina Białej Wody.
zdj10
Stare Skały nad głównym wejściem do Sloupsko-?o??vskich jeskyń
zdj11
Stalagmit 'Świecznik' w Sloupsko-?o??vskich jeskyniach
zdj12
Sloup - kościół pielgrzymkowy Panny Marii z malowidłami K. F. Sambacha
zdj13
Boskovice - ruiny zamku
zdj14
I ponownie Boskovice - kościół św. Jakuba Większego widziany z terenu dawnego getta żydowskiego
zdj15
Wyjazd do Czech bez przejażdżki motorá?kiem to wyjazd stracony #-)) Tu szykujemy się do przejażdżki jednostacyjną linią Boskovice-Skalice nad Svitavou
zdj16
Jaskinia Punkwiowa - P?ední dóm
zdj17
Przepaść Macocha - na początek widoczek od dołu
zdj18
Wywierzyska Punkwy (tam nie można było fotografować, więc posiłkuję się free foką z WikiCommons)
zdj19
I ponownie Macocha - z góry (ściślej - ze środkowego tarasu widokowego). W dole widać ludziki na miejscu, z którego padło wcześniejsze ujęcie.
zdj20
'Bambusowy Las' w Jaskini Katarzyńskiej
zdj21
Blansko, czyli dobry pałacyk nie jest zły...
zdj22
Adamovské údolí - snujemy się wzdłuż K?tinskiego potoka w rejonie Prachárny
zdj23
Hu? Franti?ka - czyli ponoć najstarszy wysoki piec na świecie
zdj24
Cobyście nie myśleli, że wszystkie jaskinie Morawskiego Krasu są burżujsko oświetlone i pozamiatane - kadr z eksploracji jaskini Jáchymka
zdj25
W nawiązaniu do poprzedniego zdjęcia #-)))
zdj26
Nový hrad (ten koło Adamova)
zdj27
Sielskość-anielskość Wyżyny Bernieńskiej - tu, ściśle rzecz biorąc, Adamovská vrchovina widziana z Nowego Zamku - dolina ?ebrovki i wieś Święta Katarzyna
zdj28
Schodzimy sobie Zamkową Drogą do doliny Svitavy
zdj29
No i opuszczamy Ká?aTa... Cała ta chatka była dla nas #-)))
zdj30
Ostatni postój w Czechach, czyli stacja Náchod... Nic to, trzeba wracać do szarej rzeczywistości PKP-landu!
Komentarze wyjazdu
Hanna Arendt
Hanka
klubowicz
444722   hanna.arendt@wp.pl   www.zawszezarece.pl  
Jak tam Morawy? :: 2008-05-06 21:55:28
Jak sie udał wyjazd? Czekam na fotki i relacje :)
Tomasz Larczyński
Rycerz Blizbor z ZielonegoLasu
klubowicz
mestwin@wp.pl   
Ja tam się nie wypowiadam :: 2008-05-06 23:31:58

Jako orgowi chyba troszku mi nie wypada... Tak tylko nieśmiało dopowiem, że było masakrycznie-rewelacyjnie.... ale czekam na opinie innych uczestników.

A zdjęcia, przynajmniej moje, będą dostępne do ściągnięcia zapewne jutro wieczorkiem. Podlinkuję je wtedy.
Tomasz Larczyński
Rycerz Blizbor z ZielonegoLasu
klubowicz
mestwin@wp.pl   
A oto i moje fotografie! :: 2008-05-07 20:44:36

część I

część II
Tomasz Radzikowski
Tomek R.
klubowicz
tom.radzikowski@gmail.com   
Morawski Kras :: 2008-05-08 11:36:18
No co tu dużo mówić - wyjazd świetny. Mieliśmy piękną pogodę, tereny okazały się niesamowite, mieszkaliśmy 20 minut tramwajem od centrum Brna (drugiego po Pradze najpiękniejszego miasta Czeskiej Republiki), no i te ruiny zamków, jaskinie i skały... Gratuluje organizatorowi :) A zdjęcia już drugi dzień wrzucają się na serwer :/
Tomasz Radzikowski
Tomek R.
klubowicz
tom.radzikowski@gmail.com   
Zdjęcia :: 2008-05-08 23:02:33
Zdjęcia w pięciu paczkach (w sumie 180 i to przedniej jakości):

http://www.plikos.pl/k7m/2008.04.30-2008.05.05_Morawski_Kras.part1.rar

http://www.plikos.pl/k5l/2008.04.30-2008.05.05_Morawski_Kras.part2.rar

http://www.plikos.pl/k8m/2008.04.30-2008.05.05_Morawski_Kras.part3.rar

http://www.plikos.pl/k9w/2008.04.30-2008.05.05_Morawski_Kras.part4.rar

http://www.plikos.pl/ka8/2008.04.30-2008.05.05_Morawski_Kras.part5.rar
Tomasz Larczyński
Rycerz Blizbor z ZielonegoLasu
klubowicz
mestwin@wp.pl   
Relacja zdjęciowa :: 2008-05-10 14:33:47

Zakładam, że pojawi się we wtorek. Sorki, ale na poniedziałek promotor kazał mi przewalić 300 stron 'Das Deutsche Siedelwerk dem Mittelalters in Pommerellen' i się nie wyrabiam tak jakby #-(((
Tomasz Radzikowski
Tomek R.
klubowicz
tom.radzikowski@gmail.com   
Relacja :: 2008-05-13 20:38:45
Czekamy z niecierpliwością...