glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Brobeskid czyli Beskid Żywiecki z Pasmem Babiej Góry
termin: 29.04-4.05
sezon: Wiosna 2007
1178441640
Autor tekstu: Adam Kępa
Autor zdjęć: Zbiorówka

EDYCJA RELACJI I DODANIE ZDJęć Z ODNALEZIONEJ KARTY, JAK I ZAKOńCZENIE SPRAW ZWI?ZANYCH Z WYJAZDEM ZOSTANIE DOKONANE PO ZAKOńCZENIU SESJI
OSOBY ZAINTERESOWANE NAJMOCNIEJ PRZEPRASZAM ;]



”-Beskid Żywiecki? Łee byłem tam!
-Na Pilsku też?
-Noo! na piwsku to co dziennie!
-W browarze?
-Po co? Widziałem z pociągu :/
-Na Babiej Górze?
-To ten najwyższy szczyt po Szyndzielni! Nie bo nic tam nie ma, nie! Sorry, byłem chyba z rodzicami.
W tym roku jedziemy na domek, rok temu było super, jedźcie raczej z nami
-Nie dzięki wolimy odpocząć w górach”

Dawno już nie miałem takich przebojów z grupą jak tym razem. Nie pomogły prośby, groźby, zaliczki, skład się zmieniał jak mole na ubraniach i nie dało się tego opanować, ostatecznie koszty poniosło 17 osób, a wyjechało 13, bo aż trzy osoby wypadły w dniu wyjazdu.
Zakup biletów grupowych też pamiętny, oskarżony o drukowanie pieczątki Klubu na wnioskach, odsyłany od kasy do kasy, wypisujący wciąż od nowa wnioski, które i tak w końcu przyjęto bez pieczątek, pokonałem przeciwności po prawie trzech godzinach na dworcu.

Wyjazd 28.04.2007
Startowaliśmy z Gdyni, pamiętam bo z drugiego przedziału mnie zrugano, że nic nie powiedziałem o otwarciu z Adkiem szkieł, a to było przed Orłowem. Poza tym pewna dama z naszej grupy przez bite pół godziny w obawie, że nie zdąży między stacjami, nie mogła trafić do toalety za potrzebą. Nie mogliśmy jej nie nadać pierwszej wyjazdowej ksywki: Sisi (czyta się miękko).
W Sopocie wsiadł Misiek-bez bronków bo go tata odwoził- to się nazywa porządny student IVRP. Z przedziałami i z sobą zintegrowaliśmy się szybko i bezboleśnie- no prawie, bo wyszło na jaw, że jeden z facetów ma przy sobie różowy portwel w serduszka i Brawo Girl-wtedy zacząłem się zastanawiać, kto mi weryfikował kandydatów na wyjazd ;P. Już w pierwszej godzinie, kto by zajrzał do 1-go z przedziałów, zobaczył by coś przypominającego ruchy godowe orangutanów, a w rzeczywistości rozgrzewanie mechanizmów regulacji siedzeń, do tego był u nas taki jeden co to trzymał przy sobie wielką siatę ze specjałami, drażniąc każdego, więc gdy wyjął z niej kanapkę opakowaną jak w Mc Donald’s to od razu dostał taką ksywę. Podróż w sumie dziwna jak by nie patrzeć, co róż przyklejali się do nas jacyś obcy, a to by pośpiewać, a to by pogadać, a to obcokrajowiec, a to konduktor. Wszystkich przebił taki jeden co to śpiewem wygonił nam obsługę gitary po dwóch hitach. Była to też jednak podróż szczęśliwa, bo Wili „znalazł” klucz do przedziałów od razu z bonusem wyłącznego dostępu do WC, a koło północy Szymon przytaszczył 1,5kg wór parówek-nie, nie znaleziony i nie, nie znaleziony w toalecie, z tego co pamiętam, była to wypadkowa rozmowy na fajce z jakimś producentem takich rarytasów. To była uczta, to też później niektórzy mieli rano utajone małe foszki w stosunku do obdarowanego, że zostawił resztkę w PKP. Najwięksi imprezowicze padli w końcu przed 3.00, cyk i już pobudka, wysiadamy przed 5.00 w Katowicach.

Żywiec i Muzeum Browaru 29.04.2007
W Katowicach pożegnał się z nami Super Pinio, ciągnący do Krakowa na randkę, my tymczasem zajęliśmy miejsca w eleganckiej SKM-ce, która jednak nie została przystosowana do leżakowania. Szymon się od razu wypiął na lokalnych pasażerów i zanurkował z karimatą pod siedzenia. Mniej bezpośredni przyjęli pozycje typu „człowiek w walizce”. Spać jednak nie każdemu pozwolono za co prowodyr oberwał ksywką „Budzik”. W Żywcu przywitał nas lekki opad deszczu. Prócz małego śniadania na PKS-ie pod postacią herbaty/kawy/piwa/ew. czegoś do jedzenia, można było się poszlajać w okolicy dworca, lub zalec na ławce, z czego niektórzy skrzętnie korzystali. O 9.00 otwarto Biedronkę, jednak pierwsza wiadomość o braku chleba nie była pfantastyczna, w końcu jednak chleb się pojawił i znikł wraz z nami. Nadszedł czas ruszenia do browaru. Szymon jako rasowy Fifol, piwem się nie zainteresował, więc wszyscy byli zadowoleni mogąc zostawić plecaki na dworcu pod jego opieką. Mijając rzędy palet ze skrzynkami piwa dotarliśmy do bramy prowadzącej do muzeum browaru Żywiec, oczywiście ktoś rzucił, że reklamy kłamią, bo brama okazała się inna niż w TV, ale tych bram jest pare. W oczekiwaniu na przewodnika, zaczęliśmy robić sobie fotki okupując ladę recepcji. O 10.00 zaczynamy zwiedzanie. Nie zaczęliśmy od degustacji ale było parę innych atrakcji. Pierwsza sala, dwa słowa z czego powstaje piwo, po pokonaniu fontanny makieta browaru, następnie wejście do wysokiej jak wieża walcowatej salki mającej być wehikułem czasu. Ciemność odliczanie, migające sekwencyjnie światła i basowe tąpnięcia posadzki wprowadzają nastrój ekscytującego oczekiwania, jednak czuło się chyba niedosyt doznań ruszając dalej. Kolejna sala to już XIX wiek. Uliczka i różne warsztaty rzemieślnicze na niej, dalej karczma, ach jakie fajne fotki mamy i za barem i przy stolikach na tle wielkich bek piwnych, szkoda tylko, że na zgubionej karcie :( No nic, dalej sale z kadziami, potem tunel z plazmami wyświetlającymi butelki na różnych stadiach butelkowania piwa, co w całości ma oddać zwiedzającemu klimat trasy jaką przebywa butelka na taśmie produkcyjnej Wszystkiemu towarzyszy brzdęk butelek. Kolejny przystanek w restauracji z przełomu wieków XIX i XX, oczywiście największym powodzeniem cieszyły się dwa kompletne tory do kręgli, He, he nie jedna osoba się tam ośmieszyła ;) znów zmiana klimatu. Ciemna sala, a na suficie 15metrów wyżej ekran na całej powierzchni i niebo na nim. Mamy właśnie doświadczyć nalotu bombowego z czasów II Wojny Światowej. Gra muzyczka z radia, słychać głosy dzieci, chmurki płyną, nagle syrena, hałasy, wysoko na niebie pojawiają się niemieckie maszyny, huk bomb, wtem jeden samolot przelatuje naprawdę nisko, widać odrywającą się bombę, spada na nas… biel, przechodzimy dalej. Krótki filmik ze wspomnieniami dawnej właścicielki browaru z rodu Habsburgów bodajże. Wspomina wejście szkopów i ruskich i co się wtedy z właścicielami browaru działo. Kolejna sala to chyba kolekcja butelek i makiety na ścianach. Potem czasy PRL-u typowy wystrój mieszkania lat 60-tych. No i prawie koniec, ale jeszcze dla nas mały labirynt do wyjścia, dla utrudnienia lustra, przeplatane wielkoformatowymi reklamami sprzed lat. Wróciliśmy do recepcji. Nie wiem, czy po kolei wymieniłem obiekty na trasie, ale nie ma to żadnego znaczenia i tak trzeba to samemu zobaczyć. Z braku czasu, nasze kroki kierujemy do degustatorni, gdzie za bilety wstępu każdy otrzymuje pamiątkowy pokal do piwa i małe piwo. Piwo małe, ale chyba najbardziej zbliżony opis smaku to kompresja smaku z dwóch zwykłych piw w tym jednym małym kuflu, czyli niebo w gębie :D. Podczas degustacji, oczywiście fotka, kto chciał mógł poszperać lub pograć w multimediach, lub zrobić zakupy w sklepie z pamiątkami. Koło 12.00 ruszamy do Szymona i Ani, która dołączyła w tym czasie dopiero do grupy.

W górach. Hala Miziowa i Pilsko 29.04.2007
Po dotarciu do plecaków, każdy z namaszczeniem zabezpieczył swój nowy szklany skarb, no i te pakowanie chlebów, dla niektórych mision imposible ;) Do PKS-u dotarliśmy na styk. Pierwszą rzeczą którą zrobił kierowca była zrypka dla mnie za haczenie plecakiem po lampach na suficie. Ale po zaparkowaniu plecaka, facet wyluzował i dało się z nim dogadać. Ale, ALE, ale, przy wysiadce skończył z nami rozmowę jak zaczął, czyli skończyło się na zrypce za bałagan z tyłu (to nie my), no i co? Rozstaliśmy się na małym foszku. Znaleźliśmy się w Korbelowie Kamiennej. Iwona lobbowała wcześniej za obiadem w tym miejscu, ale czas nas naglił, więc przy wiszącym nad karkami deszczem zaczęliśmy właściwą część wyprawy. Podejście na Halę Miziową trwało około 3h. W międzyczasie na pewno!!!, ktoś mnie przeklnął ;P do tego przez pare sekund kropił deszcz z elementami gradu, ale tak to bez sensacji, na odcinkach przebiegających przy nartostradach, chętni mogli się podołować degradacją flory, tu też zrobiliśmy pare super fotek dziewczyn z pięcioma identycznymi plecakami, co robiło wrażenie. Ogólnie pojawił się śnieg i mega błoto, skupieni na omijaniu breji zauważyliśmy bryłę schroniska będąc już prawie przy nim, gdy na chwilę rozstąpiły się mgły. Ten nocleg był najdroższy, jednak w zamian dostaliśmy dwa pokoje z osobnymi prysznicami i toaletą, a nawet TV. Schronisko wyremontowane, obsługa ok. i nawet drzwi się podświetlały na fotokomórkę. 40 min. na odświeżenie i ruszamy bez Mariusza, który zdecydował, że przygotuje nam kolację, na Pilsko. Do góry weszliśmy zamkniętym jeszcze z powodu śniegu szlakiem żółtym (nigdzie nie było o tym informacji) i powiem szczerze wspinaczka nie szła szybko. Na szczycie ładne widoczki, bo niskie chmury przeszły, jednak tak wiało, że tylko, osoby ze Specjałami zostały by pokontemplować na szczycie, resztę wywiało. Zejście czarnym szlakiem to była dobra zabawa, mokry śnieg sprzyjał widowiskowym ślizgom i tak zejście tym szlakiem wg GDAKK-a 10-15min zamiast 35. na dole trafiliśmy prawie na kolację. Był spik organizatora, oczywiście same superlatywy skierowane do grupy ;P a po kolacji napełniliśmy swoje nowe kufelki i zaczęliśmy integrację przy gitarze, którą nawet Sisi wzięła w swe ręce, czego pewnie nie pamięta, bo Sisi to takie stworzenie, które nie tknie gitary na czczo. ;) Gitarowanie przebiegło w miłej atmosferze jedynie brutalnie przerywane sięganiem po piwo przez Szymona, aż w końcu zirytowana Anka krzyknęła: „Ty graj, a to nogą popijaj!” Mam nadzieję, że wtedy chłopak nie poczuł się zastraszony. Repertuar miał się składać z piosenek przygotowanych i złożonych w śpiewnik przez wszystkich uczestników wyjazdu, jednak ostatecznie złożyły go tylko trzy zainteresowane osoby, stąd pewnie, sporo było psioczenia pierwszego dnia i prób zmiany repertuaru na oklepaną komercję. Mimo to pojawiły się też i nowe kawałki jak przeróbka melona.
Hodowałem Specjale
każdy Specjal jak byk
aż tu razu pewnego
pierwszy Specjal mi znikł
kto mi ukradł Specjala może jakaś cwaniara może ciocia Klara no kto?
Nie obeszło się też bez pierwszego odegrania „Głosu z ciemności” Kata. Zwrotki szybko przyswoiliśmy, ale refren w stylu „Kto ssał?” doczekał się szybciej komentarzy w stylu „piosenka przyrodnicza o ssakach”, niż fachowego zrozumienia zagadnienia. Z czasem zaczęło odpadać coraz więcej osób, Mariusz odpadł z rękoma zaplecionymi pod głową i jak rano zobaczyłem, że nadal tak leży to zacząłem się zastanawiać, czy aby wszystko z nim ok. ;) W związku jednak z tymi odpadnięciami, przenieśliśmy się do mniejszego pokoju i nagle impreza nabrała nowej mocy, aż żal było kończyć, no ale nastał już nowy dzień.

Granicą do Viktorii K. 30.04.2007
Pobudka o 8.00 i to nie przez Budzika! Za oknem pogoda super, więc humory doskonałe. Wychodzimy 9.30. Miało być szybciej, ale trafiło się nam dwóch zamulaczy w tym Misiek, który już do końca miał problemy z tym punktem dnia :P Tego dni gitarę na stan miał dostać Budzik z racji, że miał leciutki mały plecak, jednak pojawiły się kontrargumenty i mały foszek z tego wynikły miał ostry przebieg, bo gnał potem nam nasz tragarz 50 metrów przed grupą i dogonić się nie dał. Prócz niepotrzebnej akcji z gitarą, Adek próbował sprzedać Mariuszowi ksywkę „Francuski Piesek” gdyż przeszkadzało Mariuszowi, że będzie miał od chleba krzywo spakowany plecak, jednak nie przeszło. Wysokość Pilska dała nam na pierwszych kaemach ładne widoki na Babią, lecz potem zeszliśmy na przełęcz Glinne, co nie zmartwiło wielu, bo na przełęczy Glinne były sklepy.
Dokładniej to było przejście graniczne i słowackie Specjały. Obóz założyliśmy na łące z widokiem na przejście i chętni ruszyli na łowy. Popasik trwał dwa kursy Mariusza do Słowacji, co dało mu piękną ksywkę: „Mrówka”. Z ciekawostek: Marta dwa razy zamawiała Złotego Bażanta w butelce. Za pierwszym razem dostała Kelta w puszce, więc ponownie zamówiła Bażanta w butelce i co Mariusz jej przyniósł? Kelta w puszce! Szymon o wyższości piw butelkowych nad puszkowymi, biorąc dla porównania łyka z puszki Iwony: „Kelt w butelce różni się od Kelta w puszce. Iwony piwo jest lepsze. Cholera!” Tu panowie majstrują pierwszy zestaw trapera: szemranej jakości balsam i Pepsi. Leżakowaliśmy dobre 40 min, aż ktoś nieopatrznie zaproponował dalszą trasę. Niepostrzeżenie pokonaliśmy Beskid Korbielowski i Beskid Krzyżowski, za to bardzo wyraźnie parędziesiąt wiatrołomów. Nie minęły dwie godziny, a znów znaleźliśmy uroczą polankę, bardziej zapamiętaną z tego, że faceci usiedli trochę dalej od kobiet i lepiej bawili się w swoim gronie ;P Ale swoją drogą, ekstra klimat sobie tam stworzyliśmy i te widoczki na Beskidy… Teraz już na małym foszku połowa grupy, po godzinie wymusiła zwijkę dalej. Daleko jednak nie przeszliśmy gdyż za przełęczą Półgórską ktoś wypatrzył nowy widok. Kolejne pół godziny pstrykania smętnego zarysu Tatr, no i w końcu ruszamy dalej. Za szczytem Jaworzyna w końcu dostrzegamy drogowskazy na nocleg, więc i ten odcinek mija nam niepostrzeżenie. Viktoria K. wedle opisów na paru forach internetowych to bacówka prowadzona przez staruszka, który stworzył w niej strefę zakazów i ograniczeń, więc wszyscy zmierzaliśmy do niej ze sporą dozą ostrożności i z nastawieniem na najgorsze. Właściciel, faktycznie sędziwego wieku, okazał się nie tak straszny, choć miał zwyczaj rzadko spotykany w naszych czasach obejmowania rozmówcy za szyję. Od razu na wstępie dostrzegł moją obrączkę, więc i oko miał wprawne. Grupę przedstawiłem jako niepijących dużo studentów, więc cieszyło go przybycie takiej miłej grupy. ;] Po przymusowej zmianie obuwia na dworze, wskazano nam długi ale niski w miarę pokój na poddaszu z rozłożonymi materacami. Z lekka klaustrofobiczna przestrzeń, a jednocześnie fajnie usytuowane ławki ze stołami na dworze zadecydowały o wieczorze na świeżym powietrzu. Mogliśmy zrobić też ognisko, jednak, z lenistwa chyba nam nie wyszło. Bacówka niczego sobie, ale dosyć zmartwiły nas opłaty za prysznic. Jedynie Pinio, który dołączył do nas po wizycie w Krakowie wydawał się nieprzerwanie zadowolony. Po kolacji przyrządzonej wedle wszelkich wskazanych ograniczeń i nakazów i przy wsparciu chyba z 20 spodków (Z tymi spodkami to chyba trafiliśmy na jakąś hurtownię bo były podawane dosłownie do wszystkiego, co miało zostać przyrządzone, wypite, czy też zjedzone we wnętrzu bacówki), zeszliśmy się przy jednym stole w sadzie, no prawie w sadzie. Znów pojawiły się kufelki, słowackie przysmaki, gitarka śpiewniki i śpiewy za które trochę się obawiałem, moglibyśmy stracić nocleg, było też piwo lane w kufle z pianą na dwie ręce i Katowanie nas „Córką z perłami ziemi”. Nawet przy spokojnych kawałkach zdarzyło się wkręcić, jakiś katowski fragment, co zyskało miano „zwierzęcej wstawki”. Nie byli byśmy sobą , gdybyśmy nie chcieli się integrować i gdybyśmy nie zaprosili do stołu wnuczki właściciela –Zosi. Zosia stawiała pewien opór, ale jak przestaliśmy wyć do gitary to się przemogła. Zosi również spodobał się ulubiony przez nas refren: „Fula mi nalej, fula lej”. Jedynie chyba jej tacie niezbyt , bo siedział za rogiem na ławeczce przez cały czas, mimo ziąbu. Temperatura i dosyć słabe oświetlenie, wygoniły nas do pokoju już przed 23.00. Tu było gorąco, tak że w swojej krótkowzroczności zostawiliśmy okno otwarte, a nad ranem, nie dość, że niedźwiedzie chrapanie to jeszcze przymrozek! Z tego dnia jest zagadka: Co wyjdzie ze skrzyżowania GDAKK-a z Fifą?
Odpowiedzi były dwie, w chwili obecnej doszła i trzecia ;P

W pasmo Babiej Góry 01.05.2007
Śniadanie lekko opóźnione, przez zajęcie całej łazienki przez jakąś głupią kozę, z powodu nocnej zimnicy wolimy zjeść we wnętrzu. Tu też spomiędzy konserw, które dominowały dotychczas (nikt nie chciał ich nosić), wybił się po raz pierwszy wyraźnie serek o smaku czosnkowym, przyszły władca nieśmiertelnych kanapek i wielce poszukiwany przysmak. Rozliczenie z dziadziem następuje dopiero w ostatniej chwili i dopiero dwa dni później wyszło, że podliczono nas o 10zeta więcej. Nie każdy wyglądał rano wyraźnie, zapewne przez hałasujące w nocy korniki, jednak wyszliśmy prawie wedle planu dnia. Powrót na czerwony szlak w bardzo malowniczej scenerii i towarzystwie różnych innych turystów. Potem chwilę granicą i schodzimy na stronę słowacką. Tylko znaleźliśmy się za granicą, a już organizator stracił dowództwo ;) Wyszło to na jaw gdy doszliśmy do rozejścia dróg. Głosami 12 do jednego grupa zadecydowała, że nie idziemy szlakiem, tylko w las nota bene spowrotem do granicy. Mały pucz tzw. puczyk, kosztował nas 20min dezorientacji, ale za to dostarczył mi dużo satysfakcji ;P. Od tej pory w starym nalocie despotyzmu organizator wprowadził specjalną skalę do głosowań: Organizator 13 głosów, uczestnik jeden, każda legitka PTTK-u +0,5 głosu. Spacer przez Słowację, to perfidne KTA (Klub Turystyki Asfaltowej), ale za to krócej, tak zadecydowała grupa w czasie odwilży despockiej dzień wcześniej przegłosowując trzon Greciowy. ;P Nie ważne. ;) W końcu gdy już wróciliśmy do „Polska”, nadszedł czas na tradycyjny już popas. Adek odpalił kufelek, Ania produkcję kanapek z czekoladą, Asia orzechy do tych kanapek, druga Ania paluszki, Adam statyw, lepiej niż w domu! Po popasie, nastąpiło pierwsze pożegnanie Szymona, który zamiast z nami na Małą Babią ruszył do Zawoi po zaopatrzenie i min. po kiełbaski na planowane ognisko. Podejście na Małą Babią to znienacka podwyższenie o 520 metrów, do tego śnieg i za każdym otwarciem przestrzeni, kolejne podejście zamiast szczytu. Znów pojawiły się widoki i to coraz rozleglejsze. To chyba na przedostatnim podejściu przed Małą Babią ukuliśmy w rezygnacji remix refrenu Republiki: „Tak, tak, ta góra to niestety tam, tak, tak, to taaaaaaaam” ;]. Gdyby tak nie wiało już na samym szczycie to by nawet było pięknie. Na pstrykaliśmy fotek, panoram i ruszyliśmy dalej. Na przełęczy Brona krótkie zaczerpnięcie tchu i zaczynamy ostatnie zejście do Markowych Szczawin. Ale poszło już tak gładko. Zejście okazało się strome i całkowicie zaśnieżone, a nawet miejscami oblodzone. Na dół prowadziły wyślizgane rynny szerokości buta, lub stopnie ciosane przez poprzedników. Faktycznie jak to zauważyła później Ania w mailu, niewiele było osób które nie zakosztowały chaotycznego łapania równowagi na tym odcinku. Ja mimo kijków zakosztowałem hamowania tyłem za pomocą kolan, ta nad wyraz trudna akrobatyczna sztuczka, to był ratunek przed śnieżnym kulnięciem z plecakiem do potoku 20 metrów niżej ;P. Stąd też pamiętam dwie scenki. Dochodzę do dziewczyn, które gnały z przodu, te czekały by ostrzec, że w tym miejscu jest lód, bo właśnie się wyłożyły, ok. Odchodzimy z tego miejsca, a za nami głuche tąpnięcie i kolejne dwie osoby leżą w tamtym miejscu. Druga sytuacja schodzimy ostrożnie, a nagle wyprzedza nas spadający koleś wyrywając korę z drzewa, którego próbował się złapać zapewne w celu zatrzymania. Wzbił się tuman śniegu ze ściółką i koleś pognał dalej, ale usłyszał moje słowa: „teraz wiecie dlaczego (szlak) Perć Akademików jest zamknięty”, 10 min później wyprzedzamy tego kolesia i ja zaliczam piękne badanie gruntu. A co słyszę? „Teraz wiesz dlaczego Perć Akademików jest zamknięta”. Jednak sprawiedliwość musiała być po stronie człowieka z 13 głosami, bo chłopak 15 metrów niżej po raz kolejny się rozkraczył i na dobitkę usłyszał to co poprzednio. Do schroniska staczaliśmy się stopniowo, więc by nie odbierać nikomu szansy zajęcia ciekawego łóżka na bądź co, bądź dwie noce, a także by ustalić wcześniej kto śpi na podłodze za odpowiednią rekompensatą finansową, pobraliśmy klucz od naszego pokoju i klapnęliśmy na słoneczku przed schroniskiem, wyciągnęliśmy kufelki i zaczęliśmy ponad półgodzinną biesiadę. Salę zajęliśmy gdy już słońce zniknęło za lasem. Sala ta o numerze 1, nie była ani za jasna, ani za duża, ale patrząc na nią warto było pomyśleć, że jesteśmy ostatnimi, lub jednymi z ostatnich, którzy w niej nocują. Do kolacji polowaliśmy na prysznic, a część korzystała z gastronomi schroniska w tym nieśmiertelnej jak kanapki fasolki po bretońsku. Podczas kolacji już niepodzielnie królował wspaniały serek czosnkowy, a po kolacji rozpoczęła się narada wojenna dotycząca dnia następnego. Tematem narady było podjęcie decyzji, czy wchodzimy następnego dnia na Diablaka Percią Akademików, która z powodu zalegającego śniegu jest zamknięta do końca maja, czy też tak jak schodziliśmy z Małej Babiej przez przełęcz Brona. Niby rzecz oczywista, a jednak, Wili strzelił małego foszka, bo chciał podjąć ryzyko. Wynik głosowania 24:1 co potwierdziła pewna osoba donośnym chrapnięciem dokładnie w momencie zapadnięcia decyzji, dosłownie jak na potwierdzenie ;P. Po głosowaniu pierwszy raz na wyjeździe zagraliśmy w Mafię i rzecz niesłychana bo w pierwszej turze od razu załatwiono mafię, a w drugiej wbrew prowadzącemu, miasto dokonało linczu na Ani, samemu przegłosowując, jej zabicie. Tu poszedł też mały foszek na miasto, no bo prowadzący nie zamierzał słuchać miasta i chciał głosować nad innymi gdzieś nieśmiało rzuconymi kandydaturami, natomiast cała reszta chciała głowy Ani. ;D Ostatecznie linczu dokonano. Ania okazała się mafią he, he. Po mafii Szymon złapał za gitarę i zaczęliśmy wieczór muzyczny, przy okazji nabijając się z innych turystów, że jest ich tak dużo, że nam w końcu zabarykadują karimatami wejście do pokoju -ostatecznie nawet jedna panienka spała pod wejściem do toalet w tych pięknych zapachach. Wieczór był udany co utrwaliła Sisi nagrywając filmiki z koncertu, do tego ktoś nagle odkrył na ścianie mój wielki podpis sprzed 5 lat, co sprowokowało Miśka do poszukiwań swojego. Były też dyskusje o kawie, że chyba Wojtek kiedyś dodał do kawy śmietany-kwaśnej 18-tki i od tamtej pory preferuje już tylko gorące 18-tki. Była też poezja na okładce śpiewnika no i w końcu, gdy ktoś ze śpiących na korytarzu odważył się nam zwrócić uwagę, poszliśmy grzecznie spać koło 1.00 chyba. Ogniska nie było bo faceci mieli lenia i nie poszli po drzewo-tak to było.

Między Diablakiem 1725m n.p.m. a Zawoją ok. 620m n.p.m. 02.05.2007
Dzień rozstania z pewnymi osobami, ale o tym później. Z rańca żwawo ruszyliśmy przed schronisko do grupowej foty i dalej już znaną trasą do przełęczy Brona. Znów foto, wybieramy zamek i po 10 min opalania atakujemy w końcu główny odcinek. Pogoda piękna więc i fotki aż chciało się robić. Tempo na moment opadło na pewnym oblodzonym odcinku, na którym też skończyła mi się pamięć. Pod ręką akurat był Mariusz, który zaproponował, że zamienimy się kartami bo on ma jeszcze pamięć, a ja robię wszystkie grupowe foty, czemu nie? W końcu karta najbezpieczniejsza w aparacie! Piękne wyszły foty z tego miejsca i co za kolory! ;) kolejne ładne foto zrobiliśmy z Babią w tle. Tam też znaleźliśmy ciekawe ślady wyślizgane na śniegu. Jak by ktoś zjeżdżał na tyłku, lub jabłuszku, sęk w tym, że kończyły się nad przepaścią, jak by kogoś wyrzuciło w przestrzeń. Ale na dole żadnych śladów nie zauważyliśmy ;]. Potem znów pojawiły się Tatry i w końcu przypominały to czym są. Szczyt Babiej zdobywaliśmy partiami nie śpiesząc się. Na górze ruch jak na Krupówkach, ale znaleźliśmy wolne miejsce. Od razu parę fot i do tego panoramki. Po dłuższym zaleganiu, rozpoczynamy schodzenie wschodnią ścianą. Kolejny przystanek na Kępie, gdzie robimy foto przestrzenne-część grupy pozuje w tle na dole. Dalsze schodzenie często przeradza nam się w zjazd po topniejącym śniegu. Tu też stwierdziliśmy, że Ewa nie umie się z nami bawić i schodzi, jak by miała kufel Żywca w kieszeni. Zaraz też wystawiono diagnozę. Nie chce z nami jeździć zimą na łyżwach -nie umie się przewracać. Teraz jej już nie przepuścimy, krótko: ma przerypane. No ale do zimy daleko, to co? Kupujemy jej rolki i będzie musiała jeździć cały powrót po pociągu za karę. W końcu jednak doślizgaliśmy się do Sokolicy, a w sumie lekko za nią, na bardzo ciekawy punkcik widokowy na Zawoję i pasmo Polic. Tu parę fotek, szczególnie nad przepaścią i zaczynamy zejście zielonym szlakiem. W jednej z przerw Adek odbił ze szlaku i zaczął się przedzierać za potrzebą, na to ktoś zapytał gdzie on idzie? Odpowiedzi nie mogło być innej ]:) „Jako pracownik Mc Donalds’a na pewno posiada wiedzę o jakimś lokalu w okolicy i idzie do bezpłatnej toalety!” no i posypały się w kierunku dyskretnie chcącego się załatwić chłopaka zamówienia na zestawy i inne dania. Na co Wojtek skomentował: „ Podejrzewam, że stamtąd to on może wam przynieść Fantę i to tylko pomarańczową”. Dosyć szybko dotarliśmy do szlaku niebieskiego i dosyć szybkim tempem na Markowe Szczawiny. Po obiedzie z baru i dopakowaniu do końca, o 16.00 wyruszyła ekipa do sklepu po zakupy, wraz z trzema miękkimi fajami wracającymi z różnych bardzo ważnych powodów do domu wcześniej. Zejście w dół to była katorga dla kolan, prosto po spadzie, kamienistą ścieżką, jeszcze z dziewczyn podejrzanie spakowanymi plecakami. No ale daliśmy radę, chcieliśmy jeszcze zaciągnąć wracających na piwo, ale Wojtek stanowczo stwierdził, że ma nas dosyć i nie idzie dalej ;P Pożegnanie było jak z najlepszych melodramatów i już po chwili żwawo maszerowaliśmy w dół Zawoi w poszukiwaniu chleba. Pierwszy sklep po ok. 2km KTA okazał się pusty, drugi też, ale na szczęście w trzecim znaleźliśmy wszystko, tu też minął nas PKS z ekipą powrotną. Po zakupach, nie śpiesząc się wspięliśmy się na sympatyczną mini górkę koło sklepu z ławeczką i się kompletnie wyluzowaliśmy. W końcu jednak kiedyś trzeba było wrócić. Tempo jakie sobie narzuciliśmy, było iście rekordowe, a na nocleg wróciliśmy mokrzy jak po ulewie na szlaku. W tym mniej więcej momencie, Mariusz zaczął nerwowo trzepać swoje rzeczy a w końcu stwierdził, że chyba zgubił kartę pamięci, którą dostał przed Babią. Co się okazało? Mariusz wyjął kartę by móc uruchomić pamięć zapasową w swoim aparacie na ok. 6-7 fotek. Gdy się o tym dowiedziałem to włosy mi się na głowie zjeżyły, bo gdybym o tym wiedział to nigdy bym nie oddał tej karty tylko sam obchuchał, obcałował i schował do najlepszej kieszeni, macając co minutę, czy się może jakaś dziurka nie zrobiła. I teraz tak. Na karcie było 315 lub 316 zdjęć, po średnim wyliczeniu ok. 250 rozstawień statywu, gdzieś ok. 60-70 grupowych fot przed którymi były użerki by się wszyscy ustawili i łaskawie kucnęli. Ile razy mnie przeklnięto, czy mi noży w plecy powbijano to już nie wspomnę i to wszystko przez... no właśnie przez co? Myślicie, że zabiłem Mariusza, nakrzyczałem, zrobiłem aferę, popłakałem się? Nie. Uwierzyłem wtedy w cuda. Mimo tego zdarzenia trzeba było się bawić dalej. Mariusz podjął decyzję, że rano przejdzie ponownie trasę, Szymon naprawił pękniętą strunę, która padła w ciągu dnia i wpierw poplotkowaliśmy przy ognisku, a następnie, najwytrwalsi zintegrowali się z innymi mieszkańcami schroniska pod drzwiami naszej sali.

Pasmo Polic 03.05.2007
Szalenie delikatni mi się wydali panowie rano po zestawie trapera ale pewnie mi się zdawało. Mariusz rano ruszył na szlak i się mieliśmy spotkać na Szkolnikowych Rozstajach, lub na przełęczy Krowiarki. Tymczasem zjedliśmy spokojnie śniadanie i po powtórzeniu fotki pod schroniskiem, ruszamy niebieskim szlakiem. Część do Szkolnikowych Rozstaji przebyłem z nosem przy ziemi, ale karty nie znalazłem, przy szlaku zielonym się okazało, że Mariusz olał dalsze szukanie karty, na szczęście udało się zagadać akurat ruszające tym odcinkiem jakieś panie by zwróciły uwagę na wszystko na swojej trasie. Przełęcz Krowiarka przywitała nas letnią pogodą, tu też opuściliśmy Babiogórski Park Narodowy. Tu też miało nastąpić drugie pożegnanie Szymona, jednak ten zaczął się łamać i prawie z nami został. Spędziliśmy w tym miejscu na obszernej polanie prawie godzinę, przerabiając największe hity wyjazdu w tym „Córkę” Kata. W sumie zapomniałem wcześniej napisać, że Szymon tak często intonował ten kawałek, że w końcu oberwał ksywką „Córka” Było słońce, piwko, jedzonko, no i tak nie chciało nam się ruszać, jednak co dobre szybko się kończy. Córka jednak podjęła decyzję, że jedzie dalej i nic już tego nie zmieni. Po kolejnym pożegnaniu została nas 9-tka. Zaczęły się żarty, że ktoś tu wykańcza ludzi, a jako że ja też czułem się coraz gorzej i już cały dzień jechałem na Ibupromie to sobie żartowaliśmy, że i organizatora szlag trafi po obozie. Pasmo Polic po pięknym parku narodowym to oczywiście chała, ale widoczki też się trafiały, trochę śniegu i jeden pomnik upamiętniający katastrofę lotniczą z lat 60’ XX wieku. Znów też pojawiły się wiatrołomy, w końcu jednak doczłapaliśmy się do kolejnego schroniska na naszej trasie czyli na Halę Krupową. Niestety tu dałem ciała, gdyż przez wydarzenia dnia poprzedniego i przez ściemę z ładowaniem mojego telefonu w recepcji, który się rozładował po dwóch godzinach, nie zawiadomiłem właścicieli, że będzie nas mniej, no i trafił nam się pokój z innymi, ale oczywiście to oni mieli z nami gorzej ;P a w sumie to byli bardzo cisi i spokojni. Wcześniej jednak rzuciliśmy się wygłodniali na menu schroniska i już nie królowała fasolka a normalne dania. Do kolacji nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło prócz dziwnej selekcji przy pobieraniu wrzątku. A w ogóle miałem tam chyba indywidualną obsługę, bo wpierw nie kazano mi zapłacić za fasolkę, a następnie pobrałem prawie dwa litry wrzątku gratis, upewniłem się, że za darmo, jednak następne osoby musiały już zapłacić. Po kolacji trochę posiedzieliśmy, trochę pogadaliśmy, ale naprawdę bawili się Pinio z Miśkiem. Misiek to w ogóle miał swój dzień, udało mu się załapać w końcu wyjazdową ksywę, a to dzięki przejęzyczeniu które brzmiało „Paszkuda”, a przypasowało idealnie za te ciągłe spóźnienia przy pakowaniu i porannych wymarszach. No a z tym imprezowaniem, to słyszałem jeszcze chłopaków po północy jak rozprawiają przed schroniskiem o grach komputerowych.

Zejście z gór i powrót przez Zakopane
Oj rano szalenie delikatne były nocne ptaszki. Mimo, że Paszkudę obudziliśmy jako pierwszego to i tak trzeba było na niego czekać najdłużej. Gdy z Piniem braliśmy wrzątek, na śniadanie i na trasę, to z braku butelek Piotr podstawił też flaszkę po wodzie ognistej z nocy na co właścicielka „pochwaliła” Pinia: „Takiego czegoś to jeszcze nie było”, a na to ktoś z Sali: „student potrafi!”. Ciekawie to potem na trasie wyglądało, jak gasił pragnienie ;) Przed schroniskiem fota i ruszamy na szczyt hali Krupowej, mała sesja pod samotnym drogowskazem i ruszamy dalej. Jednak po 10 metrach Paszkudzie odezwały się odciski (ponoć nie na żołądku) i postanowił on zejść inną drogą. Umawiamy się w Bystrej Podhalańskiej na PKP. W ten oto sposób zostały tylko dwie osoby, które w całości wykonały plan obozu, który przecież nie miał być tak okropny jak poprzednie i nie był! Nie będę przedłużał z opisami trasy która, nie różniła się zbytnio od dnia poprzedniego. Było jednak odczuwalnie cieplej, słonecznie, ludzi malutko, jeden pomnik na trasie z zatartymi słowami o rosyjskich partyzantach, którzy mieli nie mieć co robić tylko walczyć po tych lasach wraz z AKowcami. Jedno perfidne zejście i w końcu jesteśmy w Bystrej Podhalańskiej. Jeszcze trochę KTA i zasłużone piwko na stacji na 10 min. przed naszym połączeniem do Zakopanego. W pociągu już czeka Misiek. Po wylądowaniu w stolicy Tatr, grupa udała się po bilety na pociąg, a organizator do szpitala po pomoc ;P W szpitalu, oczywiście nie dało się niczego załatwić, na miejscu, więc trzeba było zrobić w aptece dobre wrażenie i wyłudzić przeciwbólowy lek bez recepty. Zeszliśmy się ponownie razem w Szarocie na Krupówkach. Tu oczywiście też bez sensacji, jedynie Iwona reklamowała u obsługi zimne frytki-błachostka ;) W drodze na PKP udało nam się w końcu zrobić porządne foto z porządnym widokiem na Tatry. Powiedziałbym nawet: Warto było tam pojechać dla tych paru ładnych fotek ;).
Z zajęciem miejsc nie było problemów. Powrót bez przygód. Hmn? Nie zakończę tego mądrą sentencją, ale prawdziwym stwierdzeniem: Cieszę się, że przeżyłem ;P


koniec

Trasy punktowane PTTK GOT


Grupa górska BZ02

29.04

Korbielów-Kamienna-Schronisko na Hali Miziowej-Pilsko-Schronisko na Hali Miziowej.
Pkt. 20
30.04

Schronisko na Hali Miziowej-Przełęcz Glinne-Beskid Korbielowski-Przełęcz między Beskidem Korbielowskim, a Beskidem Krzyżowskim-Jaworzyna
Pkt. 18
01.05

Jaworzyna-Przełęcz Jałowiecka-Hala Czarnego-Mała Babia Góra-Schronisko na Markowych Szczawinach
Pkt. 21
02.05

Schronisko na Markowych Szczawinach-Babia Góra-Sokolica- Schronisko na Markowych Szczawinach
Pkt. 19
02.05

Schronisko na Markowych Szczawinach-Zawoja Lajkonik
Pkt. 7
02.05

Zawoja Lajkonik-Schronisko na Markowych Szczawinach
Pkt. 13
03.05

Schronisko na Markowych Szczawinach-Przełęcz Krowiarki-Cyl Hali Śmietanowej-Polica-Schronisko na Hali Krupowej
Pkt. 21
04.05

Schronisko na Hali Krupowej-Cupel-Bystra Podhalańska
Pkt. 16

zdj1
Brobeskidy intro ;)
zdj2
Więcej o muzeum browaru Żywiec: www.muzeumbrowaru.pl
zdj3
Okolice Pilska, widok na Babią Górę
zdj4
Odpoczynek z widokiem na Tatry
zdj5
Dalej granicą z Przeł. Glinne, dyskusja o małych foszkach
zdj6
Dla jednego takiego widoku warto tam pojechać
zdj7
Przełęcz Półgórska
zdj8
Biesiada w prawie jak sadzie przy Viktorii K.
zdj9
Podejście Na Małą Babią znów wyniosło nas ponad okolicę
zdj10
Pielgrzymka do Adka
zdj11
Przeł. Brona. Te rowki w śniegu to tory zjazdowe, gorzej jak ktoś wchodzi
zdj12
Lodowisko pod takim kątem to miodzio
zdj13
W tle Diablak
zdj14
Klocek się wysunął ;] piękny balkonik dla samobójców, ale te czerwone kamienie na dole to raczej farba
zdj15
Szczyt Babiej, w tle pomnik dedykowany JPII.
zdj16
Kępa. Zdjęcie panoramiczne, reszta grupy na dole w tle
zdj17
Kolejny zjazd, może tu znajdziemy kiedyś naszą kartę
zdj18
Przedsmak krajobrazów sierpniowych
zdj19
Widok na pasmo Polic
zdj20
Widok na Babią Górę z okolicy Sokolicy
zdj21
Jak orle gniazdo, punkcik kontemplacyjny
zdj22
I w końcu ognisko
zdj23
Córka poddawany zabiegom integracyjnym
zdj24
Ostatnie nasze foto ze starym budynkiem schroniska
zdj25
Drugie pożegnanie Szymona, przeł. Krowiarki
zdj26
Pożegnanie z Babią z pasma Polic
zdj27
Schronisko na Hali Krupowej
zdj28
Zejście do Bystrej Podhalańskiej
zdj29
''Student potrafi`` -szczególnie ten w stanie szalenie delikatnym
zdj30
Zakopane i w końcu wyraźne Tatry
Komentarze wyjazdu
Piotr Daukszewicz
Piotr
klubowicz
2284816   piniowaty@poczta.onet.pl   kom 506512185  
cudowna pogoda mimo deszczowych prognoz !!! :: 2007-05-06 12:03:41
Przed wyjazdem nastawilem sie na ulewne deszcze, a tu mila niespodzianka. Tam gdzie bylem, codziennie piekne, blekitne niebo. Za to w Gdansku podczas naszej nieobecnosci padal snieg i byla zimnica :P
Mialem nieco inna trase niz reszta grupy, poniewaz zahaczylem o Krakow, lecz szybko dolaczylem do grupy i wspolnie napawalem sie przepieknym widokiem ze szczytow pasma babiej gory.
Jeszcze 1 zdanie o schronisku w Markowych Szczawinach: DOBRZE, ZE TE OBLESNE SCHRONISKO BEDZIE PRZENIESIONE I WYBUDOWANE NOWE, najwyzsza pora !
Pozdrawiam wszystkich uczestnikow wyjazdu.

Fotki vol.1
Fotki vol.2
Michał Stoliński
misiek
gość
4547732   mstolins@gmail.com   
BroBeskid^^ :: 2007-05-06 16:09:28
Hej!
Pierwszy raz pojechałem z GDAKK'ami i stwierdzam że tworzą niezłą ekipe, chodza i spiewaja lepiej odemnie wiec mozna sie czegos nauczyc :P
Jak wspomniał SAMPINIO mieliśmy mega dobrą pogodę, tylko pierwszego dnia lekka mżawka w Korbielowie, poza tym udana wyprawa z pieknymi widoczkami szczególnie na taterki i pasmo babiogorskie.
Najlepszy był ten dziadek w schronisku Victoria :P nawet udoło mi się go rozweselić hehehe. Niezły był też zjazd na karimacie z malej babiej :P Szkoda karty SD Adama, myślę że sie odnajdzie.

Pozdrawiam wszystkich!!! Więcej takich wypraw!!! :P
Michał Stoliński
misiek
gość
4547732   mstolins@gmail.com   
BroBeskid^^ :: 2007-05-06 16:13:15
zdjecia:
LINK
filmik z muzeum browaru zywca w zywcu:
LINK
Hanna Arendt
Hanka
klubowicz
444722   hanna.arendt@wp.pl   www.zawszezarece.pl  
ale fajnie :: 2007-05-06 17:28:16
Po fotkach ktore jakims cudem sciagnelam (niestety fotki miska nie wszystkie mi dzialaja;/ jakis blad wyskakuje;/) widac ze fajna imprezka byla.. no i te gorki.. ehh :)))
szkdoa ze majowka to czas tysiaca wyjazdow
Marta Seweryńska-Kępa
Marta
klubowicz
3194381   msewerynska@wp.pl   mia.kaszuby.pl  
Beskidy potrafią sKATować :: 2007-05-06 18:25:13
Wyjazd naprawdę bardzo udany - dużo śmiechu, słońca i troszkę śniegu :))) brakuje tylko tych 300 super fotek które zaginęły gdzieś na Babiej Górze :(((
Mariusz Kulczycki
Wili
klubowicz
wiliino@op.pl   
fotki :: 2007-05-06 20:26:37
Marta nie tylko tobie brakuje tych 300 fotek :/ z duza ulga bym sie dowiedzial o odnalezieniu tej karty
Adam Kępa
Kemp
klubowicz
pazuryskorpiona@wp.pl   http://duzozyciamaloczasu.word  
pare fotek od nas :: 2007-05-07 00:06:10
do wglądu na naszej stronce
www.mia.kaszuby.pl
Joanna Urbańska
Asia
klubowicz
urbanek80@wp.pl   
udana majówka :: 2007-05-09 22:05:37
słoneczna pogoda, dobrana grupa, widoczki piękne, od schron do schron , góry, góry ... To jest to! A oto mój link : http://www.speedyshare.com/760223701.html
http://www.speedyshare.com/852480177.html
Mariusz Kulczycki
Wili
klubowicz
wiliino@op.pl   
sprostowania :: 2007-05-14 11:44:17
dwie rzeczy chcialbym sprostowac :
1. przynioslem Marcie nie kelta w puszcze a w butelce !!
2. sprawa to narada czy wchodzimy percia akademikow czy nie powstala w momencie jak w schronisku dowiedzielismy sie ze perc jest otwarta!!
Iwona Grelowska-Ramczykowska
Iwona
klubowicz
hehe :: 2007-05-14 12:34:24
Czyzby kolejny foch? :>
Adam Kępa
Kemp
klubowicz
pazuryskorpiona@wp.pl   http://duzozyciamaloczasu.word  
odpowiedzi na Mariusza :: 2007-05-14 20:25:47
A ja pamiętam Kelta w puszce i że oddałeś w końcu jej swojego ciemnego Bażanta za pomyłkę Nie będę już zmieniał tego bo okazuje się to sprawą nie w 100% jasną ;)
Z Percią Akademików, to mi właściciel powiedział, że jest zamknięta, ale ludzie tamtędy chodzą, ale jest ciężej niż przez Bronę, stąd rozmawialiśmy, bo jednak szansa była iść po śladach innych. Pozdrawiam i zapraszam do wyrażania kolejnych uwag.
Ewa Panowska
Ewa
klubowicz
5498962   sowilo@poczta.onet.pl   
ja tak w kwestii formalnej... :: 2007-05-15 12:54:47
... grupa brobeskidzka obiecała mi rolki. I co? I nic! Rolek ani widu ani słychu;P A taka grzeczna byłam..;)
Mariusz Kulczycki
Wili
klubowicz
wiliino@op.pl   
epilog :) :: 2007-05-18 10:35:10
dnia 18 maja ok gadziny 10 karta z 320 zdjeciami sie znalazla :] i kolo 12 bedzie u Adaska w domu (bezpieczna)