glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Rudawy!
termin: 27.IV-7.V
sezon: Wiosna 2007
1173345279
Autor tekstu: Tomasz Marek Karol hr. Larczyński & Agata hr. Larczyńska-Węgrzyniak
Autor zdjęć: Florian Piotrowski, Patrycja Kalenik, Tomasz M. K. hr. Larczyński, Ania Bogalecka i Ania Knoff


Pokaż Rudawy! na większej mapie

Ło matko, pierwszy wyjazd od dawien-dawna bez pogodowego hardkoru! Co tam, że w nocy permanentny mrozik, skoro nie było powodzi, gradobić i innych trzęsień ziemi! Nie ukrywam, że nie miałbym nic przeciwko utrzymaniu takiego trendu na przyszłość, bowiem wprawdzie wspomnienia z kolejnej przetrzymanej trąby powietrznej są wprawdzie kozackie, no ale ile można.

Dojazd planowo i bez przeszkód (pociągiem do Kudowy, busikiem za 5 zł do Nachodu, autobusem do Pragi i drugim do KW). Zrzuciliśmy plecaki na dworcu głównym w Karlowych Warach i poszliśmy używać miasta. Owoż potwierdziło swą opinię secesyjnego, przepysznego, lukrowanego ciasteczka, przy tym na plus zaskakując mało-burżujskim klimatem i niskim cenami lodów (no kaman, żeby u mnie na osiedlu były droższe niż na Mlýnskim náb?eźí, czyli w samym sercu uzdrowiska?!), na minus mało smaczną, choć wszędzie darmową wodą mineralną (ciepła solanka, niemniej strzelający na kilkanaście metrów w górę gejzer V?ídlo kapitalny, nie powiem). Zaraz nad Karlowymi – dosłownie kilkadziesiąt metrów w bok od głównego deptaku – rozciągają się romantyczne pagórki Sławkowskiego Lasu, pocięte siecią dróżek spacerowych i niemieckimi wieżami widokowymi. Można się przejść i zadumać, jak wyglądałyby nasze Lasy Oliwskie, gdyby nie „upiększająca” nadaktywność czerwonych, gdyby zamiast kratownicowego straszydła na Pachołku stała na nim przedwojenna neogotycka, smukła wieżyca, ze zdjęć całkiem podobna do tej z karlowarskiej Diany…

No ale nic, podnieśliśmy nasze domki naplecne i przy pomocy vlaczków przetelepaliśmy się do Lokti, pod którą rozłożyliśmy się na nocleg na wodniackim polu namiotowym nad Ohrzą. Ceni niskie, ale ogólnie syf, jak to przeważnie na czeskich bazach wodniackich. Teraz nie było tak źle, bo przynajmniej było mało luda, ale w wakacje omijajcie to miejsce z daleka. Świniaka (opisanego poniżej przez mą lubą) dało się jeszcze wytrzymać, ale industral z bagażnika i zwłaszcza sympatyczny piesek drący mordę do księżyca przez pół nocy prowokowały mnie do użycia bojowego mej półmetrowej kosy celem doprowadzenia pieska do stanu rzeczonego wypatroszonego świniaka. Zamknął się jednak w sam (dla niego) czas. Noc zdawała nam się mroźną, ale, jak się okazało, była jedną z cieplejszych… Następnego dnia poczłapaliśmy do Lokti, okręconej wokół zakola Ohrzy, pomalowanej w pastelowe łaty kamieniczek i średniowiecznych bram. Clou miasteczka to zamek, który jest typowym czeskim gotyckim cudeńkiem, przeniesionym in situ z, no nie wiem, XV stulecia. Wieże, blanki, lochy, rycerze, te sprawy… Aha, właśnie, lochy. Jeżeli łapiecie czeski humor, znaczy się branie jakiejś konwencji i dyskretne doprowadzanie jej do skrajności, a przez to do parodii, to pędem do lokeckich podziemi! Czesi urządzili tam wystawę średniowiecznych narzędzi tortur w postaci kukiełek poruszających mechanicznie nogami i głowami, rozkrojonych na jakichś żelaznyxh dziewicach; do tego plastikowe szczury, gumowe koścuiotrupy i blackmetalowe skrzeki z offu. Pure camp, innymi słowy.

A potem dróżką przez tętniące wiosną doliny Sławkowskiego Lasu do Górnego Sławkowa. Polany pod Bukową pachniały pierwszymi cytrynkami, Boąí?any szumiały ruinami opustoszałych młynów i poniemieckich zagród, a z zapomnianych kopalni drzewa wyciągały korzeniami waciki obłoków na przesycony błękitem widnokrąg. I było ciepło.

Górny Sławków to z kolei klimaty bardziej zachodniopomorskie, w sensie że wyburzenie po wojnie 2/3 starówki bo coś tam (że za bardzo burżuazyjna i poniemiecka bodajże) i uszczęśliwienie dziur po kamienicach ludowymi blaszakami. Odpocząwszy kawałak w tych onirycznych wrakach komunizmu wsiedliśmy w autobusik i pomknęliśmy do Be?ova nad Teplou z ambitnym zamiarem zwiedzenia zamku, który to zamiar szybko skorygowali nam Niemcy wykupując przed nosem wszystkie bilety do końca dnia. Hahaha, bardzo śmieszne. A zamko-pałac, z tego, co cało się dostrzec z zewnątrz, zdecydowanie godzien polecenia; samo miasteczko również przepiękne, choć muzeum zabawek sobie darujcie.

Powrót rzecz jasna nie mógł nastąpić tak sobie wygodnicko: pociągiem (prywatnym!) człapnęliśmy się tylko do Cihelen, z których wzdłuż melancholijnego, zamglonego, wieczornego przełomu Ohrzy wróciliśmy na pole namiotowe, uraczając się jeszcze po drodze całkiem pozytywnymi Svatoąskimi skálami, pozytywnie wystającymi z nurtu Ohrzy jakoś tam dość wysoko.

Następnego dnia (niestety) zerwaliśmy się (zbyt) rano, za co wszakże Ohrza uraczyła nas zwiewnymi, iście jesiennymi mgłami snującymi się nad jej nurtem i zawijającymi się nad wirami w arabeskowe wzory. Opuściliśmy w końcu to ekscentryczne pole namiotowe i serią motorá?ków – przesiadki w Novym Sedle i Chebie – dojechaliśmy do Soosa. Ów trochę rozczarował, bo zachwalane w przewodniku gazy wulkaniczne istotnie żwawo sobie bulgotały w bagienku, ile że to bagienko było rozmiarów mózgu wszechpolaka, nieduże zatem. Może to kwestia panującej akurat w Czechach ciężkiej suszy, bo że siarka wydobywa się tam gęsto, to zaświadczał nos i żółte ciapy na wypalonych trawach. W ogóle to trochę dziwnie się czułem: w końcu za wycieczkę wokół Siarkopolu nie trzeba płacić, a wrażenia estetyczne podobne.

Nic to, kolejnym motorá?kiem (którego to pojazdu w życiu nie przestanę zachwalać) dojechaliśmy do Lubego, po czym przez łagodne garby zachodniej Nejdeckiej vrchoviny zeszliśmy do Kraslic. Po drodze był Wysoki Kamień z bukoliczną panoramą na skąpane w kwietniowym słońcu bezkresne lasy Rudaw i mniemany autobus z Kostelnego, który był w rozkładzie, ale wybył z rzeczywistości, o czym poinformowała nas miła pani tubylec: no bo wakacje, dzieci nie ma, to kierowca stwierdził że nie będzie kogo wozić i już dzisiaj więcej nie przyjedzie. Co tam, 11 km w tę czy we wtę nie robi przecież różnicy, zwłaszcza, że wiodą te kilometry przez trawiaste grzbiety pod Sokołem, z których dookolna, czesko-niemiecka perspektywa koi oczy i duszę. Nocleg złapaliśmy planowo w ruinach wsi Rájec, na o dziwo dobrze wyposażonym i schludnym, choć drogim polu namiotowym. Aha, w nocy zimno było.

1 maja, jako Święto Pracy kompletnie paraliżujące komunikację zbiorową w Czechach i Niemczech, spędziliśmy krzątając się po pograniczu czesko niemieckim, opustoszałym po stronie słowiańskiej i przeładowanym po germańskiej. Ale nie, spoko, w porównaniu z byłymi Niemcami Zachodnimi góry dawnych Ossich uspokajają naszą hulaszczą słowiańską duszę wyzierającymi co i rusz śladami komunistycznej demolki tudzież czarującym nieopanowaniem (siatka druciana w poprzek szlaku, na „Szlaku Olbrzymich Mrowisk” wycinka drzew razem z mrowiskami, okazyjnie syfiaste domki jak u nas). Kościół w Klingenthalu można zobaczyć, ale bez przesady, muzeum akordeonów za szybko się zamknęło, samo miasteczko takie jakieś anemiczne. A teraz, uwaga, uwaga, bonus dla tych, którzy doczytali aż do tego miejsca: mianowicie instrukcja, jak wejść „po polsku” na wieżę widokową „'Otto Hermann Böhm'': otóż należy ustawić się w trzy osoby, zamiast w jedną, w intymnym ścisku w bramce – przeznaczonej teoretycznie dla jednego Niemca, widać dość grubego – po czym ostatnia osoba wrzuca 1 euro do automatu i wszyscy truchcikiem przechodzą, co wychodzi 33 eurocenty na 1 Polaka, czyli 1/3 ceny teoretycznej. Tylko się nie zablokujcie w bramce, bo siara będzie. A jak już się zablokujecie, to udawajcie Rosjan.

W temacie kubka na jednym ze zdjęć poniżej: to się zdarzyło następnej nocy, a kubek – dodam – został sfotografowany ok. 9:00, więc po parugodzinnym staniu na słońcu. A wszyscy przeżyli i nikt nawet kataru nie dostał. Sami widzicie, jacy my dzielni jesteśmy, hah, aż się wzruszyłem. Nie załamała nas nawet kuchenka gazowa jednej z Ani, która podczas gotowania jakiegoś zielska najpierw zapłonęła cała płomieniem à la Wietnam ’71, po czym majestatycznie eksplodowała przelatując torem parabolicznym tuż koło oka jednej z rzeczonych Ani i lądując gdzieś w poniemieckich krzakach. Frajdy było co niemiara.

Kolejny dzionek to przeprawa na linii P?ebuz – Luhy, przez samo serce Rudaw. P?ebuz, na wpół zrujnowane miasteczko na smaganym wiatrami płaskowyżu, jeszcze jakoś stał, ale z rozległych i bogatych niegdyś niemieckich osad Chaloupky (Chaloupek) i Jelení (Hirschenstand) zostały jedynie majestatyczne, szerokie, dzikie doliny, w których pasą się nie niepokojone stada saren, spomiędzy kamiennych podmurówek podrywają się bociany czarne i jastrzębie, a przez zarastającą drogę przeskakuje znianacka jeleń w pełnym porożu. Nasuwają się porównania do Syberii – nigdy wprawdzie tam nie byłem, ale to chyba podobnie musi wyglądać.

Głównego celu dnia, mianowicie Auersbergu z wieżą widokową i dokuczliwie wszechobecnym na każdej rudawskiej panoramie cypkiem radaru nie zdobyliśmy, a to z powodu indolencji autobusów spodeń. Zrażeni ich brakiem, wrzuciliśmy się w autostopy i wróciliśmy do granicy w Johanngeorgenstadt; tamże przebiliśmy się przez koszmarne miasteczko handlowe złożone z importowanych Wietnamców, z których jakieś 10% znało kilka podstawowych zwrotów po niemiecku, a 0% po czesku (i nie sprzedawali chleba ani niczego normalnego do jedzenia, hyhyhy, tacy byli weseli), przeszliśmy skalistą doliną Czarnej na polanę Luhy, gdzie zaanaktowaliśmy sympatycznie wyglądający trawnik przy jakiejś daczy, spaliliśmy sympatycznie wyglądające drewno na ognisko-kaloryfer (temperaturka była solidna), po czym udaliśmy się na krioterapię do namiotów. Daczarzowi wsadziliśmy pod wycieraczkę 20 K? za drewno i zdeptaną trawę. Jak nie wyciągnie do 2012 roku, to zabieramy z powrotem.

Po obudzeniu sprawdziłem, czy nikt w nocy nie zamarzł (o dziwo nie), po czym wyciągnąłem ludek wędrujący do Hornej Blatnej, skąd autobusem wjechaliśmy do Bożego Daru, najwyżej położonego miasta Europy Środkowej. Złamani nieco przeżytymi temperaturami zdradziliśmy na jedną noc hardkor i zadokowaliśmy się w pensjonacie ?áslavskich (świetne warunki i sympatyczny właściciel-exsportowiec, widząc nasze traperstwo zjechał z ceną z 250 do 150 K?), po czym, zwiedziwszy to urocze, drewniane miasteczko, zrobiliśmy rundkę po najwyższych szczytach Rudaw – Fichtelbergu i Klínovcu, zahaczając takoż o Kurort Oberwiesenthal, łączący kajzerowskie zaułki i kamieniczki z DDR-owskimi dziwadłami sportowymi (Fichtelberg był najwyższym szczytem NRD), w rodzaju skoczni narciarskiej w kształcie przeriośniętej lampki biurowej. Klínovec z kolei, poza piękną panoramą, oferuje także psychodeliczne ruiny na szczycie (rozpoznałem tam wieżę widokową, szczątki hotelu i jakies grzanki), tudzież czterech Niemców podwożących grupkę rozleniwionych Polaków (tak, to my) do Bożego Daru. Jak się dowiedzieli, że dotąd spaliśmy pod namiotami, to o mało co nie rozbili się na przydrożnym drzewie. Gutentaś i jakoś tak dziwnie świergotali, niby że dialekt saski. Das war ein bisschen schwierig um sie zu verstehen, doprawdy.

No, kończę, bo mi płeć piękna klawiaturę odłącza i w pościel zaciąga. Ostatni dzień górski spędziliśmy na szwędaniu się między Jachymowem a Bożym Darem; Jachymów poza częścią uzdrowiskową solidnie zdewastowany, choć przez to rzecz jasna niemożebnie klimatyczny; polecam odwiedziny w renesansowej mennicy i w śnieżnobiałych zwaliskach zamku. Rudawskie lasy wokół składają się chyba z samych wyrobisk kopalnianych, w każdym razie takie wrażenie odniosłem spróbowawszy przełaju nad Nowym Miastem – szliśmy tedy przez niekończące się pouranowe hałdy, czerniące się - zamiast normalnych leśnych wykrotów – otworami sztolni i przez zarośnięte jeżynami drogi kopalniane. Ponieważ Boźídarské raąeliniąt? było oficjalnie zamknięte (drewniany pomost przez bagno zdewastował był się), to zarżnęliśmy głupa i niby że zbłądziwszy uderzyliśmy przez torfowsko zimową nartostradą. Eeee, no bez przesady, da się przez to bagno spokojnie przebrodzić, a przynajmniej jest trapersko. Polecam, ale anonimowo rzecz jasna.

Wieczorkiem zjechaliśmy do Pragi, ponownie korzystając z zabójczo wygodnych autokarów Student Agency (linia Karlowe Wary-Praga), po której snuliśmy się dalsze dwa dni – niektórzy po raz pierwszy, niżej podpisany po raz piąty – ale zawsze coś nowego można przecież znaleźć w Najpiękniejszym (obiektywnie) Mieście Świata. Z przyczyny ilości moich w nim odwiedzin nie będę mizdrzył się po raz enty nad Kampą i Mostem Karola i tylko jeden tip: zajrzyjcie sobie na Złotą Uliczkę rano, tuż po jej otwarciu, i w dzień powszedni. Nie poznacie tego udupionego w wakacje miejsca. Bez dywizji Japończyków odradza się cała magia już-prawie-zadeptanego zaułeczka.

Powrót bez żadnych przygód, więc po co się rozpisywać. Ogólnie: Rudawy (+ Sławkowski Las) przepiękne, gorąco polecam je zwłaszcza turystom plecakowym i rowerzystom – niewielkie deniwelacje względne (bo bezwzględne bywają całkiem imponujące) i rozległe, dzikie lasy i poniemieckie polany czynią z tych gór raj dla ambitniejszych człapaczy.

Ja tu chyba jeszcze wrócę. Opravdu, je pro?.

**********************************************************************

Henriemu, w czwartą rocznicę odrzucenia systemu

Wyprawa do nie zbezczeszczonej krainy wszechświata


ZWRACAM SIę GłóWNIE DO WIęKSZOśCI LUDZI NIEZADOWOLONYCH I CZCZO
UTYSKUJąCYCH NA ZłY LOS LUB CIężKIE CZASY, PODCZAS GDY MOGLIBY SIę
STARAć JE POPRAWIć. PRZEMAWIAM TAKżE DO TYCH, KTóRZY NIEPOCIESZENI,
ENERGICZNIE NARZEKAJ? NA WSZYSTKICH, TWIERDZąC, ZE TO ICH OBOWIąZEK, JAK
RóWNIEż DO TEJ POZORNIE BOGATEJ, aLE nAJSTRASZLIWIEJ ZUBOżAłEJ KLASY
WSZYSTKICH TYCH LUDZI, KTóRZY ZGROMADZILI śMIECIE I NIE WIEDZą, JAK JE
SPOżYTKOWAć ALBO JAK ICH SIę POZBYć, SKUTKIEM CZEGO ZAKULI SIę WE WłASNE
ZłOTE CZY
SREBRNE KAJDANY.
[*]

Majówka tego roku zaczęła się moim wyjściem z akademika z przeładowanym
plecakiem: "Kuźwa mać, wszystko przez te puszki, zużyje się szybko i zelżeje ciężar". Udałam się do pracy, gdzie koleżanka ,wkuwająca
anatomię na "Lilii Wenedzie", zazdrościła mi gorących nocy w namiocie i
ogólnego odpoczynku. W pociągu na korytarzu śpiewali NIECH NAM ŻYJE,
NIECH NAM ŻYJE ARECZKA!!! I JEBANA LECHIA GDAńSK. U nas w Polsce panuje
straszne chamstwo i nikt nie liczy sie z tym, że upadla uszy drugiego,
światłego człowieka. Wylądowaliśmy w Nachodzie na krótką przerwę, gdzie
jeszcze nie mogłam przyzwyczaić się do zmiany czasu i miejsca.
Żałowałam, że ominą mnie urodziny Jaśka i grill u Rafała i kilka innych
małych rzeczy z mojej grupy. Studenckiej oczywiście, bo moja grupa jest
najlepsiejsza na świecie i nigdzie indziej nie ma takich okazów jak tam.
Po drodze była Praga i serce się wyrywało, aby uciec z dworca
autobusowego przez różne uliczki i odnaleźć Kafkę albo Husa. Niestety,
trzeba było
wsiadać do autobusu. ale... To nie był zwykły autobus, tylko Student
Agency z klimatyzacją i rozmaitym wygodnictwem. U nas w Polsce nie ma
takich rzeczy, u nas wszystko jest na miarę wytartego umysłowo sarmaty,
gnuśnego pseudorycerza składającego na ołtarzach trofea nicości.
Przykładem mogą być tu bracia K. ( nie mylić z Kennedy)i inni z
Włoszczowej.
Autobus stanął w Karlowych Warach, a tam był upał i biała gorączka
uderzała do głowy. Można było się rozebrać do naga i tak paradować
ulicami tego kurortowego Olimpu. Miasto wciagnęło mnie od razu, rzucało
pięknymi kamienicami, żródełkami, sklepami, widokówkami, pięknością i
Dianą, na którą obowiązkowo musieliśmy wjechać. Tomek zawsze chce
wjeżdżać albo wchodzić i brać lornetkę, aby oglądać widoki- to jakaś
męska mania wielkości. Aczkolwiek Diana zła nie była, wokół niej pełno
świątyń dumania. W Karlowych można ujrzeć mnóstwo rosyjskich napisów, co
wkurzało Tomka łącznie z rosyjskimi kobietami. Ja lubię Gogola,
Dostojewskiego i Tołstoja, wiec mi się podobało. Do obiadu wypiliśmy
Kozela i żeśmy się upili kompletnie, myślałam że nie wyrobię na
zakręcie. Kiedyś na pewno wrócimy do Karlowych Warów i jeszcze raz
zakosztujemy Kozela i wreszcie kupię sobie wymarzone koraliki na bazarku
(wszędzie sprzedają to samo, a akurat tam czasu nie było się przyjrzeć).
Namioty rozbiliśmy na strasznym polu namiotowym u barbarzyńców w
okolicach Lokte. Tam była prawdziwa Sodoma i Gomora, a najbardziej w
łazience, co była li i jedynie ulepszonym wychodkiem. Jestem wodolubna i
elektrolubna, więc takie warunki upadlają moje zmysły piękna. Wchodzę
przecież normalnie, a tam lodowaty ściek, błoto na kurkach, komary i
tarantule patrzą z wysoka.Śmierdzi zgnilizną i aż strach wyjść w
okolicę- na fotelu rzekomych włascicieli wylegiwał się zblazowany rasowy
pies i wokół niego ujadały pospolite, zazdrosne o tron kundle. w
namiocie zadnych upałów, mróz totalny i trzęsłam się z zimna, więc
wkrótce zabrałam Tomkowi jego czarny puchowy śpiwór. Nowy dzień zaczął
się tym, że otworzyłam namiot i już nie byłam na polu namiotowym, tylko
u rzeźnika. Koło "biura" właścicieli stał wóz z zarżniętym prosiakiem i
jego wymionami, ryjem i wątrobą. Krew ściekała ciurkiem z niewinnej
istoty. Władowali świnię do przenośnej wędzarni i piekli. A niech ich
szlag trafi!
Udaliśmy sie na zamek w Lokte, który był przepiękny i miał mnóstwo
atrakcji wystawienniczych. Niestety, zaczęła boleć mnie tam głowa i
czułam, że pogoda się pogorszy... Lokte to taka mała osada jakby z
klocków, wszystko na takiej wysepce i aż chciałoby się odczepic most
zwodzony i odpłynąć. Później było chodzenie po lasach, bardzo ładnych i
pachnących i w taki sposób dotarliśmy do Górnego Sławkowa. Miły mój
szukał swojego kościoła, ale msza zdążyła przepaść. Byliśmy tam w muzeum
i
okazało się, że miasteczko zostało zniszczone. Prezentowało niesłuszne
cechy stylowe. Tam był drugi na naszej drodze Asia Shop, wcześniejszy
znajdował się w Lokte. Azjaci handlują kiedy się tylko da, oni zmęczenia
nie czują. Kolejnym punktem programu był Be?ov nad Teplou, tyle, że tam
nie weszliśmy- Niemcy, chamy jedne, wykupili wszystkie bilety i obsiedli
okoliczne lokale. Musieliśmy zadowolić się Muzeum hra?ek, gdzie były
same drewniaki pospolite z przedszkola. Zabawki dzieci tworzyły
zapewne pod przymusem pań przedszkolanek, dlatego drewniany miś był
krzywy, a laleczka nie miała zębów. Tragedia, nie polecam tego
dziadostwa. Przede wszystkim- nie było tam Krecika i przyjaciół, co
całkowicie dyskwalifikuje tą ekspozycję. Wracając przez Svatoąské skály
myślałam, że w końcu trzeba by się wziąć do nauki, zeszyty w namiocie
czekały. Tyle, że w namiocie owym oprócz kserówek był mróz, co położyło
nas do łózka ( i nie żeby w sensie pozytywnym- jakaś urocza drzemka,
zmęczenie czy
seks, tylko zimno i jak te bałwany zapakowane we wszystkie warstwy
zasnęliśmy).
Kolejny dzień przyniósł SOOS, to nie sos grzybowy ani boloński, tylko
niby wulkanowy, erekcyjny. Tfu!? Erupcyjny. To był rezerwat
archeologiczny ze ścieżką wśród tych erupcji i Dinomuzeum. Było tez
muzeum wypchanych ptaszysk, ale nudne, równie dobrze mogliby trzymac tam
wypchane inne części zwierząt lub ludzi. Po tych atrakcjach wędrowaliśmy
z plecakami do punktu przeznaczenia, co mnie wykończyło i klęłam
okropnie. Pogoda piękna, gdzieś tam Wysoki Kamień i pola pełne traw, ale
cóż z
tego, skoro plecak ciężki mimo zjedzonych puszek. Chodzenie z plecakiem
powszechnie osłabia morale i wywołuje agresję.

ZMIENIłEM ZARóWNO MIEJSCE JAK I CZAS, żYłEM BLIżEJ TYCH SFER
WSZECHśWIATA I EPOK HISTORII, KTóRE NAJBARDZIEJ MNIE POCIąGAłY.
zAMIESZKAłEM W TAKIEJ ODDALI, JAK GDYBYM SIę PRZENIóSł W rEGIONY
WYPATRYWANE PRZEZ ASTRONOMóW.


Jechaliśmy autobusem wśród pielgrzymki bądź lokalnej manifestacji. To
był fajny widok, ale nie było się o co martwić, bo każdy miał torbę
pełną zakupów z Tesco w Kraslicach.Tam stał taki zwariowany pan i gadał
sam do siebie i do darmowego skutera dla wszystkich, co jeździł po
ulicach. W każdym razie wylądowaliśmy w okolicach Nancy ( nie mylić z
francuskim Nantes, o co ja bym dała, żeby znaleźć sie we Francji!!!)i
tam na polu rozbiliśmy namioty. Dzięki Bogu ciepła woda uratowała
wszystkim
dziewczynom życie, w końcu jest ona najbardziej potrzebna. W nocy znowu
mróz i pełnia ksieżyca uderzała do głowy, ale żadnych szans na żadne
grzechy- kompletnie zimnica zmroziła nam członki. Rozgrzał mnie "Dom z
papieru" Domingueza i jego główny bohater.

MAłO KTO UCINA SOBIE POłGODZINNą DRZEMKę PO OBIEDZIE, WSZELAKO GDY SIę
BUDZI, CHWYTA SIę ZA GłOWę, PYTAJąC "cO nOWEGO SłYCHAć", JAK GDYBY
RESZTA LUDZKOśCI TRZYMAłA PRZY NIM wARTę.


No właśnie, poobiednia drzemka!!!! Najważniejsza regeneracyjna część
dnia, jak można jej nie lubić???? Tymczasem wędrowaliśmy bez opamiętania
na kanapkach, jabłkach i batonach, a obiad jedliśmy wieczorami! Żadnych
drzemek, żal okropny. Po drodze Bublava, czyli bublarska wieś z Asia
Shopem na granicy, Kamená? czy inna tam niemiecka góra z wieżą
widokową za euro ( oszukiwaliśmy)i zaspany Klingenthal. Muzeum
akordeonów nie otworzyło nam swoich podwoi, ale najeździliśmy się ładnymi
autobusami. Lasy były ładne, z napromienowanym potokiem, ale nie
wyleczył mi zatok w żaden sposób ( bo szukam cudownego sposobu na zatoki
i migreny od lat).
Nazajutrz zapakowaliśmy ciężary i brudni pojechaliśmy do Kraslic. Ci z
kempingu odcięli ciepłą wodę, bo zapłaciliśmy za mało koron.
Beznadziejni materialiści. Patrycja z Florianem uciekli do ciepłych
krajów, czyli Karlowe Wary i inne cuda; mieli ponad wszystko rację, bo
mróz dawał po głowie ( zamarznięte kubki, szron na namiotach, a wody
gorącej jak na lekarstwo). Dojechaliśmy do P?ebuza, gdzie nie było
żadnego sklepu, tylko my z tymi przeklętymi plecakami na plecach. Po
drodze był
brudny ściek, gdzie każdy przeszedł bezboleśnie oprócz Tomka- tenże
chciał zrobić sobie krzywdę i przejść jeszcze raz i się wypierdzielił w
te bajoro. Kompletna wariacja, kompromitacja. Nie mówiąc, że wiedziałam
że tak będzie, myślałam sobie : "wypieprzy się, pewno że tak " i właśnie
w tym momencie poleciał w kanał. W końcu, jak wiadomo, jestem czarownicą
i spełnia się to o czym myślę. Tomek wyglądał od tej pory jak Jankes na
łowach. Po wypiciu pół litra Cambrinusa dostałam spida ostrego i byłam
pierwsza na granicy niemieckiej. Przez te
plecaki wszyscyśmy byli wykończeni i po burzliwych stopach dotarliśmy do
małego Hanoi. Pot??ky- granica niemiec i Czech- bazar azjatycki-Hanoi-
Laos- Kambodża- chińskie zupki i sztuczne żarcie. Koszmar. Potrzeba nam
witamin, a nie pustych węglowodanów!!! Padając na mordę osiedliliśmy sie
na małym wzgórzu u progu domku nieznajomego. Tam był dziki nocleg, mróz
straszny i szemrzący potok.

CIężKO JEST ZDOBYć I UGOTOWAć TAK PROSTE I CZYSTE POżYWIENIE, aBY NIE
RAZIłO UCZUć ESTETYCZNYCH..


Zrobiliśmy ognisko, aby się ogrzewać, do menażek wpadała smoła i
drzazgi, mieszały sie z niestrawnym chińskim makaronem.


PRAGNąłEM żYć PEłNIą żYCIA I WYSYSAć Z NIEGO CAłą KWINTESENCJę, żYć TAK
śMIAłO I PO SPARTAńSKU, ABY WYKORZENIć WSZYSTKO, CO NIE JEST żYCIEM.
NALEżY UPRASZCZAć, UPRASZCZAć. ZAMIAST TRZECH POSIłKóW DZIENNIE LEPIEJ
JADAć JEDEN(...).



Wody gorącej pragnęłam, nic więcej. I dużej ilości majonezu oraz garści
pistacji.
Nikt nas nie namierzył i nie zgarnął z terenu, to i udało sie wstać i
iść dalej. Obolałe mięśnie nie dawały spokoju, ale to były nasze
ostatnie momenty z plecakami. W Hornej Blatnej wsiedliśmy w autobus i
wysiedliśmy w urokliwym Bożym Darze (Gottesgab- jak na niemiecki brzmi
ładnie, więc i użyć można), gdzie zanocowaliśmy w Penzionie Konzum. Tam
też każdy z nas mógł spełnić większe i mniejsze marzenia :-) Dostaliśmy
czteroosobowy pokój, ale i tak zrobiliśmy przekręt i zajęliśmy dwa
pokoje, aby każdy miał dużo odpoczynku i przyjemnośći. Najpierw jednak
trzeba było się zmęczyć- poszliśmy na Fichtelberg, ale to bardzo ładna
góra, więc się opłacało. Przez Kurort Oberwiesenthal przeszliśmy na
Klínovec, gdzie było męczące podejście i oczekiwałam tam souvenirów i
budki z piciem, a tam... Ruiny, kompletne ruiny!!! Po powrocie było
mycie i gotowanie i "Prywatki młodzieżowe w czasach PRL", moja czytanka
na zajęcia z historii Polski XX wieku. Zapomnieliśmy o mrozie raz na
zawsze. Kolejnego dnia zwiedzaliśmy Jachymów, który urzekł mnie swoim
klimatem rozpadlin i ruin oraz muzeum (dobre muzeum z dobrą ekspozycją
jest bardzo podniecające, to takie moje skrzywienie zawodowe). Lasami,
przez bagniska, wróciliśmy do penzionu.
Wreszcie wieczorem byliśmy w Pradze, a tam na polu namiotowym była cisza
i ciepło w namiotach. A co widziałam w Pradze, to wam nie napiszę, bo to
moja tajemnica. Zabytki należą do muzealnika i nikomu ich nie dam. Ręce
precz od Złotej Uliczki, św. Wita i innych specjałów! W Pradze rządzi
Kafka, most Karola i Mucha, który malował piękne kobiety. W Polsce jest
coraz mniej ładnych kobiet, kanony piękna prezentują rządowe damy.


PRZESTAŁEM MIESZKAć W LESIE Z POWODÓW NIE MNIEJ WAŻNYCH, aNIŻELI
ZACZ?ŁEM. MOŻE WYDAWAŁO MI SIę, ŻE DYSPONUJę JESZCZE PAROMA INNYMI
ŻYCIAMI, PO CO ZATEM WŁAŚNIE NA TO JEDNO POŚWIęCAć WIęCEJ CZASU.

LUDZIE WRACAJ? bOJA¬LIWIE DO DOMU ZALEDWIE Z S?SIEDNIEGO POLA CZY ULICY,
GDZIE STRASZ? ECHA ICH DOMOSTWA, TOTEŻ I ŻYCIE ICH MARNIEJE, ODDYCHAJA
BOWIEM WCI?Ż OD NOWA TYM SAMYM POWIETRZEM; ICH CIENIE RANKIEM I
WIECZOREM SIęGAJ? DALEJ ANIŻELI KROKI, KTÓRE POSTAWILI W CI?GU DNIA. DO
DOMU POWINNIŚMY WRACAć Z DALEKICH STRON, PO PRZEŻYCIU PRZYGÓD I
POKONANIU NIEBEZPIECZEńSTW, PO ZROBIENIU CODZIENNIE NOWYCH ODKRYć-
POWINNIŚMY WRACAć Z NOWYMI DOŚWIADCZENIAMI I WŁAŚCIWOŚCIAMI.


Tak właśnie! To była wspaniała wyprawa, pełna azjatyckich wrażeń, bez
wody i całej masy udogodnień, ale warto było dźwigać ten pojebany
plecak. I trzeba było wrócić, niestety, a ja na przykład boję się wracać
do własnego domu, bo mi klub otworzyli pod podłogą i rąbie po głowie
nocami. Kiedyś spuszczę na imprezowiczów z okna miskę z wodą. Lodowatą
oczywiście.


[*]Wszystkie cytaty z H.D. Thoreau, Walden czyli życie w lesie, tłum.
H.Cieplińska, Poznań 1999.
zdj1
Zamek w Nachodzie, czyli krótka przerwa podczas przesiadki
zdj2
Karlowe Wary - Trźní kolonáda i wznosząca się nad nią Zámecká v?ź
zdj3
Pole namiotowe pod Loktem - po obudzeniu się można trafić na dość nieoczekiwane widoki
zdj4
Zamek w Lokti - wieża i jedno ze skrzydeł zamkowych
zdj5
Zbiorówka na zamku: od lewej Florian Piotrowski, Patrycja Kalenik, Tomasz M. K. hr. Larczyński, Ania Knoff, Agata hr. Larczyńska-Węgrzyniak i Ania Bogalecka
zdj6
Wiosna w Sławkowskim Lesie. Z tyłu Stránisko, a z prawej wyłania się wygasły wulkan Anielska Góra
zdj7
Fragment pałacu w Be?ovie nad Teplou
zdj8
Svatoąské skály nad Ohrzą
zdj9
Rezerwatu ''Jan Svatoą'' ciąg dalszy
zdj10
Wbrew pozorom był to jeden z cieplejszych poranków
zdj11
Świt nad Ohrzą
zdj12
Soos - torfowisko z wykwitami soli (białe) i wulkanicznej siarki (żółte)
zdj13
Chilloucik nad ?melákiem
zdj14
Wysoki Kamień
zdj15
Kościół Bożego Ciała w Kraslicach
zdj16
To była naprawdę hardkorowa noc, co widać po tym zamarzniętym do dna kubku z herbatą
zdj17
Widok z wieży widokowej ''Otto Hermann Böhm'' na Kamená?u w stronę Okrouhlíka i wyłaniającego się z prawej Kiela z wieżą przekaźnikową
zdj18
Potoczek pod Okrouhlíkiem
zdj19
Ośmioboczna barokowa świątynia ''Zum Friedensfürsten''
zdj20
Rolava w ruinach wsi Chaloupky - ta próba przejścia za chwilę zakończy się dość bolesnym wodowaniem
zdj21
Nieważne, że nocujemy na dziko w środku lasu, nieważne, że w nocy jest -5 - fason trzeba trzymać!
zdj22
Widok z Fichtelbergu na Klínovec i dolinę Granicznego Potoku
zdj23
Kurort Oberwiesenthal. Dobre były te lody.
zdj24
Ostatnie płaty śniegu (sztucznego, ale co tam) pod Klínovcem, na nartostradzie Dámská
zdj25
Mennica w Jachymowie - miejsce narodzin talara, czyli przodka dolara
zdj26
Zniszczony pomost przez torfowisko Boźídarské raąeliniąt?
zdj27
Uroki Pragi - dachy Małej Strany widziane z Hradczan, z wieżami kościołów św. Tomasza i św. Mikołaja
zdj28
I tak każdy to zna, ale dla przypomnienia: Małostrańskie Wieże Mostowe i Most Karola
zdj29
Synagoga Staronowa
zdj30
Fasada zachodnia katedry św. Wita
Komentarze wyjazdu
Mariusz Kulczycki
Wili
klubowicz
wiliino@op.pl   
:) :: 2007-05-16 18:54:05
fajne fotki :) a relacja jakas bedzie ??:)
Tomasz Larczyński
Rycerz Blizbor z ZielonegoLasu
klubowicz
mestwin@wp.pl   
Relacje :: 2007-05-17 00:00:42
się piszą (co najmniej 2 #-))) ale sam wiesz, co ma teraz zarząd na głowie... A Agata młyn na uniwerku.
Ania Knoff
żyrafa
gość
zyrafi-chan@o2.pl   
czesi palili czarownice, ale udało mi się wrócić cało :) :: 2007-05-28 16:04:28
Relacje się pojawiły. Pięknie!

ale, ale...
mojego poprzedniego komentarza nie ma ;( szatan działa, ot i co! Powtórzę tylko, że wyjazd przedni, a poza dniami „plecakowymi”, kiedy po paru km miałam ochotę spłaszczać te chrzanione podejścia spychaczem, a plecakowi groziłam wystawieniem na allegro, było naprawdę fajnie :)

Dodam jeszcze, że jestem dumna niesłychanie, że foto moich raciczek stało zdjęciem „logo” (czy jak się to tam…) wyjazdu :) he he

W sprawie kuchenki: kuchenka mentalnie okazała się być wahadłowcem i postanowiła zrobić to, co leży w naturze każdego szanującego się wahadłowca: wznieść się w przestworza. Byłam tak wzruszona tym, że odnalazła swoje przeznaczenie, że nie mogłam jej przeszkodzić. Dosłownie :) Start okazał się nader głośny (przybiegli wszyscy, którzy byli wtedy na kempie :>), ale to nic w porównaniu z efektami wizualnymi. Odpalenie silników spowodowało wystrzelenie w powietrze tumanów pyłu z ogniska (tam się po krótkich przepychankach znalazł wahadłowiec-samozwaniec), tak, że na chwilę zrobiło się ciemno :) Teraz już wiem, co czuły dinozaury, kiedy meteor trzepnął w Ziemię i pyły nastały :) Wrak odnalazł się dopiero następnego dnia. O dziwo, nie w krzakach, a w pojemniku na plastikowe odpadki.

a na końcu (a jakże!) pozdrowienia dla współtowarzyszy doli i niedoli ;)