glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Śniegołazy 2007
termin: 17/18.II
sezon: Wiosna 2007
1168826948
Autor tekstu: Tomasz Marek Karol hr. Larczyński, arekp, Adam Chmiel
Autor zdjęć: Michał Kasperowicz, Olga Żebrowska, arekp, Maciej Rynkiewicz

Przypominamy, że na osoby, które przeszły całą trasę, czekają w klubie dyplomy!


UWAGA

Na stronie wydawnictwa ExpressMap www.e-map.pl możesz otrzymać 20% RABATU na wszystkie produkty z oferty. Wystarczy że podczas wypełniania danych osobowych wpiszesz w pole "hasło promocyjne" GDAKK a rabat zostanie Ci przyznany!

Sponsorzy imprezy:

Express Map

Eco-Kapio



KONKURS ŚNIEGOŁAZOWY


Co można wygrać?
11 zestawów map ufundowanych przez wydawnictwa Express Map oraz Eko-Kapio :)

Jak wygrać?
Bardzo prosto! Wystarczy wejść do Księgi Gości, wpisać w temacie:

KONKURS ŚNIEGOŁAZOWY

Następnie w treści napisać, która z relacji z wyjazdów zamieszczonych na stronie podobała Ci się najbardziej i krótko uzasadnić (w 1-2 zdaniach) dlaczego? Nie zapomnijcie się podpisać i podać maila!

Zestawy map zostaną rozlosowane wśród osób, które w terminie do 25 lutego dokonają konkursowych wpisów w Księdze Gości.
Nagrody będzie można odebrać w każdy piątek na spotkaniu klubowym od 19:30.


Czekam na zdjęcia oraz na relację z grupy wejherowskiej i od rowerzystów. Zapraszam też wszystkich do komentowania!

Na początek w miarę zwięzła relacja grupy sopockiej.

Tak więc ruszyliśmy planowo, w składzie nielicznym, acz zwartym - 15 osób. Niewątpliwie animuszu dodało nam to, że natychmiast, gdy skończyły się latarnie ...zgubiliśmy szlak. Ale to tylko pierwsze koty za płoty i potem szło nam wszystko płynnie, w czym spora zasługa Janka Wojciechowskiego (wielkie dzięki!). Początkowy odcinek szlaku był piękny - co chwila nocne widoki na morze świateł Gdyni - acz męczący: liczne i strome wzniesienia i często-gęsto wiatr w twarz. Dodatkowym urozmaiceniem była przeprawa przez Kaczą sposobem "na hopka". W Chwarznie grupę dość skutecznie przetrzebił kuszący swym wnętrzem nocny autobus, który czekał na pętli (a wiało akurat niemiłosiernie); reszta mogła się za to zapoznać z najbardziej wyrypiarskim odcinkiem szlaku (Wiczlino-Niemotowo), który wiedzie licznymi zakosami i przecina stromymi wejściami i zejściami ileś tam grzbietów. Tak nam się to spodobało, że pewien odcinek przeszliśmy trzy razy (a nie mówiłem, żeby skręcić w lewo, no?!), wywołując pewne reminescencje Blair Witch Project ("kiedy poprzednio tedy szliśmy to tych gałęzi tu nie było!"). Ponadto tamże spotkaliśmy rowerzystów. Za Niemotowem szlak się uspokoił i już było lajtowo. Na pielgrzymkę z Wejherowa natknęliśmy się w Gacynie - jako że zimno było, to po względnie krótkich obściskach każdy ruszył w swoją stronę. Przedświt złapał nas zaraz za Pałsznikiem, wschód - pod Pucką Górą. Szczególnie piękny była w ten wczesny poranek budząca się do zycia dolina Cedronu, gdzie co chwila przecinały nam drogę różne mniejsze i większe żyjątka. Do Wajerowa, do znaku końcowego szlaku, dotarła jedynie garstka - 4 osoby - i niech padną nazwiska tych bohaterów:
Ja
Jan Wojciechowski

Jakub Mężyk

"Tomek z Fif"


___________________________
A oto relacja rowerzystów:

Pod dworzec główny PKP zaczęliśmy zjeżdżać ok.20.40. Piechurzy już byli na miejscu i dobijali kolejni. Dokładnie o 21.45 organizator opisał krótko zadania i rozdał materiały szlakowe (czyt.: reklamowe) - skapnęło i nam. Nie każdy z naszych jednak je wziął, wiadomo - każdy dodatkowy gram na rowerze się liczy, a ja i tak byłem obładowany zbędnym balastem, typu: aparat, 3 komplety baterii do GPSa i tym podobne, tonę ważące nikomu niepotrzebne rzeczy. Punktualnie o 21.00 nastąpiło pożegnanie piechurów - my musieliśmy chwilkę poczekać na araszka, ale mimo tego, że i tak było już widać jego światełko na końcu ulicy to poczekaliśmy spokojnie, aż dojedzie, bo okazało się, że niektórzy z nasz już rozpoczęli popas Piechurów mogliśmy więc żegnać jeszcze raz koło kościoła Św. Leona.

Na początku, szybko połykaliśmy kilometry - ten odcinek szlaku był nam bardzo dobrze znany - jechaliśmy tędy nie raz. Pierwszy oficjalny popas zrobiliśmy nad jez. Borowo. Tu obejrzeliśmy materiały otrzymane od organizatorów. Niezłych przeżyć turystyczno-rowerowo-kulturalnych dało nam zapoznanie się z ładną laminowaną mapką okolic Koziej Wólki. Szybki posiłek, gorąca herbatka i dalej na szlak.

Jeziorka Pałsznik, Wygoda, Bieszkowickie i Zawiat przeleciały nam za oknem pociągu prawie niezauważalnie. Z małym wyjątkiem udokumentowanym zdjęciem. Na jednym z jezior Tomciog zaparkował rower - dosłownie. Jakże się zdziwił kiedy zaczął wiać wiatr i rower zaczął mu sam na lodzie jechać.

Tradycyjnie w Bieszkowicach szukaliśmy czerwonego szlaku - oznaczenia pierwsza klasa Ale wiedzieliśmy gdzie go szukać więc nie było źle. Jeszcze przed Piekiełkiem mieliśmy się przekonać co nas czeka, aż do samej Gdyni - koleiny. Najpierw ja, o mało co się nie wywróciłem na jednej, a zjeżdżając do samej leśniczówki wywrotkę miał Mit. Na dole okazało się, że ucierpiał na tym przedni błotnik - wypadł częściowo z mocowania. Ja jednak książki o naprawie roweru nie czytałem, więc zamiast naprawić to pomogłem go zepsuć. Efekt: mit ma tylko połowę błotnika - reszta wylądowała w moim plecaku.

Kolejne poszukiwania szlaku były w okolicach Łężyc - i to nie jeden raz!!! W tym miejscu można by szkolić znakarzy jak nie należy znakować szlaków. Tak czy inaczej szlak odnaleźliśmy i zaczęliśmy powoli się zastanawiać gdzie są piechurzy z grupy sopockiej i czy ich przypadkiem nie minęliśmy. Znowu popas w lesie za Łężycami i udajemy się w kierunku Chwarzna. Wspinając się na olbrzymią górkę, wreszcie gdzieś pod niebem pojawiają się światełka piechurów. Spotkanie w połowie góry (ale nie wiemy jeszcze, że najstromszy podjazd przed nami) przekazane życzenia "szerokiej drogi" od grupy wejherowskiej, wspólne zdjęcia, wymiana doświadczeń terenowych odnośnie dalszej trasy i "wio na koń" jak to mówił pewien Indianin dosiadając bizona. Na szczycie góry znowu konsternacja - jak można tak znakować szlak. Na jednym drzewie, dwie strzałki wskazujące przeciwne kierunki.

Jedziemy do Chwarzna. Zapewnienia grupy pieszej, że dalej jest już luzik były delikatnie mówiąc trochę przesadzone. Koleiny zrobiły się takie, że chwilami więcej było chyba prowadzenia roweru niż jechania. A jak było jechanie to w tempie prawie pieszym. Ale jakoś poszło. Kilka zapchanych przerzutek , zerwany łańcuch, pęknięta szprych to bilans tamtego odcinka. Przed samym Chwarznem odbiliśmy na obwodnicę, aby zjechać wzdłuż niej asfaltem. Niestety po ciemku Arszek i Łukasz nie mogli znaleźć ścieżki, która doprowadziła by do niego. Wynikiem tego było dostanie się na plac budowy i przedzieranie się przez kosmiczny krajobraz gór i dolin z piachu, dziur i innych "dobrodziejstw" budowy. Chwilami przychodziło zwątpienie. Na szczęście wkrótce odbiliśmy w las i droga zaczęła się robić coraz lepsza: najpierw skończyły się koleiny, potem zrobiła się ładna piaskowa droga, a w końcu trafiliśmy na szukany asfalt.

Radość wszystkich z jazdy asfaltem była tak wielka, że nikomu nie chciało się przydusić - wszyscy delektowali się gładkim toczeniem w dół, w stronę Chylonii. Po dojeździe do "głównej na Wejherowo" krótki popas przy sklepie nocnym i dalej już popędziliśmy do domku. Kilometry znowu zaczęły lecieć jak na taksometrze, tylko... no właśnie... było trochę nudno Prawie zasypialiśmy na rowerach. Po kilkugodzinnym wykrzykiwaniu "drzewa po lewej!", "koleiny prawej!"itp. na ostrzeżenie dla jadących z tyłu, teraz nikomu się już nie chciało nic mówić. Jechaliśmy więc w zupełnej ciszy, a jedynymi przeszkodami były krawężniki. W Rumii odwiedziliśmy stację BP, aby zobaczyć czy mają tam parówki w bułce (z ang. hot-dog ) i jak smakują. W Redzie pożegnaliśmy Łukasza i Bauera. W Wejherowie pożegnaliśmy się wszyscy.

W domy byłem kilka minut po 4.tej rano. Łącznie ok. 7 godzin podróży i ok 70km przejechanych.
Dokładne statystyki będą niedługo w Wyjazdach. Zdjęcia będą niedługo w albumie. Cierpliwości.

Dziękuję wszystkim. Było ciężko, ale było super!



______________________________________
...i na koniec refleksje z grupy wejherowskiej:

Przyszliśmy na dworzec główny w Wejherowie niemal punktualnie, o 20:45, chociaż chyba już w trakcie odprawy. Zastaliśmy grupkę składającą się z prawie 30 osób plus paru rowerzystów, z którymi szybko się rozstaliśmy. Kris akurat rozdawał ulotki promocyjne, na które rzuciliśmy się jak sępy – no wiecie, baliśmy się, że dla nas nie starczy . Chwilę postaliśmy, przywitaliśmy się ze znajomymi i paroma nieznajomymi osobami i wybiła 21:00. Ruszamy w drogę.
Przeszliśmy jakieś 20 metrów i… pierwszy podział – część idzie w prawo, część w lewo. Po paru chwilach identyfikujemy dobrą drogę i ruszamy wzdłuż torów do ul. Kopernika. Szybko, choć nie bez problemów, ponieważ dzięki swojej przytomności i zapału zdążyliśmy zgubić szlak, docieramy do parku Przebendowskich od drugiej strony. Tam zaczął się szeroki trakt w stronę dawnej cegielni. Grupa prowadząca narzuciła mocne tempo i wkrótce nasz peletonik mocno się rozciągnął, co z kolei spowodowało przymusowe postoje żeby grupa mogła się połączyć. Na szczęście nie brakowało atrakcji takich jak pieczenie ciasta w przydrożnych piekarnikach, co pozwoliło nam w dobrych humorach dotrzeć do j. Wyspowo. Krótka narada gdzie dalej i po chwili kroczyliśmy na krawędzi mocno podniesionych wód tego zbiornika. Bez strat w ludziach udało nam się znaleźć drogę, którą szlak odbijał od linii brzegowej i po chwili mkniemy w stronę borowa, nad którym nikt nie znalazł chwili na zadumę. Później jezioro Pałsznik (którego nawet nie zauważyłem, a z Wygody to tylko leśniczówkę zapamiętałem. Ale widać byliśmy zbyt zajęci maszerowaniem i dyskusją żeby zwracać uwagę, co kryje się w nieprzeniknionych ciemnościach, które nas otaczały. Jakiś czas później stawiliśmy się nad Bieszkami. Tu mała rozterka – część grupy nie chce szlakiem omijać jezior i rusza na skróty prosto do j. Zawiat. My poszliśmy zgodnie z czerwonymi drogowskazami i spotykamy się na szosie w Bieszkowicach. Tutaj mała konsternacja. Część poleciała dalej, niektórzy jeszcze odpoczywali, potem ruszyli wszyscy, to znów na kogoś czekaliśmy. Po jakimś czasie udało nam się zebrać i dotarliśmy do Piekiełka. Dostaliśmy informację że grupa sopocka jest niedaleko i po chwili następuje długo oczekiwane spotkanie. Wszyscy się rozsiedli, ale popas był krótki (może dlatego że jeśli ktoś miał kanapki to były zamarznięte albo mokre) i ruszyliśmy dalej, każdy w swoją drogę. Zaczęły się prawdziwe problemy organizacyjne i grupa wejherowska zamieniła się w niezależne grupki. Znalazłem się z sześcioma osobami na czele i dalej, szybko maszerowaliśmy razem. Jedyne utrudnienia jakie napotykaliśmy na trasie to czyhające na nasze oczy podstępne gałęzie, pozamarzane koleiny i skryty lód pod nogami. Jedna osoba zliczyła efektowną wywrotkę, jednak po otrząśnięciu się z prochów i pyłów stwierdziliśmy że przeżyje i ruszyliśmy dalej. Ponieważ szlak jest dobrze oznakowany, a niektóre osoby znały dobrze jego zakamarki napieraliśmy bez problemów, połykając kolejne kilometry. W pewnym momencie ku naszemu zdziwieniu (bo myśleliśmy że dawno zostawiliśmy resztę piechurów daleko z tyłu) zobaczyliśmy w oddali po naszej lewej stronie czołówkę. Po chwili nakrzykiwania zorientowaliśmy się że jest nas tylko szóstka, a tą osobą jest Kuci który w tylko przez siebie znany sposób znalazł się zupełnie gdzie indziej niż my. Na szczęście kierując się w stronę światełek w tunelu udało mu się do nas dołączyć. To nie koniec naszego zaskoczenia, bo po chwili zobaczyliśmy jeszcze parę czołówek. Ponieważ dwie z nich znalazły się blisko za nami, powoli posuwaliśmy się w stronę Chwarzna aby dać szansę goniącym. Nasze zdziwienie sięgnęło zenitu gdy na przystanku autobusowym zobaczyliśmy osoby z grupy wejherowskiej. Okazało się, że zrobili sobie skróty i czekają na autobus. Dowiedzieliśmy się również, ze mała grupka, w której znajdował się nasz kolega Kris, poszła dalej w stronę Sopotu. Rzuciliśmy się w pościg za nimi, a właściwie to Kuci rzucił się w pościg, a myśmy próbowali dotrzymać mu tempa. Po niedługim czasie dogoniliśmy ich, jednak nasz przodownik nie poprzestał na tym i ku mojej rozpaczy pognał dalej, jeszcze podkręcając tempo. Ostało nas się trzech – Kuci (nasz zając), Gabryś (który poprzedniego dnia był na 18-tce i spał 2 godziny) i ja. Niedaleko za nami dwuosobowy pościg. Na tamtym odcinku tak się skupiłem na utrzymaniu się z nimi, że nawet nie pamiętam kiedy minęliśmy Karwiny i znaleźliśmy się na obrzeżach Sopotu. Mieliśmy jeszcze przyjemność przebrnąć przez kamienny potok, gdzie będąc już po drugiej stronie miałem przyjemność sprawdzić czy but wsadzony do rzeki nabiera wody. No i dzięki temu doświadczeniu dowiedziałem się że jeżeli producent nie zapewnia że but jest nieprzemakalny to na pewno ma rację. No i w końcu dworzec. Po 10 minutach, które spędziliśmy na nauce obsługiwania automatu do biletów, dotarła goniąca nas dwójka. Gdy po kolejnych dwudziestu minutach wsiadaliśmy do SKM w stronę Wejherowa na peronie zjawił się też Kris & company. Pomimo że ten rekreacyjny spacer przemienił się w morderczy wyścig z czasem, a może właśnie dlatego, była to udana noc.



podsumowując wszystkie relacje - do zobaczenia za rok na szlaku!
zdj1
zdj2
Trasa wykreślona GPS-em
zdj3
Wejherowo - start
zdj4
zdj5
zdj6
Spotkanie rowerzystów z grupą sopocką - rejon na N-E od Dębowej Góry
zdj7
zdj8
zdj9
zdj10
zdj11
Koniec trasy rowerowej
zdj12
Na starcie przy przystanku SKM Sopot Kamienny Potok
zdj13
zdj14
zdj15
zdj16
Na postoju w Chwarznie
zdj17
A oto garść impresji grupy wejherowskiej
zdj18
zdj19
zdj20
zdj21
zdj22
...i na koniec ten sam słup, spod którego wyruszała grupa sopocka
Podliczenie trasy OTP
Trasa: WEJHEROWO, stacja kolejowa - jez. Wyspowo, brzeg północny - leśnictwo Wygoda - PIEKIE?KO, rozdroże - NIEMOTOWO, droga od szosy - las, dolina Kaczy, skrzyżowanie - SOPOT, Kamienny Potok, SKM
WEJROWÒ, ban – jez. Wëspòwò, nordowi krôj – lesyństwo Wëgòda – MÔ?É PIÉK?O, rozdarga – NIÉMÔTOWÒ, darga òd szasy – las, dolëzna Kaczé, skrzëżowanié – SOPÒTË, Szténflét, SKM
Data: 2007-02-18  Dystans: 51 km
Komentarze wyjazdu
Michał Rynkiewicz
Toff
klubowicz
3317349   michal_rynkiewicz@wp.pl   
mała poprawka :: 2007-02-27 12:49:56
Autorem relacji gr. wejherowskiej jest nie Adam ale Adrian Chmiel.