glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Zimowe Harce Wokół Wielkiej Fatry
termin: 5-12.II
sezon: Wiosna 2007
1168656354
Autor tekstu: Tomasz Marek Karol hr. Larczyński & Agata hr. Larczyńska
Autor zdjęć: patrz wyżej


Pokaż Zimowe Harce Wokół Wielkiej Fatry na większej mapie

Wyjazd sponsorowało hasło „dzielne Gdakki represjonowane przez pogodę”

Co nie zmienia faktu, że odrobina sprytu pozwoliła nam z pogodą zetrzeć się z pozytywnym wynikiem, w sensie że na każdą okazję mieliśmy plan awaryjny. No ale.

Na miejsce dojechaliśmy bez problemów (tak więc wyjazd był pod tym względem absolutnie wyjątkowy, bo i powrót bez żadnych przygód), z przesiadkami w Katowicach, Boguminie i Żylinie. Z ciekawszych rzeczy to tylko główna ulica Bogumina pod dworcem ?D, mianowicie nie – jak to w ?R zwykle bywa – Palackého, Husa, Komenského czy innego TGM-a, ale „Ad. Mickiewicze”, a więc nasi na Zaolziu ciągle się trzymają!

Pierwszego dnia zdążyliśmy tylko przekopać się przez Krzemnicę, którą polecam każdemu wszem i wobec. Na zamek można wprawdzie wejść tylko sześć razy dziennie (oczywiście nie w godzinach, które umożliwiają wyjście w góry), no ale jest jeszcze śliczny wertykalny rynek (na moje oko zagrożenie lawinowe od IV stopnia), potężne mury obronne, pełniące obecnie wiele użytecznych funkcji, jako to szalet (w budowie, za pieniądze UE), jedna ściana dworca SAD i słup ogłoszeniowy. Wreszcie Múzeum mincí a medailí, z którego piwnicy schodzi się wprost do kopalni. W ogóle miasteczka tego rejonu trzymają się gleby jedynie jakąś niezbadaną siłą antygrawitacji, bowiem ziemia pod nimi zawiera więcej korytarzy kopalnianych niż skał. Aha, i Centrum voµného ?asu Cvr?ek, nasza kwatera główna znaczy się: jak na 80 Sk to warunki wyborne, polecam. W kuchni radio odbiera polską Jedynkę, od 10:00 do 18:00 internet za darmo, a w pokoju za ścianą mieszka głuchoniemy Murzyn z Angoli, który mówi (a raczej pisze) jedynie po portugalsku i trochę po słowacku, zaś przebywa w Krzemnicy celem nauki w specjalnej zawodówce dla głuchoniemych stolarzy. W każdym razie pozdrówcie go w razie pobytu, który, jak już chyba wspominałem, polecam.

Następnego dnia złapaliśmy stopa na Skałkę, która przywitała nas naszą ukochaną, prześladującą nas od dawna mglicą (patrz Jesioniki, Tatry i sto innych wyjazdów). Ale trasy spoko dało się przejść, ratraki ubiły szlaki narciarskie na taką szerokość, że starczyło miejsca na boazerię i buty zarówno. Tak więc nie mieszkając stoczyliśmy się do przełęczy Tunel, pod którą biegnie tunel o ciekawej nazwie Tunel. Ale sam w sobie fajniawy, kopalniany dawny, ponoć można nim przejechać rowerem, co może być wszelako sporym wyczynem, jako że od zachodniej strony jego wysokość oscyluje w rejonach potencjalnego dzwonka (rowerowego). Stamtąd zserpentyniliśmy się dawną drogą kopalnianą, którą transportowano kiedyś urobek z kopalń Bańskiej Bystrzycy przez tunel Tunel, na polanę Cicha, z której mieliśmy (to rzadkość na tym wyjeździe) jakikolwiek widok, w tym wypadku na Malachovské predhorie z przyległościami.

No dobra, niech będzie, przyznam się: narzekam tak trochę dla picu, bo mgła w górach to też coś pięknego. Korony buków pod Skałką. Andezytowe duchy pod Vychnatovą. Zlatá cesta wijąca się rozmytymi zakrętami. No, takie tam.

Za Tajovem uprzyjemniliśmy sobie zejście do Bystrzycy złapaniem stopa z zapalonym hobbystą, którego hobby było mianowicie ścinanie zakrętów na górskich drogach. Zaraza, czemu ja zawsze trafiam na takich świrów podczas stopowania? Lokalna mafia w Baligodzie, drwale-intelektualiści w Dołżycy i teraz ten „golden boy“, eh. Natomiast nie wierzcie Pascalowi w temacie że Bańska Bystrzyca jest be i brzydka, bo właśnie śliczniutka, z długaśnym rynkiem zabudowanym pięknymi kamieniczkami, z zamkiem i świątynią przyozdobioną rzeźbami Mistrza Pawła z Lewoczy (wtajemniczeni wiedzą, reszta: patrz banknoty stukoronówki). W temacie taniej gastronomii polecam Wietnamców na Hornej (przy poczcie, w menu jakieś bambusy w dużej ilości).

Kolejnego dnia planowaliśmy ambitnie zadziałać i ze Skałki walnąć trawers przez Góry Krzemnickie do T?ni, ale smętnie pokapujący deszczyk (no dobra, lało) i spływające Patrizánską doliną błotko zmusiło nas do realizacji planu B: do docelowego Zwolenia doczłapaliśmy się autobusem przez nieśmiertelny ®iar nad Hronom (Centrum Sterowania Wszechświatem, bloki z dupy i czwarty wymiar za każdym rogiem), po czym wypuściliśmy się na deszczowy spacerek na Pusty Zamek. Przewodnik reklamuje go jako „największy na Słowacji pod względem zajmowanej powierzchni“; co prawda poza ową powierzchnią to za wiele on nie oferuje, ale na takie deszczowe niewiadomoco to w sam raz. Nie idźcie tylko niebieskim od stacji, bo przed mostem nad Slatiną trafia się na „romską osadę“; no i jeżeli ktoś choć trochę zna Słowację, zwłaszcza wschodnią, to już wie o co biega. Choć z drugiej strony miłośnicy doznań ekstremalnych mogą się czuć usatysfakcjonowani, o, taki na przykład nowatorski sposób wyrzucania śmieci:

1) otwiera się okienko z dykty na II p. (wszystkie szyby są już wybite)
2) wysuwa się ręka z wiadrem
3) ręka robi obrót o 180˚
4) odwrót ręki z wiadrem
5) sztuczna hałda wokół domu powiększa się znów o kilkanaście cm

Aha, i woda minaralna w źródełku ?ervený medokýą bardzo w porządku. Ale spoko, to spory kawałem za Cyganami. W samym Zwoleniu bardzo ładny zamek, ale do środka (znowu wbrew Pascalowi) nie warto się wbijać, choć bilety tanie dla studentów. W ogóle to postać twarzy kierowców słowackich autobusów, kiedy podtykałem im pod oczy moją legitkę (nominalnie ulga 50% przysługuje studentom, ale słowackim): takich opadów szczęki jak tam to w życiu jeszcze nie widziałem. Ale w większości wypadków sprzedawali ulgowe!

Wreszcie najważniejszy dzień: wyprawa w samo serce zimowej Wielkiej Fatry, na Kríźną i Ostredok, szlak tylko dla zuchwałych, solidna górska przeprawa. Hahaha, deszczyk! Leje! No więc nastały zwyczajowe nici: następny dzień spędziliśmy ponownie na realizacji planu B, którym w tym wypadku był zamek w Bojnicach. Po zwyczajowej przesiadce w ®iarze nad Hronom wysiedliśmy na dworcu w Prievidzy i... Nieeee!!! Nieeeeee!!!! Jezu Chryste, słońce nad górami!!! Piękny widok na Kríźną!!!! Czyli sytuacja najgorsza z możliwych: bo jak najpierw jest dobrze i potem dobrze, to dobrze, jak najpierw dobrze, a potem źle, to zawsze można się wycofać, a jak źle i źle, to przynajmniej sumienie nie gryzie. Tymczasem trzeba było strawić dzień na zasadzie „a jednak mogliśmy… “. Ale zamek kapitalna sprawa, naprawdę, wieżyczki, blanki i takie tam duperele. Zwłaszcza studnia: najpierw zagląda się w dół, a potem schodzi się do jaskini znajdującej się pod zamkiem i spogląda się w tę samą studnię, ile że od dołu. (A jednak mogliśmy pojechać w Wielką Fatrę!)Tamże zahaczyliśmy jeszcze krajoznawczo o Prievidzę (oprócz kościoła pijarów nic ciekawego) i wróciliśmy do Krzemnicy pociągiem bardzo malowniczą trasą z przesiadką w Hornej ©tubni, including mnóstwo tuneli pod (A jednak mogliśmy pojechać w Wielką Fatrę!) Kuneąovską hornatiną i widoki na „A jednak mogliśmy“. Konduktor w motorá?ku do ©tubni łyknął ściemę z biletami studenckimi, tylko zwyczajowo strzelał szczęką, natomiast połapał się jego następca w pociągu do Zwolenia (A jednak mogliśmy pojechać w Wielką Fatrę!), ale skończyło się na „żeby mi to było ostatni raz“. (A jednak mogliśmy pojechać w Wielką Fatrę!)

Nazajutrz – wreszcie – słoneczko! Udaliśmy się tedy do nieśmiertelnego ®iaru nad Hronom, gdzie najpierw zaliczyliśmy capiąco-industrialny odcinek wzdłuż huty aluminium i przez ruiny Hornych Opatovców do Szklanych Cieplic. Swoją drogą, heh, Opatovce wysiedlono po zbudowaniu huty, bo ludzie zaczęli masowo strzelać w kalendarz na jakiegoś gyfa od tych wyziewów, tymczasem 4 km dalej funkcjonuje sobie jak gdyby nigdy nic uzdrowisko – fakt, że za grzbietem, ale ten grzbiet to ma w porywach 250 m wysokości względnej, więc no nie wiem nie wiem. W Cieplicach chcieliśmy się burżujsko rozerwać w zewnętrzym basenie termalnym, ale go jednak na zimę wyłączają, a na jakieś pocieranie po plecach i inne ugniatania wałkiem do ciasta to byliśmy zbyt leśni. Tak więc opuściliśmy ten przybytek drobnej burżuazji i potoczyliśmy się dalej na Szczawnicę. Szlak pod Prvą jaskynią poprowadzony był iście po czarnogórsku, tzn. oznakowany był przyzwoicie, ile że wiódł stokiem na azymut, nie przejmując się jakimiś tam ścieżkami; no, ale dzięki temu trafilismy na sarniaste uroczysko i kilka ładnych widoczków. Które to w całej pełni rozpostarły się od Bartkovego Majera: Góry Szczawnickie, zresztą stanowiące kiedyś jeden olbrzymi wulkan, są w partiach szczytowych wylesione, przez co w ostrym zimowym słońcu wyglądają cudownie, niby błyszczące kłaczki waty rozłożone na szarych dolinach.

No i tak doszliśmy do Szczawnicy. To miasto niewątpliwie bardzo poetyckie (coś na kształt naszego Dolnego Miasta), ale średnio turystyczne: w sobotę po 12:00 wszyscy szczawniczanie barykadują się w domach, a po pustych ulicach między ruinami kamienic przemykają jedynie koty i zziębnięte gołębie. Szczawnica po zamknięciu kopalń powoli umiera, w porównaniu z okresem świetności straciła połowę(!) mieszkńców – a po tych walących się domach widać, że kiedyś była wielką miejscowością… A teraz, heh, o 15:00 w sobotę w całym mieście, z hipermarketami włącznie, nie mogliśmy znaleźć filmu do aparatu; stąd i ubożyzna zdjęciowa poniżej. Szkoda: bo podminowanie kopalniami jest tu zupełnie obłąkańcze, jeszcze bardziej niż w Krzemnicy – wchodzi się do nich nawet nie z piwnic, ale wprost z bram, które u nas wiodłyby na podwórka, a tam – w podziemne korytarze. No ale nic, po zjedzeniu czegoś tam w jednej z dwóch czynnych restauracji (nie licząc hotelowych) i upiciu się (to z rozpaczy) potoczyliśmy się na autobus i z dwugodzinną przesiadką w Perle Karpat (®iar, znaczy się) spadliśmy do Cvr?ka. BTW przejście w Szczawnicy z placu św. Trójcy na przystanek Banská ©tiavnica VÚLH, krętą drogą i po ciemku, jest, biorąc pod uwagę mój ówczesny stan, prawdopodobnie moim szczytowym osiągnięciem jeśli chodzi o posługiwanie się mapą.

W ramach powrotu zamierzaliśmy – skoro planowane na ten dzień Bojnice machnęliśmy wcześniej – powłóczyć się po Martinie. Co niestety nie wyszło, jako iż nie załapaliśmy, że zatoczka ze zwykłą wiatą robi w tym (okresowym przcież) mieście za dworzec autobusowy hahaha. Tak więc wysiedliśmy dopiero na następnym przystanku, a była to Żylina; pozdro dla kierowcy, który nie skasował nas za dodatkowy odcinek. Zagrożeni perspektywą rypania się po tym dość nudnym mieście, postanowiliśmy – po krótkim szperaniu w dwusetce Die Genaralkarte Slowakei - przejechać się na niedalekie Súµovské skaly. Niestety, po dotarciu do Hrabového okazało się, że niemiecka mapa (do tej pory niezwykle solidna) nas oszwabiła, a wejście na skały jest od Súµova, gdzie już nie zdążylibyśmy dotrzeć. Tak więc tylko pokręciliśmy się po zboczach Brady, wróciliśmy do Żyliny i wpakowaliśmy się w przyśpieszony do Krakowa.

Powrót, jak już wspominałem, odbył się (niestety?) bez żadnych przygód. No, może tylko cudowna wielodzietna rodzinka, która tak się schlała, że nie była w stanie wysiąść w Łodygowicach, wskutek czego zaczęła napastować kierpocia. Moim faworytem była nastoletnia dziewoja, która bohatersko niczym Emilia Plater w momencie kryzysowym rzuciła gromkie „tato, zostaw go, on nie jest tego wart!“, czym wywołała spazmy radości w naszym przedziale. Ale w końcu gdzieś tam wysiedli, potoczyli się w siną dal – i tyle.

* * *

Pod koniec stycznia nastały upragnione ferie i wreszcie można było wyspać się do południa. Zanurzona w piekielnych czeluściach Ingolstadtu i Archangielska, spędzając noce z dr Wiktorem Frankensteinem, czułam się wyśmienicie. Aż tu pewnego dnia Tomek, mój chłopak, ten kościsty czart o wiecznie łaszących się oczach, kazał się pakować i wsiadać do pociągu na Słowację. Oczywiście wyprawa była dawno zaplanowana, dawno schodzona w mapach i obliczona. Ciężko było oderwać się od błogiego lenistwa w
nudnym, deszczowym Gdańsku, ale jakoś dałam radę się wygrzebać. Po cichu liczyłam w końcu, że Słowacja będzie lepsiejsza niż Czechy i będą jakieś nowe atrakcje.
Z plecakiem jak najlżejszym (bo moją naczelną zasadą na takie wyjazdy jest, przede wszystkim, lekki plecak, gdyż moje leśne monstrum opracowuje tysiące męczących przesiadek po drodze) wtoczyłam się na dworzec. I od samego początku problem, znowu brak pieniędzy. I nie żebym znowu oszczędzała albo wydała na nowy stanik, tylko luby zapomniał stówy z biurka, które przecież nie zmienia położenia ani wymiarów ani kolorów. Do bankomatu iść mi się nie chciało, więc uznałam że albo starczy albo
będziemy cierpieć.
Podróż minęła bez większych kłótni, oprócz tego że znowu zostałam okrzyczana za stan migrenowy i nieprzytomność umysłu o 5 nad ranem. Żeby ten mój facet tak choć raz zaczął myśleć normalnymi kategoriami zdrowego umysłowo człowieka!!! Ale nie ma co tu liczyć, bo rodzeństwa nie miał, nikt mu porządnie specjalnie po głowie nie przyłożył, więc dopiero uczy się żyć. Chciałam wysiadać z pociągu i jechać do jakiejś uroczej drobnomieszczańskiej, górskiej dziury, ale pociąg ruszył.
Pierwszą uroczą stacyjką okazała się Żilina, nie jakaś tam podrzędna gadzina. Na środku niby Starego Miasta było Tesco, divadlo i inne średniego rodzaju specjały architektury. Dalej jechaliśmy autobusem do Kremnicy, co według opowieści mojego mapowego obieżyświata, miało być dziurą z małym sklepem, a okazało się towarem deficytowym polskiego krajobrazu, gospodarki i kultury. Dworzec mieli tam dobrzy ludzie w porządku, jeździli pilnie do pracy, uliczki kręte, ciemne; nad mieściną
świecąca bryła kościoło-zamku, w głębi muzeum i kilka knajp. To jest właśnie drobnomieszczaństwo, ale to dobre. Miejsce noclegu też niezłe- szkoła z nowoczesnymi łóżkami polowymi, grzejnik rozrzedzający umysł i sztuczne kwiaty na żółtym obrusie. Stół do ping-ponga z zepsutą paletką wydał mi się zbędny, ale po dwóch dniach skusiłam się na odbijanie piłeczki, a nawet wsadzenie jej Tomkowi na złość do buta. Ha,ha,he,ho,hi,hi,hi! Ha!
Śnieg zalegał na dworze, głodna byłam , więc po zwiedzeniu Muzeum Monet i Medali ( całkiem przyzwoita ekspozycja, a zwłaszcza obraz ze śmiesznym wizerunkiem śmierci) wpakowałam siebie i fotografa z krwawiącym palcem od opornej chińskiej zabawki do pizzerii. Następnie fotograf chciał obejść Kremnicę po zmierzchu, zapewne poszukując małej mgiełki, której na szczęście nie za dużo było. Dałam się skusić mimo okropnej ochoty na gorącą herbatę. Po powrocie grzejnik nadal nagrzewał
pomieszczenie, przerabiał umysł na rozklejoną galaretę. Moje stworzenie położyło się na materacu, ja za nim i powiew grzejnika ochoczo wkradł się w nasze członki. Gdy poczułam te delikatne dłonie na moim zielonym biuście, a nagim po minucie, już nie chciałam odmawiać. Rozjechaliśmy się pod nieznajomym jeszcze do końca nieboskłonem, pod egidą Karola Roberta i jego monet. Wtedy poczułam, że Słowacja przyniesie wiele dobrego, o ile zmęczone nagie stworzonko, szukające skarpetek i innych części
ubrania, nie zacznie marudzić na pogodę.
Mój analityczny umysł nie czyni samoistnych błędów po wielu przemyśleniach. Głównym tematem wyjazdu była pogoda, od której zależało zdobycie Wielkiej Fatry. Ja najbardziej marzyłam o legnięciu pod jakimś zamkiem w pełni słońca, najwyżej 1000 m.n.p.m. Niestety, czekała mnie wspinaczka na górę większą i tylko codziennie rano wstawałam i cieszyłam się, że znowu deszcz i cel się oddala. W kurtce zimowej nie lubię się wszakże męczyć, ale w wakacje jeszcze kiedyś tam wrócę i będę bliżej
nieba na Kriżnej. Bo w końcu tam nie weszliśmy w tych kurtkach, i dobrze!
Nazajutrz złapaliśmy stopa na Skałkę i dalej pomknęliśmy w kierunku śniegowych tuneli. Trasa była miła, śnieg zalegał średnio, więc cieszyłam się bardzo. Dotarliśmy do Bańskiej Szczawnicy, gdzie główną atrakcją wydało mi się tajskie żarcie ( gdyż pierwszy raz jadłam) i budowla Muzeum Słowackiego Powstania Narodowego. Tym razem zaliczyliśmy Billę, bo Tesco nie było. W szkole ulubionym miejscem do pogawędek wydawała się kuchnia, zgrabna i dosyć zadbana, zresztą sprzątaczki codziennie
szorowały wszystkie pomieszczenia. Na Słowacji wszyscy dobrzy ludzie pracują i cieszą się, jak zrobią milionowy kurs autobusem do pracy. Nie to co u nas w Polsce, gdzie mało kto jest życzliwy. Tu ludzie są jak sępy, hieny i padalce. A w kuchni odpoczywaliśmy po całym dniu i czasami wpadał Edi. Był Murzynem z Angoli, pochodził z Portugalii, mieszkał w Kremnicy, był głuchoniemym adeptem nauki stolarki i był czarny. Był wszystkim! Spodobał mi się od razu, bo jak każdy Słowak był miły, a
przynajmniej tak mi wyglądał. Pan Magister Hasko też był miły, zostawił nam jednego dnia karteczkę w drzwiach, a to jest zjawiskiem niszowym na dzisiejsze czasy. Teraz już mało kto pisze karteczki, liściki i cieszy się z bibelocików. Do tych osób należę ja- upadła pensjonarka.
Na przełomie dnia i nocy Tomek modlił się do lustra przez ponad godzinę w wyziębionej łazience, więc uznałam, że nie wstaniemy z samego rana. Nastawiłam budzik na 9:30 i postanowiłam wstać o którejkolwiek. Głupotą jest przecież wczesne wstawanie w ferie zimowe. Całe ferie w podstawówce wstawałam o 8 rano, żeby iść na konkursy literackie do Biblioteki Miejskiej! Zajmowałam zawsze pierwsze miejsce, dostawałam książkę w nagrodę i szłam do domu. Byłam chora!!!
Obudziłam się koło 9, grzejnik walił dalej po głowie nie chciało sie wstawać. W nocy przeczytałam wiersze Borgesa. Pisał je na stare lata, ale to nie znaczy że są dobre. To jedynie wynurzenia zawiedzionego starca na emeryturze. W kuchni siedział Tomek, próbował swoim egoistycznym infantylnym zachowaniem wywrzeć na mnie wpływ, abym szła na piechotę do Zvolenia. O nie ,nie ,nie kochaniutki! Nic Ci tutaj nie pomoże pośpieszne pakowanie termosów!!! Dziś zamówiłam deszcz i pojedziemy sobie
autobusem jak słowaccy studenci za 50 %. I pięknie wyszło, mogłabym w ogóle nie wychodzić z tego autobusu- mgiełka zasnuła brązowo-szare szczyty i cała Słowacja była w górach, mknęliśmy jak w zaklętym wehikule przez Żiar nad Hronom i inne atrakcje. Po opuszczeniu ciepłego siedzenia przeszliśmy przez bazę cygańską, to jest zaraza antyhigieniczna i ten lud został dany Słowakom tylko dlatego, że są pracowici i dobrzy, aby zaznali zła w ramach równowagi w przyrodzie. Gdy wyleciała reklamówka z
okna, nie mogłam uwierzyć że to nie sen. Wdrapaliśmy się ślimaczkiem na Pusty Hrad,a był faktycznie pusty i śnieżny. Na dole nabraliśmy wody z cudownego źródełka, ale nie pamiętam jakie tam było objawienie. Chyba Matka Boska Pustohradzka. Był jeszcze zamek z obrazami pacykarzy (tak określił mój krytyk z krwawiącym aparatem)i muzeum leśno-rzemieślnicze z mile trajkoczącą paniusią.
Następnego dnia padał znów deszcz, a to dlatego że jestem czarownicą, nie jakąś tam dobrą wróżką i zamówiłam ten deszcz na złość pasjonatom od wchodzenia na wysokości w zimie, gdy jest szaro, choć nie pada. W Żiarze dalej ładnie lało, więc skierowaliśmy się do Bojnic. Zamek był cudowny, zadbany, wypacykowany, obrośnięty bogactwem i cieszył moje oczy. Niestety, tylko moje, bo moje czwarte oczy patrzyły w niebo koloru pomyi ze zgniłego wiatra podstawówkowej sprzątaczki. I tylko Fatra i
Fatra i nuda i ble i feee feee . Wtedy powzięłam postanowienie, że nie warto wczuwać się w rolę tego osobliwego nudziarza, choćby nie wiadomo jak sexowne miał okulary i oczy. To muszą być jednak złe oczy upiora, który wabi na ciemne ścieżki i wysysa krew, żerując przy okazji na cierpliwości i dobroci ofiary. Przyszło mi żyć z niemowlęciem, którego naczelnym pragnieniem jest zdobywanie bagnistych, rozmoczonych terenów. Normalnie przytul mnie do cyca i będzie dobrze. Przy okazji wejdź na
Kriżną, najlepiej w środku zimy o czwartej rano. Czasami czuję się jak leniwa suka, której nic się nie chce i która najchętniej chodziłaby tylko po miastach i zachwycała się skorupami złożonymi w muzeach.
Kolejny dzionek przyniósł piękną trasę po super górkach do kurortu dla miłośników Spa i dalej do martwej Bańskiej Szczawnicy.Lasek i górki naprawdę ekstra, nie za wysokie, wiec w sam raz dla mnie. Zdechły śnieg udało się przeżyć. I wychodziło słońce i wtedy potwierdziła się moja myśl o pokładach dobra dla Dobrych Ludzi w sztolniach słowackich. Bańska jest zaniedbaną dziurą, chyba UNESCO wypisało ją z listy i jest pod nadzorem co najwyżej ICCROMUu. Rzecz mnie załamała, zgłodniałam
od razu, stałam sie słaba i zła. Skończyliśmy znowu na pizzy i nowości w jadłospisie: tanim, aczkolwiek wysokoprocentowym piwie. Nie pamiętam jak opuściłam tą Pańską Krynicę, ale było ciężko.
Trzeba było się spakować i opuścić cudownie grzejącą dmuchawę, Ediego i kuchnię. Chlip, pibip. uuuu.... Kremnica była pełna magii i ciepła i pokochałam ją bardziej niż Jicin. Jest moim drugim ukochanym miejscem na ziemi, zaraz po czarnogórskiej Budvie. Kiedyś tam na pewno wrócimy, byle żeby było lato. Wtedy będzie można wejść na Kriżną, nawet o trzeciej w nocy i ucieszyć moje stworzonko małe. Będzie można kupić coś w Billi, oszukać ślepego dziada-kierowcę w autobusie i zrobić z
siebie słowackiego studenta. Kiedyś kupimy tam nawet wazonik na kwiaty i film Kodaka i znów będziemy się kochać o zupełnie nowej godzinie!
Polecam Słowację wszystkim miłośnikom i złośnikom wypraw!!!
zdj1
Żylina - teatr, kościół św. Trójcy i Farské schody
zdj2
Krzemnica - słup morowy na rynku, w tle zamek z kościołem św. Katarzyny
zdj3
Krzemnica, czyli nocą też można popatrzyć na zamek
zdj4
Tunel tunel pod Tunelem (patrz relacja)
zdj5
Góry Krzemnickie w całej okazałości: widok z polany Cicha na Złotą Studnię i wyłaniający się na lewo od niej grzbiet Koąiar
zdj6
Kościół w Tajovie
zdj7
Tajov
zdj8
Zamek w Bańskiej Bystrzycy - barbakan, ratusz i z tyłu kościół NMP
zdj9
Dub?ek stayin' alive, czyli komunistyczny listonosz roznosi pocztę chłopom, robotnikom (ścinającym zboże scyzorykiem) i operatorom szlauchów ogrodowych(?)
zdj10
Skałka pod Pustym Zamkiem
zdj11
Imponująca panorama na Góry Krzemnickie
zdj12
Pusty Zamek - ruiny zamku wschodniego
zdj13
Pusty Zamek - brama na zamek zachodni
zdj14
Zwoleń - zamek
zdj15
Zwoleń - zamek
zdj16
Zamek w Bojnicach
zdj17
Zamek w Bojnicach
zdj18
Jaskinia pod zamkiem
zdj19
Kościół pijarów w Prievidzy
zdj20
Szklane Cieplice - źródło termalne o temperaturze 53 st. (naprawdę, w rzeczywistości tę parę bardziej było widać)
zdj21
Krajobraz Gór Szczawnickich: widok spod Szerokiego Wierchu na dolinę Vyhnianskiego potoku zamkniętą z prawej cypkowatym Kon?iarem
zdj22
Widok z Szerokiego Wierchu na Cukmantel; z tyłu wyłania się Ostry Wierch
zdj23
Widok z Szerokiego Wierchu na Paradajs i Jezioro Szczawnickie
zdj24
Słoneczne podejście pod ©obov
zdj25
Zamek w Bańskiej Szczawnicy, przebudowany z romańskiej katedry
zdj26
Bańska Szczawnica - plac św. Trójcy (główny plac starówki, jest 15:30!); na środku kolumna św. Trójcy, za nią z prawej kościół św. Katarzyny i z lewej na wzgórzu Nowy Zamek
zdj27
Ostatni rzut oka na Krzemnicę - mury obronne z barbakanem
zdj28
Migawka ze snucia się po Żylinie
zdj29
Snucia ciąg dalszy, tym razem po Súµovskich vrchach
zdj30
Súµovské skaly od strony Hrabovégo, czyli nie od tej, od której da się wejść...
Podliczenie trasy GOT
Trasa: Skałka - Tunel - polana Cicha - hotel Lesák - Tajov - Podlavice; Góry Krzemnickie; 10,7 km 40 m
Data: 2007-02-07  Punkty: 11 pkt
 Przewodnik: nie
Komentarze wyjazdu
Piotr Daukszewicz
Piotr
klubowicz
2284816   piniowaty@poczta.onet.pl   kom 506512185  
Bojnice :: 2007-03-09 22:37:38
piekny ten zamek w Bojnicach