glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Morawy wiosenne, Morawy leniwe
termin: do3.V.2006
sezon: Wiosna 2006
1141291345
Autor tekstu: Tomasz Marek Karol hr. Larczyński
Autor zdjęć: Hr. Larczyński, Danka Jarosiewicz, Zbyszek Mysza i Karol Szubstarski


Pokaż Morawy wiosenne, Morawy leniwe na większej mapie

[Więcej zdjęć (zZipowane, do ściągnięcia)]


„Nie ogarniam. Nie ogarniam”
czyli rzecz o pewnym wyjeździe.

A właściwie to powinienem napisać nie o tym, co się przydarzyło, ale o tym, co się nie przydarzyło, byłoby łatwiej.
Czy mieliście kiedyś uczucie przebywania w bezpoziomowym kisielu w trakcie podgrzewania na rdzeniu reaktora turbo? Ale takim że nawet bez rodzynek? Wokół was różowo-landrynkowy kipisz, co pewien czas powstają czarne dziury, a wy zastanawiacie się, jaką jeszcze formę życia napotkacie za chwilę? No to jakby właśnie tak.
Wyjazd był na tyle rozciągliwy, że zaczął się jeszcze przed; rozpoczęła go zaś przemiła pani z kasy nr x na Gdingen Hauptbahnhof, oznajmiając mi, że ostatnie bilety na planowany przez nas TLK rozeszły się na dwie niedziele przed wyprawą. Fajnie. Kilka szybkich telefonów i decyzja: jedziemy godzinę wcześniej i z jedną więcej przesiadką (czyli w sumie z 4), z wykorzystaniem sławnego „pociągu śmierci” relacji Szczecin-Przemyśl. I tak 7 nas wyjechało w mokrą dal.
Poznaniu, ech, Poznaniu… Po wypadnięciu z pośpiecha naszym oczom ukazał się wtaczający się „pociąg śmierci” i tłum falujący na peronie; my byliśmy z jego tyłu. Wreszcie otworzyły się drzwi i tłum wpadł do wagonów… a raczej próbował wpaść, natknął się bowiem na homogeniczną masę organiczną skupioną w korytarzach i przedziałach, w której sporadycznie dało się rozpoznać jakieś ludzkie organy. Efektem tego było trzecie powstanie wielkopolskie, w którym tłum niedoszłych podróżnych atakował wagony sypialne i kuszetki (chcąc się umiejscowić na pustych korytarzach) oraz ścierał się z panią dyżurną ruchu, typową PKP-babą o empatii na poziomie trzonka od siekiery. Na pytanie o dodatkowe wagony wydawała ona z siebie tzw. krótki komunikat przeczący (negative, patrz „Terminator 2”). Pośrodku tego tkwił ze stoickim spokojem kierownik pociągu, który oznajmił mi w temacie korytarzy w kuszetkach: „panie, to inna firma, mnie tam nic do tego”. Walki przeciągały się: z jednej bowiem strony co bardziej zdesperowani powstańcy weszli pod koła, twierdząc, że pociągu nie puszczą, z drugiej zaś strony pani Terminator wezwała na pomoc odwody Waffen SS (o, przepraszam, SOK).
My tymczasem wykonaliśmy odwrót, wiedząc, że następną przesiadkę w Katowicach i tak stracimy – pociąg stał w sumie półtorej godziny! Znalazłszy w podziemiach dworca kafejkę internetową wrzuciłem się w kochany serwis IDOS - Jízdní ?ády i tam wyszukałem następny korytarz czasoprzestrzenny do Moravskiej T?ebovej. 4 kolejne przesiadki, w tym 2-minutowa w Letohradzie i czekanie na pociąg do 5:45 – a dochodziła 23:00. Jeszcze fajniej.
Tak więc segmentami wychodziliśmy snuć się po deszczowym grodzie nad Wartą, a reszta kimała przy plecakach. Około 1:00 zaczęło się robić grubo, jako iż zaczęły się wokół nas koncentrować miejscowe odpady społeczne, wśród których wyróżniał się niejaki Generał („ja jestem kurwa generał i mi nic kurwa nie zrobicie!” – istotnie, nie próbowaliśmy). Pobudzony tak intensywnymi bodźcami do myślenia, wykonałem w mózgu karkołomną operację logiczną i skapowałem, że skoro pociąg z Pragi przyjeżdża pod 23:00, a wyjeżdża przed 6, to gdzieś przez ten czas musi się podziewać. Rezultatem tego odkrycia było postępujący relaks w pustych wagonach ?eskich drah – bez deszczu i bez odwiedzin lokalnej *elity*.
Oczywiście w Letohradzie byliśmy spóźnieni jakieś 20 min. Ale nie, proszę państwa, to już nie terytorium Imperium PKP, tu już jesteśmy w miłym, przyjaznym świecie ?D, gdzie czerwony motorá?ek na żądanie konduktora czekał na nas, i jeszcze otworzył nam drzwi. To, co się działo potem, to było istne szaleństwo: wjeżdżaliśmy na stację, przeskakiwaliśmy do następnego wagonika niemal nie dotykając peronu, jechaliśmy kolejne dwie stacje, znowu przesiadka… ale wszystko dla nas czekało i do T?ebovej dojechaliśmy według planu.
Taką miałem cichą nadzieję, że gdzieś, po drodze, w tych wszystkich przesiadkach zgubimy deszcz… no i istotnie zgubiliśmy, ale za to złapaliśmy ulewę. I jakoś, cholera jedna, przykleiła się ona do nas na całe dwa dni bez żadnej przerwy, puszczając dopiero trzeciego. Niemniej T?ebová nawet w deszczu była piękna: kręte uliczki, typowy, czesko-morawski rynek otoczony żółtymi baroczkami, wypunktowany kolumną maryjną, piękny, ogromny wczesnorenesansowy pałac, po którego piętrowych krużgankach można kroczyć bez końca… Kto był tak mądry, że niemal w jednej linii – ale jednak nie do końca, tak, że wszystkie widać obok siebie – ustawił wieże kościoła Wniebowzięcia Panny Marii, ratusza i słup maryjny? Skąd wzięło się cudacznie łaciate kocię, które obce, lecz przyjazne ręce chciały mi dać w pałacu? Co myślał kolejny kot, który przyczajony patrzył na nas spod więźby barokowych, zadaszonych i wijących się po stoku barokowych schodach wiodących na cmentarz na K?íźovým vrchu? Cóż, to po prostu zaczynała działać liściasta magia Moraw, magia, którą nieraz jeszcze miałem odczuć…
Ale nic to, do mety w Hartinkovie było wciąż ładnych parę klocków. Część z nich pochłonęliśmy kolejnym vlaczkiem, ale resztę, mimo deszczu, przyjęliśmy na klatę sami. Spomiędzy strug ulewy sporadycznie dawało się dostrzec najpiękniejszą, majową, młodą zieleń, o jakieś dwa tygodnie szybszą niż na naszej dalekiej Północy. W Hartinkovie czekał na nas przytulny, tani kącik i miła właścicielka. Zmęczeni wrażeniami ostatnich 30 godzin padliśmy jak ścięci. I tak upłynął wieczór i poranek (i trochę więcej) - dzień pierwszy.
Kolejny zaś przywitał nas brakiem deszczu. Zamiast tego sypał sobie radośnie śnieg. Taka mała zamieć, choinka, Santa Claus. Na wszelki wypadek sprawdziłem datę – 30 kwietnia, imieniny obchodzą…; niemniej grupa zamanifestowała zdecydowaną chęć obejrzenia clou dzisiejszego dnia, czyli Javo?í?skich jeskiń, jeno w wersji bezplecakowej, coby zapasowe majteczki nie przemokły. Tak więc po rozpaczliwych próbach zaklęcia opadów (efekt był taki, że śnieg przeszedł na powrót w ulewę) kopsnęliśmy się do jaskiń. W jedną stronę lamersko, głównie szosą, bo liczyłem, że po południu przestanie padać i będziemy mogli posmakować trochę gruntu (frajer, hehe). Przeszliśmy ogromną skalną bramą przez Zkamen?lý zámek, przez uroczą dolinę ©prańka, i rzutem na taśmę wbiliśmy się w ostatnią turę zwiedzania. I tak oto za te marne 30 korunek mogliśmy rozdziawiać japę na olbrzymie komory jaskiniowe, na istne morze form naciekowych, podziemne jeziorka i takie tam. Zaraz, zaraz, ile kosztuje wstęp do jaskini Raj? 13 złotych, anybody? Burżuje. No ale jaskinia, choć ogromna, w końcu się skończyła, a my stanęliśmy oko w oko ze ścianą wody na zewnątrz. To, oraz perspektywa nadciągającej nocy polarnej, skłoniły mnie jednak do wybrania tej krótszej, *ciekawszej* trasy. Bardzo rzutujący był zwłaszcza odcinek za Osp?lovem, gdzie śliczna dróżka-bagienko rączo przerzucała się z boku na bok romantycznego potoczku, który w niniejszych warunkach zmienił się w ryczącego potwora. No a my skakaliśmy wraz z nią, sporadycznie wodując. Przeżyliśmy mały kryzys, gdy okazało się, że woda zmyła most na V?źnicy (jej już, nawet przy najszczerszych chęciach, przeskoczyć się nie dało), ale szczęśliwie odnaleźliśmy drugi i wpłynęliśmy do Hartinkova. Ej, czy ja jechałem w góry, czy na staż na łodziach podwodnych? Powtarzaj za mną: „fucking weather, fucking weather” (wszyscy kochamy Petra Zelenkę).
Trzeciego dnia, choć przerażeni perspektywą pozostałych dwóch noclegów w Cakovie (do dyspozycji drewniane, otwarte wiaty, do tego las i oczywiście deszcz), to jednak zebraliśmy się i stoczyliśmy do Nectavy. Nawet w aktualnej mżawce-chlapce – a może właśnie dzięki niej, dzięki kłaczkom mgieł i drobinkom zwiewnej szarości – Nectavské údolí i wznoszące się nad nią majestatyczne stoki Kamennej hory urzekały, wciągały pamięć, przybijały wzrok tą dziwną, sudecką melancholią. Gdzieś, tam pod którymś rzutem mgły kwitły mury zamku Plankenberk, rozwijały się i ginęły kwiaty wilgoci, przewijały się światy jak relikwie. Ach tak… pociąg.
Zatem kolejnym czerwonym wagonikiem dotelepaliśmy się – przez wspomniane Nectavské údolí i równie malowniczą dolinę Romźy – do stacji Zd?tín u Prost?jova. Uwaga: w tym momencie przestało padać. Na celowniku mieliśmy dwa pałace: w ?echach pod Kosí?em i Nám?ą»i na Hané + kilka drobiazgów po drodze. Ale to nie pałace były główną atrakcją tego dnia. Niestety nie były. Bowiem od Hluchova do ?ech postanowiliśmy sobie urozmaicić drogę zwykłą gruntówką zamiast klejącego się asfaltu, co było podług mapy naprawdę sensowne, uwierzcie mi. Uwierzcie mi również, że stałem się świadkiem cudu: przemiany drogi w kanał. Nie, to żadna hiperbola: jakiś genialny Hanak postanowił zlikwidować drogę i wykopał na jej miejscu rzeczkę o aparycji rowu przeciwczołgowego. Pieprzony kompleks Wenecji. Cóż, aby dotelepać się do następnej drogi, trzeba było posuwać polem symultanicznie do owegoż rowu; wystawiacie sobie, jak ono wyglądało po czterodniowym ciurku z nieba? Nie, nie wystawiacie. To, że podeszwa od mojego buta nie powiedziała tam: "żegnaj", należy uznać za pełzające zjawisko nadprzyrodzone. Zresztą, zdjęcie, będące miniaturką relacji z wyjazdu powie coś samo za siebie.
A to dopiero początek! Czekała nas jeszcze przeprawa przez rezerwat „Brus” (dr Klemens Bruski respect) chroniący, o ironio, murawy sucholubne. Prawdopodobnie po tej wiośnie przekwalifikują go na rezerwat bagienny, no kurde no. O ile jednak przez rezerwat jakoś przepłynęliśmy, o tyle problemem okazała się być strużka o nazwie St?íbrný potok, która częścią płynęła pod mostkiem, częścią jednak, jakby znudzona obrzydliwą konwencjonalnością sytuacji podmostkowej, narzuciła się sąsiedniemu polu. Nic to dla nas! Znaleźliśmy jedyne miejsce, w którym St?íbrný płynął jednak korytem, które przeskoczyliśmy tedy, plecaki i białogłowy przerzuciwszy (w tej właśnie kolejności). Pałace, jak to w Republice, nie zawiodły: rajskie parki, spomiędzy których wystrzeliwują barokowe cudeńka. W ?eskim parku pałacowym – ogród elfów? Pola Elizejskie? zobaczcie sami, to zrozumiecie – po raz pierwszy podczas tego wyjazdu tak naprawdę poczuliśmy Wiosnę. I została ona z nami aż do końca podróży, na całe szczęście.
W Cakovie opiekun ubytovni okazał się być typowym Morawianinem, to znaczy: za te same 30 koron przenocował nas w budynku, nie w chatkach, ale na łóżkach, z prysznicami, ciepłą wodą i ogrzewaniem. Bo na polu było według niego za duże błoto. Kocham Morawy.
Pierwszy w pełni pogodny dzień to szperanie w zakamarkach północnego rejonu Bouzovskiej vrchoviny, czyli w Ludmírovskiej vrchovinie. Na pierwszy kąsek poszły Mlade?ské jeskyn?: owszem ładne Tadziu, owszem warte tych 20 koron, owszem, ale Javo?í?skim jednak nie dorównują. Ale miały jeden ładny naciek w kształcie monstrualnego fallusa, nazwany dla niepoznaki Mnichem czy jakoś tak. Potem zaś łagodnie, łagodnie pod górę, przez wapienny masywik T?esína, przez soczystą do bólu zieleń i podszyt usłany setkami lejów krasowych, jakby pofalowany łagodną bryzą. To właśnie były Morawy i to była wiosna. Te dwa zjawiska rozświetlały też arboretum w Bílej Lhocie, gdzie kręte ścieżki pośród daglezji i rododendronów wiodą powoli, nieśpiesznie, gdzieś do zagubienia – a może właśnie do odnalezienia? Takie miejsca jak wysłany kobiercem miękkiej trawy wąwóz na szlaku za Lhotą, jak szum potoku pod Rachavą, jak dotyk świeżego słońca pod Pate?ínem: nie, tego się nie zapomina.
Aczkolwiek nie mogło się to odbyć bez pewnej dawki schizofrenii: otóż w dolinie bezimiennego dopływu Hrade?ki natknęliśmy się na olbrzymią fermę… łosi? No chyba tak, z leśnymi rogami nigdy mi nie było po drodze. No więc leży sobie taki (dziki) łoś przy barierce, mlaska jak stary dziadyga i usiłuje mnie przekonać, że on naprawdę jest dziki. Luz, wyciągam lustrzankę – fajnie zrobić zbliżenie Bardzo Dzikiego Zwierza - zbliżam się do niego na cca metr, ustawiam przesłonę, zakładam filtr, zmieniam przesłonę, zmieniam filtr… Po jakiś dwóch minutach wykonałem ekspozycję. Mniej więcej wtedy w oku dzikiego łosia pojawił się pierwszy ślad błysku świadczącego o zachodzeniu procesów myślowych i, jak przystało na Dzikiego Zwierza, zareagował na obecność człowieka: poszedł spać. Ale głupie te łosie.
I wreszcie zamek Bouzov… powiem krótko: po jego zobaczeniu zrozumiałem, dlaczego Bouzovská vrchovina nazywa się właśnie Bouzovską. Jak nie go widzieliście, to zobaczcie, i tyle. Natomiast – choć czytałem o nim wcześniej – to jakoś do mnie nie dotarło, że jest to zamek …wielkich mistrzów krzyżackich; tyle, że tych z XIX i początku XX wieku, gdy Krzyżacy byli tylko ekskluzywnym klubem charytatywnym działającym przy Habsburgach. Niemniej zamek jest krzyżacki jak się patrzy: wszędzie białe tarcze z czarnymi krzyżami, posągi wielkich mistrzów i złośliwa karykatura Jagiełły jako potworka przygniecionego którymś filarem. Natomiast całość to jakiś idealny archetyp zamku średniowiecznego, po prostu: o ile wyobrażaliście sobie kiedyś średniowieczny zamek z bajki, to myśleliście właśnie o Bouzovie. A że ostro go podrasowano w XIX wieku? A kto powiedział, że bajki są prawdziwe?
W drodze powrotnej do Cakova (bus/vlak/bus) zahaczyliśmy jeszcze o Litovel, czyli „Hanacką Wenecję”. Tu słówko wyjaśnienia: otóż Hanacy mają wybitnie rozwinięty patriotyzm lokalny, w myśl zasady: „na Hanie jest wszystko” – jest „Hanacki Mount Blanc” o wysokości 441,9 m npm, jest i Hanacka Wenecja, na którą składa się dość śmierdzący kanał płynący pod ratuszem i kawałek przez rynek, w dodatku wykazujące intensywne ciągoty do wylewania. No ale sensowniejsze to niż Wrzeszczańska Wenecja, też takie coś było. Swoją drogą: „Hanacka Orunia”, to dopiero byłby hardkor.
Wreszcie dzień – niestety – ostatni, czyli drapanie się po zaułkach Ołomuńca. No a to typowe czeskie cudeńko: stosy kościołów, z których niemal wylewa się barok, podcienia, arkady, kamieniczki przy kilku rynkach… Drugie najpiękniejsze miasto Republiki po Pradze? no nie wiem, dla mnie Czeskiego Krumlova nie przebija, ale zobaczyć trzeba. Choćby takie smaczki, jak nieoczekiwane zejście do gotyckich piwnic z podziemnym jeziorkiem w pewnym klasztorze, w których samemu trzeba sobie zapalać światło – ale nie powiem wam, gdzie to, w przewodnikach tego nie znajdziecie. Albo tajne przejście studentów z K?íźkovského na Bezru?ovy sady, gdzie najpierw błądzi się krętym zaułkiem między barokowymi budynkami Uniwersytetu Palackiego, by nagle trafić na zakonspirowaną średniowieczną basztę i spiralnie jej schodami sturlać się do poziomu Morawy. Już nie mówiąc o barze na samym Horním nám?stí, naprzeciw ratusza, gdzie knedliki z jajkiem i szpinakiem (przeżyłem) wyniosą cię 29 koron. Nic, tylko chodzić i chłonąć, tylko nie mniej, niż cały dzień…
Tylko że, no właśnie, dzień ów minął, a przed nami jeszcze 748 kilometrów torów. No ale spoooko, tylko 3 przesiadki, i to takie stabilne. Przecież tym razem nie może być gorzej niż w drugą stronę.
Czy ja już pisałem o sobie: frajer? Bo to jedno trzeba przyjąć na tym wyjeździe jako aksjomat: jeżeli coś ma pójść zgodnie z planem, to nie pójdzie. Pierwsze oznaki niepokoju odczułem oglądając na tablicy odjazdów na dworcu w Ołomuńcu gremialne spóźnienia wszystkich pociągów. Ale nic to, Basieńko, nic to, w Uściu nad Orlicą mamy 50 minut na przesiadkę, a jakby co, to następny vlak jak zwykle na nas poczeka. No bo co to jest te 10 minut opóźnienia? Przepraszam, 15? 20? 30? Spoko. Serducho zaczęło mi palpitować dopiero na wysokości opóźnienia 60-minutowego; wtedy też powoli zaczęło do mnie docierać, że przez Przełęcz Międzyleską jedzie w ciągu doby jeden, jedyny pociąg, właśnie ten, na który zmierzamy. 70 minut. Poznaję nowe słówka: „výprav?í” – dyżurny ruchu, „dopravní kancelá?” – biuro owegoż. 80 minut. Między Ołomuńcem a P?erovem rozwalona linia, chyba podmycie. 90 minut. Szaleństwo, wieszanie się na trakcji, podgryzanie sobie żył, wylew mózgu na tory. 100 minut. „Be?va” do Chebu przyjechała.
Nadrobi, nie nadrobi? Z początku daje z kapcia ostro. Może pociąg do Letohradu poczeka. A może nie. Ale zaraz, co jest? Nie no, ja rozumiem, że przełom Moravskiej Sázavy przez Wyżynę Zabrzeską jest niezwykle malowniczy, ale czemu nagle zaczęliśmy jechać jak osobowy i zatrzymujemy się na każdej zasranej stacyjce? Hoątejn? Tatenice? Może jeszcze Gdańsk Nowe Szkoty? Tu już wszystkim puściły nerwy, zaczęła się ogólna demoralizacja, wyzwolenie najniższych instynktów i powrót do stanu pierwotnego (patrz casus łosia powyżej). Wszystko wyjaśniło się w ?eskiej T?ebovej: musieliśmy przepuścić jakiś Euro City czy inny burżujskie Pendolino, w każdym razie pociąg o wyższej kwalifikacji. Ale w efekcie tego w Uściu zjawiliśmy się dwie godziny po czasie.
Pociąg rzecz jasna tyle nie czekał. Złapaliśmy wprawdzie szybko drugi, ale pośpiech do Poznania z Letohradu dawno już odjechał. Szybka narada i decyzja: jedziemy do przejścia drogowego, stamtąd napieramy asfaltem na Międzylesie – 9 km, co to dla nas – i tam łapiemy pociąg do Wrocławia, a jak znajdziemy się w zasięgu polskich sieci, to WAP-em sprawdzimy połączenia. Ale coś na pewno będzie jechało. Pan konduktor – jak to czeski pan konduktor – bez problemu zgodził się byśmy podjechali stację dalej, pod przejście, i jeszcze wyszedł za nami, by pokazać nam drogę. Pogoda ładna, wieczorne słoneczko przygrzewa, tedy raźno ruszamy, karmiąc się pięknymi widokami na Masyw Śnieżnika, Góry Bystrzyckie i Suchy Wierch. O, jest polska sieć. O, ostatni pociąg z Międzylesia odjechał pół godziny temu. O, ostatni z Kłodzka odjeżdża za dwie godziny, PKS-ów nie ma. O, nikt się na stopa nie zatrzymuje.
W tym momencie zacząłem odczuwać Camusowski absurd istnienia, połączony z Witkacowską czystą formą. Otóż jesteśmy na drugim końcu Polski, jakieś 610 kilometrów od Gdańska, przesuwamy się na północ w tempie cca 4,5 km/h i chcemy być na rano nad morzem (wejściówka u doktora Kościerzyna o 12:30). Czarna magia? Łajt Pałer? Najbliższy pociąg mamy z Kamieńca Ząbkowickiego, niecałe 100 km stąd – o, może wreszcie Harpagana przejdę… Niestety, nie przeszedłem, bo znowu zacząłem myśleć. Uruchomienie łańcuszka znajomości (Mariusz Dobrowolski – Zbigniew Boniek – Angela Merkel – Generał – Pan Witek z Atlantydy) doprowadziło do tego, że wkrótce rączo pomykał ku nam bus, a my wnet zasunęliśmy nim w drugą stronę i zdążyliśmy na ten ostatni pociąg z Kłodzka, który, o dziwo, był bezpośrednim do Gdyni. A że we Wrocławiu był pół godziny wcześniej drugi pociąg dotamże, to mogliśmy od Wrocka wyspać się kompletnie nieoczekiwanej w konsystencji 2 osoby/przedział.
No i tak dojechaliśmy. Ale że wszystko już się skończyło, że nic się nie załamie, o tym byłem pewien dopiero wtedy, gdy zasiadłem we swem miejscu na tapczaniku. Chociaż, w sumie to szkoda, nic już się nie spóźni, ni nas nie zaleje… Ale zaraz zaraz… czemu ten sufit tak trzeszczy? Skąd te rysy na tynku? Jakby coś tak chybNJT$@#P:_(*)FV [end transmission]
Aha, doktor Kościerzyna w końcu jednak nie zrobił wejściówki.
zdj1
Rynek w Moravskiej T?ebovej: wieże ratusza i kościoła Wniebowzięcia P. Marii oraz słup morowy
zdj2
Pałac w Moravskiej T?ebovej
zdj3
Skalna brana w rez. „©pran?k”
zdj4
Danka w bramie
zdj5
Javo?í?ské jeskyn? – Su»ový dóm
zdj6
Jaskiń ciąg dalszy: dóm Gigant?
zdj7
Javo?í?ské jeskyn? – jeskyn? Míru i większość naszej ekipy: Tomasz Marek Karol hr. Larczyński, Karol Szubstarski, Agata Węgrzyniak, A; kucają: Danka Jarosiewicz i Zbyszek Mysza
zdj8
Dopływ V?źnicy, który sprawił nam tyle radości (patrz relacja)
zdj9
Po wyprawie do jaskiń: straty w ludziach, nieduże, jak widać
zdj10
Nawet po przejściu przez pole można się czuć jak prawdziwy boss
zdj11
Początek przeprawy przez rez. „Brus”
zdj12
Przypominam: rez. „Brus” chroni murawy kserotermiczne
zdj13
St?íbrný potok w wersji digipack
zdj14
W poszukiwaniu brodu przez St?íbrnego
zdj15
Przeprawa jedzenia…
zdj16
…i kucharek
zdj17
Pałac w ?echach pod Kosí?em
zdj18
zdj19
Kolejny pałac: Nám?ą» na Hané
zdj20
zdj21
Mlade?ské jeskyn?: ów hiciorski naciek i hrabiostwo Larczyńscy (równie hiciorscy)
zdj22
Mlade?ské jeskyn?: Panenská jeskyn?
zdj23
Arboretum w Bílej Lhocie
zdj24
Tylko proszę mi się tu nie wymądrzać, że to daniel czy jakaś inna mało spektakulartna sarna. Łoś brzmiał dużo lepiej, w końcu: łoś - to brzmi dumnie
zdj25
Bouzov – brama główna, wieża dolnego pałacu i donżon
zdj26
Zamek Bouzov
zdj27
Ołomuniec - katedra św. Wacława
zdj28
Zbyszek na Horním nám?stí; za nim fontanna Cezara i z lewej ratusz.
zdj29
Kolumna Trójcy Przenajświętszej na Horním nám?stí, a Agata siedzi na detalu Fontanny Ariona
zdj30
Kościół św. Michała
Podliczenie trasy GOT
Trasa: Unerázka – Plánivá – Hartinkov; w prawym dolnym rogu piszemy: 5,8 km, 325 m, zamiast numeru grupy piszemy: „Bouzovská vrchovina”
Data: 2006-04-29  Punkty: 9 pkt
 Przewodnik: nie
Komentarze wyjazdu
Tomasz Larczyński
Rycerz Blizbor z ZielonegoLasu
klubowicz
mestwin@wp.pl   
Uzupełnienie do trasy na GOT :: 2006-05-08 01:06:55
Zamiast "Bouzovskiej vrchoviny" można też - nawet bym zalecał - pisać "Ludmírovská vrchovina", zamiast trasy ze Zd?tína do ?ech, która wiodła przez P?emyslovicką pahorkatinę.
Tomasz Larczyński
Rycerz Blizbor z ZielonegoLasu
klubowicz
mestwin@wp.pl   
Poprawka :: 2006-05-08 01:07:45
miało być: ..."Ludmírovská vrchovina", OPRÓCZ trasy ...
Adam Piotrowski
adam p
klubowicz
725097   adampiotrowski@poczta.fm   rowerami.com  
fotki :: 2006-05-15 12:16:53
wrzucilem do sciagniecia fotki ktore mi tomek podeslal, sa do sciagniecia: tutaj
Paweł Baszanowski
Baszan
klubowicz
1736101   Large12@wp.pl   
. :: 2006-05-16 00:04:53
Błotko mieliście momentami niezłe - na szczęście też troche niebieskości na niebie się pojawiło.

Sarna jest spoko ;)

I nie wiedziałem, że Wacław ma swoją katedre ;)