glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Szlakiem Orlich Gniazd zimą - czyli w śniegu po kolana :)
termin: 11-19.II.2
sezon: Wiosna 2006
1135725038
Autor tekstu: Michał Rynkiewicz
Autor zdjęć: Marta i Adam Kępa, Michał i Maciek Rynkiewicz

11.02.2006 (sobota)
     Asia, Ewa, Hania, Kasia, Marta, Ola, Adam, Maciek, Toff – taki skład wyrusza o 20:40 pospiesznym z Gdyni Głównej Osobowej do Częstochowy. W Sopocie ktoś puka w okno naszego przedziału. To Kaja i Paweł B. - obdarowują nas jogurtem „na rano”. Doprawdy, nie rozumiemy tych dziwnych insynuacji... ;) Ale w pełni doceniamy ten miły i zaskakujący gest z ich strony.


12.02.2006 (niedziela)
     Do Cz-wy przybywamy punktualnie o 5:40. Latem to już jasno. Ale mamy zimę... Drepczemy na przystanek linii 58b częstochowskiego MPK (gdzie spożywamy jogurt), aby po około pół godzinie jazdy znaleźć się w Olsztynie. O świtaniu wspinamy się na ruiny obchodzącego 700-lecie zamku olsztyńskiego. Obejście ruin połączone jest z próbami zjazdów na jabłuszkach – nie notujemy żadnych złamań, aczkolwiek spektakularnych zjazdów również nie.
     Z Olsztyna wybywamy PKS’em (tu pierwszy zgrzyt – rozkład faktyczny nie zgadza się z tym w necie) – kierunek Janów i Złoty Potok. W Złotym Potoku rzucamy okiem na popadający powoli w ruinę pałac Raczyńskich. Potem idziemy do (powstałego w XIV wieku) kościoła p.w. Św. Jana Chrzciciela. Dzięki uprzejmości księdza proboszcza Ryszarda Marciniaka zwiedzamy kościół dowiadując się kilku ciekawych faktów o świątyni i jej historii.
     Po zrobieniu niezbędnych zakupów ruszamy początkowo zielonym, a następnie czerwonym szlakiem w kierunku na Ostrężnik. Tu też natykamy się na pierwszy głęboki śnieg. Przez dawne Grotę Niedźwiedzią, dawne grodzisko oraz szosę osiągamy ruiny zamku Ostrężnik, jak też i Jaskinię Ostrężnicką znajdującą się poniżej. Dalsza droga wiedzie czerwonym szlakiem do Trzebniowa. Szlak niestety nie jest przetarty, co owocuje tempem marszu wynoszącym 1km/h. Objuczeni plecakami przez trzy godziny brniemy w śniegu po kolana, albo i głębszym... Prószący od czasu do czasu śnieg oraz wiatr wcale nie pomagają... Dowlekamy się do Trzebniowa mocno zmęczeni i oblepieni śniegiem. Marzymy o ciepłym pomieszczeniu i jakimkolwiek ciepłym napoju. Zwykle takie luksusy można zapewnić sobie w każdym barze... Naturalnie w Trzebniowie baru brak... Ale jest sklep! Zamknięty... Przyjaźnie usposobiony autochton oznajmia nam, iż do Brzezin, miejsca naszego noclegu, jest już niedaleko. Zostajemy też przez niego zaproszeni na herbatę, ale grzecznie dziękujemy i odmawiamy, bowiem spieszno nam do celu. Spacerek do Brzezin jest już tylko formalnością. Tak samo obiad, olimpijski konkurs skoków w Turynie oraz coś chmielowego (na lepszy sen).


13.02.2006 (poniedziałek)
     Z Brzezin gospodarz domu gdzie nocowaliśmy wyprowadza nas skrótem na Niegówkę, skąd żółtym i czerwonym szlakiem wędrujemy do Niegowej. Mimo, że to Jura Krakowsko-Częstochowska, a nie Wietnam, jest mgliście i wilgotno. Pomni doświadczeń dnia poprzedniego wybieramy marsz szosą, równoległe do czerwonego Szlaku Orlich Gniazd. W ruinach zamku dołącza do nas Łukasz. Tu też zarządzamy krótki popas oraz uciechy śnieżne z użyciem jabłuszek. Z Mirowa przebijamy się obficie ośnieżonymi skałkami do Bobolic. Zamek, podobnie jak w Mirowie (i po części w Olsztynie) jest zamknięty. Z tą różnicą, że w Mirowie zamknięty jest tylko dziedziniec, a w Bobolicach całość. Nie pozostaje nam więc nic innego, jak tylko udać się w kierunku na Podlesice, na nocleg.
Marsz z Bobolic do Zdowa nie wyróżnia się niczym ciekawym. Za Zdowem wchodzimy na odsłonięte i wietrzne pole. Żółty szlak wiedzie przez nie wprost do lasu. A więc znowu śnieg po kolana i cisza... Niczym niezmącona, absolutna cisza...
     Przy torach kolejowych wiodących z Zawiercia na NE/E robimy krótki postój, odkrywając przy okazji na ścianie tunelu wiodącego pod torami przecudnej urody fresk. Nieznany artysta wykonał go posługując się techniką farby w spray’u. Sam fresk zaś stanowi pean sławiący znamienitych kibiców... Lechii Gdańsk! Ogromne litery oraz herb Gdańska po środku dodają majestatu owemu tunelowi, całkowicie odmieniając jego szare oblicze. Żeby było ciekawiej, tunel znajduje się po środku „niczego”, czyli w środku lasu. Od tunelu, pokrzepieni faktem, iż „nasi tu byli”, idziemy ubitym i tylko lekko przyprószonym śniegiem leśnym duktem do Podlesic. Gdy docieramy do miejscowości, zaczyna zmierzchać. Wizyta w sklepie i szybkim krokiem na nocleg marsz!


14.02.2006 (wtorek)
     Z samego rana od wyprawy odłącza się Ewa, która nie wytrzymała trudów podróży. Pozostali zaś wyruszają raźno do Morska. Niby droga jest prosta, lecz nagle orientujemy się, iż zgubiliśmy nasz niebieski szlak. Po krótkiej konsultacji z mapą mniej więcej dochodzimy, gdzie jesteśmy i ruszamy na południe w poszukiwaniu szlaku czarnego. On również prowadzi do Morska, lecz nieco okrężną drogą (okrężną oznacza słabo odśnieżoną, a właściwie w ogóle nie odśnieżoną). Znów śniegu jest po kolana i znów brniemy, bo z chodzeniem ma to niewiele wspólnego. Gdy docieramy do Morska, całujemy klamkę na zamku (zamknięty, a jakże...) i robimy zwrot o 180 stopni. Po swoich śladach idziemy czarnym szlakiem do Lgoty Murowanej, aby złapać PKS do Zawiercia, gdzie przesiądziemy się na ten do Ogrodzieńca-Podzamcza. Po śladach możemy niestety przebyć tylko około 1/3 trasy do Lgoty. Potem zaczyna się... głęboki śnieg! Tak jest, po raz kolejny, do znudzenia nurzamy się w śniegu zalegającym leśne dukty! A jako, że mapa niekoniecznie zgadza się z siatką dróg, dróżek i ścieżek, które faktycznie napotykamy, nieco błądzimy. Poruszając się wedle wskazań kompasu wychodzimy na pole, za którym widać zabudowania. Od napotkanego człowieka na biegówkach (jakże mu zazdrościliśmy – on zapadał się w śnieg na 5 cm, my najmniej na 50...) dowiadujemy się, iż to już Lgota.
     Jeszcze tylko kilkaset metrów i już jesteśmy na szosie. Do przystanku zostaje około kilometra, a do odjazdu autobusu około 15 minut, więc tempo mamy szybkie. Im bliżej przystanku, tym szybciej, bo minuty płyną nieubłaganie... Gdy wreszcie dopadamy do szarej budki, mieniącej się zaszczytnym mianem przystanku PKS, odkrywamy brutalną prawdę. Rozkład się nie zgadza z tym, który jest dostępny w necie... PKS przyjedzie nie za 5 minut, lecz za 65... Jest zimno, mokro, a szosą 3 metry obok co chwilą śmigają TIR’y. Raczej mało sympatyczne miejsce. W związku z tym, do sklepu zostaje wysłana delegacja, aby chociaż poprzez symboliczne zakupy poprawić nieco nadwątlone bezsensownym wysiłkiem humory.
     Wreszcie autobus zabiera nas na przedmieścia Zawiercia, gdzie przesiadamy się i ruszamy do Ogrodzieńca-Podzamcza. W Podzamczu szturmujemy zamek, który mimo iż oczywiście zamknięty, szczęśliwie nie posiada wysokiej, ani trudnej do sforsowania bramy. Robimy zdjęcia, nieco tarzamy w śniegu, a następnie wracamy po plecaki, które zostały przed bramą i idziemy do Karczmy Jurajskiej na obiad i piwo, a także celem ogrzania się.
     Jako, że jedyny autobus do kolejnego miejsca noclegowego, czyli Złożeńca jest dosyć późno, decydujemy się jechać bezpośrednio tam. Spotyka nas jednak kolejna niespodzianka ze strony PKS’u. Autobus owszem, przyjeżdża o czasie, ale jedzie tylko do Pilicy. Nie pozostaje nam nic innego jak wraz z zakupami (m.in. trzy wina polskie, które następnego dnia staną się grzańcem) dokonanymi w Podzamczu powędrować ciemną szosą 4 kilometry na południe. Złożeniec jest typową wsią skoncentrowaną wzdłuż szosy, a na samym jej początku znajduje się głęboka dolinka z długim i wysokim podjazdem zaraz za nią. Krok za krokiem wdrapujemy się na szczyt, po czym schodzimy w dół, aby wreszcie stanąć przed domem numer 60 – domem sołtysa, a naszą ostoją tej nocy. Tu też staje się zadość kaprysowi jednemu z uczestników wyjazdu – na kolację są naleśniki!


15.02.2006 (środa)
     Ten dzień zaczyna się piękną słoneczną pogodą (która utrzymuje się aż do zmierzchu). Idziemy na zamek do Smolenia pięknie odśnieżoną przez pług drogą przez pięknie ośnieżona las. Bardzo szybko docieramy w podnóże zamku, gdzie dość przypadkowo dzielimy się na dwie grupy. 3 osoby „zdobywają” zamek północnym podejściem, zaś 6 wschodnim. W ruinach, które wreszcie są całkowicie otwarte (żadnych bram, krat, itp.) robimy postój okraszony grzańcem i pewną ilością chmielu w płynie. Jak dotychczas to „najweselszy” ze wszystkich zamków (i tak już pozostanie).
     Stąd Marta z Adamem mają jechać dalej PKS’em (który nie przyjeżdża, w związku z czym korzystają z linii prywatnej), zaś pozostali Doliną Wodącej udają się w kierunku Bydlina. Już na początku szlak nam ucieka, a winny jest temu nikt inny jak tylko... śnieg po kolana! Przebijamy się na przełaj przez zaspy, wracamy na szlak, aby w niedługim czasie dotrzeć do skał Biśnik i jaskini Na Biśniku. Tam w paśniku dla ludzi (czytaj: zadaszony stół i dwie ławy) organizujemy drugie śniadanie. Decydujemy też, iż szkoda sił na mozolne przebijanie się przez śniegi czerwonym szlakiem. Dalej pójdziemy szlakiem niebieskim do najbliższej drogi i osady Czarny Las. W Czarnym Lesie odbijamy na skróty do Domaniewic, przekraczamy kładką rzeczkę Tarnówka i wchodzimy na szosę. Ta doprowadza nas prosto po kilku kilometrach do ruin zamku w Bydlinie, skąd w 1914 roku wyruszył atak legionistów polskich pod dowództwem Józefa Piłsudskiego na stacjonujące nieopodal wojska rosyjskie.
     Natomiast sam Bydlin nie należy do specjalnie urodziwych miejscowości. Nasza baza noclegowa również nie. Mieści się w budynku lokalnego klubu LKS Legion Bydlin, a warunki są z kategorii TS (Takie Sobie). Wody ciepłej jak na lekarstwo, szczęśliwie grzejnik jest gorący przez całą noc, co w obliczu konieczności suszenia ubrań i butów jest bardzo istotne. Wieczór urozmaicamy sobie bieganiem boso po śniegu oraz wrzucaniem za kołnierz kawałków sopli wiszących tuż za oknem.


16.02.2006 (czwartek)
     Dziś po raz pierwszy od wyjechania z Częstochowy zawitamy do większej miejscowości – do Olkusza. Dojeżdżamy tam busem, a następnie idziemy do schroniska PTSM’u „Jura”. Tam zostawiamy plecaki i udajemy się na podbój ruin zamku w Rabsztynie. Po trosze piechotą, autobusem komunikacji miejskiej, a po trosze prywatnym busem dotarliśmy na miejsce. Ten zamek też był otwarty, co ucieszyło nas niezmiernie i zachęciło do spędzenia dłuższej chwili w ruinach z piwem, czy advocatem w dłoni. Przy okazji okładamy się śnieżkami, jak na każdym postoju prawie. :)
     Z Rabsztyna planujemy czerwonym szlakiem wrócić piechotą do Olkusza. Odnajdujemy szlak, wchodzimy w las i... już po chwili mamy śniegu po kolana! Ale nie zrażeni tym drobnym urozmaiceniem wędrówki przemy dzielnie naprzód. Po jakimś czasie docieramy do torów kolejowych. I tu mała konsternacja... Tego nie było w planie... Torów nie powinno być na naszej trasie. Krótka konsultacja, rzut oka na mapę i już wiemy – poszliśmy w złą stronę. Zamiast na południe, ruszyliśmy szlakiem na północ. Powagę chwili czcimy bitwą na śnieżki. Podczas brnięcia przez śnieg z prędkością pijanego żółwia urządzamy jeszcze kilka utarczek śnieżnych. Kluczymy przez las, bardziej na wyczucie niż według mapy czy kompasu, lecz finalnie docieramy do punktu wyjścia w Rabsztynie.
     W Rabsztynie łapiemy busa powrotnego do Olkusza, gdzie za wyjątkowo nachalną namową jednego z uczestników wyprawy wstępujemy do McDo... Następnie nogi niosą nas na rynek. Tu rozdzielamy się. 5 osób idzie do muzeum afrykanistycznego, gdzie dobijają się na wszelkie możliwe sposoby (pukanie, domofon, telefon). Bezskutecznie. 4 osoby robią rundkę wokół rynku, a następnie odwiedzają antykwariat (adres: Olkusz, Rynek 20). Tam też po chwili spotykamy się i idziemy pożywić do baru, gdzie jadło tanim, a pożywnym jest.
     Najedzeni wracamy do schroniska, gdzie korzystamy z luksusu kąpieli w ciepłej wodzie, której tym razem wreszcie wystarcza dla wszystkich. Pobieramy również obowiązkową pościel, za którą oczywiście trzeba obowiązkowo dodatkowo płacić. Wieczorna „prywatka” w jednym z naszych pokojów zdominowana jest przez rozmowy o wacikach, tanie wino oraz piwo marki Biedronka.


17.02.2006 (piątek)
     Opuszczamy schronisko, kierując się do dworca PKS. Według internetowego rozkładu o 10 z minutami mamy autobus do Pieskowej Skały... Według rozkładu nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Autobus jest o godzinę później. Próbujemy złapać prywatnego busa... Nic z tego. Przyjazdy tychże nie mają nic wspólnego z rozkładami rozwieszonymi na przystanku. Wreszcie jedziemy PKS’em, po uprzednim ugadaniu „specjalnej grupowej zniżki” z kierowcą. On robi na tym złoty interes, my oszczędzamy kilka złotych. Pół godziny później jesteśmy w Pieskowej Skale, u podnóża zamku, tym samym wkraczając do Ojcowskiego Parku Narodowego.
     W powietrzu znów unosi się ciężka wilgoć, a tymczasem my wdrapujemy się na zamek. Zwiedzamy zamek i muzeum z może nie przesadnie bogatymi zbiorami sztuki, ale za to naprawdę ciekawymi. Na dziedzińcu okładamy się jeszcze trochę śniegiem, robimy zdjęcia i przychodzi czas uszczuplenia grupy. Marta, Adam i Łukasz już dziś jadą do Krakowa, a stamtąd do Trójmiasta. Nie jest to jednak dezercja ze szlaku, lecz przemyślane i w pełni usprawiedliwione działanie. Żegnamy Martę i Adama, zaś Łukasz jeszcze wybiera się na krótką przechadzkę z nami w podnóże Maczugi Herkulesa.
     Dalej idziemy w sześć osób szosą. Nie mamy specjalnie ochoty na kolejne przebijanie się przez śniegi jako że wszyscy mają już mniejsze lub większe dolegliwości czy kontuzje. Dolina Prądnika prowadzi nas do miejscowości Młyny, gdzie skręcamy na zachód pnącą się ostro pod górę drogą na Wolę Kalinowską. We wsi robimy zakupy i już o 15 jesteśmy w schronisku PTSM’u. Położone jest w szkole, jako praktycznie ostatnie zabudowania we wsi. Szybko zagospodarowujemy nasz pokój, a następnie 3-osobowa delegacja idzie po kolejne zakupy. Zakupy powtórzą się jeszcze raz tego wieczora, celem uzupełnienia zapasów „wody rozmownej, a ognistej”. Spać idziemy około 22:30, co na tym wyjeździe jest normą.


18.02.2006 (sobota)
     Pogoda jak w lecie! Słońce praży, a my wędrujemy do Ojcowa. Tylko śnieg przypomina o zimie. Chociaż i on topnieje w oczach, bo przyszła odwilżu (celowo zachowano taką pisownię, aby oddać hołd słowotwórstwu kwitnącemu przez ten tydzień). Po niecałej godzinie schodzimy w dolinę Prądnika, odwiedzając zamek Ojców (oczywiście zamknięty, bo przecież po co miałby być otwarty, jeszcze by ktoś do niego wszedł...). Kilkaset metrów dalej następny przystanek – Kaplica na Wodzie, będąca dawniej łazienkami zdrojowymi. Cofamy się kilkaset metrów doliną do przystanku PKS’u. Autobus ma być jeszcze przed południem, czyli za godzinę (następny zaś dopiero po 15-tej), więc idziemy do sklepu nieco w głąb Ojcowa. Potem wracamy, zdejmujemy plecaki i czekamy... Czekamy... Czekamy... Czekamy... Godzina mija – autobusu brak. Chwilowo uprzyjemniamy sobie czas rzucając śnieżkami w siebie nawzajem. Rzucamy też w kaczki pływające Prądnikiem. Szczęśliwie one nie kontratakują. Tymczasem mija kolejna godzina – autobusu brak... Rażąca niesolidność PKS’u staje się już nieco (nieco bardzo) drażniąca. Decydujemy się iść do skrzyżowania szosy z Ojcowa z szosą Olkusz (Pieskowa Skała) – Skała, mając nadzieję dopaść tam jakiś autobus. Nadzieje okazują się być płonnymi. Ruszamy w górę do Skały. Tam na rynku szczęśliwie dopadamy busa, który już po chwili wiezie nas do Krakowa. Zadowoleni ze szczęśliwego zakończenia poszukiwań środka transportu odpoczywamy przez pół godziny jazdy.
     W Krakowie niezwłocznie udajemy się na dworzec, kupujemy bilety na pociąg powrotny i uderzamy na miasto. Cel numer jeden – bar mleczny na ul. Grodzkiej. Posiłek stawia nas na nogi. Połowę grupy na tyle, iż postanawiają wybrać się w 100% sfeminizowaną grupą na krakowski Kazimierz. Grupa w 33% sfeminizowana udaje się tymczasem najpierw do pubu Sesja (ul. Szczepańska), następnie zaś do pubu/music klubu Piwnica pod Ogródkiem (ul. Jagiellońska). Punktualnie (prawie...) spotykamy się na peronie czwartym krakowskiego dworca. Po chwili wjeżdża pociąg, ładujemy się do środka, zajmujemy przedział i pełni wrażeń z całego tygodnia ruszamy w drogę powrotną. Wreszcie... :)

zdj1
7 rano - Zamek Olsztyn
zdj2
Pałac Raczyńskich w Złotym Potoku
zdj3
zdj4
Pierwszy wysoki i ciężki śnieg... w efekcie końcowym zwolnił nas do brnięcia z prędkościa 1km/h
zdj5
zdj6
W tle zamek w Mirowie, na którym czekał na nas Łukasz :)
zdj7
zdj8
Zamek w Mirowie nad głowami...
zdj9
Jak widać na zdjęciu, śniegu nie było dużo......
zdj10
Zamek w Bobolicach
zdj11
Oooo...tam.....sarenka...
zdj12
Zamek Morsko
zdj13
zdj14
zdj15
Zamek w Ogrodzeńcu
zdj16
Spojrzenie na zamek z drugiej strony.
zdj17
zdj18
Adam prezentuje swoje czerwone stuptuty :)))
zdj19
na dziedzińcu Zamku w Smoleniu
zdj20
zdj21
zdj22
Na noclegu różnie urozmaicaliśmy sobie czas...
zdj23
np. czytając poranną prasę, na śniegu....boso...
zdj24
...Adam był także fakirem, chodzącym po śniegu i lodzie :D
zdj25
Zamek w Rabsztynie
zdj26
Pieskowa Skała
zdj27
Ostatni dzień na Jurze, przywitał nas pięknym wschodem słońca!!
zdj28
zdj29
zdj30
Komentarze wyjazdu
Adam Kępa
Kemp
klubowicz
pazuryskorpiona@wp.pl   http://duzozyciamaloczasu.word  
No tak :: 2006-02-20 00:52:43
spokojny wyjazd, śniegu nie zauważyłem więcej niż w Suwałkach w 74', bieganie po wioskach na boso-niee to nie ja, odwilżU dawała się w ostatnich dniach odczuć, ale na szczęście Super Piwosz i .. no i to nie prawda, że ktoś kogoś specjalnie potrącił Pociągiem :P
Hanna Arendt
Hanka
klubowicz
444722   hanna.arendt@wp.pl   www.zawszezarece.pl  
a.. chce wrocic!!! :: 2006-02-20 08:38:48
Magia, cud, snieg..... to jest to co Tygryski lubia najbardziej ;))
Maciej Rynkiewicz
Cox
klubowicz
603000   rynkiewiczm@gmail.com   
Takie ślimo pod ciepkom, że aż odwilżu przyszło... :: 2006-02-20 10:07:26
Plan zrealizowany, zobaczyliśmy wszystko co mieliśmy zobaczyć :)
Pierwszy dzień troche mnie, jak i chyba nas wszystkich, zaskoczył ilością śniegu na szlaku...co po całonocnej jeździe pociągiem było delikatnie mówiąc męczące, żeby nie powiedzieć, że dobijające...ale co to dla nas :P 3km w ponad 3h to przecież norma :>
Reszta dni przeszła już mnie lub bardziej lajtowo :)
...ale to wszystko już niedługo w relacji!

moje fotki:
http://www.pg.gda.pl/~maciex/orlegniazda.rar
Kępów fotki:
http://www.pg.gda.pl/~maciex/orlegniazdakepow.rar

Na koniec, dziękuję wszystkim, za wspólną dobrą zabawę!! :)
Michał Rynkiewicz
Toff
klubowicz
3317349   michal_rynkiewicz@wp.pl   
Ach... :: 2006-02-20 13:51:49
...ten Super Piwosz... :D W Lgocie Murowanej kosztował jedyne 1,50 zł :D
Adam Kępa
Kemp
klubowicz
pazuryskorpiona@wp.pl   http://duzozyciamaloczasu.word  
wow :: 2006-02-20 15:04:52
muszę przyznać, że pare zdjęć jest super i wielka szkoda, że nie starczyło dla nich miejsca w relacji, bo są naprawde ekstra :))
Michał Rynkiewicz
Toff
klubowicz
3317349   michal_rynkiewicz@wp.pl   
Ha! :: 2006-02-20 22:35:38
Ciekawe na ile nasze obrazkowe społeczeństwo lubi czytać? :>
Hanna Arendt
Hanka
klubowicz
444722   hanna.arendt@wp.pl   www.zawszezarece.pl  
przeczytalam ;) :: 2006-02-20 22:43:36
Ale wqiesz co Toff?? Za krotki ten opis ;p hehe
Katarzyna Partyka
Katka
klubowicz
453753   katka-a@wp.pl   
opis:) :: 2006-02-21 03:30:44
zgadzam się z Hanią!!!opis zdecydowanie za krótki!!!!! ominąć tyle ciekawych rzeczy!!!!!!!!!! Ci, którzy wędrowali z nami, na pewno wszystko DOKŁADNIE przeczytali:P

jak patrzę na odwilżu w Gdańsku, to mi się słabo robi...


Adam Kępa
Kemp
klubowicz
pazuryskorpiona@wp.pl   http://duzozyciamaloczasu.word  
racja :: 2006-02-21 13:23:41
totalna autocenzura! Blee z taką poprawnością, np. nie napisał, że na pożegnanie z nami dostał kuleczkę :P ale na szczęście jest jeden filmik który wszystko objawia :)
Michał Rynkiewicz
Toff
klubowicz
3317349   michal_rynkiewicz@wp.pl   
Tak i mogli... :: 2006-02-21 20:34:14
...sami napisać, a nie mi tu pretensyje liczne, a bezpodstawne składają.
Hanna Arendt
Hanka
klubowicz
444722   hanna.arendt@wp.pl   www.zawszezarece.pl  
:) :: 2006-03-02 09:22:53
hehe.... ale to nie pretensje odnosnie tekstu ktory swietnym sie jawi, ale tego ze malo miejsca na stronie i trzeba go zamiescic w tak krotkim kawalku...