glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Eksploracja "Sudeckich Bieszczadów" - Gór Złotych i Bialskich
termin: 29.IV - 3.V
sezon: Wiosna 2005
Góry Złote i Bialskie
Autor tekstu: Tomkowie Larczyński i Radzikowski
Autor zdjęć: Tomek Larczyński


Pokaż Wyprawa w Sudeckie Bieszczady na większej mapie

Eksploracja "Sudeckich Bieszczadów", czyli Gór Złotych i Bialskich

Zainteresowanie tym wyjazdem było ogromnie małe, toteż trudno wyjazd ten nazwać wyjazdem klubowym. Ale zachęcaliśmy Was jak mogliśmy...

Spotkaliśmy się w pociągu "do raju", czyli sezonowym pociągu w nasze piękne SUDETY - pociągiem relacji Gdynia - Kudowa Zdrój / Szklarska Poręba Górna. Zapełnienie, przy tego rodzaju "okazjach" do wyjazdów w góry, było tak zawsze duże. Pociągiem tym jechało wielu naszych znajomych, np.: Krzysiek Kochanowicz z ekipą rowerową jechał w okolice Masywu Śnieżnika, moi znajomi z podstawówki, którzy na rowerach mieli w planie przemierzyć Kotlinę Jeleniogórską. Jechał również klub turystyczny "Bractwo" z II L.O. w Sopocie. Młodzi turyści jechali przemierzyć grzbiet karkonoski. Niezwykle punktualnie dojechaliśmy do Kłodzka. Uraczeni widokami i pędem pociągu po górskich zakrętach i tunelach pasażerowie wysypywali się z dość krótkiej grupy wagonów do Kudowy przy akompaniamencie pani dyżurnej, poganiającej przesiadkowiczów na pociąg do Stronia Śląskiego. Niestety pociąg (dawniej jednowagonowy z lokomotywą) okazał się autobusem. Masę pasażerów z plecakami cudem upchnęli konduktorzy. Podróż, choć widokowa, nie była przyjemna. Na szczęście Tomek i ja wysiadaliśmy w Lądku Zdroju, więc podróż nie trwała długo. Reszta turystycznej braci pomknęła dalej Doliną Białej Lądeckiej do Stronia, skąd zapewne udali się zmagać ze stromymi i kamienistymi zboczami Masywu Śnieżnika. My zaś zaczeliśmy zwiedzanie Lądka. Po zakupach udaliśmy się na miejski ryneczek. Niestety nie było komu opowiadać o jakże bogatej historii tego sudeckiego miasteczka. Po wymianie spojrzeń wiedzieliśmy, że wszystko wiemy, więc każdy z nas wymienił miejsca, gdzie już był wcześniej i w zmienionym planie wyprawy rozpoczęliśmy zwiedzanie. Na początku obejrzeliśmy wszystkie domy zdrojowe, park, skosztowaliśmy miejscowej mineralki, wybijającej ze ¬ródła Wojciech - jednego z wielu w tej okolicy. Wyruszyliśmy na szlak. Naszym pierwszym celem była Kopalnia rud srebra i żelaza nieopodal Lutynii. Droga do Lutynii wspinała się po ostrym zboczu Masywu Strzybnika. Most przez Luty Potok na drodze do dawnej kopalni był niestety zniszczony, co zmusiło nas do przejścia przez rwący potok "na dziko"... Suchą nogą weszliśmy w ciemną sudecką puszczę... Po chwili naszym oczom ukazał się żelbetonowy blok, jakby wbity w zbocze góry... Nieustraszeni posępnością tego miejsca śmiało zbliżyliśmy się do budowli dawnej kopalni. Już bez plecaków zaczęliśmy zwiedzanie. Najpierw po stromym usypisku wspięliśmy się na piętro budynku. Rozpoczeliśmy poszukiwania sztolni... Mój dziadek był górnikiem, więc co nie co wiem o konstrukcjach zarówno naziemnych jak i podziemnych. Nagle poczułem dreszcz - coś mi nie pasowało. Zacząłem wspinać się po stromym zboczu w górę - wiedziałem, że na szczycie budynku znajdowała się dziwna, wręcz przerażająca wieża. Gdy stanąłem u jej stóp, wątpliwości rozwiały się... Była to bardzo dziwna acz funkcjonalna konstrukcja. Wejście do sztolni znajdowało się najprawdopodobniej 50 metrów nad podnóżem budowli. Urobek po specjalnym wiadukcie woziły wagoniki kolejki kopalnianej na sam szczyt wieży. Urobek był zrzucany na piętro budynku kopalni, skąd posegregowany już urobek odpowiednimi dziurami zsypywano na dno doliny (tam gdzie stały nasze plecaki). Niestety wejście do sztolni zasypali bąd? wysadzili Sowieci lub sami Niemcy. Kopalnia miała średniowieczne korzenie, jednak jeszcze w XX wieku wykorzystywali ją Niemcy... Pełni wrażeń udaliśmy się do górniczo-pasterskiej Lutynii. Jest to chyba ostatnia zamieszkała i odbudowana wieś w tej okolicy o znaczeniu pasterskim... We wsi stoi piękny, barokowy kościółek. Stąd udaliśmy się stromym zboczem na Przełęcz Lądecką, skąd już szlakiem ruszyliśmy w stronę zamku Karpień. Po drodze jak się domyślacie towarzyszyły nam piękne widoki... Po drodze spotkali?my jedynie dwóch turystów. Drogę zagrodził nam tajemniczy kościółek w środku jodłowego boru. Jest to jedyna cała pozostałość wsi Karpno... Niegdyś dużej pasterskiej wsi. Ostatni mieszkańcy wynieśli się z Karpna na przełomie lat 80 i 90 ubiegłego wieku. Teraz czekało na nas trudne podejście na Trojaka - skalną turnię nad Lądkiem Zdrój. Roztaczały się stąd piękne widoki na wszystkie okoliczne pasma górskie - od Masywu Śnieżnika po Góry Stołowe. Po dłuższym odpoczynku udaliśmy się na nikłe już ruiny zamku Karpień - warowni strzegącej sztolni złota i solnego traktu... Miejsce po zamku posiada niesamowitą atmosferę, jednak pozostałości nie sięgające nawet 3 metrów wysokości nie są niczym ciekawym. Teraz zaczęły się dopiero dzikie góry. Wspięliśmy się na grzbiet graniczny i nim udaliśmy się na południe ku pięknej i tajemniczej górnej części Doliny Białej Lądeckiej... Szlak do końca nam nie pasował swym przebiegiem, więc znale?liśmy ciekawą kombinacje dróg sprowadzających nas prosto do schroniska w Starym Gierałtowie. Gdy wyszliśmy z boru na polany naszym oczom ukazał się cudny widok: na dnie doliny pośród krzaków i zagajników majaczyły ruiny pięknych, starych śląskich gospodarstw, willi, hoteli... Gdzieniegdzie stały zamieszkane gospodarstwa. Pomiędzy nimi wiła się wartka Biała. Z drugiej strony potężnie piętrzyły się szczyty Gór Bialskich, znad których wystawały skaliste i ośnieżone turnie Masywu i Śnieżnika... Schronisko "Bialska Jarmilka" okazało się pięknym drewnianym budynkiem - dawnym domem celnym.

Następnego dnia już bez dużych plecaków ruszyliśmy w trasę. Na początku trzeba było przejść przez Przełęcz Gierałtowską, gdzie znajdowała się granica RP. Niestety na granicy nikt nas nie sprawdził. Czechy przywitały nas piękną halą i widokami na wysoki Hruby Jesenik oraz główny grzbiet Gór Złotych... Nieco poniżej przełęczy znajdował się staw, nad którym stały potężne ruiny dawnej karczmy. Miejsce to było ?rodkiem pięknej wsi o nazwie Hranicky - niestety został tylko jeden dom, zamieszkany przez trapera. Szlakiem czerwonym udali?my się w dół. Pierwszą prawdziwą wsią były Nove Vilemovice. To co pozostało z wsi to niespełna 40% przedwojennej zabudowy. Dalej poprzez Cerveny Dul (resztki wsi) udaliśmy się do Raci Udoli i dalej na ruiny warowni Rychleby. Zbudowanej przez piastowskiego księcia Bolka I, dla ochrony kopalń złota i drogi solnej. Piękne ruiny na stromym wzgórzu z daleka od cywilizacji zostały szybko opuszczone... My zaś śladem "uciekinierów" udaliśmy się do miasteczka Javornik. Przywitał nas stojący na skale zamek Jansky Vrch - zbudowany w XIV wieku przez wrocławskich biskupów. Zwiedzanie zostawiliśmy sobie na pó?niej. Nasze puste brzuchy wzywały nas do porządku... I tak w małej przytulnej restauracyjce zjedliśmy porządny posiłek (oczywiście tradycyjne czeskie potrawy z pysznym piwem). Zamek, choć z zewnątrz obskurny, w środku okazał się piękny. Po zwiedzeniu udaliśmy się na przystanek ćSADu. Miał jechać autobus, jednak nie odjechał. Jak na cywilizowany kraj to skandal! Na szczęście złapaliśmy stop'a. Zawiózł nas tam, gdzie chcieliśmy - do Uhelnej. Tu w miejscu starej odkrywkowej kopalni węgla brunatnego znajdowało się urocze jeziorko - woda zimna dała się we znaki morsowi znad Bałtyku... ćSAD do Novych Vilemovic na szczęście pojechał. Kierowca znał trochę język polski - słowami "Toż to koniec świata!" nas pożegnał. Czekała nas jeszcze wspinaczka na Przełęcz Gierałtowską... Po drodze zaczepił nas starszy człowiek - ubrany w koszulę, porządny sweter i solidne kozaki. Okazał się rdzennym mieszkańcem tych ziem. Znał nazwy większości miejscowości po polskiej stronie (część niestety po niemiecku). Połowa z tych miejscowości dziś już nie istnieje... Wykazał się ogromną wiedzą historyczną i geograficzną. Jest wielkim podróżnikiem, działaczem dawnej czeskiej opozycji, świadkiem II Wojny Światowej (pod jego domem Hitlerowcy zastrzelili czeskiego policjanta - jedyną osobe, która stawiła opór). Był świadkiem równania z ziemią kościołów, willi, hoteli, mordu Niemców i Czechów przez Sowietów, ucieczki swych braci z tej trudnej do uprawy ziemi. Był w Gdańsku, darzy wielką sympatią Polaków. Jest dla nas Człowiekiem-legendą... Pełni wrażeń, niesamowitych historii udaliśmy się do wsi Hranicky. Ów Czech wymienił nam nazwiska i imiona wielu z mieszkańców tej dawnej miejscowości ze łzami w oczach... Wiedzieliśmy, że takich wsi jest mnóstwo (Pilcberk, Cerveny Dul, Nova Veska, Hranicna...), po polskiej stronie również (Stare i Nowe Gierałtowice, Bielice, Nowa Biela...). Tym razem na granicy spotkaliśmy SG. Skontrolowani ruszyliśmy w senną Dolinę Białej Lądeckiej, gdzie czekały na nas ciepłe śpiwory.

Czekał nas ciężki dzień. Przez Przełęcz Gierałtowską udaliśmy się grzbietem granicznym na Czartowiec. Stąd znów bocznymi ścieżkami, narażając się na niełaskę u SG, częściowo po bezdrożach zeszliśmy w wąską już Dolinę "Zapomnienia", czyli Białej Lśdeckiej. Znale?liśmy się na nowym asfalcie. Na zalesionych młodym smrekiem zboczach stały posępne i tajemnicze podmurówki dawnych pierwszych zabudowań Bielic... Po kilometrze marszu wzdłuż uregulowanej przez Niemców Białej wyszliśmy na polanę, gdzie znajdowała się wieś Bielice. Zameldowaliśmy się w Chacie Cyborga, po czym ruszyliśmy na obiad i w trudna trasę - na Smrek (położony za granicą najwyższy szczyt Gór Złotych). W Domu Baptystów dostaliśmy pyszny obiad za grosze. W dawnym centrum wsi nad samą Białą stał stary niemiecki kościół... Było to niegdyś centrum Bielic. Teraz stały tam dawny Dom Celny (Dom Baptystów) oraz kilka zupełnie nowych domków letniskowych. Jedynie szeroka szosa, stare niemieckie latarnie, umocniona rzeka oraz ruiny dookoła wskazywały na niegdysiejszy ogrom Bielic. Dziś największym skupiskiem gospodarstw i domów jest koniec szosy, okolice leśniczówki. Znajdują się tu 3 spore gospodarstwa. Pomiędzy stajniami i stodołami solidnej Śląsko-niemieckiej roboty można się poczuć jak w dawnych Bielicach... Stąd stromą ścieżyną wspięliśmy się na szczyt Pasiecznej. Na szczycie znajdował się czeski żółty szlak. Ryzykując 24 godzinnym aresztem przemknelismy przez pas graniczny na szlak... Bez plecaków szło się łatwo, jednak coraz wyższe szczyty mocno dawały się nam we znaki... Powyżej 1000 m. n.p.m. zaczęły się śnieżne zaspy - niezbędne okazały się stuptuty... Po kilku stromszych podejściach znale?liśmy się na szczycie Smrka - najwyższego szczytu Gór Złotych. Chwila odpoczynku, widoki, tabliczka czekolady... Po dłuższym odpoczynku zdecydowaliśmy się wrócić "na lewo" - jakąś starą dróżką w głąb czeluści Doliny ¬ródeł Białej Lądeckiej... Dróżka okazała się Ślepa... Był to najprawdopodobniej stary niemiecki szlak turystyczny do Nowej Bieli... Zaspy śnieżne po kolana, podmokłe wywierzyska jednego z "protoplastów" Białej i liczne gnijące konary Puszczy Jaworowej mocno dały się nam we znaki... po dłuższym zejściu znale?liśmy się na końcu Doliny Białej Lądeckiej - na starym niemieckim "Dukcie nad spławami"... Dalszemu zejściu towarzyszyła dziewicza przyroda... Ogroimne łaty śniegu zionęły przenikającym cienkie i mokre koszulki chłodem i wilgocią... Wiedziałem, że 60 lat temu stał nieopodal "Śląski Dom" - niemieckie schronisko. Droga wkrótce połączyła się z szosą (sudeckie drogi-widmo, czyt. donikąd...). Szliśmy i szliśmy, robiło się coraz cieplej. Czasem przez wysokie przełęcze przebijało się zachodzące słońce... Wokół drogi i rzeki pojawiały się co jakiś czas wysokie i niedostępne skały... O dziwo w tej dziczy rzeka była uregulowana - solidna robota zachodnich sąsiadów i nasz pobratymców - Ślązaków... Dopiero na skrzyżowaniu z zielonym szlakiem spotkaliśmy pierwszych ludzi! Nieopodal zaczynała się wieś, a właściwie przyczółek Neue Bielau (Nowa Biela). Stał tam Dom Celny, kaplica, leśniczówka i kilka domów... Dziś ruiny, resztki słupów energetycznych i telefonicznych... Do tego te tajemnicze łąki, pastwiska i ten ciepły wiaterek, jakby duchy mieszkańców powróciły... Nowa Biela niegdyś tworzyła jeden ciąg domów z Bielicami - dziś oddziela je gęsty kilkusetmetrowy las... Bielice - ten samy tajemniczy wiaterek... Nagle dreszcz - tu stał Hotel Górski, a tam poczta... A tam była willa von Sterczów... A tu Elektrownia Wodna... Nie sposób opisać atmosfery tam panującej. Turyści zaciekawieni ruinami tych budowli dostali od nas porządną dawkę ciekawostek i faktów historycznych... Bielice do końca lat 80 XX wieku były sukcesywnie opuszczane przez ludność polską (przesiedloną z zachodniej Ukrainy po II W.Ś.). O dziwo zostali tu ludzie (70%) z wykształceniem wyższym (w tym kilku doktorów i profesor!)... Mieszkańcy Bielic (ok. 30 osób) mają swego przedstawiciela w Radzie Gminy, Starostwie Powiatowym, a także w Parlamencie Europejskim! Rząd polski nadaje tym ziemiom przywileje, które mają zachęcić potencjalnych inwestorów i turystów do budowy domków weekendowych i schronisk... Niedawno odbudowano oświetlenie i wylano nowy asfalt... Z ciekawostek: tutaj spotykali się działacze Solidarności i opozycji czeskiej. Wymieniano się doświadczeniami - przerzucano "niewygodnych" politycznie. Spotykali się tu Wałęsa, Vaclav Havel, Kuroń... O mało co Kuroń nie zginął na zboczach Kowadła, uciekając przed WOPistami... Do wyludnienia tych miejscowości przyczynił się WOP i Armia Czerwona, które sukcesywnie niszczyły buldożerami stare wille w ramach "zamykania i pilnowania szczelności granic" (!!!) oraz przesiedlali "niewygodnych" w inne pseudo atrakcyjne miejsca...
Następnego dnia wcześnie rano wraz z parą (chłopak z Rumii i dziewczyna z Wrocławia) udaliśmy się na przystanek PKS. Tomek L. został jeszcze 1 dzień w górach. Bielice żegnały nas pięknymi widokami, bezchmurnym niebiem i tym niesamowitym, mrożącym krew w żyłach wiatrem. Niesamowitą ciszę zakłucał jedynie szum Białej w spienionych kaskadach pozostałości Elektrowni Wodnej... Tę agonię przerwał nam turkot nadjeżdżającego autobusu... Pojechaliśmy prosto do Kłodzka - stolicy powiatu. Stamtąd taksówka (!!!) zawiozła naszą trójkę prosto na peron 3 (!!!) kłodzkiego dworca głównego. Czekał tam pusty pociąg osobowy do Wałbrzycha. Może uznacie (jeśli to czytacie), że jesteśmy "pogrzani" - po co do Wałbrzycha?! O nie - Wałbrzych może nie jest najpiękniejszy, ale posiada w sobie to "coś" - zamek Książ. Do tego podróż niesamowitą linią kolejową Kłodzko Główne - Wałbrzych przyprawiającą o ten dreszcz i zawrót głowy. No właśnie na początku równiny Kotliny Kłodzkiej - senna atmosfera, ale góry wokół wszędzie... I nagle wiadukt - pociąg o dziwo przyśpiesza, zaczyna wspinaczkę - stacja Nowa Ruda, piękne górnicze miasteczko. Wsiada pełno turystów z aparatami, kamerami, dyktafonami (!!!)... Zaczyna się... Dwutorowa magistrala zbudowana przez Niemców Śląskich. W latach 80 XX wieku zasuwały tędy takie pociągi jak Kraków - Berlin, Katowice - Paryż (!!!)... Zaraz za stacją ogromny wiadukt nad centrum miasta (jakieś 20 metrów nad dachami domostw). Teraz piekne świerki, pociąg zasuwa po zakrętach niczym opętany - po prawej Góry Sowie, po lewej jakaś głęboka dolina... stacja Zdrojowisko - na peronie drogowskaz szlaku prosto na Wielką Sowę... obok leśniczówka i zero cywilizacji... Popadamy w nostalgię... Mijanka... Teraz tunel, stacja, o następny tunel - jaki chłód, przeciąg porywa jakiemuś turyście czapkę... Niesamowita trasa... I tak dotarliśmy do Wałbrzycha - część turystów czekała az pociąg będzie wracał do Kłodzka (!!!). My udaliśmy się następnym pociągiem do Wałbrzycha - Miasto, skąd autobus MZK zawiózł nas do zamku Książ... Odbywał się właśnie festyn... Po krótkiej chwili odpoczynku na skale z widokiem na Książ udaliśmy się spowrotem na dworzec skąd pojechalkiśmy do Wrocławia. Po posiłku w Barze "Wzorcowym" pożegnaliśmy się z Dorotą (Wrocławianką) i wsiedliśmy do zatłoczonego pociągu "Stoczniowiec" do Gdyni... Podróż zakończyłem o 23.30.


Nie lubię takich wędrówek.
Nie lubię, kiedy zamiast kamień po kamieniu delektować się górami - trzeba pilnować wysokiego tempa, bo w perspektywie majaczą tylne światła ostatniego odjeżdżającego PKS-a.
Ale co zrobić? Wstałem wcześniej i szparkim krokiem wszedłem w samo serce Puszczy Jaworowej, tego Paradies biednej księżnej Marianny.


* * *

Wilgoć. Góry bez niej są jakby nagie - otulone w nią, zacierają zbyt ostrą granicę między skałami a niebem, między cieniem a oszalałymi potokami światła. Wszystko staje się mniej dookreślone, łatwiejsze do przeniknięcia nawet przez pół-ślepe oczy przybysza z wielkiego miasta.
Tak, mimo wszelkich niedogodności - cieszyłem się z niej. Spowite nią miękkie plamy rudych torfowisk nieśpiesznie wysyłały strużyny ku dolinom i ku niewidnemu, a przecież przeczuwalnemu Morzu, jak nerwami oplatały nimi wyspy drzew, przeciągających je w pierwsze plamki zieleni. Przywijała ona do siebie szadziste kopuły zapomnianego śniegu, które poznaczone oazami pni wilgotniały w wiosennej zadumie. Powietrze łączyło swe warstwy w kilim powtarzający jakiś nieokreślony wzór, zbyt subtelny, bym mógł go dostrzec, zbyt skomplikowany, by dało się go opisać -
tak dwie nieskończoności łączyły się ze sobą: Morze z Masywem.
Wiele, tak bardzo wiele przestrzeni można przemierzyć, gdy nie zna się jej brzegów, gdy nie jest się ograniczonym jej stalowymi krańcami, gdy można przesączać się w niej z oazy na oazę przez śpiące kwiaty deszczu,
nie budząc ich i nie wzruszając.


* * *

Jakieś pięćdziesiąt milionów lat temu Góry Bialskie niemal znikły z powierzchni planety, wygładzane kolejnymi falami wiatrów, mrozów i powodzi. Gdy w epoce fałdowań alpejskich wypłynęły ponownie, ich interior pozostał falisty, tworząc przedgórnomioceńską powierzchnię zrównania.
Dziwnie idzie się takim grzbietem. Niezliczone, ale bardzo łagodne podejścia i zejścia gubią się w szybkim marszu, zlewają się w arytmiczną parabolę powleczoną subtelnymi półcieniami wiosenniejącej puszczy. Szybciej, jeszcze szybciej: który to słupek - który szczyt - wyrównanie - przełęcz? Tak zwolna stopione w amalgamat wilgoci, oszałamiają umysł, zagarniają przeszłość i przyszłość w bezczasowy kobierzec rosochatej opowieści. Da się to nie?le przełożyć na muzykę - najlepszy będzie tu chyba mroczny, lodowcowy ambient:
gęste by piasek kongregacje igieł to lekko przesterowana gitara, trochę snuta slide'm, trochę muskana po gryfie;
szeroki, miękki welon drogi to plamy klawiszy, atonalnie, od niechcenia wybijane w pięciolinii;
pnie to chropawy, hammerowany bas, bez rytmu, z przeciszami flażoletów;
kamienie to nieregularny, ledwo słyszalny podkład perkusji, snujący tło epokowych wydarzeń;
szarozielone powietrze to zgaszone smyki, leniwie płynące w słuchawkach po skalach i rejestrach.


Daleki śmiech rozstajów przechodzi w kodę pasteli, runy zakrętów - złotolistne runy, które tak daremnie odczytuję łakomymi palcami - kładą matowe arpeggio na podziemną plażę gwiazd.


* * *

No to co, będzie w końcu ta relacja czy nie?! Powiedzmy, że coś na kształt relacji: 3.V.2005 wyszedłem z Bielic, by przez Rudawiec dojść do Bolesławowa. Było to 21 pktów GOT.
Więcej nie ma sensu pisać, bo i tak nikt tego nie będzie czytał. Prawidłowość jest prosta: z relacjami i zdjęciami z imprez zapoznają się ich uczestnicy tudzież bliżsi akolici owychż (ci ostatni raczej z obowiązku); a że ja byłem tam sam i grona miłośników nie posiadam, to i publika tu będzie przyzerowa, a ci nieliczni fanatycy, którzy rozpoczną lekturę tego tekstu, odpadną na wysokości pierwszych plamek i mgiełek. Również i dalej należy się przygotować na kolejną porcję ciamkania zamiast porządnego podróżniczego mięsa. Tak więc w sumie mam kawałek strony tylko dla siebie... Fajnie.


* * *

Nie da się chyba intensywniej doznać gór, niż przy ostrym podejściu. Każdy kamyczek, każde minimalne nachylenie terenu tu wyzwanie dla zmęczonych nóg. Zmusza, by się mu przyjrzeć, zająć się nim, zapamiętać je, dotknąć:
ileż niewypowiedzianych historii, gnejsowych pergaminów pełnych owoców z dalekich galaktyk skrywa każdy kamień -
ileż uczucia, ileż mądrości, miłości i nienawiści drzemie skulone w łukach każdego zakrętu -
jak blisko stąd jest do zrozumienia? Do odczytania jaśminowych snów kroplą potu ze skroni?
Popatrz: atom oderwał się od jeżyny i szybuje galeonem pyłku w Archipelagi Zbożnoty. Nikt tego nie dostrzeże, nikt - oprócz ciebie. Pismo klinowe rozłożone na leptyty Masywu rozszerza się w epicką pieść, która osrebrza czyny nieznanych nikomu bohaterów, nienazwanych królestw, niepoznaczonych barwami odległych baśni. Także i ty przechodzisz w baśń na ten luksusowy moment zapaści w górskie zbocze: namodlone obłoki rosy pochłaniają cię, zamykają ci oczy, otwierają ci oczy, przeprowadzają twoje zmysły po cieńkiej kładce nad szklistą przepaścią w Kanaany złocistych, uroszonych motywów.


* * *
Kto was śmiał dotknąć, święte świątki z Ogrójca? Kto was oślepił, kto odłamał wam ręce, kto spękał wasze ciała - i odszedł, sytym krokiem zwycięzcy? Wasze oczy: wciąż kołacze się w nich zdziwienie - ale nie odczytałem w nich złości... nie odczytałem złości- Jakbyście mówiły: to tylko powłoka, nasze ręce i szaty skrzą się istnieniem, w odległej krainie Piękna - a może nie aż tak odległej - jeżeli zawrzeć umysł na żelazne prawa kształtów i logiki - jeżeli iść z wami w tą boczną drogę przez las-
Ileż zaskakującej szlachetności, niewymuszonej dumy w tych naiwnie, ze zbytnim rozmachem ciosanych rze?bach, leżących w zapomnianym miejscu, na zapomnianej górze, na zapomnianej orbicie Przeszłoty. Wielkie oczy, przerysowane gesty - czy naprawdę trzeba być zniszczonym i zapomnianym, by stać się arcydziełem? O którym nikt nie wie?
Na opuszczone pola Zawady nad Bolesławowem powoli wchodzą drzewa. Nie śpieszą się; mają czas. Parami, pojedyńczo badają nowe metry za kolejnymi miedzami. Otaczają płot Ogrójca; ale nie są złe, i rze?by też się nie gniewają - nawet jest między nimi jakaś nić porozumienia, szkarłatny cień żywotnego gestu tych, którzy znają swą władzę. Za lat wiele - a może i całkiem niedługo - wkroczą sosny i buki w płot świętego miejsca; rozbłysną piętra zieleni na szarych szatach kamiennego Jezusa; święci wtulą się w nachodzące drzewa
i wyrosną ze świątków dęby, wielkie, konarzyste, wyrosną ponad planetę i dotkną liśćmi kraterów Księżyca:
rze?by staną na orbitach komet - będą miały tyle rąk - tyle palców - ile tylko będą chciały...


* * *

Aha, i jeszcze jedno. Od Bielic do przełęczy Płoszczyna, przez całe Góry Bialskie nie spotkałem nikogo z ludzi. Miałem całe góry dla siebie. Królewski dar, doprawdy.
zdj1
Dawna (hitlerowska?) kopalnia srebra i ołowiu "Filip II" - dziś środek lasu
zdj2
Lutynia - kaplica św. Barbary i dolina Lutego Potoku
zdj3
Widok z Trojaka na Lądek-Zdrój, dolnę Białej Lądeckiej i - na horyzoncie - na Góry Miedzowe (czyli Bystrzyckie).
zdj4
Ruiny zamku Karpień
zdj5
Kot bazowy w Bialskiej Jarmilce
zdj6
Potrawa Prawdziwego Twardziela
zdj7
Nad Novymi Vilémovicami
zdj8
Zamek biskupów wrocławskich Jański Wierch - XIX-wieczne bibeloty
zdj9
Jański Wierch - wczesnobarokowy ołtarz w kaplicy
zdj10
Polana po opuszczonej wsi Hrani?ky
Komentarze wyjazdu