glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Spływ rowerowy 2oo5
termin: 29.IV - 3.V
sezon: Wiosna 2005
spływ rowerowy


Spływ rowerowy 2oo5


Tekst: Adam Piotrowski Zdjęcia: Maciek Rynkiewicz i inni.


dzień 1, 29 kwietnia 2oo5 - na południe


Spotykamy się o 16 przy Żaku we Wrzeszczu w składzie: Maciek, Łukasz, Adam. Trasę mamy mniej więcej ustaloną, na początek jedziemy na Masę Krytyczną do Gdyni. Na tejże demonstracji rowerowej spotykamy około 200 bajkerów. Przejeżdżamy tak właśnie liczną kolumną przez ulice Gdyni, odłączamy się od nich i udajmy się na pociąg, którym zamierzamy podjechać do Malborka, skąd dalej będziemy podążać rowerami. Na dworcu w Gdyni dosyć śmieszna sytuacja z odnalezieniem peronu, z którego odjeżdża nasz pociąg. Właściwie to nikt nie wie, na który peron wjedzie: ani panie w kasie SKM na dworcu SKM, pani w informacji PKP, pani w kasie PKP, pani w kasie SKM na dworcu PKP, no i oczywiście na tablicy z odjazdami też nic nie ma. Gdy udałem się ponownie na dworzec SKM 5 minut przed odjazdem pociągu w końcu dowiedziałem się: z trzeciego!. Idziemy na trzeci peron, na wszelki wypadek zasięgam jeszcze języka u dyżurnego ruchu na tymże peronie, a on jak to już wszyscy na tym dworcu, mówi, że nie wie! i trzeba patrzeć gdzie wjedzie. Pociąg wjeżdża na tor przy peronie czwartym, więc przechodzimy jeszcze przez tory. W pociągu odnajdujemy jeszcze kilka Gdakków kajakarzy, my wysiadamy w Malborku, oni jadą do Prabut, gdzie spotkamy się wieczorem. W Malborku na dworcu o 20:02 Maciek przebija dętkę, ale całe powietrze nie schodzi, więc podjeżdżamy nad Nogat, pod Zamek i tam zmiana dętki. Z Malborka wytaczamy się już prawie po ciemku tuż przed 21. Lecimy szosą do Sztumu, oczywiście nie tą główną, ruch samochodów znikomy, mniej więcej 2 samochody na pół godziny, mijamy w którejś miejscowości DISCO, hehe, ale jakie! W Sztumie o 22:05 napieramy na sklep. To już ostatni tego dnia. Ze Sztumu na Mikołajki Pomorskie gdzie po drodze mijamy "Zaspę". W Mikołajkach również jakaś imprezownia, ale tym razem w trochę lepszym stanie i czynna. Powoli zaczyna się robić zimno, a gdy uderzamy w prawo na Gdakowo, to już w ogóle lodówka. W Gdakowie jesteśmy jakoś 23 z hakiem około jakoś tak. Na stacji z napisem wykonujemy zdjęcia i stoimy chwilę, aż w końcu wypieramy z tejże miejscowości i już tylko na Prabuty. Przed nimi skręcamy w polną drogę w dół, do jeziora, gdzie czekają na nas kajakarze, a właściwie nocują. Trochę ujechaliśmy, z kilometr chyba, zanim trafiliśmy, w ogóle oni już poszli spać. Rozpaliliśmy "zgaszone" ognisko. Rozbijamy namiot tak jakoś 0:30, poczym Piana wstała i tak przy ognisku posiedzieliśmy do 3 mniej więcej. Zimno było stojąc pół metra od ognia, na kasku pojawił się... szron. W namiocie gorąco nie było, każdy ubrał co miał i jakoś przeżyliśmy w lodówce do 7 rano, kiedy to wyszło piękne słońce i aż żyć się zachciało, noc była ciężka. Aha namioty rozbite mamy jakieś no z 50 metrów od torów kolejowych, na Warszawę, fajnie było! mały akcencik kolejowy na spływie rowerowym.


dzień 2, 30 kwietnia 2oo5 - na wschód


Około 9 przyrządzamy śniadanie, przyjeżdża akurat Prezex i za chwilę Grzybek i jakoś tak czas zlatuje do następnego pociągu, którym przyjeżdża reszta kajakowych Gdakków. Podjeżdżamy jeszcze do Prabut po jakieś zakupy i około 13 jak już spakowani wszyscy są i gotowi do drogi następuje "odprawa", wspólne zdjęcie i jedziemy, a oni płyną. Pogoda jest piękna, od rana świeci słońce, wiatr znikomy. Droga nawet przyjemna, asfalt, czasem trochę mocno podziurawiony, ale samochodów brak. Docieramy do Kamieńca, gdzie planujemy obejrzeć fajne ruiny pałacu, tylko gdzie one są. No tam jakoś je znale?liśmy, robią niezłe wrażenie, polecamy pałac w Kamieńcu do obejrzenia. Obecnie własność niejakiego pana Kulczyka, dawniej przebywał tu Napoleon (1807 r.). Z Kamieńca lecimy na Jerzwałd, również szosą bez samochodów. Gdy tak droga zamienia się na brukowaną, postanawiamy uderzyć na jakieś leśne dukty, którymi w okolice Jerzwałdu docieramy, dalej asfaltem i przed Siemianami w prawo na Jezioro Jasne, a właściwie rezerwat. Przy wspomnianym jeziorku robimy postój, kąpanie, kanapki i te sprawy. Pogoda dalej tak samo wypasiona. Jedziemy do Siemian, gdzie klejenie dętki następuje. Z tej "turystycznej" mieściny jedziemy leśną piaszczystą, oj mocno piaszczystą, drogą do Januszewa, dalej znowu asfalt. We wsi o nazwie Brusiny pan robi nam zdjęcie telefonem. Dopieramy tak do Susza, skąd lecimy szosą na Prabuty, tam zakupy i na nocleg, no właśnie, gdzie ten nocleg. Niby nic pierwsza droga za skrajem lasu w prawo jedziemy i nic, do Liwy dojeżdżamy nikogo. Wracamy kawałek i dalej leśną drogą wzdłuż Liwy, tak razem to ze 2-3km żeśmy po lesie krążyli zanim w końcu natrafiliśmy na spływowiczów, nie było tak ?le. Myśleliśmy, że to będzie gdzieś w głuchym ciemnym lesie, a tymczasem tu jakaś cywilizacja była, śluza i w ogóle kulturalna ubita droga. Czeka na nas nawet jedzonko, zjadamy po ponad dwie torebki ryżu, przynajmniej ja, no i jakieś mięsko do tego sos, sałatka, ogórki, super. Rozbijamy namiot, chociaż w sumie już prawie miejsca nie było, ale jakoś wcisnęliśmy, aż Gosia nie mogła znale?ć swojego namiotu hehe. Wieczorem, jak co dzień ognicho. Idziemy spać dosyć szybko bo jakoś koło 1 chyba.


dzień 3, 1 maja 2oo5 - na południe


Rano jedziemy do Prabut po "małe" zakupy i pó?niej ja jeszcze raz po Marysię, która właśnie dołącza do spływu rowerowego. Wracamy do obozu, pakujemy rzeczy i ruszamy. Wczorajszy kierunek: na wschód, dziś: na południe. Jedziemy leśnymi drogami do Marów, które zmieniły nazwę na Morawy, a przed nimi zaczął się już asfalt. Atakujemy sklepik i ustalamy dalszą część drogi. Jedziemy przez Nową Wioskę, gdzie postanawiamy skręcić na jakąś lichą drogę i podjechać nad Jezioro Rybne, które nas zbytnio nie zachwyca i jedziemy dalej (po Jeziorze Jasnym mamy duże wymagania co do czystości wody i okolicy). Dalej kawałek asfaltem i nad Jezioro Klecewskie, gdzie jednak dziki tłum grillowiczów zniechęca nas do robienia "popasu". Jedziemy ze 2 kilometry drogą wzdłuż wspomnianego jeziora, gdy nagle ta się kończy. Dalej bagno. Sprawdzamy już nie na rowerach czy jest sens pchać się dalej. Zawracamy, z 200 metrów wstecz i odbijamy od jeziora, objeżdżamy je i lądujemy na jego końcu, czyli tam gdzie planowaliśmy się doczołgać. Widać po drugiej stronie mega fajny dworek, co prawda na górce, ale swoim urokiem zachęca nas do podjechania bliżej. Przed nami spora górka, na szczycie tablica "Klecewo", oglądamy dworek z bliska, parę fotek i dalej. Zjeżdżamy z górki, na którą się właśnie wspieliśmy, 59km/h. Lecimy szosą przez Czarne Górne, Czarne Dolne, Czarne Małe, dalej Gardeja. Kierujemy się w stronę Wisły, a przy leśnictwie Otłów robimy mały popas na ławeczkach. Po skonsumowaniu chleba i konserwy jakiejś i czekolady i batoników, ciasteczek z galaretką itp. jedziemy dalej. Ładny zjazd teraz, ze 2-3km cały czas na budziku widnieje 40km/h. W okolicach Okrągłej Łąki zaczyna się teren zdecydowanie płaski, jedziemy Doliną Dolnej Wisły. Wiatr trochę średnio nam sprzyja, ale nie jest tak ?le. Po drugiej stronie wspomnianej rzeczki Nowe, my napieramy przez Nebrowo Wielkie, Wiślany, Wiśliny, Grabowo, Grabówko, aha, napotykamy po drodze słomianego królika, zająca, misia, jak zwał tak zwał (zobacz), zdjęcie niczym z Żywca z wypadu Sylwestrowego (zobacz). W Nowym Dworze uderzamy jeszcze na resztki mostu kolejowego przez Wisłę, most miał ciekawą historię, najciekawsze wydaje się to, że był rozebrany, konstrukcja spoczywała nieopodal i w razie np. ewakuacji w ciągu 24h!! można było go odbudować, obecnie most wywieziony do Torunia gdzie tam służy, jakoś tak. Z Nowego Dworu lecimy już na Kwidzyn, gdzie do pokonania naprawdę spora góra, w Kwidzynie zaczyna też deszcz kropić, kierujemy jakiegoś turystę na schronisko, no i lecimy na nocleg. Większych problemów z wyjazdem z Kwidzyna nie mieliśmy, jedziemy przez Kamionke i Brokowo do Woli Sosenki, prawda, że urocza nazwa, bo Aga napisała, że tam są. Bez żadnych problemów natrafiamy na rozbite namioty, dzisiaj na kolacyjkę makaron. Kajakarze wymęczeni dniem suszą rzeczy, my też dziś nie?le zapodaliśmy, bo ponad 100km. Namiot udaje nam się rozbić jeszcze prawie za jasnego. Mieszczą się w nim 4 osoby i 4 rowery. Po zjedzeniu dołączamy do ogniskowiczów. Jak co dzień wymiana wrażeń z trasy między "pływakami" i "korbiarzami".


dzień 4, 2 maja 2oo5 - na zachód


Jak zawsze rano śniadanie, czyli góra kanapek znikająca w kilka minut. Dziś wyruszamy trochę wcześniej niż poprzednio. Początek trasy to zjazd do rzeki, mostek i dalej przedzieranie się przez krzaczory. Dobry akcent licho - drogowy na początek dnia. Dalej jedziemy już asfaltem, praktycznie cały czas w dół. Miejscowości: Dubiel, Brachlewo, Gurcz, Janowo, gdzie tu rozstajemy się z Maćkiem, który wraca już dziś do Gdańska (farciarz z wiatrem miał i piękną pogodę - wyczesał 22,8km/h i o 16:50 był w domu). My w składzie Adam, Marysia, Lulu napieramy na przeprawę promową. Na prom czekamy chwilę, na brzegu Wisły na karimatce się opalając. Prom ciekawej konstrukcji, mieszczą się na nim 3,5 samochodu, no i my. Pływa on bez żadnego silnika, wykorzystuje prąd rzeki. Tak oto znajdujemy się już w Gniewie. Uderzamy pod górę na zamek. Na dziedzińcu zostawiamy rowery i... udajemy się na miasto. Wracamy następnie na spektakl odbywający się na dziedzińcu i po nim zwiedzamy dogłębnie zamek. Cała wizyta w Gniewie zajmuje nam 3 godziny. Rowery przeżyły naszą nieobecność. Kupujemy coś do jedzonka i jedziemy dalej. Do Nicponi dojeżdżamy ścieżką rowerową i kierujemy się na Opalenie. Po drodze odwiedzamy Rzym. Tablica była, niestety aparatu nie było. Z Opalenia do Korzeniewa przepływamy promem analogicznym do poprzedniego, różnił się jedynie kolorem farby na burtach i barierkach. Z Korzeniewa do Kwidzyna i teraz znowu ten sam podjazd, ale tym razem objeżdżamy trochę dookoła i oglądamy dokładnie zamek połączony z katedrą. Podjeżdżamy do Żabki po jakieś zakupy na wieczór i dalej podążamy tą samą drogą, co wczoraj, jedynie trochę wcześniej odbijamy w stronę Liwy. Kajakarze jeszcze nie dopłynęli, ale niebawem się pojawiają, bo podjechaliśmy kawałek w ich stronę. Jedziemy tak wzdłuż brzegu rzeki, aż do mostku, przy którym zaplanowany jest nocleg. Mamy eleganckie ławeczki i stoliki. Dziś na obiadokolację znów zapowiada się makaron, ale tak szczerze, to więcej w nim było dodatków niż makaronu, no i było mega pyszne. Na dobre to wyszło, bo opchałem się nim, że hoho, a wcześniej zebraliśmy zmówienia i zrobiliśmy nocną rundkę do Kwidzyna po zakupy, wracamy jakoś około 23. Widzieliśmy już błyski na niebie. Przy ognisku siedzimy do 1:30, kiedy to zaczyna padać i grzmieć. Przenosimy się do namiotu i tam jeszcze siedzimy trochę czasu, aż w końcu kładziemy się, bo rano o 7 pobudka.


dzień 5, 3 maja 2oo5 - na północ


Wstajemy o 7:10, robimy my dziś śniadanie. Kanapek jest naprawdę sporo, bo zużywamy prawie wszystko, co jeszcze nie zostało zjedzone. Kanapek było tak dużo, że aż nie byliśmy w stanie zjeść wszystkich. Po śniadaniu pakujemy rzeczy, w międzyczasie ktoś zaczyna spływać kajakiem przez bystrze pod mostkiem, bo przed nim zaparkowali kajaki. No i w tym miejscu ekipa rowerowa ma okazję wykazać się umiejętnością machania wiosłem. Było mega fajnie. No, ale czas goni, pakujemy maszyny do końca, żegnamy się i jedziem do domu. Trasa powrotna przez Tychnowy, Gurcz, Jarzębinę, Białą Górę, gdzie robimy mały postój na penetrację śluzy komorowej i wrót przeciwpowodziowych, aktualnie w remoncie. Dalej lecimy przez Piekło i wzdłuż Rezerwatów: "Las Łęgowy nad Nogatem" i "Mątawy". Miejscowości takie jak Mątawy i Miłoradz przywitały nas resztkami asfaltu, właściwie to było tam więcej dziurawych łat niż asfaltu. W pewnym miejscu aż stwierdziliśmy, że pojedziemy jakąś lichą polną drogą, byle nie po tym "asfalcie", okazało się, że to droga z eleganckich betonowych płytek. Do Lisewa dotaczamy się w klimacie krzywego asfaltu no i tam wjeżdżamy na most drogowy, równoległy do kolejowego. Z Tczewa kierujemy się na Osiedle Staszica i dalej Czatkowy, Krzywe Koło, Suchy Dąb, Wiślinę, gdzie już jest tak lodowato, że hoho. Napieramy wzdłuż Motławy po płytach betonowych na Orunie, tam kawałek po bruku, Bramą Nizinną przekraczamy granicę Gdańska. Dziś przejechaliśmy 101km, pod wiatr, ciężko było, a pod koniec szczególnie. Przez cały weekend wyczesaliśmy 445km rowerem, jakiś z kilometr promami (dwoma) no i z 300 metrów kajakiem, spływ zaliczony.

zdj1
zdj2
zdj3
zdj4
zdj5
zdj6
zdj7
zdj8
zdj9
zdj10
zdj11
zdj12
zdj13
zdj14
zdj15
zdj16
zdj17
zdj18
zdj19
zdj20
zdj21
zdj22
zdj23
zdj24
zdj25
zdj26
zdj27
zdj28
Komentarze wyjazdu