glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Majówka w Kajaku
termin: 29.IV - 3.V
sezon: Wiosna 2005
splyw kajakowy
Autor tekstu: Aga Czeczatka
Autor zdjęć: Paweł Baszanowski; Wojtek Najmowicz

Spływ kajakowy - Maj 2005

Trasa: Liwa, Prabuty-Kwidzyn

Skład: Agnieszka (kierownictwo), Basia (prawa ręka kierownictwa), Paweł, Ania, Zbyszek, Paweł, Tomek, Łukasz, Iwona, Mariusz, Diana, Asia, Tazz, Ewa, Mariusz, Magda, Ania, Piotr, Prezex, Ewa, Gosia, Grzyb, Ania, Jarek, Sebastian, Maciek, Ola

Jak zwykle przygody zaczęły się już w momencie planowania wyjazdu- nigdzie nie chcieli wypożyczyć kajaków, ciągle zmieniała się liczba osób, a charakter rzeki pozostawał tajemnicą. Dzień przed wyjazdem pojechałyśmy z Basią do "Oszołoma" zrobić ogólne zakupy. Efekt: portfele puste, a bagażnik się nie domykał. No, ale nadszedł piątek, wepchnęłyśmy się do srebrnej strzały marki Polonez, bagażnik zajęty, a więc butle gazowe, baniaki 5 litrowe na wodę, nasze plecaki, śpiwory, namioty, karimaty, garnki, gitara, złożone wiosło Basi, Basia, ja i moi rodzice wszystko jakoś musiało się zmieścić w środku. Wiosło stukało o szybę, ale jakoś dojechaliśmy do Prabut.

PRABUTY. Wylądowaliśmy nad jeziorem Dzierzgoń, jest tam przy zachodnim krańcu rodzaj stanicy wodnej i miejska plaża, niezbyt urodziwie, ale można się rozbić (i w dodatku widok na wszystkie pociągi na Warszawę-darmowa telewizja? ). Jakoś tak zawiało jak wysiedliśmy i nie przestało już tego dnia wiać. Rozładowaliśmy rzeczy i pojechałam z ojcem po ludzi na stację-po drodze zauważyliśmy pędzącą strzałę marki SKM, ale nas przegoniła. Wylądowaliśmy w końcu wszyscy na biwaku, rozbiliśmy namioty, pożegnałam rodzicieli, zrobiliśmy kolacyjkę, Basia skontaktowała się po kilku próbach z panem od kajaków (okazało się, że przyjadą jutro), rozpaliliśmy po wielu próbach ognisko, dowiedziałam się, że rowerzyści owszem jechali, wysiedli w Malborku i można się ich spodziewać koło północy i zaczęliśmy marznąć przy ognisku (wiem że to jakiś oksymoron, no ale fakt faktem- zamarzaliśmy). I tak poczekaliśmy sobie do północy, nasze organizmy odmówiły czekania dłuższego, poszliśmy więc spać. My z Basią w moim namiocie (szerokość 3 osoby, długość może i 4 ale karzełki) z Łukaszem i Tomkiem zaczęliśmy uprawiać kombinacje alpejskie żeby w ogóle się jakoś zmieścić. Leciały komendy "na 3, 4 obrót!", "ściana mi się kładzie na oku", "zrób dziurkę na nogi", "ja śpię na waleta" i całe szczęście bo dzięki temu odnale?li nas rowerzyści macając po ciemku teren. Nazwali nas mięczakami, że o tej porze już śpimy, oni za to byli twardzi i potrzęśli się jeszcze przy ognisku do 3.00 (i narazili swoje kaski na oszronienie!). My w końcu ustaliliśmy układ - Basia i Tomek na waleta, z głowami w przedsionku na podłożonym plecaku i lulu.

30. V. Obudziło nas już piękne słońce, powoli zjeżdżała się reszta ludzi (choć nie wszyscy, bo co poniektórzy spó?nili się na pociąg-z litości przemilczę nazwiska), przywie?li kajaki- piękne żółte strzały (wydały mi się jednak trochę delikatne, zważywszy że charakter rzeki nadal pozostawał tajemnicą). Rozdzieliliśmy single zważywszy nieobecność niektórych osób i "na wodę". Długo nie popływaliśmy, bo już za zakrętem ukazał się wypływ i na dokładkę przenoska. Niby ją oglądałam, niby jakieś plany były jak przenosić, ale zaczęły się pojawiać nowe opcje, bo układ rzeczywiście ciekawy. Zastawka, dużo terenu otoczonego płotem, strome brzegi, mostek drogowy, most, a właściwie nasyp kolejowy, za nim szosa, a za tym wszystkim jeszcze jeden mostek, betonowy i jakiś tubylec puścił plotkę, że pod nim jest próg i niebezpieczny. Opcji przenoszenia było dużo, przez nasyp, przez płot, droga naokoło, zrzucanie po tym stromym brzegu i dalej płynięcie, z tym, że bagaże górą, a w końcu ktoś okazał się odważny i na próbę przepłynął pod mostkiem, pod którym okazało się nie ma żadnego progu. Jedyny kłopot to trafić w wąski przepust, ale nurt sam naprowadza. Przenoska trwała długo, więc nieszczęśnicy którzy spó?nili się na pociąg, mieli szansę nas dopaść.
Dalej już było gładko, zakola, trzciny, starorzecza, mosty kolejowe (ten teren generalnie obfituje w pociągi) i powoli zbliżamy się do Prabut. Tu wpływamy na niewielkie jezioro Liwieniec, które jest rezerwatem i należy zachować ciszę i spokój (bardzo się staraliśmy, ale nie wiem czy do końca wyszło). Paweł topił swój aparat udowadniając jego wodoszczelność, ja czekałam na swój, który gdzieś się zapodział, poszły w ruch ciasteczka, a łabęd? na nasz widok się ewakuował. Z jeziora bardzo ładny widok na miasto. Po tym biwakowaniu Diana poczuła gwałtowną potrzebę zwiedzenia lasu, więc włączyli z Tomkiem silnik odrzutowy a myśmy tylko ich gonili. Wypływ łatwy do odnalezienia (choć my i tak pozwiedzaliśmy trzciny, no ale to przez te tempo Diany i Tomka.
Potem zaczął się bardzo piękny odcinek rzeki, nurt powolny z powodu niedalekiego młyna, brzegi wysokie, gdzieniegdzie zwalone drzewa. (Jedno takie zaraz na początku spowodowało opó?nienie wycieczki o pół godziny ?). Dodatkową atrakcją była nieplanowana przenoska przy kładce z naderwaną rurą, na której napis głosił-nie dotykać, niebezpieczne. Spotkaliśmy po drodze jeden spływ, taki rodzinny, ale płynęli na pustych kajakach (jak wszyscy mijani-mięczaki ? ). Niestety ciszę lasu przerywały odgłosy jakiejś niedalekiej biesiady, które niestety się zbliżały. Na szczęście okazało się, że miejsce w Starym Młynie jest wolne, biesiadnicy biesiadują na łączce opodal i w dodatku wyjawili, że mają zamiar wynieść się "o przyzwoitej porze".
Rozbiliśmy się więc na uroczym miejscu i zabraliśmy się za przygotowywanie obiadu. Zaraz pojawił się problem logistyczny jak ugotować ryż na ponad 30 osób i odgrzać pulpety w trzech garnkach, dużych co prawda, ale nie kotłach. (A nie wiedzieliśmy, że liczba ta miała się wkrótce jeszcze zmniejszyć). Pokonaliśmy problem, Kozaki wybrały się do sklepu i wrócili z kilkoma kilogramami kiełbasy na ognisko, jakoś udało się rowerzystom nas znale?ć, a przy okazji rozwiązali problem, co zrobić z za dużą ilością ugotowanego ryżu (odp.-dać Adamowi). Ponieważ dzień nie był specjalnie męczący ludkom zachciało się rożnych harców i wtedy to został poczęty "Pinokio". Śpiewy tego dnia też wyszły najlepiej.

1.V. Następnego dnia było troszkę chłodniej, ale znośnie. Po śniadaniu i odprawie zeszliśmy na wodę, płynęło się nadal przyjemnie, rozlewiskami, piękną rzeką (znowu jakiś łabęd? musiał się ewakuować) aż do następnej przenoski (następnego młyna). Jak tylko przeniesiono kajak kierownictwa, popłynęłyśmy dalej, co by zrobić miejsce następnym. A tu zaczęły się schodki, a nawet schodziska.
Po spiętrzeniu w młynie, rzeka nabrała tempa, jakoś tak nagle zaczęło się robić trudniej, no ale z lekka otumanione tą sytuacją płyniemy dalej. Z duszą na ramieniu pokonałyśmy kilka ciężkich zakrętów, promowałyśmy aż się kurzyło, ale kolejne drzewo postanowiło zrobić nam lodowatą kąpiel dla zdrowia. Gruby konar z wystającym sękiem (to on nas przyblokował) tuż przy stromym brzegu = wanna w kajaku. Na szczęście konar służył jednocześnie za podpórkę i nie było pełnej kabiny, nie trzeba było ustrojstwa podnosić z dna, no ale niewielka różnica dla nas, wody po brzegi, a siekiera pływa żabką od burty do burty. Basia pobiegła za swoim plecaczkiem, który udał się z nurtem rzeki w samotną podróż, a ja ucieszyłam się, że jej miska jest na wierzchu. Z pomocą jeszcze 1 kubka wylewałyśmy powoli wodę (super greps Basi- "Hmm, mamy mokry namiot teraz?. Ale jest jeszcze jeden zapasowy ?. Ale oba są u nas w rufie ?.")no ale pozostał problem co z resztą bo miejsce jednak niebezpieczne (co najfajniejsze Jarek na singlu płynący zaraz za nami zablokowany przez nasz wywrócony kajak z desperacji skręcił, stanął w poprzek, ale tam już nie było takiego nurtu (największe bystrze powodował ten cholerny konar) i dziwnym sposobem ale przepłynął).
Oczyściliśmy miejsce z wszystkich gałęzi, z których się dało, reszta spływała w większości pojedynczo, bardzo powoli i z problemami, ale jednak się udało. Potem było więcej takich atrakcji, no ale my już dmuchaliśmy na zimne (pod jednym drzewem organizatorki stały godzinę przerzucając resztę- no bo faktycznie jak już były mokre, to niewielka to była dla nich różnica). Tam też czekając na innych dowiedziałyśmy się, że była kolejna wywrotka- Sebastian z Gosią bardzo pokochali jeden pień, objęli go ramionami a zdradzony kajak popłynął dalej sam robiąc pół eskimoski. W zaistniałej sytuacji Basia stwierdziła, że należy się nam dodatkowe wsparcie i wyciągnęliśmy karton wafelków. Przemoknięci zostali jeszcze wsparci tajemniczą zawartością piersiówki Kozaka i dalej zmagać się z nurtem.
Działo się ogólnie dużo, pod sam koniec przełomu pojawiły się wyjątkowo wysokie brzegi, z których spadały pnie grubych buków, tworząc na rzece zatory, a nawet wodospady. Przepłynięcie tego na załadowanych dwójkach byłoby szaleństwem, zaczęła się więc seria przenosek, Basi rozerwał się klapek, za to pojawiło się pływające w rzece pół klapkowej podeszwy (Basia zaprzeczała jakoby było jej- wszak akurat podeszwy miała całe). Potem nurt się uspokoił, ale zrobiło się pó?no, chłodno (a niektórzy cały czas byli w mokrych ciuchach) i postanowiliśmy rozbić się wcześniej, w Woli Sosence. Jest tam kładka mocno nadwerężona zębem czasu, nad którą znowu trzeba robić przenoskę (ile można jednego dnia!). Brzeg nie nadaje się na biwak, ale na górce są gospodarstwa i pozwalają rozbić się na polu, w towarzystwie meeeeeeczących kóz. (A pijany gospodarz przechodził obok śpiewając- "mee mee, mecz sobie, nie wydoję cię").
Rozłożyliśmy oba mokre namioty, wytarłyśmy kałuże w ich środku i zaczęliśmy gotować obiad, co okazało się trudne, ponieważ jeden garnek pożegnał się z nami na jednej z wywrotek i jednak udał się w samotną podróż. Dokonując super kombinacji jakoś nam się to jednak udało, rowerzyści zawiadomieni o miejscu jakoś nas znale?li, po czym zaczęło się suszenie rzeczy przy ognisku i trwało, oj trwało. Ognisko zależne było od fantazji podżegaczy-raz dogorywało, raz miało 3-metrowy płomień, na końcu zaś panowie zaproponowali własny styl gaszenia. Potem tylko jeszcze rozlegały się różne odgłosy, które dla przyzwoitości określmy jako wyrażanie problemów z ułożeniem się na muldach i jakoś udało się w końcu zasnąć.

2.V. Następnego dnia rano śniadanie zostało wzbogacone takimi przysmakami jak miód czy czekolada. W sam raz wsparcie na kolejny ciężki dzień. Następny odcinek rzeki, aż do młyna w Szadowie bardzo piękny, niezbyt trudny (nurt nie napierał), a w dodatku pogoda dopisała. Drobiazgi takie jak rąbanie gałęzi która dziwnie się ułożyła na drodze kajaka, kolejne przenoski na zbyt dużej liczbie drzew czy teksty "Co się dzieje? Drzewo. Jak brać? Z prawej, z lewej? Z żadnej!" - wszystko to stanowiło jedynie miłe urozmaicenie. Generalnie na całym spływie cały czas słychać było pytania "Co się dzieje?" Odpowiedzi były dwie: "Drzewo!" albo "Przenoska!".
W Szadowie długa przenoska, za płotem, przez las, ale jakoś poszła. Znajduje się tam Uniwersytet Pokojowego Patrolu WOŚP i odbywają się treningi i ćwiczenia. Na rzece są różne kładki, liny, małpi gaj jednym słowem. Oczywiście ludkowie długo nie wytrzymali, musieli sprawdzić jak jest, ale najdzielniejsza w tym okazała się Diana. Basia za to zafundowała sobie rozrywkę innego rodzaju- schodząc po dziobie z kajaka potknęła się i wpadła do wody po szyję?. I znowu płynęła mokra.
Dalej znowu liczne atrakcje, już nie tak straszne jak poprzedniego dnia, ale trzeba było cały czas mieć się na baczności. W jednym miejscu znów wysoki brzeg, zwalone wielgachne sosny, 2 metry nad wodą, z których Diana miała zamiar nurkować do kajaka (w szlachetnym celu-żeby pomóc Jarkowi), ale Basia ją od tego pomysłu odwiodła gdyż pod Dianą znajdowała się gitara. W tym też miejscu przechodziliśmy synchronicznie- część przez drzewa, część przenoska brzegiem. Efekt-przenoska trwa krócej. Nagromadzenie przeszkód, drzew, kładek i przenosek mocno nadwerężyło morale, a najgorzej wyszły na tym pary, które na kajakach miały liczne trudne chwile i rozwody.
Pod koniec odcinka, przed mostem w Brokowie spodziewając się 2 ciężkich progów uważnie patrzeliśmy wprzód. I znowu przenoski (notabene jeden próg jest całkowicie sztucznym wodospadem sporządzonym dla dodania urody rezydencji, której pilnuje krwiożerczy brytan. Tuż przed Brokowem ujrzeliśmy między drzewami połyskujący kask- Adamowi znudziło się czekanie i pojechał wzdłuż brzegu przez krzaczory wypatrujac wioseł.
Rozbiliśmy się przy moście w Brokowie, trzeba było opatrzyć liczne rany cięte i szarpane, a następnie zająć się obiadem, gotowanym tym razem na raty. Coraz bardziej błyskało aż w końcu burza wygoniła nas do namiotów.

3.V. Ostatniego dnia byłą megawyżerka na śniadanie-trzeba było wyjeść wszystko co zostało. Potem usłyszałam okrzyk "Ale będzie widowisko, ludzie, brać aparaty!". Okazało się że ktoś postanowił spłynąć pustym kajakiem przez bystrze. Rozrywka okazała się przednia i znalazła wielu naśladowców. Odpadło dzięki temu przenoszenie kajaków, ale doszło pakowanie się w dość ciężkich warunkach (Basia np. odpłynęła bez wiosła i gdyby nie pomoc wiosłowałaby stopami).
Ostatni odcinek wcale nie był lightowy, cały czas trzeba było mieć się na baczności, Kozaki utkwiły pod betonowym mostkiem, Mariusz pływał za kajakiem trzymając się rufy a jednej załodze udało się jeszcze zaliczyć wywrotkę. Zaś najgorsze chwile grozy organizatorki przeżyły przepływając przez gałęzie zwalonej wierzby. Przypadkiem podważone gałązki wpadły do kajaka i zaczęły iść w stronę załogi! Były bowiem oblepione dżdżowniczkami, larwami jakowymiś, chyba komarów, których pełno było już wcześniej. W tym jednak momencie w kajaku znalazło się ich z 5 tys. A może i z 50 tys!!!. I zaczęły pełznąć. Wniosek? "Wywrotka jest lepsza, wywrotka nie pełza!"
Była jeszcze jedna przenoska, a na koniec super most kolejowy. Na jednym z pierwszych w Kwidzynie mostów urządziliśmy metę. Rozpoczęło się mycie, pakowanie, rozdzielanie resztek żywności (wtedy to wyszło na jaw tajemnicze zniknięcie kiełbasek). Pinokio został nonszalancko wrzucony do wody, jednak bohaterska postawa Jarka uratowała nasz totem.
Spływ można już teraz uznać za super udaną imprezę, wiele było atrakcji, kilka chwil grozy, przyroda i pogoda stanęły na wysokości zadania. Liwę polecam gorąco jako piękną i ciekawą rzekę, trzeba mieć tylko na względzie, że dobrze żeby płynący mieli jakieś doświadczenie no i siły wymaga troszkę- dużo przenosek oficjalnych i nieoficjalnych. Ale jest niezwykle atrakcyjna na całej długości.
zdj1
zdj2
zdj3
zdj4
zdj5
zdj6
zdj7
zdj8
zdj9
zdj10
zdj11
zdj12
zdj13
zdj14
zdj15
zdj16
zdj17
zdj18
zdj19
zdj20
zdj21
zdj22
zdj23
zdj24
zdj25
zdj26
zdj27
zdj28
zdj29
Komentarze wyjazdu