glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Nadmorski rajd na koniec Polski
termin: 2 - 3 IV
sezon: Wiosna 2005
Jastrzębia Góra
Autor tekstu: Michał Rynkiewicz
Autor zdjęć: Maciek Rynkiewicz

Rajd na koniec Polski rozpoczął się na dworcu w Gdyni drugiego kwietnia 2005 roku o godzinie 10:00, gdy opó?niony o 2 minuty pociąg osobowy relacji Gdynia Główna Osobowa-Hel drgnął i ruszył przed siebie. Unosił w swych niekoniecznie przepastnych wnętrzach trzech wagonów drugiej klasy (a dokładnie w kilku ostatnich przedziałach ostatniego wagonu) towarzystwo powszechnie znane jako GDAKK'i, a obecne w liczbie około 25 osób. Słońce przyświecało z bezchmurnego nieba, w tyle pozostawały kolejno Gdynia Chylonia, Rumia, Reda... Za Redą PKP zadbało o urozmaicenie podróży w postaci dwóch panów z Gestapo... O, przepraszam... w postaci dwóch konduktorów skwapliwie kontrolujących bilety. Tymczasem pociąg minął Żelistrzewo i wtoczył się do Pucka. Tu padło hasło przygotowania się do desantu, bowiem stacją docelową wesołej gawiedzi było Swarzewo odległe już o zaledwie kilka minut i kilka kilometrów błyszczących w porannym kwietniowym słońcu szyn. Samej stacji w Swarzewie wprawdzie bliżej było do Gnieżdżewa, ale komu to przeszkadzało...? :)
GDAKK'i uparły się na Swarzewo jako miejsce startu marszu, tam też kierując kroki. Wejściu do Swarzewa towarzyszył pewien osobliwy aromat... Na kilometr woniało rybami, niczym z portu we Władysławowie. Cóż jednak znaczył ten drobny zgrzyt wobec braku orkiestry (np. górniczej), wiwatujących na przywitanie GDAKK'owej grupy tłumów i sołtysa z chlebem i solą oraz kluczami do bram wsi...? Zaiste organizator w tym miejscu się nie popisał... ;) Zamiast jednak zagłębiać się w opary absurdu, dotarliśmy do neogotyckiego kościoła, w którym życzliwy proboszcz opowiedział nam historię figurki Matki Boskiej Swarzewskiej, opiekunki ludzi morza. Pokazał również samą figurkę, na co dzień ukrytą przed ludzkim wzrokiem. Każdy otrzymał także obrazek Matki Boskiej Swarzewskiej na pamiątkę, po czym wyruszyliśmy z kolorowo i bogato zdobionego kościoła w kierunku, nie jak Lucky Luke zachodzącego słońca, lecz najbliższego sklepu. :) Po dokonaniu niezbędnych zakupów, np. baleronu, GDAKK'i podreptały z Kępy Swarzewskiej na północny zachód.
Polna droga prowadząca na Strzelno była tak prosta, jak to tylko możliwe. Żadnych lasów w okolicy, widoczność aż po horyzont... i jak tu przeżyć przygodę życia!? ;) Maszerując żwawo (jedni bardziej, drudzy mniej) przecięliśmy linię kolejową - na szczęście przed pociągiem i to by było na tyle jeśli chodziło o atrakcje aż do samego Strzelna. Nie znaczy to, że było nudno. GDAKK'i podzielone na mniejsze grupki wesoło rozmawiały i żartowały pod prażącym słońcem (nagle okazało się, że kurtki są cokolwiek zbędne), a buty pokrywała coraz grubsza warstwa kurzu z suchej polnej drogi. Ten odcinek trasy zaznaczył się jedynie kilkoma istotnymi szczegółami. Np. zakładem produkcyjnym Dr. Oetkera (gdzie małe kaszubskie dzieci, porwane ze swoich domów, w ciemnych, wilgotnych i słabo oświetlonych piwnicach za głodowe wynagrodzenie pakują z mozołem i w pocie czoła kisiele i budynie w proszku do papierowych torebek...), blaszaną budą za osadą Łebcz-Dana imitującą przystanek PKS'u na przecięciu z asfaltówką, widocznymi w oddali dwiema antenami radarów czy pracowicie spulchniającymi glebę Ursusami na okolicznych polach. Zastanawiającym był fakt, iż nad jednym z ciągników unosiła się chmara mew. Doszliśmy wspólnie do wniosku, że najwidoczniej musiał nawozić pole śledziami! Oto co południowe słońce oraz BP (czytaj: brak piwa) robi z głową... ;)
Strzelno nie okazało się być miejscem powalającym na kolana. Może poza tym, że wraz z zabudowaniami zaczął się asfalt. Równie szybko się skończył, gdy wesoła gromada skręciła na północ i opuściła tę miejscowość, podążając niczym stado lemingów w kierunku morza. Następnym przystankiem była Miodna Góra. Nazwa o tyle zastanawiająca, że ani tam miodu nie było, ani też górą tej wyniosłości otoczonej jeżynowymi chaszczami, mimo najszczerszych chęci, nazwać się nie dało. Nie przeszkodziło to jednak w zarządzeniu popasu (okraszonego przez niektórych "wiśniowym dzbanem") połączonego z podziwianiem niespecjalnie urozmaiconej okolicy.
Kolejny punkt programu przewidywał przejście suchym korytem rzeczki na zachodnich rubieżach Chłapowa, następnie sporym, bo co najmniej 3-metrowym przepustem pod szosą Władysławowo-Jastrzębia Góra, aby finalnie wyjść Wąwozem Chłapowskim na plażę. I tutaj w ujściu strumienia do morza (trafiliśmy akurat na porę suchą, więc strumień nie dość że nigdzie nie uchodził, to praktycznie w ogóle nie płynął) GDAKK'i zaległy na plaży celem poleniuchowania w słońcu. (po raz kolejny okraszonego "wiśniowym dzbanem" - wtajemniczeni wiedzą o co chodzi). Wreszcie jednak trzeba było się zwlec z piasku i pomaszerować plażą ku Rozewiu, widocznym w oddali. Tymczasem na morzu w lekkiej mgiełce kutry rybacki powoli spływały do portu we Władysławowie, zapewne na gorący kubek grogu... ;) Stan morza wynoszący 1, brak wiatru i piasek pod stopami nadały nieco monotonnego charakteru wędrówce...
I tak krok za krokiem GDAKK'i dotarły w podnóże latarni morskiej Rozewie, do której po zboczu klifu prowadziły wysokie i okropnie nierówne schody. Zaiste ich wykonawca na pewno nie był laureatem nagrody "Złotego Cyrkla" za najrówniejsze schody pod słońcem. Trud wspinaczki wynagrodziła drobna knajpka w sąsiedztwie latarni, a zapas piwa w niej gwałtownie (z tytułu wynagradzania trudów pieszej podróży) się skurczył. :) Najedzone i napojone GDAKK'i mogły ruszyć ku Jastrzębiej Górze. Milczeniem natomiast pominiemy incydent próby zagrabienia przez dwóch podchmielonych osobników 10 opakowań szklanych, potocznie zwanych butelkami po piwie, celem sprzedaży ich w najbliższym sklepie. Czujny właściciel knajpki interweniował szczęśliwie na czas.
Popełniwszy kilka grupowych fotek w okolicach latarni, zwarta i gotowa na wszystko :) grupa w promieniach chylącego się powoli ku zachodowi słońca osiągnęła cel. A właściwie najpierw osiągnęła Lisi wraz z pomnikiem upamiętniającym awaryjne lądowanie w tym miejscu króla Zygmunta III Wazy roku pańskiego 1598r. Lisim Jarem dostaliśmy się ponownie na plażę, cokolwiek kamienistą w tej okolicy. Marsz po kamieniach, kamyczkach i głazach nie należał do najprzyjemniejszych, więc najbliższe schody wyprowadziły GDAKK'i na górę klifu. Leśna ścieżka doprowadziła nas wpierw do urwiska, będącego jednym z wyższych miejsc w okolicy. Roztaczał się stąd szeroki widok na morze, majaczące na horyzoncie dwa statki oraz trzymasztowy żaglowiec (zapewne fregatę) płynący z powodu kompletnej flauty pod silnikiem na wschód. Pozostało jeszcze tylko dotrzeć do obelisku oznaczającego najbardziej na północ wysunięty kraniec Polski o współrzędnych szer. 54°50'08" dł. 18°18'10" i zrobić zdjęcie, aby móc spokojnie udać się na nocleg w pobliskiej szkole podstawowej stojącej już prawie na skraju ciągle cofającego się klifowego wybrzeża. Warunki zaś w szkole były niemalże pięciogwiazdkowe! Ciepła woda, prysznic, pokoje z łóżkami! Co więcej, z pościelą! Dostępna kuchnia! Czego tylko dusza zapragnie.
Odwiedziny całodobowego sklepu oraz pobliskiej piekarni umożliwiły sporządzenie GDAKK'owej wspólnej kolacji w formie pokarmu stałego oraz płynnego. Ten drugi rodzaj zdecydowanie przeważał, szczególnie na bazie chmielu... Na noc do szkoły dotarło jeszcze kilka osób, aby wspomóc w biesiadzie. Rozrywek nie brakowało, a to między innymi za sprawą dostępnej sali gimnastycznej i sprzętów sportowych. Wieczór na sportowo obejmował więc koszykówkę, siatkówkę, piłkę nożną, a nawet unihok. Niestety wesoły wieczór zakłóciła smutna informacja z Rzymu o śmierci Papieża. Uczciliśmy Go symboliczną minutą ciszy oraz toastem. Ktoś powiedział, iż Papież - wielki przyjaciel młodzieży - na pewno nie chciałby, abyśmy się smucili. Przeprowadziliśmy więc jeszcze dla poprawy nastrojów symulacyjną grę survivalową, pozażywaliśmy sportu, niektórzy wybrali się na krótki spacer nad morze aby wreszcie udać się na zasłużony wypoczynek.
Ranek nie wyróżnił się poza ładną i rześką pogodą niczym szczególnym. Z północnego skraju Polski zabrał nas autobus PKS'u marki Autosan, aby dotarciem do Gdyni zakończyć wspólną część rajdu.
zdj1
Sanktuarium w Swarzewie
zdj2
Na ołtarzu (w środku) figura Matki Boskiej Królowej Polskiego Morza. Udało się nam ją zobaczyć dzięki życzliwości i uprzejmości miejscowego proboszcza.
zdj3
zdj4
zdj5
Miodna "Góra" :)
zdj6
Na szczycie ...
zdj7
... i widok z podnóza "góry" :)
zdj8
Wąwóz Chłapowski ...
zdj9
... przez Kaszubów zwany Rudnikiem
zdj10
zdj11
Niebiańska plaża..., czas na przerwe :)
zdj12
zdj13
zdj14
zdj15
Latarnia morska w Rozewiu
zdj16
zdj17
zdj18
Pomnik upamietniający "lądowanie" króla Zygmunta III Wazy po nieudanej wyprawie do Szwecji.
zdj19
Wąwóz Lisi Jar, ...
zdj20
... którym znowu dotarlismy ...
zdj21
... na plażę
zdj22
zdj23
zdj24
Strome wybrzeże klifowe stanowi nielada atrakcję.
zdj25
zdj26
Ten fragment klifu jest najdalej wysuniętym na północ miejscem w Polsce
zdj27
Chcieliśmy iść dalej, ale Polska nam sie skończyła :)
zdj28
54° 58' 08" N
zdj29
zdj30
Dzięki Marty pomysłowi na zabawę mogliśmy sprawdzić i poszerzyć swoją wiedzę survivalową.
Komentarze wyjazdu
Michał Rynkiewicz
Toff
klubowicz
3317349   michal_rynkiewicz@wp.pl   
Dystans... :: 2006-01-17 21:06:27
...tego rajdu trasą Swarzewo PKP - Swarzewo - Łebcz-Dana - Strzelno - Miodna Góra - Wąwóz Chłapowski - Przylądek Rozewie - Lisi Jar - Jastrzębia Góra wyniósł 18km, co dawałoby tyle samo pkt. na OTP.