glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Spływ majowy
termin: 30 IV - 3 V
sezon: Wiosna 2004
Spływ majowy
Autor tekstu: Tomasz Radzikowski, Adam Kępa, Paweł Lijewski, Kuba Raciborski
Autor zdjęć: Paweł Lijewski

Relacja Radzika i Adama

Dzień 1-2:

A zaczęło się w piątek. Jak zawsze spakowałem swoje 70 litrów po czym po zjedzeniu małego co nieco udałem się na sopocki dworzec. Okazało się, że pociąg do Gdyni, którym miałem jechać jest opóźniony 15 minut :( no ale w końcu przyjechał. Tam spotkałem Emilę i pojechaliśmy do Gdyni. Pociąg do Kościerzyny był pełen ludzi. No ale szczęśliwym trafem znaleźliśmy jeszcze jakieś miejsca. W końcu się okazało, że cała reszta naszej ekipy rozlokowała się też w naszych okolicach. Podróż minęła na ciekawych rozmowach (ale bez %). Według rozkładów PKP w Kościerzynie miał stać nasz pociąg do Lipusza. I tu zaczęły się przygody: pociąg stał, ale do Gdyni (powrotny), a poc. do Chojnic ni mo. Na szczęście w porę pani przez skrzekaczkę powiedziała, że odjeżdża autobus zastępczy PKP do Chojnic. Wszyscy w tym momencie się brechneli i udali na autobus. Widok nie ztej ziemi - na autobusie napis EURO-cośtam, środku pełno ludzi z plecakami. I znów los się do nas uśmiechnął bo jakoś się tam wepchnęliśmy. 10 minut po planowym czasie odjazdu przybył ... konduktor (w pełnym umundurowaniu) i po sprawdzeniu gdzie to się jeszcze może upchnąć powiedział kierowcy: No to w drogę. I tu się zawiodłem - konduktor nie miał swego gwizdka i radia ("Poc. 45678 odjazd lub gotów" powinien powiedzieć).Po przyjeździe do Lipusza wiedziałem już, że z mojego rajdu pieszego nici. Wiedziałem też, że popłyniemy kajakami (bo przecież nie na rowerach!). Przede wszystkim problemy były z kasą, której ledwo starczyło (Rajd pieszy byłby co najmniej połowę tańszy!). Drugim problemem był ogromny plecak przygotowany do łazikowania po Borach Tucholskich. Myślę, że Emila czuła się chyba podobnie, ale nie miała tak wielkiego plecaka jak ja. Jednak kiedy złapaliśmy za wiosła i wsiedliśmy do kajaka poczuliśmy się jak prawdziwi kajakarze - wreszcie przypomniałem sobie jak się wiosłuje i wogóle. Później się okazało, że było zabójczo fajnie.

Po przybyciu do Lipusza, rozłożyliśmy swe namioty, koło gigantycznej sterty opału, strażacy na ten widok złapali by się za głowy, lecz my spokojnie się rozbiliśmy, no może prócz Adama i Oli, którzy wpierw musieli rozstawić tropik, potem rozplątać zwój linek i w końcu podwiesić "wnętrzności". Wyprawa do sklepu zakończyła się ogołoceniem półek z niektórych rodzajów piwa i wina, oraz worków na śmieci. Gdy kobiety zajęły się ploteczkami, to w tym czasie panowie zaczęli przygotowywać opał na ognisko, a Radzik z Kempem wyszukali okazały maszt i zamontowali na nim polską banderę - uno: jak na porządny obóz przystało, secundo: w celu podkreślenia swego pochodzenia w przededniu wstąpienia Polski do UE. Po namiętnej dyskusji, Radzio przeforsował dowieszenie do bandery mini flagi Unii. Po jakimś czasie dojechali: Diana z Kubą, co uświęciliśmy rozpaleniem ognia. Ogólnie Kuba zapisał mi się w pamięci, jako osoba BARDZO przywiązana do swojego "bicykla", gdyż nawet do WC jeździł na dwóch kółkach, niestety nie wiem czy spał z Agą czy z rowerem. W trakcie nocy dołączyło do nas jeszcze parę osób. Na wspomnienie zasługuje Paulina z Krzyśkiem częstujący pieczonymi w folii ziemniaczkami z dodatkiem mięsa i cebuli, jak również Paweł, ze swoją gumową lalą, o czym jeszcze będzie mowa. Rano dojechała reszta towarzystwa, zjedliśmy wspólnie nieśmiertelne kanapki, popakowaliśmy sprzęt, no i nadszedł długo oczekiwany moment losowania kajaków. Jakoś poszła fama, że żółte są lepsze, bo nowsze, z klimatyzacją i większe, więc każdy, kto wylosował biały odczuwał w pierwszej chwili jakiś niedosyt. W międzyczasie wyszło, że dwie osoby się nie pojawią, więc mamy wolny kajak, akurat dla Tomka i Emili mających pierwotnie uskuteczniać turystykę pieszą. Po zapakowaniu kajaków, zebraliśmy się na odprawę. Nasza szefowa - Aga, przedstawiła podstawowe założenia poruszania się po rzekach, a Witek zapowiedział gimnastykę na co część osób czując napór w pęcherzach poleciała do WC. Po gimnastyce przypominającej mistrzostwo świata i sesji zdjęciowej, rozpoczęliśmy wodowanie. Nie ma sensu opisywać tu klimatu panującego na każdym kajaku, jednak zauważyłem u niektórych niebywałe zdolności w manewrowaniu rzecznym, przejawiające się w taranowaniu biednych kamieni i drzew wystających z wody, oraniu brzegów, zmianie przybrzeżnej szaty roślinnej, czy pływaniu pod prąd, nie wspominając dokładniej o nagłych ewakuacjach załóg za burty przy nagłych przechyłach. Jednakże wszyscy prócz Pawła (o czym opowie niżej on sam), dopłynęli na nocleg na swoich łajbach. Kolejny nocleg, rozbiliśmy jak się nam z początku wydawało na dziko, na pewnym cyplu, nad pierwszym napotkanym jeziorku. Rozbiliśmy namioty postawiliśmy maszt, panowie ruszyli z siekierką do lasu, panie zajęły się obiadem i to nie byle jakim, bo jak dobrze pamiętam to chyba był kurczak z ryżem i jakimiś dodatkami, czyż nie? Po wyżerce Prezex zajął się organizowaniem sobie nowego kajaka, Aga udała się na rozmowę z jakimś kolesiem, który nakrył Adama na przetrzebianiu przy pomocy siekierki JEGO lasu, część przy zasłużonym piwku legła nad wodą z kośćmi do gry, ktoś wskoczył na kajak, ktoś zajął się studiowaniem mapy, ktoś się zdrzemnął. Ostatecznie nocleg na dziko kosztował nas 80 zł. Bo teren ponoć był prywatny. Wieczorek początkowo upłynął nam na czekaniu na spóźniających się rowerzystów, później na zabawie przy ogniu, z grzańcem, gitarą itp., itd. To był wieczór kawałów w których celował Adam Oli, trochę się ich nasłuchaliśmy.

Dzień 3:
Kolejny dzień na trasie, to wizyta w sklepie, o którym poinformowała nas specjalna reklama dla kajakarzy umieszczona na filarze pewnego mostu, z jego dobrodziejstw, nie udało się skorzystać Emili i Tomkowi, którzy nie zdołali się zatrzymać w miarę szybko . Od tego momentu zaczyna się sielanka, po pewnym czasie koryto rzeczne się rozszerzyło, więc połączyliśmy kajaki, pojawiły się ciasteczka, napoje, naj ciekawiej wyglądał pewien kartonik podawany wiosłami od kajaka do kajaka. Gdy wypłynęliśmy w końcu na jezioro, zorganizowała się paczka do gry w wodną pomarańczę. Ja z tego jeziorka najlepiej pamiętam, pewne szuwary w które wpłynęliśmy, by się załatwić. Kępy na które wyskoczyliśmy były ruchomymi wysepkami i tak ja z Martą zgubiliśmy tam tylko czubek (zderzak), naszego kajaka, lecz Radzik jedną nogą zanurzył się po udo, pozostawiając tam na pamiątkę swojego klapka. Z przyzwoitości przemilczę, co w momencie ześlizgnięcia robiła ofiara bagna, niech sam dementuje plotki. Tym razem nocleg wypadł nam w małej zatoczce, z rozsypującym się pomostem. W trakcie rozbijania, doszło do małej bitwy na szyszki, która była jak się okazało, tylko preludium do większej akcji następnego dnia. Mając wolny czas wiele osób skorzystało z okazji i się rozpłynęło po okolicznych zatoczkach w celu zmycia z siebie kurzu dnia, co dla Agi skończyło się pozostawieniem na noc zegarka na pewnym drzewie . Każdy potem tak narzekał, że kiepskie dno, jednak ja z Pawłem Halmanem bez problemu znaleźliśmy plażę jak z bajki, złoty piasek delikatne zejście w głębinę, zero pijawek - polecamy! W tym czasie, nie przewidując nadchodzącej nawałnicy, dwa kajaki popłynęły do sklepu, ale o tym już Radzio:

Po wstępnych oględzinach zapasów alkoholowo - żywnościowych stwierdziliśmy, że trzeba wybrać się do sklepu. Po konsultacjach z Tomkiem i Pawłem stwierdziliśmy, że najbliższy sklep jest we Wdzydzach. Więc chociaż niebo się zachmurzyło zwodowaliśmy kajaki i wio na Wdzydze. Paweł z Tomkiem szybko się od nas oddalili. Kiedy wypłynęliśmy na jez. Wdzydze zaczęło lać się ciurkiem z nieba, a pioruny waliły dookoła. Na domiar złego płynęliśmy pod wiatr. Tylko patrzyłem jak koszulka robi mi się zupełnie mokra. Po około piętnastu minutach ulewy zaczęło się przejaśniać. W połowie drogi do Wdzydz stwierdziliśmy, że zatrzymamy się chociaż na chwilę w tawernie PTTK na półwyspie. Tam okazało się, że sklep jest tuż obok (tymczasem Paweł z Tomkiem płynęli dalej do Wdzydz!). Emila ociekająca wodą, a ja bez koszulki w mokrych spodniach, na boso - takimi zobaczyła nas ekspedientka w sklepie. A my do niej: - To my poprosimy dwa snickersy i dwa wina za 6 zł... - . Powrót był już przyjemny (otworzyliśmy wino). Na końcu to nawet nie poczuliśmy, że znowu zaczęło padać. :)


Deszcz, odkrył wszystkie braki namiotów i lokalizacji ich rozbicia, o czym przekonał się Paweł L., próbując wykopać rowek odprowadzający wodę, co mu się udało jednak już po deszczu. Po powrocie lekko zmarzniętych kajakarzy, zjedliśmy obiad - jeśli się nie mylę spaghetti!!! Następnie udaliśmy się na spacer po okolicy. Wieczorem znów pojawiło się ognisko ze swoją całą otoczką i już nikt nie pamiętał, że w dzień coś nas zlało. Następnego dnia, pogoda już nas nie rozpieszczała. Nie padało, lecz, większość trasy pokonywaliśmy jeziorem, pod wiatr, bez słońca niestety. Po południu dopłynęliśmy do Gołunia, gdzie, część pozostała, by zdać kajaki, a część, udała się na autobus, do Kościerzyny. W pociągu do 3miasta graliśmy w kości z rozrywkowym żuczkiem, który nie wiedział, ostatecznie kogo poderwać, krążąc od buta do buta .




Relacja Pawła:

Pod tytułem: "The strange night of a Gummy Doll" czyli "Dziwna noc gumowej lali"

Trzeba przyznać, że już początkowe znaki wskazywały na to, że spływ przebiegnie nietypowyo:
  1. E-mail Agi Cz. - "czy nie pojechałbyś z Kubą rowerem bo 'dziki tłum' chętnych, etc." - OK. no problem - weźmiemy z Tomkiem nasze dmuchane kajaczki zobaczymy czy tym się da w ogóle płynąc, "ryzyk - fizyk" będzie fajnie.
  2. Dzień wyjazdu - wszystko nie tak: na nogach od 4:00 rano; bardzo długo w pracy; nagłe zmiany co do sposobu wyjazdu - innym samochodem, brak szans na dotrzymanie godziny, etc.
  3. Skoro już nie dojedziemy na czas to z Tomkiem K. z Pawłem z AMG wpadliśmy wieczorkiem na Targ Węglowy na koncert zespołu "123" i pokaz ogni sztucznych. Było coooool do kwadratu. "123" wiadomo; Życzenia od Prezydenta miasta P. Adamowicza i innych dynamiczne, ale specjalnie jego 'speach' nie wzbudził entuzjazmu, co media życzliwie ominęły; Wtórowały mu gwizdy ,o słowach uważanych za obraźliwe nie wspominając. Hymny Polski i Europy przebrzmiały, chociaż przy ostatniej zwrotce naszego hymnu już nikt nie śpiewał bo mało kto ją znał i nikt nie rozumiał tego co śpiewano; zapalił się napis "Gdańsk w Europie" i ... ognie sztuczne - takie że 'kopary opadały' i już nie chciało się krzyczeć "woooow!"l no i było po wszystkim. Aha czuliśmy się jak typowe 'dresy' ubrani w białe tenisówki i bluzy, - nawet trzy paskowe. NO I TAK WESZLIŚMY DO UNII EUROPEJSKIEJ.
  4. Dojazd na miejsce przebiegał w bardzo sennej atmosferze, dosłownie. W Żukowie przerwa "numero Uno" - łyk herbaty i tlenu. W Kościerskiej Hucie - "numero Due" druga - trucht, ćwiczenia rozciągające, pompki (60siąt). Pomogło. Oczy już nie były jak zapałki i zacząłem kontrolować to co się działo na drodze. Swoją droga do Lipusza wyprzedał nas 4krotnie dziko pędzący w dal ten sam policyjny VW Passat (poruszający się zdecydowanie powyżej kodeksowej prędkości, bez sygnałów dźwiękowych i świetlnych)
  5. Lipusz - żeby nie było za prosto - przed młynem szukamy ul.Lipowej 5 - zwiedzając większość lokalnych zakamarków. Dalej nic. Docieramy do młyna nad Wdą; mapa - hmmmsuuuper, ale 'wtopa'! Patrzymy na poziom wody - uuu..!., niziutko, płyciutko, zobaczymy jak to kajaczki zniosą!
  6. Mija nas dostojnie policyjny Deawoo Lanos - cóż trzy dresy w środku nocy budzą podejrzenie.
  7. Po kilku minutach jesteśmy w obozie. Czekają na nas dziołszki z ogniem (w oczach też): Prezeska Z Magdą Z. -yyyiiiiii - drobne cztery godzin jesteśmy po planowanym czasie :-(
  8. Rozstawienie namiotu no problem. Wpadłem na genialny pomysł nadmuchania materaca przy pomocy pompki. Odgłosy były sugestywne do tego stopnia, że chyba cały obóz nie spał. A komentarze Tomka: "Prezes - zostaw tą gumową lalę!" oraz "Skończ ją męczyć i wyjdź wreszcie z namiotu!" należały do najłagodniejszych i pewno przejdą do legendy.
  9. Jeszcze kiełbaski i "pyfko" przy ognichu i 4 o'clock. "in a mołning" do śpiworków.

Tak, pierwszy dzionek przyniósł nie mniej atrakcji:
  1. Spanko, wstawanko, śniadanko, zakupanko, pakowanko. No właśnie, Tomkowi i mnie poszło jak po grudzie, ale klapa!
  2. Wszystkie "sępy" czekały na dmuchanie kajaków. Z uwagi na to, że "zwei personen" przybędą z "one day delay" (jednodniowe opóźnienie) na ogień poszła moja zielona maszyna. Zbiegowisko było straszne, ależ się ludki rwały do pompowania!!!
  3. No tak, a o której zaczęła się odprawa o 13:13! I co to nic nie znaczy, może i nie...
  4. Po wszystkim na wodę. Mój super "sprzęcior" miał tą zaletę,że po wyjęciu torby brało się go "pod pachę i na wodę!
  5. I tu wyszło "szydło z worka". Okazało się, że moje drobne usprawnienie dało skutki ujemne. Spróbowałem przesunąć siedzisko do tyłu i poluzowałem jego mocowania. Efekt był taki, że 'łajba' się nieprzyzwoicie rozszerzyła przez co prawie nie mogłem wiosłować. A komentarze Kozaka: "czy toto nie potrafi szybciej pływać" były na porządku dziennym.. To była katorga. (Dopiero na noclegu przeanalizowałem wydarzenia i wnioski zostały wyciągnięte)
  6. Wody było ocień "niemnożka" pod kilem więc co i rusz charakterystyczne "szuuu" świadczyło o kontakcie z kamieniami. Ale to był "pikuś". Pontonik gładko prześlizgiwał się po przeszkodach.
  7. Mówię po wszystkim? Hmm.."A już lis był w kurniku, już z gąską się witał!". No właśnie, ostatnia przeszkoda, gałąź pod wodą. "Turn left" o 90 "gradusow". Tomek do mnie "Prezes płyń, spoko!" No i popłynąłem.
  8. Łajba się blokuje, chce wstać by ją delikatnie przesunąć i ...... "pssszzzz....." huk jako grzmot oświadczył wszem i wobec, że poruszam się odrzutowcem! "Pssszzzzz..." Podłoga się zrobiła jakaś taka miętka. No ale burty były całe i unosiły moje jestestwo na powierzchni.
  9. Hop na brzeg i cóż tu zrobić. Spuszczam powietrze i przepakowujemy się. Łatwo powiedzieć. W jaki sposób nadwyżki udało się rozmieścić między kajak Tomka i Kozaków do tej pory nie mam pojęcia. Głównego "topielca" umieściłem jako 'poddupnik' i udaliśmy się w kierunki jez. Schodno na nocleg.
  10. Rechocząc na myśl jak reszta ekipy zareaguje na to wydarzenie żwawo wiosłowaliśmy na spotkanie "loży szyderców".
  11. Wieczór zajęło nam kombinowanie co z tym fantem począć i w "kańce kańcow" udało się od wypożyczalni zdobyć dodatkowy kajak (jednakże w jaki sposób dotarł na odludne miejsce to już tajemnica warsztatu)
  12. Dalej już tylko przepiękny obraz "mua" umorusanego i okopującego namiot przy pomocy złamanej łopatki, prawda że cudny? Moje egzotyczne kalosze i powrót "podwodniaków" (po burzy) z zakupów we Wdzydzach oraz wielka bitwa "na szyszki" i próby urozmaicenia spływu "tratwami" i np. pokonywanie przeszkód tyłem, pozwalały urozmaicić monotonie pokonywania kolejnego zakola, starorzecza i starołacha



Relacja Kuby:

Spływ rowerowy bez wchodzenia do wody. 30 IV - 3 V. Oni płynęli i wozili nam jedzenie, a my zwiedzaliśmy.

Szlak naszych objazdówek (w sumie zrobiliśmy ponad 200 km):
dzień 1: dojazd do Osowy i z Kościerzyny do Lipusza
dzień 2: z Lipusza przez Sulęczyno do Węsior i powrót przez Łubianę nad jezioro Schodno koło Loryńsca gdzie nocleg
dzień 3: z miejsca noclegu do Wdzydz Kiszewskich skąd przez Olpuch do Wiela, stąd powrót lasem nad jezioro Słupinko
dzień 4: z miejsca noclegu prosto do Kościerzyny

Co ciekawego zobaczyliśmy?
  • 8 sklepów spożywczych od środka
  • Kamienne Kręgi w Węsiorach, które jak przeczytaliśmy na miejscu działają jak "pompa odsysająca chaos" !
  • 26 jezior !!! wszystkie były cacy.
  • około 10 kościołów, w tym 4 również od środka (Sanktuarium M.B.Kościerskiej w Kościerzynie; dwunawowy (!!)Kościół Zbawiciela tamże; neobarokowy kościół św. Mikołaja we Wielu z 1904-6 roku; przeniesiony ze Swornychgaci 20 lat temu kościół św. Basi we Wdzydzach Kiszewskich)
  • Najstarsze w Polsce muzeum na wolnym powietrzu we Wdzydzach Kiszewskich; a tu nosiliśmy wiadra, chodziliśmy na szczudłach, siedzieliśmy w saniach, no i umyliśmy się w cywilizowanej łazience
  • V Paralotniczy Puchar Pomorza i II Puchar Pomorza PPG (tzn. paralotnie z wiatraczkiem w tyłku) na terenie byłego lotniska wojskowego w Borsku, czyli widzieliśmy kilkadziesiąt szmatek które albo leciały albo lądowały.
  • Kalwarię Wielewską (budowana 1915-27, 23 obiekty, 14 kaplic, 53 święte schody, ...)
  • Parowozownię w Kościerzynie a w niej fablokowskie lokomotywy z Chrzanowa, Poznania ciufcie z Węgier, Niemiec, popularne "uszatki" i "oelki" o przebiegu życiowym 2,4 mln km !
  • A poza tym: "molo" sulenczyńskie, kopalnie kruszcu, kapliczki, głazy, sarenki...


Rady i wskazówki:

  • przewóz rowerów na trasie Kościerzyna - Osowa cena 5 złotych, ale uwaga ! bardzo ciężko wepchać się z rowerami do pociągu, proponujemy pierwszą stację i to grubo przed czasem odjazdu !
  • ceny biletów (ulgowe): Parowozownia 2 zł.; Skansen 6,5 zł. (ale z użyciem korupcji tylko 5 zł.)
  • po Skansenie można jeździć rowerem !
  • drogi leśne Kaszub są często piaszczyste co utrudnia jazdę, wskazane opony zimowe i grube koła
zdj1
Gumowa lala w pełnej krasie-tuż przed spływem, potem trochę podupadła na duchu
zdj2
Odprawa dnia drugiego-załapali się także rowerzyści
zdj3
Płynie Wda płynie, po kaszubskiej krainie i leniwym biegiem zachęca do harców:
zdj4
zwiedzania miejscowych atrakcji...
zdj5
...karmienia łabądków...
zdj6
...przybierania dowolnych pozycji zgodnie z zasadą co kto lubi...
zdj7
..."tratwowania"...
zdj8
...czy używania karimaty jako żagla
zdj9
Aż wreszcie można odpocząć w cichym leśnym zakątku- powalczyć na szyszki i wysuszyć rzeczy po burzy
zdj10
Mostek w Czarlinie-za nim już "tylko" jezioro Wdzydzkie
Komentarze wyjazdu
Hanna Arendt
Hanka
klubowicz
444722   hanna.arendt@wp.pl   www.zawszezarece.pl  
Kajaczki sa fajne ;) :: 2005-11-21 19:10:42
To kiedy nastepnym razem jedziemy?
Tomasz Radzikowski
Tomek R.
klubowicz
tom.radzikowski@gmail.com   
będzie fajnie :: 2015-12-08 21:07:11
Kemp i Radzik odpisują po 10-ciu latach - Hania zgadzamy się na wszystko! :)