glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Rajd pieszy "Wzgórza elbląskie"
termin: 24 - 25 IV
sezon: Wiosna 2004
Wzgórza elbląskie
Autor tekstu: Adam Kępa
Autor zdjęć: Hania Arendt, Agnieszka Czeczatka

W towarzystwie rajdowiczów znalazlem się z nienacka wsiadajac w Sopocie o 9.12, w pociag relacji Gdynia - Elbląg. Od razu wpadlem w stale rosnącą liczebnie grupę nieokrzesanych studentów, wyrażających się jeden przez drugiego, bez poszanowania zasad kulturalnej dyskusji. Gdy ostatnia deska ratunku na wydostanie sie z tłumu pod postacią uchwycenia się konduktorowej nogawki zawiodła, postanowiłem, że "niech się dzieje wola nieba, z nia się zawsze zgadzać trzeba" i nie widząc ratunku, odłożyłem pierwotnie zaplanowaną wizytę na obiedzie u babci Halinki w Pszczółkach i dałem się wywieść do Elbląga...

Pogoda była znośna, nie padało choć w telewizji uparcie powtarzano: bedzie cały dzień lać. Jeszcze na peronie ponad tłum wzniosła się jakaś postać i oznajmiła wszem, że zapewne musieliśmy się pomylić, że to nie żaden zlot wojewódzki (który zapewne zaczynał się tego dnia w okolicy), a jedynie rajd GDAKKa, tak więc prosi by pozostali tylko zainteresowani, ale chyba wszyscy wzięli to za żart bo nikt się nie ruszył. Podtrzymywany przez tłum przepłynąłem z nim na przystanek tramwajowy, skąd linią nr. 2 wywieziono nas za miasto, jak mi ktoś życzliwy bąknął chyba na skraj parku krajobrazowego "Wzniesienie Elbląskie". Tu pod jakąś sceną na powietrzu zrobiliśmy sobie grupowe foto, choć pare osób wolało oglądać toalety niż obiektyw aparatu. Tu nastąpił dobrowolny podział na grupy dowodzone przez tzw. Pawła, tzw. Paulinę i tzw. organizatora-jak się pó?niej okazało-tzw. Tomasza. Jeśli się pomyliłem to proszę o tzw. wybaczenie-mnie laikowi. Myślę sobie fajnie!, przy najmniej się nie zgubimy i będzie znośnie, a tu klapa, ta grupa trzecia to byli jacyś psychopaci! Lubię konkrety, a już na początku ci, którzy czuwali nad bezpieczeństwem grupy zaczęli prowadzić nas w kółko! Do dzis nie mogę im tego wybaczyć mimo tłumaczenia "to po to byście więcej zobaczyli", tere fere, do dzisiaj oglądam swoje odciski. Ta sytuacja trwała krótko i bardzo szybko dla mnie pospolitego lenia stało się jasnym, że moim prawdziwym wrogiem jest prowadzący grupę tzw. kursant. Bawiąc się w psycholożka nakreśliłem jedno zdaniowy portret psychologiczny takowej postaci. Kursant to: perfidnie przebiegły osobnik o niepospolitej fantazji przestrzennej i wrodzonej zdolności kluczenia (zanikającej w wyniku szkolenia). Teraz zaczęło się schodzenie po stromiznach by spowrotem wejść na górę 30 metrów dalej, łażenie po krzakach, wąwozach, po oślizgłych drzewach poprzewalanych nad potokami. Nie przypadł mi też do gustu fotograf z gitarą, opó?niający marsz marudząc o kolejne zdjęcie. Czas jakiś szliśmy doliną Srebrnego Potoku, ale oczywiście znów komuś odbiło i wspieliśmy się na jakąś stromiznę, po obleśnej glinie by zrobić sobie zdjęcie, a nawet dwa. Chwila wytchnienia i znów marsz i znów ktoś nie opatrznie rzuca hasło: E! A może zobaczymy co jest na tamtej górze?! Kolejne podejście i padam na szczycie zwanym Belweder czyli... Uroczysko, zapewne jedne jest synonimem drugiego. Tu okazało się, że wedle mapy tu nie powinno być góry! Na to zapewne załamana Gosia zaczęła się izolować od grupy, a co niektórzy zaczęli lamentować, że nie zdąrzymy do sklepu przed zamknięciem, na to zkolei zareagowały dwa Adamy jak na komendę zaczynając ostrzyć noże (nie wiadomo czy na ekspedientki, czy na grupowych fatalistów). Widząc nerwowość owieczek nasz pasterz wziął w swoje ręcę na moment mapę i bez trudu sprowadził nas do drogi prowadzącej ku Dąbrowie. Przy tej drodze natknęliśmy się na rozkładającego się Puszczyka, któremu Adam o zapędach ornitologiczno-makabrycznych, z zabójczym uśmiechem na ustach wsadził dwa palce w roskładaqjące się oczka i odciął główkę, czego drugi Adam nie omieszkał sfotografować :). Nie wiele dalej zatrzymaliśmy się w sklepie po kiełbaski i piwka. Od tego momentu prowadzili znów kursanci, a dokładnie kursantki-Ola i Kasia. Jeszcze nie zdąrzyliśmy wyjść z wioski, gdy siedzący na przystanku sztangiści marek win zaczeli udzielać nam fachowych porad w którym kierunku mamy iść, a co więcej spierać się o to! Tylko czekałem aż któryś się podniesie i dobrodusznie zawróci całą grupę z uparcie obranego kierunku. Po jakimś czasie wywiązała się dyskusja w jakiej części świata jest najwięcej bocianów. Ci co obstawali za Polską, argumentowali to np. hasłem: Teraz Polska, które występuje z boćkiem, na to inni, że najwięcej bocianów jest w Kairze, to zaowocowało pytaniem, czy w Kairze funkcjonuje hasło: Teraz Egipt? Te rozważania, a raczej droga zaprowadziły nas na jakieś zapewne prywatne podwórze. Zdezorientowani mieszkańcy przybytku tłumnie wylegli na podwórze obserwując nasz przemarsz, pewnie liczyli na jakieś wytłumaczenia, czy wojna, czy deportacja, czy co? Jednak dopiero idący na końcu z dyktafonem Piotrek nagrywający d?więki przyrody, zaczepił gospodarza pytaniem: Jak wabi się ten pies? Nie pamiętam odpowiedzi ale chyba Poluch. W dalszej drodze pokonaliśmy jakiś potok (niestety nikt się nie skąpał, nawet Hania:( ).No i dosyć szybko wtargneliśmy do wioski o nazwie Jagodnik-łatwo ją poznać po gospodarstwie po środku wsi z wysokim masztem i banderą polską, co ktoś skomentował: O! Ambasada! Tu też był sklep, pod nim Dorota wspaniałomyślnie rozsypała paluszki.

Pare naście minut pó?niej dotarliśmy nad jeziorko Martwe, gdzie grupa Pawła rozpaliła NAM ognisko, cóż więc mieliśmy uczynić? Rozwaliliśmy się bezceremonialnie i zaczeliśmy biesiadę. Było piwko kiełbaski, pod dostatkiem keczupu/keczapu/ketchapu/ketchupu, oraz nie foremnych kundli czatujących na kiełbaski, było też foto, oraz śpiewy przy gitarze do zachodu słońca. Gdy już ogień się wypalił, a my zmarzliśmy, ktoś trze?wo (serio), stwierdził, iż warto ruszyć dalej. To był odcinek na azymut. Azymut każdemu kursantowi wyszedł inaczej, więc kadra wytłumaczyła (podpowiedziała), że dobry azymut, to taki który prowadzi przez środek cudzego domu, a przynajmniej przez cudze gospodarstwo, natomiast, na potwierdzenie błędnego kierunku pierwsze napotkane zabudowania w szczerym polu mineliśmy z prawej. Po korekcie kierunku odnosimy sukces. Triumfalnie przemaszerujemy przez środek jakiegoś gospodarstwa, wzbudzając szczerą ciekawość około pietnastki smyków, pewnie z jednego małżeństwa :), oraz chyba z pięciu kundli-niektórzy twierdzili, że pewnie też z tego małżeństwa, czego nie skomentuję. Chwilę moje mokasyny odpoczywają na odcinku asfaltówki (no co? w końcu jechałem do babci na wyżerkę, a nie w teren). I znów wejście w jakąś trawę porastającą spore pole. Szczerze się w tym momencie przestraszyłem, gdyż nie padało od dawna, a tam wszystko było mokre, tak jak by akurat po opryskach!!! Wyskoczyłem z tamtąd w podskokach, lecz z czasem nie zauważyłem by moje buciki chciały zmienić swój stan skupienia. Te poletko było już ostatnią przeszkodą, po lewej minęliśmy jakiś nadajnik ponoć najwyższy punkt tych okolic (190 metrów) i wkroczyliśmy do Milejewa.

Mała miejscowość, lecz szkoła jak uniwersytet! Sporą chwilę zajęło mi odnalezienie odpowiedniego wejścia, a przecież nic nie piłem! Tu styknęliśmy się z ekipą Pawła i tymi którzy dojeżdżali: panią Prezes, Michałem, Olgą, Pawłem, Magdą i Bóg wie kim jeszcze. Zrobiliśmy kolację i zjedliśmy ją pozostawiając część grupie Pauliny, gdyż znów, bardzo pó?no zeszli z trasy. Po kolacji zaczęło się to co ponoć zawsze ma miejsce o tej porze czyli jakieś gry, śpiewy, dysputy (zawiodłem się bo słyszałem, że studenci to są tacy i siacy, liczyłem na jakąś ORGIĘ, a tu tak spokojnie). No ale w końcu się zaklimatyzowałem. Przegrałem w kości i w Mafii mnie zabito, lecz bardzo mi się podobały piosenki przy akompaniamencie tria Gitara-bębenek-fortepian. Cudne powiązanie. Poległem po drugiej w nocy, i tylka raz sen przerwały mi jakieś nieludzkie wrzaski ( koło 6.00 najwytrwalsi skończyli grę w kości). Rano byłem tak leniwy (proszę czytać: wspaniały), że nie zabrałem się z większością z samego rana, przez co musiałem (czytać: wspaniałomyślnie się zaoferowałem do ), pomóc sprzątać. Po tej akcji pozostało klubowi pięć! par fajnych skarpet jedna nowa, szara rękawiczka, oraz ręcznik. Wszystkie fanty są do odebrania w klubie:) To by było na tyle. Kurcze! Ale mi się podobało, chyba znów się wkręcę na jakiś wypad!
zdj1
zdj2
zdj3
zdj4
zdj5
zdj6
zdj7
zdj8
zdj9
zdj10
zdj11
zdj12
zdj13
zdj14
zdj15
zdj16
zdj17
zdj18
zdj19
zdj20
zdj21
zdj22
zdj23
Podliczenie trasy OTP
Trasa: Elblag - dolina srebrnego potoku - uroczysko- Dabrowa -Jagodnik -Jezioro martwe - Milejewo
Data: 2004-04-25  Dystans: 22 km Punkty: 22 pkt
Komentarze wyjazdu
Dorota Brach
Dotka
klubowicz
235492   dotab@poczta.onet.pl   http://www.dmtransfer.com/  
fajnie było! :: 2005-11-18 09:47:41
czemu już nie gramy w mafię na wyjazdach?
Adam Kępa
Kemp
klubowicz
pazuryskorpiona@wp.pl   http://duzozyciamaloczasu.word  
Od Organizatora :: 2005-11-21 08:41:20
Dopiero teraz czytam wpis Dorci i już rozumem co usłyszałem dzień przed zamieszczeniem tego wpisu :)
Wypad był super i te ukształtowanie terenu pozwalające rozwinąć złośliwe zdolności do robienia zdjęć w miejscach do których zawsze trzeba podejść!!! :)
Hanna Arendt
Hanka
klubowicz
444722   hanna.arendt@wp.pl   www.zawszezarece.pl  
MAfijne uklady ...??? :: 2005-11-21 18:54:42
Nalezalo by grac i w mafie i w pare innych gier.. zawsze sie cos dzeieje!! apropo rajdow - kiedy zaczynamu nauke gry na gitarce?
Mariusz Kulczycki
Wili
klubowicz
wiliino@op.pl   
Trasa :: 2005-12-19 22:57:03
Trasa policzona mniej wiecej :) z tego co wynikalo z miejscowosci podanych w relacji :)

Elblag - dolina srebrnego potoku - uroczysko- Dabrowa -Jagodnik -Jezioro martwe - Milejewo
Data: 24-25 IV 2004 Dystans: 22 km Punkty: 22 pkt