glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Bazuna okiem GDAKKa
termin: 28 - 30 VI
sezon: Wiosna 2002
Bazuna
Autor tekstu: Paweł Lijewski
Autor zdjęć: Paweł Lijewski

Jak co roku AKK "GDAKK" korzysta z okazji jaką stwarza znana od wielu lat "Bazuna" by w wesołym gronie spędzić czas i poznać co ciekawsze okolice. Nie najlepsza pogoda pokrzyżowała nam szyki i skromne ale wielce wesołe grono czwórki Gdakkowych twardzieli i twardzielki wsiadło w sobotę 29 czerwca 2002 do samochodu by dotrzeć do celu, czyli do leżącego nad Wisłą, na ziemi kociewskiej w odległości 70 km od Gdańska Gniewa. Forma transportu może i jest niezgodna z duchem klubu ale usprawiedliwiały takie rozwiązanie: · egzaminy, które również w sobotę dały się klubowiczom we znaki, · mecz o trzecie miejsce MŚ w piłce nożnej pomiędzy Turcją a Koreą Pd. oraz · obniżenie jednostkowych kosztów uczestnictwa, co pozwoliło odetchnąć nieco studenckiej (w większości) kieszeni. Jak przebiegł wyjazd? Ano zaraz zobaczycie. Pierwotnym zamierzeniem było dotarcie koleją do Morzeszczyna i przesiadka na drezynę ale zbyt wysoki koszt w wysokości 25 zł od osoby skutecznie odstraszył potencjalnych uczestników. Na „Bazunie” a raczej doje?dzie do niej było super. Wyjazd z Gdańska był, ze względu na warunki meteo, niesympatyczny to znaczy lało "jak z cebra". Grupka zmarzniętych osób zmieszczona w ciasnym wymiarach samochodu koloru białego zmierzała z dozwoloną prędkością na spotkanie nieznanego. Ale im dalej na południe tym było sympatyczniej. Oczywiście za Tczewem organizator zaproponował przejazd na drugą stronę Wisły i jazdę wzdłuż wału powodziowego. Jak zamierzył tak i uczynił. No i się najlepsza część imprezy zaczęła. Pierwsza wolna droga w bok i hurraaaa! Droga przypominała ser szwajcarski o asfalcie położonym jeszcze przed drugą wojną światową, na którym li tylko dokładano kolejną warstwę łat. Pierwsza wioska (Mątwy Wielkie) - i napotykamy znak o spadających do wody samochodach i cóż było robić? Fotkę a nawet dwie. Następna mieścina zaowocowała pięknym domem podcieniowym. Przerwa w je?dzie. Dalej zastanawianie czy aby da się tędy przejechać. A co tam jedziemy dalej. Asfalt zamienił się kolejno w płyty biegnące wzdłuż nasypu i pó?niej zaczęła się licząca 2 km droga gruntowa wzdłuż lasu. Jazda z V max <=20 km/h, noga na sprzęgle, wolniutko (oj, biedne podwozie białego samochodu, auuuu!). Po niej włączyliśmy się już w asfalt, którym przemknęliśmy drogą przepięknie lawirującą wśród rezerwatu Las Łęgowy nad Wisłą. A dokąd? Ano prosto do Piekła. Panorama, widoczki, kościół (Piekło 23), tym razem otwarty w środku, a nawet, o zgrozo!, widzieliśmy mknącego starym volvo księdza "z piekła rodem". No i fotka pod knajpką "co to Rzym się nazywa" ("Bar pod Łabędziem", Piekło, lokal kategorii IV. nr 17) Dalej zahaczamy, z przyjemnością, o początek Nogatu w Białej Górze. Tym razem "zlustrowaliśmy" ciekawszy fragment śluzy. Obejrzeliśmy sobie wszystko bardzo dokładnie i z każdej dostępnej strony. A miejsce doskonale nadaje się na nocleg pod namiotami, jest przepiękne i niezapomniane. Niestety prom widoczny na Wiśle okazał się nim nie być więc pomknęliśmy dalej do Janowa (uwaga na zakręty: wąsko, ciasno i nie widać czy coś mknie z naprzeciwka, a uciec można tylko w dół nasypu albo na strome zbocze wału powodziowego!!!), z którego po skręcie w prawo na skrzyżowaniu (uważać!) dojeżdża się do przeprawy w Gniewie. A tam czekał na nas najlepszy "cyrk". Przeprawa czynna do 19:30, my przyjechaliśmy 19:46 - odpływał właśnie ostatni prom ale "Pan Bóg i Car przeprawy" poinformował nas, pukając w szybę, że "miejsca niet". Mimo ustnych petycji, naszych wrodzonych talentów negocjacyjnych oraz uroku osobistego nic się nie dało zrobić. Choć gdyby dobrze "promowcy" pokombinowali to by nas wcisnęli na pokład. A tak "papajka" w stronę zamku, skąd dobiegały nas wesołe rytmy "Tawerny pod Pijaną Zgrają" i powrót "wieder zurick, zweite mal nach Piekło". Dalej pomknęliśmy do mostu na Wiśle, przywitał nas uroczy brukowany szlak Cystersów. Jeszcze krótki "look" na most kolejowy w Tczewie i przy niesamowitej ferii barw na niebie i landszafcie żuławskim dojechaliśmy do Gniewa pomimo ustawicznych starań idiotów na warszawskich numerach chcących koniecznie zabić wszystkich dookoła. Po krótkim poszukiwaniu odnajdujemy arcyciekawie ukryte przy głównej szosie pole namiotowe. Nocleg za cenę jednego "browca", o wielkie ci dzięki właścicielu! Rozbicie namiotu, typ Ukraina, na najlepszym miejscu, pomiędzy drzewami, które w czworoboku otaczały nasz bungalow. Mieliśmy zapewnioną własną alejkę i 3 kroki do kranu. Zabraliśmy jednakże własną wodę. Okazało się, że był to strzał w dziesiątkę bo lokalny wodopój był taki sobie. No nic. Zrobiliśmy sobie kolacyjkę, po niej "grzańca" z "Grand cherry", oczywiście w kartoniku, jeszcze po napoju "lepszym od wody" i w miasto. Pokazaliśmy "ludkom", które były tu po raz pierwszy co było warte zobaczenia tj. "Trupex", "Ślizex", "złotą uliczkę", "Tawernę pod Pijaną Zgrają" i "kance kańcow" trafiliśmy na zamek. Dotarliśmy tam po północy akurat na "SDM". Oczywiście, jak tu nie spotkać znajomych. Po koncercie, już nieco zmęczeni ale szczęśliwi wróciliśmy na zasłużony odpoczynek. Rankiem jedni niewyspani, inni odrobinę zmęczeni zabrali się wspólnymi siłami za śniadanie i pakowanie rzeczy, wiadomo dzisiaj finał: Brasil! Brasil! Jedziemy jeszcze na zwiedzanie zamku. Tym razem zadaszony został dziedziniec, co wytworzyło wspaniały nastrój półmroku. Towarzystwo postrzelało sobie z kuszy, wiatrówki i łuku. Nasz prezes OS PTTK jest w tym niezły. No i ostatni "look" na zamek i powrót by zdążyć na mecz. Pierwszą połowę, pomimo kłopotów z sygnałem radiowym, odsłuchaliśmy w poje?dzie. Sprawozdawca starał się jak mógł by nas rozbawić. A to wspominał o "długich do nieba nogach", a to o niemieckim zawodniku o vmalutkiej główce jak laleczka" (Olivier Nevill) bąd? zawodniku o łysej głowie, na której sterczały gdzieniegdzie rzadkie resztki włosków. W wesołych nastrojach zostaliśmy u kolegi klubowego w Gdańsku i na pożyczonym telewizorze obejrzeliśmy drugą połowę finału w warunkach bardzo sympatycznych popijając herbatką owocową, zieloną i zielono-miętową. Po czym impreza dobiegła do szczęśliwego finału. Brasil! Brasil! O czym w "reporterskim skrócie" informuje wasz sprawozdawca mailowy, - składający wielkie "dzięki" wszystkim idiotom spod znaku rejestracji zaczynającym się na "W*" życząc im szerokiej drogi, gumowych drzew i uciekających na szerokie pobocza pozostałych naiwniaków, którzy ich powstrzymują w szaleńczym pędzie do samounicestwienia.
zdj1
_
zdj2
hmmm... dalsza droga zapowiada się ciekawie
zdj3
_
zdj4
_
zdj5
_
zdj6
_
zdj7
_
zdj8
_
zdj9
_
zdj10
_
zdj11
_
zdj12
_
zdj13
_
zdj14
_
zdj15
_
Komentarze wyjazdu