glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Spoko Maroko
termin: 25.07-16.08
sezon: Wakacje 2008
dhaeraow585921652
Autor tekstu: Roland Kucharek
Autor zdjęć: Roland Kucharek, Joanna Jakubowska, Monika Orchowska

Tak więc po długich przygotowaniach, roszadach składu zmianach środka transportu i innych perypetiach ruszyliśmy w stronę Maroka. Wystartowaliśmy pełnym składem z gdańskiego Jasienia około godziny 6 rano. Rach-ciach Kołbaskowo i dalej już autobahnami przez Niemcy w kierunku Luxemburga. Wizyta w tym małym państewku odbyła się bardzo szybko i bardzo późno. Odwiedziliśmy dwie stacje benzynowe (ponieważ na pierwszej nie było odpowiedniego adaptera do tankowania gazu) oraz zaliczyliśmy przejazd najprawdopodobniej pod lotniskiem. Dziewczyny były bardzo oburzone faktem nie obudzenia ich w trakcie pobytu. Jakiś czas później zdecydowaliśmy się na nocleg gdzieś w okolicach miasta Dijon, na obskurnym pełnym szczurów parkingu. Następnego dnia po uroczystym śniadaniu na kolejnym parkingu, tym razem już czystym, ruszyliśmy w kierunku miejscowości Millau. Na temat samego miasteczka wiemy raczej niewiele poza tym, że nieopodal stoi najwyższy (jak na styczeń 2010) most świata. Mieliśmy przyjemność oglądać to arcydzieło inżynierii przy zachodzie słońca. Sam widok jednak nie oddaje wysokości (341m), dopiero przejazd (niestety płatny) oddaje ogrom budowli i poczucie przestrzeni w której jest się zawieszonym. Można to opisać jakby przelot samolotem ;) W godzinach mocno nocnych (bardziej nad ranem) zameldowaliśmy się u Luisa w miejscowości Canillo w Adnorze. Nocleg znaleźliśmy poprzez serwis couchsurfing. Gospodarz okazał się bardzo gościnny, na tyle że dostaliśmy własne klucze do domu. Sama Andorra to wymarzone miejsce dla ludzi kochających góry. Wypada jeszcze wspomnieć o cenach które na niektóre produkty są wręcz śmieszne. Następny dzień upłynął na mozolnej jeździe przez Hiszpanię. Okazało się że w centrum tego kraju nie ma nic, bezkresne pustkowia. Czasem jakieś miasto, czasem elektrownia słoneczna i wszędobylskie sylwetki byków. Gdzieś w nocy dojechaliśmy do Algeciras gdzie mieliśmy umówiony kolejny nocleg. Niestety okazało się iż pora jest zbyt późna i dzisiaj nici z spania na kanapie. Musieliśmy zadowolić się noclegiem na plaży, w nagrodę mieliśmy rankiem piękny widok na Gibraltar. Po polowym śniadaniu, skontaktowaniem się z naszym znajomym z couchserfingu smigneliśy do niego do domu. Tutaj musieliśmy pożegnać się na jakiś czas z naszą towarzyszką podróży „Temperówą”. Pozostała u Adiego w garażu czekając na nasz powrót zza cieśniny gibraltarskiej. Szybka akcja i już byliśmy na promie do Tangeru.
Autobus proszę państwa był, ale pojechał. Drugi jest wieczorem ale już nie ma biletów. Tak wesoło zaczęła się nasza podróż po Maroko. Znalazł się zaraz uprzejmy taksówkarz który nie dawał nam spokoju. Cena oczywiście była „just for you” i oczywiście „it’s not turistic price”. Takie argumenty miały nam już towarzyszyć przez całe Maroko. A że trochę zgłodnieliśmy to wypadało by zjeść coś lokalnego. W tym celu udaliśmy się do... Pizzy Hut na pizze :P Dalej już miało być prosto, znaleźliśmy dworzec „pks” i po niedługim oczekiwaniu pomkneliśmy pięknym autobusem linii LA IDEAL. W górach jak to w górach (a znajdowaliśmy się w górach Rif) różne rzeczy się dzieją. Autobus wył co niemiara ledwo tocząc się do przodu, po dłuższej chwili dało się czuć specyficzny zapaszek po którym pojawiły się kłęby dymu. Diagnoza jedna tylko mogła być: padło sprzęgło, wniosek też jeden: tym autobusem już dzisiaj nie pojedziemy. W Chefchauen zamiast popołudniem wylądowaliśmy koło północy, dzięki pomocy poznanej w autobusie hiszpanki udało się szybko znaleźć hotel za rozsądną cenę. Rano kupiliśmy bilety na popołudniowy autobus do Fezu i zajeliśmy się zwiedzaniem miasta. Cecha charakterystyczną jest starówka (medina) wymalowana na biało niebiesko. To pozostałość po żydach mieszkających tam kiedyś (malowali tak oni swoje domy na święta). Ponad to region jest znany z uprawy konopii, jednak nie udało nam się trafić na żadne pole.
Autobusem udaliśmy się do Fezu. Jeszcze w Chefchaouen poznaliśmy pewnego Słowaka który okazał się bardzo pomocny w szukaniu hotelu. Po przybyciu okazało się że trafiliśmy w jakieś święta i żeby tego było mało sam król zawita w mieście. Efekt wizyty monarchy był taki, że nie wolno było chodzić chodnikiem przylegającym do murów pałacu. Samo miasto posiada olbrzymią starówkę. Po dogadaniu się z napotkanymi w hotelu dwoma Polkami i jedną Japonką zdecydowaliśmy się na wspólne wynajęcie przewodnika (kasował za „kurs” bez względu na liczbę osób i długość wycieczki). Tym sposobem trafiliśmy do jednej z legendarnych garbarni. Skóra oprawiana jest tam w niezmienny od tysiąca lat sposób. Efektem użycia „naturalnych i ekologicznych odczynników” jest nieznośny smród. Co prawda byliśmy jakieś dwa piętra powyżej i dało się to znieść bez jakiś większych problemów ale można sobie wyobrazić jak jest tam na dole. Odwiedziliśmy też najstarszy uniwersytet na zachodniej półkuli, wymyślono w nim min. pojęcie zera i logarytmy. Niestety uczelnia jest jednocześnie meczetem a w tym kraju nie wolno niewiernym wchodzić do meczetów. Oczywiście przewodnik nie zapomniał oprowadzić nas po niezliczonej ilości sklepikach (z dywanami, wspomniana garbarnia, jubiler itp.) jedna osoba nie wytrzymałą i kupiła sobie... pufę skórzaną (taką do wypchania w domu). Przy zakupie biletów na nocny autobus do Rissani zostaliśmy wychwyceni przez pierwszego „łowcę karawan”. Jeżeli jedzie się do Rissani a nie jest się Arabem/Berberem to wiadomy jest cel. A jest nim Sahara. Automatycznie jest się branym na cel przez organizatorów karawan. Nasza rekrutacja odbyła się już na dworcu w Fezie. Zapłaciliśmy 100 dirhamów zaliczki (za nas wszystkich) dostaliśmy hasło i mieliśmy oczekiwać niejakiego Muhameda który miał się po nas zgłosić na miejscu. Podróż była dość spokojna pomijając może grupkę berberyjskich babć które wymiotowały niemiłosiernie (Berberowie mają wrodzoną chorobę lokomocyjną). Nad ranem zjawił się Mohamed „the number is? twenty-two” i pakujemy się do Land Cruisera. Po niedługiej jeździe najpierw drogą później Hamadą docieramy do naszego hotelu. Rozpakowanie, i szybka akcja w naszym wykonaniu „jaka jest cena, umawialiśmy się z człowiekiem w Fezie na tyle i tyle”. W pierwszym momencie widać zaskoczyliśmy właścicieli. Spacer na wydmy, później tradycyjna herbatka miętowa i dobijamy targu. Wybraliśmy wersję tańszą jak się okazało później droższa poza dłuższą jazdą wielbłądem niewiele więcej oferowała a kosztowała znacznie więcej. Cały dzień przeleżeliśmy w hotelu, temperatury dochodziły do +50°C w cieniu. Wieczorkiem zebraliśmy aparaty trochę wody (tej ognistej też) i ruszyliśmy na wielbłądach na pustynię. Po przeminięciu pierwszego „wow” jazda na tych stworzeniach nie jest niczym zaskakującym. Po jakimś czasie dotarliśmy do oazy, czekał na nas jeden duży namiot i „podłoga” z dywanów i stolik pod gołym niebem. Mobarak, bo tak nazywał się nasz przewodnik, przygotował nam Tadżin a później graliśmy bongosach różne hity w stylu „Mama Africa”. Noc na Saharze polecam każdemu coś co po prostu trzeba przeżyć (oczywiście przy bezchmurnym niebie). Rankiem powrót do hotelu, śniadanie i podwózka do Rissani. Tam udało się nam załatwić prywatny transport do Ouarzazat . Po drodze zajechaliśmy do wąwozu rzeki Todra, miejsce znane amatorom wspinaczki. Po pewnych „przebojach” trafiliśmy w końcu do Ouarzazat, zakwaterowaliśmy się w hotelu z basenem ;P Samo miasto znane jest z leżącego nieopodal studia Atlas („Klejnot Nilu” czy „Gladiator” tam były kręcone) Berberyjskich twierdz zwanych Kazba. Ponad to kiedyś starano się zrobić tam kurort, pomysł nie wypalił ale za to większość hoteli ma basen i są tanie. W studiu nie byliśmy, samo miasto robi wrażenie podupadającego. Kazby są ale okolica przypomina gdzieniegdzie slumsy. Za namową pewnego sklepikarza zmieniliśmy trochę plan naszej dalszej podróży, co jak się miało później okazać zmieniło ją bardziej niż się spodziewaliśmy. Rano wyjechaliśmy zwykłym autobusem w kierunku Marakeszu, pierwotnie tam mieliśmy jechać i dopiero zawracać na południe do Imlilu. Nasza zmiana polegała na wysiadce w połowie drogi i złapaniu transportu na skróty do Imlilu. Wszystko szło zgodnie z planem, wysiadka, jakiś Tadżin na przekąskę, zbijanie ceny transportu i jedziemy Land Roverem do Imlilu. Droga wiodła głęboko przez góry, szutrowa raczej ciężka „pewnie dlatego nikt tędy nie jeździ” myśleliśmy. No i dojechaliśmy, kierowca oznajmił „Imlil”. Kilka domów, sklepik i dalej nic. Miało być miasteczko, sklep ze sprzętem itd. No nic idziemy dalej drogą do kolejnych domów. Zrobiliśmy mały odpoczynek, Biały pobiegł do wioski obadać sytuację. Pojawia się po jakimś czasie z wiadomością „Jesteśmy w Imlilu, tylko nie tym”. Rzut oka na mapę w przewodniku i faktycznie w samym rogu mapy mała wioska o nazwie Imlil. Wyszło więc że jesteśmy po drugiej stronie masywu i czekają nas co najmniej dwa dni wędrówki do docelowego schroniska. Pierwszy nocleg jeszcze na dole w nieskończonym hotelu Tubkal, z rańca ruszamy po drodze mijamy jezioro Lac d’ifni zażywając kąpieli. Pomimo rad innych turystów nie zostajemy nad jego brzegiem (była godzina ok.13) jak się okazało później po tej stronie masywu pada codziennie po 16. tak więc mieliśmy wątpliwą przyjemność przeżyć burzę w górach. Nocleg tym razem już na ok. 3000m n.p.m. w namiocie. Następnego dnia zdobyliśmy przełęcz i zeszliśmy do schroniska. Schroniska są dwa obok siebie, obsługa raczej niemiła i interesują ją tylko zorganizowane wycieczki. Z rana wyruszyliśmy atakować szczyt, w różnym tempie doszliśmy do wierzchołka. Wejście zdecydowanie siłowe niż techniczne, poza dużym polem głazów po których się dość kiepsko chodzi. Szlak nieoznaczony ale raczej nie da się zgubić idąc pod górę. Po zejściu regeneracyjna godzinka (jedni w kimę inni zupki) i mozolne schodzenie do Imlilu (już do tego właściwego). Ja nie pamiętam ile to trwało ale chyba z milion lat świetlnych. Późnym już wieczorem dochodzimy na miejsce gdzie łapiemy taksówkę do Marakeszu. W mieście jesteśmy już zdecydowanie w nocy, nocleg sam nas znalazł także szybko udało nam się rozłożyć po górach. Miasto można powiedzieć, że bardzo Europejskie. Mnóstwo turystów, na targach można ceny zbijać o kilkaset procent. No i plac Dżema el-Fna. W dzień jeżdżą po nim samochody, siedzą zaklinacze węży i goście z małpami. Potrafią zarzucić węża na szyję że to niby na szczęście i że zdjęcie zrobią, oczywiście wszystko w celu uwolnienia kilku dirhamów z naszego portfela ;) Wieczorem samochody znikają i pojawiają się ławy i kuchnie. Przyrządzają tam tradycyjne potrawy, wszystkie takie same i w tej samej cenie we wszystkich kuchniach, raczej drogie. Nie można zapomnieć o kramach w których sprzedają sok ze świeżo wyciśniętych pomarańczy. Niby nic do póki się go nie spróbuje, szklanka kosztuje 1 dirhama (30-50gr zależnie od kursu euro). W związku z tym, że lód przygotowywany jest z kranówy polecam wersję bez lodu nazywa się ”fresh”.
Z Marakeszu ruszyliśmy nad Atlantyk do miejscowości Essaouira. Pierwszą rzeczą którą można odczuć to znacznie niższa temperatura. Miasto jest znane z doskonałych warunków do wind/kitesurfingu. Warto wspomnieć że swego czasu chciał je kupić Jimmy Hendrix. Miasto swym klimatem bardziej przypomina południe europy niż kraj arabski. Ocean jest zimny nawet w środku lata, zresztą kąpiel w otwartym oceanie jest dość gwałtowna, polecam każdemu żeby spróbował. Na plaży znajdują się ruiny rzymskich umocnień, można też się przejechać na wielbłądach bo wydmach plaży. Mury obronne są ładnie odrestaurowane i prezentują się wyśmienicie. Z Essaouiry wróciliśmy autokarem do Marakeszu skąd pociągiem do Tangeru i promem do Algeciras. Wieczorem Adi zabrał nas na ferie (po polsku na fieste :P) do pobliskiego San Roque. Rano pożegnaliśmy się i ruszyliśmy w drogę powrotną. Ostatnim punktem był Gibraltar który odwiedziliśmy w tempie zdecydowanie ekspresowym. Wrażenie robi skrzyżowanie lotniska, jeszcze pamiątkowe zdjęcie z Europa Point (który nie jest najbardziej wysuniętym punktem Europy na południe, no ale jest). I to tyle, dalej już tylko trzy dni jazdy, niedaleko Szwajcarii połączyliśmy się z połową ekipy wracającej z Alp ale to już inna historia.
zdj1
Mniej więcej nasza trasa
zdj2
Most Millau
zdj3
Canillo Andora
zdj4
Gibraltar
zdj5
Chefchaouen
zdj6
Chefchaouen
zdj7
Chefchaouen
zdj8
Zielona brama, Fez
zdj9
Szał hennowy
zdj10
Fez
zdj11
Garbarnia, Fez
zdj12
Prezentacja dywanów
zdj13
Sahara
zdj14
Sahara
zdj15
Nasza karawana
zdj16
Kolacja przy świetle czołówek (iestety wiatr zdmuchiwał świeczkę)
zdj17
Grand Taxi czyli siedmio osobowy transport pomiędzy miastami
zdj18
Wąwóz Todry
zdj19
Ouarzazat
zdj20
Gdzieś w Atlasie Wysokim
zdj21
Jezioro Lac Difni dało ochłody
zdj22
Gdzieś w Atlasie Wysokim
zdj23
Gdzieś po drodze
zdj24
Jabal Toubkal (4167m n.p.m.) zdobyty
zdj25
Minaret meczetu Kutubijja, Marakesz
zdj26
Dżema el-Fna dniem...
zdj27
... i nocą
zdj28
Essaouira
zdj29
Essaouira
zdj30
Europa Point, Gibraltar
Komentarze wyjazdu
Joanna Jakubowska
Joanka
klubowicz
tytulem sprostowania... :: 2010-02-09 13:30:18
...pufę kupilam dopiero w marakeszu, a nie w fezie Rolandzie, co by nie dzwigac jej po gorach, bo niechybnie zostalaby porzucona gdzies po drodze na jabala jako niepotrzebny balast.. ;)
... a tytulem uzupelnienia... maroko stara juz nieco historia ale niewatpliwie bylo super :) a filmik wciaz czasem ogladam z sentymentem :)