glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Rumunia Inna Niż Zwykle
termin: 14.8-1.9
sezon: Wakacje 2008
mestwin1424574006
Autor tekstu: Tomasz Marek Karol hr. Larczyński
Autor zdjęć: Ania Ceska, Tomaszowie Larczyński i Radzikowski; filmy - Ania Ceska; nagrania dźwiękowe - Tomasz L.


Pokaż Rumunia Inna Niż Zwykle na większej mapie

I po co jedziecie do tej Rumunii?! Tam same pastuchy i złodzieje!
(przypadkowy współpasażer podróży w Cracovii)




(tu będą stopniowo pojawiały się linki do kompletnego zestawu zdjęć, w miarę ich uploadowania)

Zdjęcia Tomasza Radzikowskiego

Zdjęcia Tomasza Larczyńskiego - część I

Zdjęcia Tomasza Larczyńskiego - część II

Zdjęcia Tomasza Larczyńskiego - część III

Zdjęcia Ani Ceski - część I

Zdjęcia Ani Ceski - część II

FILMY!



Schody.
Mały, wystraszony pająk ucieka sześciołapnie przed wielkim i groźnym cieniem, który po raz pierwszy od tylu epok wchodzi w portal, portal tak zniszczony, tak rozkruszony, jakby ręka mrozu zawarła się na nim i odcisnęła w kamieniu swą starość. Sny pierzchają spłoszone; oto ktoś przeszkodził im skończyć się w łagodnym, dojmującym upale siedmiogrodzkiego popołudnia. Stopnie przyjmują na siebie ciężar, od którego tak dawno już odwykły, znajomy dotyk stopy, zapomniany, pamiętany.
Drzwi.
Pył wzbity wejściem pełnym skrzypienia i trzasków opada wirując miriadami małych burz. Przed moimi oczami stopniowo odkładają się wraz z nim kolejne warstwy czasu, tak dalece odmienne od wyblakłych czy sztucznie farbowanych pozostałości, które w Polsce pełnią rolę zabytków: to jest czas sam w sobie, przeżyty, zatrzymany w płatkach kurzu, roztańczony w potokach słońca, które wpada przez szczeliny kościelnej wieży do wnętrza gotyckiego refugium; oto głosy, wzbudzone słonecznym paliwem, wyrastają z pyłu w przestrzeń, ze ścian w chętne uszy, oto śpiewne, rumuńskie frazy mieszają się ze znajomymi zwrotami nadreńskich „Sasów”, oto dźwięk, dopełnienie i moment, którego nie powinno tu być, który powinien był już dawno zginąć w potoku zim i wiosen, a który żyje tu w mądrym niezdecydowaniu, w twórczym rozpięciu między Großau a Cristianem, między Siebenbürgen a Transilvanią, między słodkim zapachem rumuńskiego lata a skupionym chłodem nieodległych gór.
Wieża.
Wieża kościoła w Cristianie. Cóż można o niej powiedzieć? Historycy architektury zwrócą uwagę raczej na potężne, XVI-wieczne fortyfikacje otaczające tę saską sakralną cytadelę, na zgrabną inkastelizacje kościoła, który uczynił zeń punkt ostatniej obrony wiejskiej twierdzy i pewnie też na zamurowany romański portal w zachodniej fasadzie wieży, ale ją samą, rzuconą w roje zabytków Sybina i jego najbliższych okolic – pominą. Nie pomińcie jej.

* * *






Rzucam kamień. Spadł niedaleko od ciebie, ale ty chyba nawet nie zauważyłeś go, pochłonięty męczącą wspinaczką stromym piargiem w górę kanionu Padina ?indilenei, otoczony wapiennymi murami, które zaciskają przestrzeń w wąski korytarz jedynej możliwej drogi. W górę lub w dół. Ty chcesz w górę. Kolejny kamień. Oglądasz się, zaskoczony. Chcesz, żebym się przedstawił? To nie ma znaczenia, jestem ci tak bardzo obcy, że nawet nadane przez innych ludzi długie nazwy nie powiedzą ci niczego, jak kolor jabłka, który nie zdradzi ci kryjącego się pod nim smaku. A więc jeszcze jeden kamień. Teraz już – widzę to – zaczynasz się bać. Podobno w okolicznych osiedlach wiszą ostrzeżenia przed głodnymi niedźwiedziami, które grasują nawet tuż nad tym waszym Braszowem. Czy jestem niedźwiedziem? To bez znaczenia.

Jesteś tu już drugi raz, wiedziałem cię podczas wspinaczki wąwozem Padina Popii. Nie zdradzę ci swojego imienia, ale pozwól, że powiem ci trochę o tych górach wokół, powiem wiatrem, słońcem, kosówką. Kamieniem. Nie bój się, żaden cię nie trafi, nie o to mi chodzi.

Nazywacie ten obszar różnie – jedni Piatra Craiului, inni – Königstein, od ciebie słyszałem dziś „Królewską Skałę”. Też ładnie. Myślisz, że całe te góry to niekończący się ocean wzburzonych w jakimś pradawnym sztormie skał, pionowych iglic, skalnych wrót sięgających setkami metrów chmur, może samego nieba, ale to tylko jedne ich oblicze. Poprzednim razem nie zdołałeś dojść do samego grzbietu, zatrzymałeś się na jego bocznej kulminacji, choć tak naprawdę miałeś doń kilka metrów tylko.



Cóż, zejście ścianami Brâna Caprelor też jest piękne, więc nie wybrałeś źle, zresztą ten wasz ciągły pośpiech jest zabawny nawet. Ale dziś, kiedy wejdziesz na Turnula, ukaże ci się zupełnie inny świat – świat łagodnych hal, lasów sięgających grzbietu, pooranych ciemnymi bruzdami rzek, świat wsparty na zupełnie innej skale i skali. Z tej enklawy, raptownym zgięciem grzbietu odciętej od twych miast, dobiegną cię spokojne zdania, przez świerki splecione z brzęczenia owczych dzwonków i szmeru wód na otoczakach, zdania, w których minione opowieści przechowują się tuż pod naskórkiem, jak pył na wieży kościoła w Cristianie. Skąd wiem, że tam dojdziesz? Skąd wiem, gdzie byłeś? Kamień. Nie trafi cię, ale nie pytaj o zbyt wiele.

Przy zejściu z Turnula trafisz na ładną ściankę, więc uważaj i trzymaj się lin. Ach, byłbym zapomniał: jeden mój znajomy zerwał ich kawałek, ale i tak dasz sobie radę.

Nie myśl o tym. Spójrz w górę. Dotknij ręką skały.



* * *

Cholera. Cholera. Co ja tu właściwie robię. Siedzę na rynku w Koszycach, a miałem jechać do Rumunii! I co ja potem w relacji napiszę? Że siedziałem na rynku w Koszycach i gapiłem się w fontannę?! Nie, przecież to kompletnie bez sensu, wszyscy mnie wyśmieją. Tego na pewno nie napiszę. „Siedzę na rynku w Koszycach”, co za idiotyzm.

WRÓŻKA-ZęBUSZKA
wyskakuje z fontanny

Tomaszu, Tomaszu!

JA
(znikąd nie wyskakuję)

Czego?!

WRÓŻKA-ZęBUSZKA

Jeżeli chcesz, by ktokolwiek czytał tę relację dalej, musisz zarzucić jakimś konkretem. I tak straciłeś już 50% czytelników, dalsze 40% odejdzie w przeciągu najbliższych 5 linijek i tym sposobem zostanie ci tylko grono fanatycznych moherów oraz pies.

JA

Słuchaj, grrr! Nie dość, że uciekł mi pociąg, nie dość, że w tym pociągu, co mi uciekł, siedzą Agata z Anią, nie dość, że one nie mają pieniędzy i biletu, które z kolei mam ja, nie mając jednak pociągu, to jeszcze pokazuje mi się jakaś lafirynda w białych gaciach skacząca jak głupia w fontannie! Co za absurd! Koniec relacji, wracam do Polski!

WRÓŻKA-ZęBUSZKA

Oh, nie unoś się tak, jestem tylko hologramem komputerowym generacji 2.0 zainstalowanym tu przez magistrat miasta Koszyce. Ale dobrze, pomogę ci zacząć: dawno, dawno temu, był sobie pewien Tomasz, który wsiadł z Agatą, narzeczoną swoją, i Anią, współklubowiczką swą, do po…

JA

Zamknij się! (Wróżka zamyka się w sobie) OK, słuchajcie, to było tak: planowaliśmy dojechać do Mołdawii, tej rumuńskiej, pociągami, z przesiadkami w Krakowie, Bukareszcie i Bac?u. Chcieliśmy przy tym uniknąć wesołych węgierskich konduktorów, a wariant ich ominięcia z użyciem autokaru, po zeszłorocznej próbie, na samą myśl o nim wywoływał we mnie katatoniczny przykurcz kończyn dolnych. Więc pomysł był takie, żeby niejakiego City Stara wykorzystać, zdał się całkiem sensowny. No ale pomysł skopała Polska Kompromitacja Państwowa, która, jak wiadomo, to złooo. Przemianowała nam mianowicie IC Szkuner na pociąg osobowy Rower Wodny, dodając nam na klatę po 2,5h opóźnienia, dzięki czemu w Grodzie Kraka mieliśmy – zamiast długich 2 h na medytację oraz konsumpcję – długie 2 sekundy na turbolaserową teleportację do pośpiesznej Cracovii, która tym oto pięknym sposobem już na wstępie zaliczyła 0,5 h opóźnienia. Co miała nadrobić, ale nie nadrobiła.

WRÓŻKA-ZęBUSZKA

Przewidzieć to się dało z koniunkcji Marsa, Saturna i kierunku porodu mrówek w Hondurasie, czego nie zrobiłeś, bo nie wierzysz w astrolo…

JA
(biorę widelec i ciskam wróżce w oko)


WRÓŻKA-ZęBUSZKA

Au!

JA

ALE NIE NADROBIŁA. Konduktor słowacki na pytanie o planowy półgodzinny postój w Koszycach, który mieliśmy wykorzystać na zakup City Stara, odparł, że owszem, jak najbardziej, postoimy pół godzinki sobie. No więc wysiedliśmy, Agata z Anią po zakupie karmy wróciły do pociągu, ja w tym czasie kupowałem bilety i dwie minuty po dziewczynach, a pięć po wysiadce z pociągu, podziwiałem jego znikający za horyzontem tył. No tyle, nic tu nie ma do dodania, definitywny koniec relacji.

WRÓŻKA-ZęBUSZKA
(zbierając resztki oka z sukienki)

Spokojnie, spokojnie, od tego tu jestem, by pociągnąć ciąg dalszy bez naruszania zasady jedności czasu. A więc: na tej kartce, co ją ci na stacji dali, masz wypisane nowe połączenie do Bicaza, z czterema czy pięcioma przesiadkami, i oczywiście liczysz na to, że wszystko ci się tym razem zazębi. Owszem, zgarniesz dziewczyny, które teraz opalają się na stacji Hidasnémeti…

Free file hosting by FileAve.com


…owszem, w Budapeszcie złapiesz Coronę, ale z niej zechce was wyrzucić wąsaty węgierski buc konduktorowy, bo pani w okienku w Koszycach na 15 stacji pośrednich jedną źle wypisała. Wysiądziecie nawet dla zmyłki, ale potem zaraz wsiądziecie, a buc wysiądzie, bo mu się czas pracy wyczerpie. Wasz bohaterski opór na nice wszelako zda się, ile że Corona na północnym skłonie Gór Zachodniorumuńskich padnie w starciu z rozjuszonym koniem, któren staranować ją zechce, a następnie jelita swe wraże wkręci w trybiki elektrowozu, i tym oto sposobem całość rypnie się będzie, amen. Wyprawa zostanie przypieczętowana przez różowe krasnoludki, które rozkręcą wam wagon, a wy będziecie musieli przedzierać się do Polski w samych gaciach, za przewodnika mając nietoperza-schizofrenika oraz…

JA

Jaki znowu koń?! Jakie krasnoludki?! Nie no, kompletnie powariowali w tych Koszycach. Dobra, mam cztery godziny do następnego pociągu do Budapesztu, zwiedzę sobie katedrę, ładna. Czułem, żeby, zaraza, nie jeść tego lángosa na śniadanie, one się poza Węgrami kompletnie nie udają. Przywidzenia mam, kurna, wróżki jakieś, tfu, sprawka diabelska!

* * *

W pociągu, na północnych zboczach Gór Zachodniorumuńskich, noc z 15 na 16 sierpnia 2008. Odgłosy gwałtownego hamowania.


JA
(do rumuńskiej współpasażerki)

What happened? Why aren’t we going further?

WSPÓŁPASAŻERKA
(z zakłopotaną miną, po konsultacji z innymi Rumunami)

E trejn łos biten baj e hors.

JA

“A HORSE”???

WSPÓŁPASAŻERKA

Jes e hors. E hors łos on a reilłej et it distrojd e… e…

JA

A locomotive? An electric locomotive?

WSPÓŁPASAŻERKA

Jes e lokomotiw. Dej mast tejk e niu łan from Oradea.

JA

How… How long can it take? How long will we be at this standstill?

WSPÓŁPASAŻERKA

Dej sej tu ałers. Or mor.

JA

Scheiße.

* * *

Stacja CFR Beclean pe Some?, świt po bezsennej nocy


JA
(zrezygnowanym głosem)

No dobra, nie uda nam się. Następny pociąg w stronę Mołdawii będziemy mieli za 14 godzin, w tej wiosce totalnie nic nie ma, a my jesteśmy po 40 godzinach podróży. Zaraz będziemy mieli połączenie do Braszowa przez Kluż-Napokę. Trudno, Mołdawia nam nie ucieknie, wrócimy tam kiedyś. Zostańmy już w tym Siedmiogrodzie.


* * *
granice
(Braszów, 17.VIII.2008)


Pomiędzy czasem i niespełnieniem,
pomiędzy snem i reklamą, i złym zapachem.wody,
o piędź od rozpadu wciąż mgłą istniejemy,
i jest w tym coś więcej niż chleb, może dotyk,

a może to miasto. Niełatwe, wciąż się )stając.
A miasto, to rozmowa. Granicom na przekór.
Granicom, choć płyną, są w drzewie, w człowieku,
ein Stein – una piatr?: jak to jest daleko.
I sola scriptura, i iconostasy dwa słońca zbierają,
dwa deszcze w dwie krople schną złote.

Czerwień dachów. I ta jest tam inna.
Tu więcej jest…rytmu, tam dalej – tęsknoty.
Zapisana rysa tnie nasze oblicza,
mchu pełne, plam kwiatem niewinne.

Jak to wytrzymujemy? Dlaczego wciąż podwórka
pod naszym spojrzeniem w śmiech rosną jak w chmurę?
Może to koty i ich cichy furkot,
co łączy zgaszone ogrody,
a może to góry,
swym wielkim milczeniem tętniące w kotlinę.

Ein Felter. Un fluture.

Free file hosting by FileAve.com

Free file hosting by FileAve.com




* * *

Ze wszystkich momentów tego wyjazdu to właśnie perypetie okołobranowskie nadają się najbardziej na (w miarę) klasyczno-dygresyjny tok narracji. Stało się tak, iż dnia poprzedniego, a konkretnie to 20.VIII, do naszej trzyosobowej bandy doszlusowali Patrycja z Tomkiem, podnosząc stan osobowy do okrągłej piąteczki. Tak się jakoś składa, że Rumunia zdecydowanie nie cieszy się wielkim powodzeniem, marketingowo przegrywając chociażby z Bułgarią o dwie długości, co zresztą jest rażącą niesprawiedliwością, bo Bułgarię pijarowo ciągną w górę Złote Piaski, zaś Rumunię w ściśle przeciwnym kierunku Romowie, których mało kto od Rumunów odróżnia. Tymczasem poza drogim, mafiolepnym wybrzeżem Bułgaria oferuje malowniczy poziom Trzeciego Świata, gdy tymczasem Rumunia to trochę tylko od Polski biedniejszy, szybko się rozwijający i też malowniczy kraj – o sklepach z pustymi półkami, znanymi nam z Bułgarii, można tu zapomnieć. A Romów widzieliśmy …mniej niż w Polsce; do wschodniej Słowacji w ogóle nie ma porównania. Sława Bułgarii drażni tym bardziej, że przyroda Rumunii niczym nie ustępuje tej bułgarskiej (za to nie zagrażają jej obłędne projekty bułgarskiej mafii, w rodzaju planów zabetonowania Riły), a jeśli chodzi o zabytki, to pierwszy z brzegu rumuński jude? bije na głowę całą Bułgarię. Jak więc widać z powyższego, nie bardzo dało się znaleźć chętnych na wyprawę „do Rumunów”, pewnie i dlatego, że z premedytacją zamierzaliśmy ominąć żelazny punkt programu literalnie każdej wcześniejszej polskiej wyprawy górskiej, która pozostawiła po sobie ślad w internecie, mianowicie Góry Fogaraskie (stąd właśnie nazwa wyjazdu), po dwóch poprzednich wielkich wyprawach czując przesyt krajobrazami alpejskimi i chcąc pochodzić po czymś batrdziej połoninnym; i tak też pierwotna lista wyjazdowa stopniowo topniała, aż w końcu ostatnia poza naszą trójką chętna przybywszy na spotkanie (dez)organizacyjne, ujrzawszy nasze szczupłe siły oraz wielką mapę rumuńskiej dziczy, z rozpaczliwym AAAAAA! wyskoczyła z przerażenia przez okno. Jej strata.

Za to Patrycji z Tomkiem nie trzeba było specjalnie na zawitanie do nas namawiać (znać starą, traperską krew), do tego stopnia, że porzucili obezwładniające tropikalnym zblazowaniem plaże południowej Czarnogóry i zawitali na parę dni do nas. Z nimi w składzie postanowiliśmy uderzyć na Buczegi i wjechać kolejką z Bu?teni na Babele, by – w zależności od czasu, pogody i humoru – powędrować ich płaskowyżem w stronę Miori?y, bądź też – ambitniej – zdobyć Omula. Naszą czujność uśpił banalnie łatwy wjazd kolejką na Postav?rula poprzedniego dnia – lekko, szybko i przyjemnie (z zejścia polecam okolice Skał Salomona); bez specjalnej mobilizacji zjawiliśmy się w Bu?teni pod stacją kolejki koło 11:00, po drodze jeszcze snując się wokół ślicznej cerkiewki. No i właśnie, zjawiliśmy się pod, nie na stacji, gdyż wokół niej szalał tłum porównywalny z masą zdychającą ze wzruszenia na koncercie Rubika, spomiędzy spazmów której co pewien (długi) czas wyrywał się wagonik wiozący 10 szczęśliwców ku nirwanie stacji Babele. Nawet ustawiliśmy się na naszym miejscu w tej orgii, lecz szybko obliczyłem, iż przy tym tempie wywożenia ludzi ku niebiosom nasz plan zostanie sparaliżowany przez zderzenie Drogi Mlecznej z Mgławicą Andromedy (tzw. „ogólna masakra”), co nastąpi za cca 3 miliardy lat, a więc mniej więcej wtedy, kiedy już-prawie mielibyśmy kupować bilety. Odwołaliśmy zatem plan buczegowy, zgodnie uznając go za żenujący (nb. to było jedno z zaledwie dwóch miejsc w rumuńskich górach, gdzie subiektywnie odczuwałem zatłoczenie) i postanowiliśmy ze z góry przyjętą sceptyczno-cyniczną miną obalić sławę Branu Tego Od Drakuli.

Z tym Branem to zresztą jakieś kompletne szaleństwo, niemal każdy, z kim rozmawiałem i kto jest w stanie umiejscowić Siedmiogród na globusie, dodaje zaraz - a wiesz, tam jest taki jeden słynny zamek, co to Drakula w nim mieszkał… Coś na B, czy jakoś tak… - nie mówiąc o samej Rumunii, gdzie chyba nawet w najbardziej zapyziałych zakątkach Maramureszu stoją dwa drogowskazy: jeden z odległością do Bukaresztu, a drugi z odległoscią do Branu. Żeby było jeszcze śmieszniej, Wład III Palownik, czyli ten niby cały Drakula, był hospodarem – jak powszechnie wiadomo – wołoskim, podczas gdy Bran leży i zawsze leżał w Siedmiogrodzie, strzegąc jego południowej flanki przed najazdami z Wołoszczyzny właśnie. Sam Wład zatrzymał się tylko raz w Branie, na parę nocy, przejazdem. Może jednak Bran, upiększony w XIX wieku do postaci „jeszcze bardziej gotyckiego gotyku”, bardziej odpowiadał stereotypom niźli skromne, ciche ruiny zamku Włada III w Targowiszczu za górami. No i Bran to o ileż lepsza marketingowo i łatwiejsza do wymówienia przez cudzoziemca nazwa niż pokręcone, słowiańsko-romańskie Târgovi?te, a dobry pijar to podstawa przecież.

No więc flegmatycznie podążyliśmy ku łże-siedzibie plastikowego hospodara. Wprawdzie na nasz widok oraz hasło Bran zaraz zmaterializował się pewien Rumun (Drakula majn frojnd!, wykrzyknął, no powariowali zupełnie), ile że przyłożył wobec nas – wraz z mową – również i niemiecką miarę cenową, nieprzystępną dla nas zatem. Po spędzeniu dłuższego czasu na kontemplowaniu słoneczka nad Bu?teni ciapnęliśmy się więc dzikim objazdem wokół gór przez Braszów do Branu. Tam przyszło nam znów podziękować Arystotelesowi, jako iż jego zasada złotego środka nieźle sprawdza się przy rejestracji wrażeń turystycznych: Bran to ani nie „bajkowy gotycki klimat”, ani też nie szczątki przywalone masą tłustych Amerykanów: owszem, jest tam tłoczno, ale kaman, bywało gorzej (Tatry Polskie w sezonie rządzą), a z drugiej mańki zameczek jest naprawdę śliczny, ile że, no właśnie: to jest zameczek, a nie zamek, takie małe coś. Więc odwiedzić warto, przy okazji tak jakby. A z morza szturmującej dookolnie zamek infantylnej straganiarsko-plastikowej tandety warto również wyłowić ciekawy miniskansenik, darmowy zresztą.

Buczegom nie odpuściliśmy wszelako i wstawszy następnego dnia o jakiejś niemierzalnej porze powlekliśmy się wraz ze zdziwionymi naszym samozaparciem kotami na pierwszy istniejący autobus. Będąc w granicach 8:00 pod wyciągiem, ustawiliśmy się w ciżbie, która o tej porze była zaledwie olbrzymia, i po skromnych trzech godzinach czekania byliśmy na górze – oczywiście można tę trasę pokonać na piechotę, ale jednak perspektywa oszczędzenia sobie 1300 m podejścia jest dosyć zachęcająca.



Ze stacji Babele szybkim marszem ruszyliśmy na północ, by ominąć zdewastowany niestety pod kątem narciarzy płaskowyż; na szczęście jednak teren degrengolady kończy się szybko, już na Baba Mare, i już od jej północnego zbocza wkroczyliśmy w krainę łąk.

* * *

I już od jej północnego zbocza wkroczyliśmy w krainę łąk.

Cisza.

Cisza, która ogarnia wszystko.

To coś zupełnie innego niż zastygła cisza śródleśnego biwaku, niż martwa cisza wygasłego miasta: to cisza żywa, pełna, potężna, idąca ze stoków powolnymi falami jak szerokie czoło frontu chmur przed nadejściem burzy - z jakąś dostojnością, niemożliwa do zatrzymania. I ileż w tej ciszy dźwięku: przekazywanego wzrokiem, zapachem, dotykiem - na stokach Obâr?ii stado owiec tysiącem dzwonków nieci koncert zwad i przekomarzań, a jego dźwięk przechodzi pod skałą, wnika w stopy od drogi, palce czują go w trawie. I te góry całe są z ciszy: cichymi łukami zaznaczają się ich przełęcze, ciche garby wielkich wzniesień wznoszą się nad kotłami, i nie trzeba nawet drogi, skoro trawa ścieli przestrzeń. Gdy ktoś spojrzy z zewnątrz na Buczegi, z innych gór czy kotlin, ujrzy groźny mur przepaści, bo i takie jest to pasmo. Ale tylko ku zewnętrzu, tam gdzie ciepłe fale ciszy rwą się w strzępy na hałasie świata - i pociągi mknąc ku morzu, sznury aut na żyle drogi, burze w dali, prędkość chmury - wszystko to zacina trawę w zimny, głośny mur z wapienia.

Ale i w tym murze są miejsca, które przygodnego przybysza zaskoczą ustronnością, małe zakątki wciśnięte w ogromne, wapienne kolumny. Schodziliśmy jedną z nich właśnie, doliną Jepilor, przyklejeni do ścian jak muchy, czepiając się lin i występów skały. Naprzeciwko nas w pocie czoła podchodzili wędrowcy z wielkimi plecakami, nieporadnie gramolący się pod górę jak wielkie żuki, spragnieni noclegu w którymś ze schronisk na płaskowyżu. Na ich poniekąd zmarnowanych twarzach dało się odczytać ponure: „nie, nie wepchaliśmy się do kolejki na Babele” – a ja uśmiechałem się w duchu, widząc siebie samego wchodzącego z takimż plecakiem i do tego z namiotem, nie 1300, a 1600 metrów, niekończącym się Dyłgim ridem z Monastyru Rilskiego gdzieś w ostępy Riły, a także przypominając sobie wszystkie wcześniejsze podejścia, aż po to najdawniejsze, najpierwsze, od którego zaczęła się cała ta górska przygoda, a które legło zagrzebane pod tysięcznymi pokładami niepamięci i tylu nieistotnych wspomnień, które daremnie usiłuję spod nich wyrwać, przy każdej próbie trzymając tylko jeden, podarty i nieostry obrazek z upadłej epoki i nieistniejącego już państwa: obraz wielkich świerków wznoszących się nad początkiem szlaku na Klimczok, przytłaczających mnie, czteroletniego smyka, swą niepojętą surowością, ale i obiecujących dalszą drogę na szczyt, dziś tak śmieszny dla mnie, a wtedy będący wszystkim.

Omu. Zakątek świata zagubiony poza światem, trzyliterowe ziarno wielkiej skały wyniesione ponad kurz i obłoki. Kilku pasterzy w schronisku sączy nieśpiesznie cujkę, ich stad pilnuje tylko jeden pies, ze wzrokiem beznadziejnie wbitym w jakiś punkt na nieboskłonie, daleko ponad owcami, które snują się po stokach Omula i niżej, w dolinę Cerbului, w koniec świata, gdzie nikt już nie będzie ich szukał. Gdy tak błądząc, dotrą do Bu?teni, ujrzą kilkanaście chat krytych strzechą i gontem, pomiędzy którymi co jakiś czas przemykał będzie wóz kupca śpieszącego na rynek do Braszowa, a może i jeszcze dalej, aż do stolicy królestwa, do samej Budy. Głosy pasterzy ze schroniska znikną – nie w mnogości zakrętów przez polaną Co?tilei, ale w chmurze, w gęstej, białej chmurze, która kładzie się u stóp Omula, w której ginie wszystko, a potem na nowo się znajduje, lecz już zupełnie gdzie indziej.

Ja też mogłem przejść tę ścieżkę. Głupia sprawa: brak odwagi. Zawsze łatwiej jest wrócić znanym już szlakiem na gwarne Babele. Zawsze wybieram łatwiejszą drogę, no bo po co w końcu się męczyć.

* * *
Katalog…


(tu proszę sobie wyobrazić, ze strona błyszczy, a monitor jest taki dziwny, gładko-śliski w dotyku)

…Rumuńskie Środki Transportu 2008
(Wybrane oferty)*



POCI?G PRZYŚPIESZONY BYSTRZYCA - KLUŻ NAPOKA

testowany na odcinku: Beclean pe Some? - Kluż Napoka
stan: pacjent żyje i oddycha, ale Harpagana raczej nie przejedzie
znaki szczególne: Konduktor przechodzi obok podróżującej nim grupy Romów akurat wtedy, kiedy pociąg stoi na stacji. Wym. grupa podczas przejścia k. ewakuuje się na peron. Występuje znaczna muzykalność wym. grupy. Ładne widoki. Czemu nie.
opóźnienie: Zgodne z Rumuńskim Standardem Opóźnień Pociągowych (RSOP), 0,5h.

POCI?G OSOBOWY BRASZÓW - Z?RNE?TI

testowany na odcinku: Nie testowany
stan: Wizualnie nieźle, brak bliższych danych
znaki szczególne: Pociąg konspiracyjny. Nie istnieje w ogólnoeuropejskim rozkł. jazdy, ludzie w Braszowie o nim nie wiedzą, ludzie w Z?rne?ti wiedzą w niewielkim odsetku. Częsta reakcja na pytanie o pociąg: yyyyyy?! (ale takie bardziej gardłowe yyyyyy). Ma zwyczaj pojawiać się znienacka i równie szybko znikać, pozostawiając za sobą jedynie obłoczek kurzu oraz długi cień. Prawdop. związek z cywilizacją pozaziemską.
opóźnienie: Zgodne z RSOP, wg Starego Wioskowego Mędrca Który Wie O Pociągu spóźnia się zawsze (pociąg, nie mędrzec).

AUTOBUS Z?RNE?TI - BRASZÓW

testowany na odcinku: Z?rne?ti - Braszów
stan: Przypomina jamnika, toczy się
znaki szczególne: Oryginalne niem. napisy. Poutykane nad siedzeniami butelki z niezident. płynem (balast?). Frapujące zachowanie kierowcy: w połowie trasy zatrzymuje autobus na małym parkingu między blokami, wysiada (zostawiając kluczyki w stacyjce), po czym podchodzi do jakiegoś samochodu, zaczyna go ostukiwać, sprawdza wszystkie klamki, zagląda pod spód, kopie w błotnik, wsiada do autobusu i jedziemy dalej. Próba objaśnienia: niezident. obrzęd ludowy górali piatracraiuluiskich.

TAKSOBUS RÂ?NOV - BRASZÓW

testowany na odcinku: Z?rne?ti - Braszów
stan: Rozklekotany, jedzie. Wygląda jak samochód osobowy, a bierze niewiele mniej ludzi niż autobus (i za cenę autobusową).
znaki szczególne: Tylko po co kierowcy kij bejsbolowy?

AUTOBUS BRASZÓW - SYNAJ

testowany na odcinku: Braszów - Bu?teni
stan: Ujdzie w tłoku, a ten dość spory.
znaki szczególne: Specyficzny sposób uruchamiania:



opóźnienie: brak.

POCI?G PRZYSPIESZONY SYBIN – MIERCUREA SIBIULUI

testowany na odcinku: Sybin - Cristian
stan: Dziarski staruszek, skacze, sapie i macha łapkami.
znaki szczególne: Niedługo za przystankiem Sybin objawia się na korytarzu Niewesoły Cygan, który wyciąga komórkę, puszcza przez nią jakieś rzężące disko, po czym wlepia wzrok w jakiś odległy punkt na horyzoncie i tęsknym głosem na cały korytarz śpiewa do swej komórki. Jego twarz wyraża głęboki smutek. Jego oczy są pełne łez. W duszy Cygana jest mrok oraz zaległe rachunki. Fałszuje.
opóźnienie: Zgodne z RSOP, w granicach 40 min.

AUTOBUS SYBIN – P?LTINI?

testowany na odcinku: Sybin - P?ltini?
stan: Ohoho, i to jeszcze jak!
znaki szczególne: Kierowca autobusu wykazuje głęboko filozoficzną pogardę dla rzeczywistości, wyrażającą się w uznawaniu jej jedynie za wyobrażenie (eine Vorstellung, p. A. Schopenhauer, Die Welt als Wille und Vorstellung), co w praktyce skutkuje specyficznym podejściem do serpentyn na górskiej drodze, takich o 180 st, o, proszę:



Ponadto jest to chyba najwyżej wjeżdżająca regularna linia autobusowa w Europie Środkowej – na 1440 m npm!
opóźnienie: brak



* Uwaga – stan środków transportu oceniamy w porównaniu do średniej europejskiej! Czytelnicy stosujący do pociągów skalę porównawczą PKP powinni podnieść oceny pociągów rumuńskich każdorazowo o 2,8 jednostki!

* * *

Kaskada Siedmiu Stopni.
Znaczy się – Cascada ?apte sc?ri. Piatra Mare góry, jakby się kto pytał.

Zbyt wiele tu nie napiszę, jako że to właśnie było to drugie miejsce w Rumunii, w którym poczułem zbytnie zagęszczenie człowiek/człowiek. Ale pozytywne niezwykle, nie tylko z uwagi na same skały (Słowacki Raj w miniaturze), ale także – a może przede wszystkim – dzięki stanowi dróżki przezeń:



* * *

Pensiunea Leu. Wychodzisz na ulicę Mo?a Iona Roaty, skręcasz w prawo, zaraz jeszcze raz w prawo. Wchodzisz w Wieżę Schodów. Na schodach bawią się dzieci, fiołki na oknach więdną pomału, z Pasażu Schodów wolno wychodzą przeźroczyści jak zjawy ewangelicy: w farze skończyła się msza. Przechodzisz przez tonący w kwiatach Most Kłamców, dotykasz tańczących w słońcu cieni na Pia?a Mic?, w których po raz ostatni tego roku odzywa się swym łagodnym żarem sierpień; pasaż pod Wieżą Ratuszową zaprasza cię na Pia?a Mare. Przeszedłeś. W fontannie kapryśnie migającej nad płytami rynku skaczą boso dzieci. A teraz skręcasz w gwar i hałas bulwaru Nicolae B?lcescu – między wysokie, strzelające spojrzeniami kamienice, w gęste tętno Miasta. Wychodzisz za mury otaczające poniemieckie domy – krwista czerwień dachówek ustępuje szklanym pionom i srebru fasad. Wsiadasz w dygoczący na zwrotnicach trolejbus; niedługo później wysiadasz i czekasz na tramwaj. Po prawej, w drzewach, rozciąga się nieco skryte królestwo zapomnianych chat, wiatraków i młynów, skansen „Astra”, w którym, dziwiąc się sobie nawzajem, obserwują się ludzie i ich dawne, drewniane mistrzostwo, zaklęte w gontach, strzechach i młyńskich łopatach. Nadjeżdża tramwaj – żelazne widmo kołyszące się na falach powyginanych szyn, transmiastowy frachtowiec wiodący ludzi i ich czas ku ciemniejszym skłonom gór. Wysiadasz: to już R??inari, to inna rzeczywistość, przechowująca swą wolną od zwykłej domieszki Sasów rumuńskość w migających drewnianą tęczą fasadach wiejskich chatynek, śmiejąca się tysiącami bun? ziua!, ciepła jak ubita glina, gdy wyżej skończy się już bruk, i coraz niższe, lecz wciąż wielobarwne domostwa dziesiątkami kotów wypłyną w garby ulicy. Wreszcie milkną pozdrowienia, ostatnie studnie kryją się za płotem – i jesteś w dolinie. I jest tak cicho. Ale wciąż idziesz dalej, wciąż wyżej, pokonując kolejne zakręty, mijając zgięte w pół szałasy, stada owiec tnące górską łąkę, wciąż wyżej, zostawiając daleko za sobą przestrzeń miasta, które wciąż nie wie, czy na imię ma Sibiu, czy może jednak Hermannstadt – i wreszcie jesteś, na połogim szczycie wsród łąk, jesteś na szczytach Cindrelu, a pod tobą, spłoszone, ucieka w kolorach lato.

* * *

I znów, jak co roku.
Jeszcze jest ciepło, a już liście schodzą w glinę,
bez lamentu; może pierwszy chciał coś krzyknąć,
usłyszałbym go ja, więc .nikt, więc zamilkł.

Następne w ciszy nikną nad górami.

I milknie lato, jakby nigdy go nie było,
połoniny swoją pamięć strząsają z bladym pyłem,
z wszystkim, co zostało po słońcu.
Jeszcze jest ciepło.

Trzeba zapomnieć, by potem przyszła wiosna,
wymazać nikłość hal jak nieprzetartą ścieżkę,
choć w zieleni, wciąż w zieleni tańczy przestrzeń.

Ale góry pamiętają, te jedynie.

Dolina
wzywa swym szelestem.

Drogi czyste jeszcze.

* * *

Wszystkie kolory Rumunii.














Informacje praktyczne


(Jako ekspiacja za dotychczasowy zbyt mało informacyjny charakter relacji)

Noclegi:
Pomijając noclegi mobilne, czyli ugniatanie się po przedziałach, zaliczyliśmy trzy bazy. Najpierw na jedną noc zgarnął nas naganiacz na dworcu w Braszowie – jeżeli tam wysiądziecie, na pewno was znajdzie, niezależnie od pory dnia i roku. W swej bazie danych ma połowę populacji Braszowa płci żeńskiej powyżej 70 roku życia; nas ulokował na ulicy Castelului, zaraz obok rynku, za 33,33 L za głowę. Następnego dnia namierzyliśmy jednak hotelik Aro Sport na św. Jana, też na Starym Mieście, za coś koło 20 L za głowę (3 os. w dwójce), i tam już zostaliśmy. W Sybinie złapaliśmy pensjonat Leu na Mo?a Iona Roaty, 33,33 L za głowę (z kompresją jak w Aro Sporcie). Wszystkie trzy miejscówki wspominamy dobrze, najlepiej ostatnią.

Jedzonko:
Ogólnie dość drogie, trochę droższe niż w Polsce. Wysyp pizzerii; nie namierzyliśmy specjalnie tanich barów poza fajną knajpką na Targu Winnym i Chińczykami na Strata M?sarilor (Sybin znaczy się). Polecam rumuńskie zupy i wino takoż.

Transport:
W sumie bardzo pozytywnie, ale przy komunikacji zbiorowej w Polsce wychwalałbym pewnie nawet mongolską. Denerwuje spóźnianie się prawie wszystkich pociągów o średnio 0,5 h (krótsze trasy) do 1 h (dłuższe), ale poza tym jest tanio, czysto, a pociągów i autobusów jest dużo. Ważne: na wszystkie pociągi poza osobowymi obowiązuje miejscówka – o ile jest to jasne przy połączeniach wewnątrzkrajowych (dostajemy bez pytania miejscówkę z biletem), o tyle bagno robi się przy połączeniach międzynarodowych – np. Corona jedzie przez Węgry bez miejscówki, a od Oradei ładują się Rumuni (no dobra, rumuńscy Węgrzy) z miejscówkami i jest problem tak jakby. Ergo: w kasie międzynarodowej na Keleti w Budapeszcie trzeba twardo i z determinacją żądać miejscówki międzynarodowej – nie wiedzieć czemu, kobita w kasie wypisuje ją dopiero po trzykrotnym powtórzeniu tego żądania (tajny kod aktywacyjny?), wcześniej odsyłając do pociągu. Miejscówka taka kosztuje zresztą grosze (kupiona na Bema na odcinek Budapeszt-Warszawa, była 3x tańsza od miejscówki wydawanej na ten pociąg w Polsce!).

Bezpieczeństwo:
Ano właśnie, ogólne opinie o Rumunii są pod tym względem – jak już pisałem wyżej – straszne. Wprawdzie możemy ręczyć tylko za Siedmiogród, być może w Mołdawii czy na Wołoszczyźnie jest inaczej, ale co do Siedmiogrodu z całym spokojem mogę napisać: spokojna, bardzo bezpieczna kraina, z miastami tętniącymi życiem do późna w nocy, i chyba wszyscy uczestnicy wyjazdu to potwierdzą. W niemal każdy weekend odbywają się huczne wesela, w każdym możliwym miejscu, od hoteli w centrum miast począwszy…

Free file hosting by FileAve.com

Free file hosting by FileAve.com


…a skończywszy na górskich polanach:

Free file hosting by FileAve.com


Widać, że w ostatnich latach ten kraj zanotował spory skok cywilizacyjny. W bocznych, mniej uczęszczanych zaułkach miast nocą często widuje się policjantów (najwyraźniej mocno znudzonych). Spotkania z mitologicznymi potworami-Romami to tylko te, które opisałem powyżej w relacji, żadnych nieprzyjemności z tej strony. Stan dresiarstwa=0. Jest naprawdę o wiele lepiej niż w Polsce (wiem, co piszę), Siedmiogród z czystym sumieniem polecam nawet małżeństwom z dziećmi i wszelkim połamańcom, jak moja Agata, która dzielnie przeszła wiele tras ze zmęczeniowym złamaniem stopy I kategorii.

I to by było na tyle. A w nagrodę dla tych, którym chciało się przebrnąć przez całość relacji, jeszcze mały obrazek z gór Cindrel:

zdj1
To, co zwykle, czyli znowu mam przygody z pociągami. Najpierw stosunek czasu na zegarku do czasu planowanego, potem ja w Koszycach walczący ze znakiem drogowym i Agata z Anią w Hidasnémeti
zdj2
Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, czyli katedra pw. św. Elżbiety w Koszycach, odwiedzona dzięki ww. perypetiom
zdj3
Kolejka do kasy międzynarodowej na dworcu Budapeszt Keleti. Wyższy numerek to ten, który wypluł nam automa, zaś niższy odstąpił nam zniechęcony kolejkowicz
zdj4
Kluż-Napoka (Cluj-Napoca, Kolozsvár) - ul. Maniu, w tle katedra prawosławna
zdj5
Kluż, czyli ten kot to po węgiersku czy po rumuńsku miauczy? Próby wybadania go nie dały rezultatów
zdj6
Zaułki Braszowa (Bra?ov / Kronstadt / Brassó) - ul. Castelului
zdj7
Ul. Hirschera, czyli zaułków Braszowa ciąg dalszy
zdj8
A tym razem Braszów w całej okazałości - widok z Tâmpy (niem. Zinne, węg. Cenk) na Stare Miesto (czyli dawną część niemiecką). Rynek z ratuszem i Czarnym Kościołem widać w środku.
zdj9
Râ?nov (Rosenau, Barcarozsnyó) - zamek chłopski, a kiedyś twierdza naszych Krzyżaków
zdj10
Rumunia jest krajem, w którym pośpiech zdecydowanie nie jest nadużywany
zdj11
Potwierdzają to liczne przykłady z natury.
zdj12
Piatra Craiului (Königsteingebirge / Királyk?-hegység)- pod źródłem La G?van
zdj13
Ekipa innorumuńska w najszerszym składzie na tle zamku w Branie. Od lewej Tomek, Patrycja, Ania i Agata.
zdj14
Buczegi - odpoczynek w drodze na Omula. Przełęcz V?il Cerbului, w tle stoki Omula i dolina Cerbului
zdj15
Widok z Omula na dolinę Cerbului, nad którą z prawej wznosi się La Cerdac. Na horyzoncie grzbiet Jepii Mici
zdj16
To powinno być przed Buczegami, ale mi się kolejność rypła #-) A to też Buczegi, z Omulem w środku rzecz jasna, ile że widziane z gór Po?t?varul (Schuler/Keresztényhavas), spod schroniska Po?t?varu.
zdj17
Królewski pałac Hohenzollernów Pele? w Synaju
zdj18
Jedna z sal Pele?a
zdj19
Piatra Craiului: no i którędy teraz dalej? (W sensie że te czerwone kropki to szlak.) Zejście z Turnula w stronę przełęczy Cr?p?turii; w dole dolina Cr?p?turii.
zdj20
Sighi?oara (Schäßburg / Segesvár) - cerkiew Iliare Chendi
zdj21
Trzy języki, w rytmie których żyje Siedmiogród - niemiecki, rumuński i węgierski. Tu ponownie Sighi?oara (Schäßburg / Segesvár)
zdj22
Sybin (Sibiu / Hermannstadt /Nagyszeben) - widok z wieży ratuszowej na fragment Pia?a Mic? i ewangelicki kościół parafialny
zdj23
Romańsko-gotycki kościół warowny w Cristianie (Großau / Kereszténysziget)
zdj24
Rodzina pasterzy w górach Cindrel (Zibinsgebirge / Csindrel-hegység), na stokach Dealu Bârnelor
zdj25
W Cindrelu drogi nie są potrzebne do wędrówki. Schodzimy z grzbietu Dealu Bârnelor; na horyzoncie pasmo kulminujące w środku Ghihanem
zdj26
Kolejne zdjęcie z cyklu 'pomyliła mi się chronologia': tu górna część Kaskady Siedmiu Stopni (Canionul ?apte Sc?ri / Sieben Leitern) w górach Piatra Mare
zdj27
P?ltini? (Hohe Rinne) w górach Cindrel - Rumunia żegna nas deszczem i jesienną mgłą
zdj28
Ostatni raz rzuca na nas swój czar Siedmiogród. Tu okolice Pâcli?y (węg. Poklos), widok na Góry Zachodniorumuńskie - pasmo Trasc?ului (Torockói-hegység)
zdj29
Białogród (Alba Iulia / Karlsburg / Gyulafehérvár) - Sobór Koronacyjny
zdj30
Wszystkie kolory Rumunii.
Komentarze wyjazdu