glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
KRYM - półwysep rozmaitości
termin: 19.08-5.09
sezon: Wakacje 2007
1189020702
Autor tekstu: Dorota Brach, Adam Kępa
Autor zdjęć: Patrycja, Dorota, Kasia, Ania, Marta&Adam, Kwicu, Daniel

Relacja będzie dodawana częściami, a fotki zostaną ułożone po usunięciu błędów w stronie:P

Wstęp -Podróż

Nasza wielka eskapada rozpoczęła się od totalnego rozklejenia. Daniel dosiadka w Przemyślu, Dorota w Warszawie, tak samo z Patrycją. Nawet skład z Trójmiasta jechał w różnych wagonach. Ania z Kasią w jednym, Ania, Marta, Wojtek i Adam w drugim. Poniżej skupię się na opisach własnych subiektywnych odczuć i wrażeń, opisie sytuacji, w których brałem udział i opisie miejsc, w których byłem. Zwracam na to uwagę mając w pamięci zaistniałe rozszczepienia grupy i licząc na uzupełnienie relacji przez innych uczestników, a teraz do rzeczy!
19. sierpnia, niedziela
Wyjechaliśmy po 11.00 do Warszawy, więc i skład w naszym przedziale nie powinien dziwić- po jednej stronie my po drugiej cztery rówieśniczki-warszawianki. Męski skład sztuk dwie zaczyna browarzyć. Przy pierwszym był czas na delektowanie się smakiem, przy drugim zaczęły nam przeszkadzać pyłki roślin wpadające przez otwarte okno i desantujące się na powierzchniach pijących. Tak oto zaczęliśmy się z kolegą obywatelem którego imię pominę zapylać na oczach 6 kobiet ;) przed kolejna baterią pojawił się konduktor, który nie mógł wyjść z podziwu że mamy już sprawdzone bilety. Solidarnie winę za ten stan zwaliliśmy na panią Organizator. Przed kolejnym piwem zostałem zmuszony do bezpośredniego kontaktu z Wawą gdyż skończyły się twist offy, więc pierwsze zdanie zabrzmiało:
-Czy możesz mi otworzyć piwo?
-Eee, dlaczego?
-Bo nie chciałbym go Ci wsadzić między nogi (otwieracz pod stolikiem był właśnie w takim miejscu)
Do tego łzy z oczu wycisnęły dwa zdania Kwica; Właśnie mi się ulało, oraz jakże jasny opis sytuacji podczas podróży: podróż jest ciężka, wyczerpująca, dziewczyny się popiły..
Przez ostatnie piwko namawialiśmy Warszawkę by nas zabrała na obiad, ale ostatecznie rozstaliśmy się z poczuciem spełnienia dobrego uczynku –w końcu zapoznaliśmy ze sobą ludzi mieszkających w jednym mieście. Była godzina 16.00 ja oczywiście ciągnąłem do Muzeum Powstania Warszawskiego, jednak Dorota przekonała nas by na nią poczekać, ostatecznie wszystko się tak rozciągnęło w czasie, że po zostawieniu plecaków w przechowalni i jeszcze nie pojawieniu się właściwego tramwaju, zostało nam tak mało czasu do zamknięcia muzeum, że zrezygnowaliśmy. Metrem podjechaliśmy do centrum w sumie tylko po to by walnąć fotę pod Nike, zjeść lody i pokonać nieskończenie wiele schodów gdyż prowadzące panie potrafiły wejść w podziemia by z nich wyjść po drugiej stronie ulicy by 10 metrów dalej znów zejść piętro niżej do tego samego ciągu –katorga. Spacerem przez Krakowskie Przedmieście i plac Piłsudskiego kotwiczymy w Green Way`u i Sfinksie- tu kelner pierwsze, co robi to łapie od nas kontakt na nocleg w Sopocie a dopiero potem zamówienie. Po 20.00 odbieramy Patrycję, a zaraz potem ucieka nam pociąg do Zachodniej, więc znów niezliczona ilość schodów i do pociągu jadącego do Łańcuta wsiadamy na Głównej objadając się winogronami i śliwkami. Jest nas ósemka i zajmujemy cały przedział, jednak, co z tego, jak Dorota już tradycyjnie wylewa butelkę wody i to na dwa siedzenia. Ja nie jestem gorszy i poświęcam całą tubkę mleka zagęszczonego wy zalać sobie małą kieszeń plecaka z naszymi mapami! Ładny początek, ale dało nam się te mapy jakoś rozwiesić by się nie posklejały na amen. Pomijając drażliwe tematy tego odcinka trasy, jak prawko pani D., to warto przytoczyć teorię Wojtka zakładającą, że jeśli nazwać konduktora KIEROWNIKIEM to gwarantowane, że więcej już w nocy nas nie najdzie bo tak połaskoczemy jego ego. Postanowiliśmy to sprawdzić!
-Dobry wieczór. Proszę bilety do kontroli, jesteście z grupy?
-Ooo, panie KIEROWNIKU, już proszę, tak jesteśmy grupą panie KIEROWNIKU
(słowa skierowane do kogoś na korytarzu) –to ile was jest w tej grupie?
(my z przedziału)-my jesteśmy jedną grupą panie KIEROWNIKU
(lekka irytacja) -To jesteście z grupy czy nie?
-Tak panie KIEROWNIKU jesteśmy grupą tak jak siedzimy w przedziale! (coraz głośniejsze rozbawienie z naszej strony i jeszcze to specyficzne akcentowanie słowa KIEROWNIK)
(w drzwiach staje jakiś opiekun kolonii)- to nie jest nasza grupa
(my)-no mówimy panie KIEROWNIKU, że nie jesteśmy ich grupą
-Na żarty wam się zebrało, poproszę bilety
-Proszę panie KIEROWNIKU (wnikliwe sprawdzanie biletów, prześwietlanie dokumentów zniżkowych, facet sam przyznaje, że słabo widzi, a jak na złość, u nas nie działa światło, mylą mu się daty ważności i chce wyciągać konsekwencje, liczy głośno miesiące do utraty ulg głośno sobie wszystko powtarzając, ale wszystko się wyjaśnia, w końcu ucieka jak go pytamy o najlepsze piwo w okolicy). Podsumowując, coś go musiało zirytować, że tak drobiazgowo nas sprawdził, nie wiemy czy ta grupa, czy magiczne słówko.
20. sierpnia, poniedziałek
Po 4.00 lądowanie w Łańcucie. Próbujemy się zdrzemnąć na kościstych ławach, pociąg do Przemyśla podjeżdża oczywiście w momencie jak część osób jest w sklepie na porannych bułeczkach. W Przemyślu dołącza Daniel, jego historia sprowadza się do tego, że był tu od wczoraj, próbował się przespać w parku, ale odgłosy miejscowych przekonały go o noclegu w schronisku. Bilety już nam kupił. Przejazd do granicy spokojny, wypełniamy te ichnie karteczki i dalej w drogę na Lwów. Dalej, dalej i dupa zimna! Stajemy w korku z kilometr za granicą. Trochę dziko się czujemy na tej ziemi dziadków, ale w PKS-ie nie ma, co się prażyć. Ostatecznie, co się stało. TIR miał kolizje z BMW i osobówka trafiła do rowu, a TIR wjechał komuś do ogrodu jednocześnie blokując jeden pas ruchu. Mieszkańcy wściekli na władzę, zareagowali błyskawicznie i nie dość, że zablokowali gałęziami resztę drogi to jeszcze wszystkie dróżki mogące stanowić potencjalny objazd dla czołgów i innych wozów terenowych, żądając w ten sposób postawienia hopków na bądź, co bądź drodze krajowej! Nie licząc na szybkie zakończenie akcji udałem się z kolegą Wojtkiem na poszukiwania sklepu, lecz wpierw znaleźliśmy bijatykę na jednej z blokad –rzucanie gałęziami, szarpanina, plaskacze i srożący się panowie o gołych torsach byli miłą rozrywką. W miejscowym sklepiku pierwsze doświadczenie, płać odliczoną gotówką, bo resztę będą stanowić cukierki. Jeszcze jakaś starsza dama najechała pod naszym autobusem na milicjanta, że jak to można blokować, ale usłyszała, że mamy demokracje i nic on na to nie poradzi. Ostatecznie blokadę pokonaliśmy pieszo i złapaliśmy busa zaraz za nią. Skromnie przyznam, że byliśmy najgłośniejsi w tym busiku, a nawet raz wymusiliśmy postój na poboczu na siusiu ;) była też w tej podróży dyskusja o Ukraińskiej mentalności, Ruskiej i Polskiej okupacji i przywiązaniu do języka z pewnym miejscowym gentelmenem. Busik był na tyle zajefajny, że wysypaliśmy się dopiero pod samym dworcem kolejowym. Marta z Anią poleciały do kas szukać biletów dalej, a dla nas zaczęło się dosyć męczące oczekiwanie. Tu powinienem przytoczyć coś na temat historii miasta, lub, chociaż dworca, ale daruje sobie. Nawiążę za to do czasu, nagle każdy zaczął się zastanawiać która jest w sumie godzina, niektóre telefony automatycznie zaktualizowały czas i dodatkowe ręczne przestawienie ich w ogóle namieszało, opanowanie sytuacji zabrało chwilę, ale i tak niektórzy mieli dalej problem i potrafili powiedzieć przy tym: Nie w tą stronę spojrzałam sobie na zegarek. Panie dosyć szybko wróciły głosząc wręcz fantastyczne wieści –jedziemy już za 1,5 godziny dalej! Tego się nikt nie spodziewał, w tym całym zamieszaniu zdążyłem tylko zaliczyć dworcową toaletę, zjeść pierwszy ukraiński Byrszcz i kupić 12 różnych piwek w celach degustacyjnych. Nasz wagon zwany Kurnikiem zrobił na mnie niezłe wrażenie, ciekawe rozwiązania praktyczne i ten integracyjny układ to było coś! Degustacja piw przebiegła tego dnia sprawnie, odklejaliśmy etykiety i stawialiśmy na nich gwiazdki za pierwsze wrażenia, Jedynie Daniel miał pewien problem, bo zakupił sobie baterię piw jednej marki w smaku odpowiednika Polskiego Leżajska. Po zakończeniu degustacji przyszedł czas na wodę z mleczy Wojtka, który sam zagrzewał panie waląc: Jedziesz Mała!, nie peniaj! Imprezka miała miejsce w boksie zajętym tylko przez Wojtka, więc zaczęliśmy zwać go gospodarzem i tu zaskoczyła nas po raz pierwszy spokojna Kasia, która w pewnym momencie, zirytowana tempem działania Kwica wywaliła: Polewaj, albo idziemy spać! Daniel tez trochę zwalniał aż Marta zareagowała trzeźwo: Spokojnie!, możesz sobie jutro kacować!
Wieczór zakończył wierszyk ułożony na cześć gospodarza, który wymiękł pierwszy:
Elemele dutki gospodarz malutki, elemele dutki gospodarz mięciutki.
21.sierpnia, wtorek
Postój w Dniepropietrowsku jakoś większość wybudził ze snu, a to było dopiero 10.00. Z braku innego zajęcia zaczęliśmy grac w różne gry, mi przypadł Tysiąc, w którym to po 3 godzinach gry miałem minus 120pkt-ów. Ostatecznie wygrał Daniel po czterech godzinach, gry nie ukończyła Ania, która zaangażowała się z Martą w poszukiwanie zaginionej gotówki.
Był też temat morza, w którym mieliśmy się kąpać na Krymie, Marta zaraz wspomniała jak to było na Rodos, na to ja zażartowałem, że, no było fajnie i te kąpiele w Bałtyku.., na co Ania-geografka zareagowała błyskawicznie i poważnie: Nie morze Bałtyckie, tylko Śródziemnomorskie! Nie zapomnieliśmy jej tego do końca wyjazdu ;)
W Symferopolu wysiedliśmy po 17.00 i muszę przy tym dodać, że dworzec okazał się równie piękny co duży, równie zadbany i schludny co zawalony mrowiem ludzi i z tego co zauważyliśmy większość dworców na naszej trasie była wielka i utrzymana na poziomie. Inna historia, że nigdzie gdzie dotychczas byłem nie widziałem tak długich składów, a żaden, którym podróżowaliśmy się nie spóźnił! Plecaki zrzuciliśmy pod ścianą w miejscu strategicznym, bo naprzeciw magazinu, czyli sklepu. Wpierw Marta z Anią, ruszyły do miasta szukać kas z przedsprzedażą biletów, Patrycja z Dorotą i Danielem szukać połączenia do Bakczysaraju, Ania z Kasią przy plecakach, a ja z Kwicem zadbaliśmy o drożność połączenia magazinu z plecakami. Po jakiejś godzinie się zeszliśmy i przedstawiono nam sytuację, a była ona nie za ciekawa, biletów powrotnych na termin pozwalający zdążyć Dorocie na samolot do domu nie było, a w sumie to żadnych biletów do Lwowa na sierpień nie było. Przetasowaliśmy grupki operacyjne i teraz Dorota, Patrycja i Daniel ruszyli na miasto do kas, ja z Wojtkiem na szukanie noclegu,, Ania z Kasia coś zjeść, a Marta i Ania zostały przy plecakach. Ekipa z wyprawy do kas przybyła ze światełkiem nadziei, którym miał być następny dzień i nowa pula biletów, natomiast poszukiwania noclegu to troszkę inna historia. W przewodnikach piszą, że na każdym dworcu można znaleźć babuszki oferujące kwatery, jednak nas ten zaszczyt nie kopnął, rozpytywaliśmy w sumie o dwie rzeczy, transport do Bakczysaraju, nie znając jeszcze wyniku wyprawy po bilety i o noclegi. Busiarze chcieli tylko dziesiątki dolców za 15 minutowy odcinek, natomiast noclegów to my nie mogliśmy znaleźć, w końcu wdaliśmy się w dyskusje z taksówkarzem z zielonej Łady. Z pomocą paru innych osób jakoś się dogadaliśmy, do tego pomogło połączenie telefoniczne z jakimś Polakiem-ich znajomym. W końcu dostaliśmy namiar na kwaterę i telefon do taksiarza, żeby go powiadomić, co z kwaterą i by zadzwonić jak będziemy gotowi do wyjazdu do Bakczysaraju to nas zawiezie za 40$. Oddaliliśmy się stamtąd prędko i obiecując sobie szerokim łukiem omijać tą okazje transportu. Podany adres niestety okazał się niemożliwy do odnalezienia, więc zdesperowani, zaczepiliśmy jakąś staruszkę, która wskazała nam wielki gmach przy dworcu, a który okazał się jakimś akademikiem. Na recepcji w pierwszej chwili chciano nas spławić, ale pomógł ochroniarz i zaklepaliśmy noclegi za mniej niż 20 hrywien. Akademik okazał się niczego sobie, panowie od razu wpadli w zachwyt nad przymiotami ducha recepcjonistki naszego piętra-Nataszy, resztę ucieszyły prysznice, po jednym na piętro i jeszcze płatne 4 hrywny, ale warto było. Po 22.00 do sklepu i na Internet wyruszyła część grupy. Pierwsza Szaurma, pierwsza reakcja Wojtka: ja jutro wracam, inaczej się ożenię, no i tempo dziewczyn, że w ostatniej chwili przed zamknięciem drzwi wróciliśmy. Oczywiście nasi już spali, ale Marta się obudziła i zasiadła z nami w świetlicy. Tematy były różne, ale zmęczenie było zbyt silne…
Etap I –Bakczysaraj
22. sierpnia, środa

Dla Daniela tak bardzo był męczący wieczór, że pomylił pokoje i rano z wielkim zdziwieniem nie poznał żadnego ze współlokatorów, a do tego tak szybko się stamtąd ewakuował, że zapomniał koszulki! Mieliśmy o czym rano żartować, że Daniel wrócił po nocy jakiś taki zmęczony i półnagi ;)
Pierwsza kwaterę opuściła ekipa udająca się po bilety i tu relacja Doroty:
Kupowanie biletów – podejście trzecie.
Nie zniechęceni porażką dnia poprzedniego, postanowiliśmy mimo wszystko zdobyć bilety powrotne z Symferopola do Lwowa. My, czyli Patrycja, Dorota i Daniel. Nie każdy mógł przełożyć pracę o kilka dni, a jeszcze bardziej nieubłagane bywają samoloty, które choć zawsze spóźnione, to jednak nie lubią czekać na nikogo.
W kasach przedsprzedaży w Symferopolu Daniel zmieniał bilet tylko dwa razy, kasjerki sadystycznie odprawiały go od okienka do okienka żegnając głośnym: „Nie poniemaju!”. Metodą prób i błędów, błagań i jęków, żebraniem o pomoc przypadkowych ludzi w kolejce, nie zniechęcaniem się komunikatami, że biletów nie ma, albo, że jedyne dostępne kosztują ponad 100 dolarów, udało nam się w końcu zdobyć bilety powrotne. Ku naszemu przerażeniu okazało się, że bilet Daniela różni się od biletów Patrycji i Doroty.
Nakłonienie Daniela do kolejnej zmiany biletu okazało się być kaszką z mleczkiem w porównaniu z przekonaniem o konieczności tejże zmiany surowej pani z okienka nr 1, która zniecierpliwiona naszymi kombinacjami z żalem w głosie spytała dlaczego znowu chcemy jej to zrobić. Kiedy Daniel przykleił do szyby dwa bielty swój i Doroty, spokojnie tłumacząc: „Ja chcę to, zamienić to. To, chcę zamienić na to. To, na to...”, pani chyba w końcu zrozumiała o co chodzi i z pełnym przekonaniem stwierdziła, że tego zrobić się: „Nie nada”.
Wcześniej przecież, zdenerwowana na Daniela, a jeszcze bardziej na Patrycję, rzuciła w Patrycję starannie zrobioną przez nas cyrylicową rospiską krzycząc żałośnie: „Ja nieponiemaju was!!!”. Nie daliśmy jednak za wygraną i tłumaczyliśmy zawzięcie, że: „One, dziewuszki” będą musiały same wracać i jak to tak... Po długich prośbach, jękach i robieniu wystraszonych minek, chyba w końcu udało nam się poruszyć w pani kasjerce strunę litości i dobrotliwie zmieniła bilet Daniela, tak aby mógł wracać tymi samymi pociągami z Patrycją i Dorotą. Dostaliśmy nawet miejsca koło siebie!
To się nazywa obsługa klienta, osiągniesz co chcesz, adrenalinka działa, język podszkolisz, sztukę negocjacji także i w końcu wychodzisz jako zadowolony klient ;)

Reszta w tym czasie przetransportowała plecaki na dworzec, tak, że udało nam się wszystko załatwić i przejechać całą grupą do Bakczysaraju. Podróż w wagonach przestronnych, urozmaiciła nam wpierw Marta ogłaszając zgubienie biletów, a później różnej maści obnośni sprzedawcy- mój faworyt, to pan choinka, obwieszony paroma kilogramami smyczy i futerałów do wszystkiego. W naszym wagonie sprzedał aż zapalniczkę. Na miejsce dojechaliśmy w 15 minut. Na stacji skwar i ani jednej propozycji noclegu, jak ja bym mógł w tamtej chwili powiedzieć pare słów tym piszącym przewodniki cwaniakom! Z informacji zawartych w Internecie, mieliśmy namiar na jedną kwaterę na ul. Suvorova, ale jak na złość, nikt nic nie wiedział, o takiej ulicy. Kierując się na ślepo, po jakiś 500 metrach, szczęście się do nas uśmiechnęło i jakiś miejscowy nie tylko zaprowadził nas na nocleg, ale i w dodatku na poszukiwaną ulicę. Tu już prawie u celu, zaczepiła nas jakaś babuszka wpychając w ręce pisane po polsku ulotki, ale w tym momencie to już nie było ważne, a jeszcze zdenerwowała naszego przewodnika, który powyrywał nam te ulotki, a babuszkę zrugał. Właściciele Suvorova 14, rozlokowali nas w trzech trzy osobowych pokojach z wyjściem na ogród, a w sumie na stół, nad którym zwisały robiące wrażenie kiście winogron. Wychodek był dalej w ogrodzie, ale za to miał zwyczajny europejski tron, a nie małyszową dziurę i to nic, że grasowało w tej okolicy stado szalonych much, które nawet raz zaatakowało Dorotę.Prysznic nie wykazał się gorliwym ciśnieniem, ale był, tak jak i lodówka na dworze, ale działająca i to wszystko za 20 hrywien. Zachwyceni, jakością noclegu zostawiamy bagaże i ruszamy do miasta na poszukiwanie kompleksu pałacowego chanów krymskich. Z zewnątrz budowla nie powala, bardziej już cena, no ale po dyskusji na ten temat na zewnątrz zostaje tylko Anda, który skwapliwie poddaje się promieniom słońca na dziedzińcu. Większą atrakcją od zwiedzania okazuje się tatarski ślub, piękno szat i głośna muzyka zwracają uwagę, nawet jakieś trzy starsze polskie damy śpiewają sto lat młodej parze. Po smętnej muzealnej ekspozycji na chwile zwraca uwagę cmentarz z grobami 16 chanów krymskich z dosyć bogatą ornamentyką grobowców. Potem faceci jak pieski rzucili się na trawnik do zraszacza, by w końcu skończyć na nurkowaniu w fontannie, ale tak to jest z tą aklimatyzacją na Krymie.
Spod pałacu złapaliśmy marszrutkę w kierunku na Uspieńskij Monastyr. Jest to klasztor Zaśnięcia NMP i niekoniecznie można tam było robić fotki, ale oczywiście pare pstryknęliśmy, do mnie w końcu przyczepił się jakiś gówniarz może 10-cio letni i zaczął robić aferę o aparat na statywie, więc zakończyłem sesję ewakuując się przed bramę. Nim ruszyliśmy do skalnego miasta Czufut-Kale, „odkryliśmy”, że źródełko, ze świętą wodą to doskonały punkt orzeźwiający dla ciała i stóp, który nie jednej osobie przywrócił siły w tym upale. Skalne miasto, nie okazało się jakieś cudowne, ale Patrycja rozdawała ciasteczka z tabliczką mnożenia, więc było fajnie. A tak bardziej poważnie to groty jak groty, ale takie perełki jak mrowie jaszczurek biegających po ścianach, czy piękny widok na kanion od północnej strony, to było coś. Wracając na busa, poznaliśmy paru Polaków, z którymi wymieniliśmy pierwsze wrażenia. Zwróciliśmy też uwagę na zielone owoce, które w tym upale kusiły soczysta zielenią, postanowiliśmy spróbować jednego na miejscu. Szczęśliwie, wpierw zapytaliśmy szto je to. A to, to, to: jabłko Adama-zalewasz spirytusem, dwie niedziele trzymasz i smarujesz na boleści, a my byśmy to zjedli. Szalony kierowca marszrutki zwiózł nas w okolice noclegu w pare minut i tu się podzieliliśmy, część marząca, o prysznicu ruszyła na kwaterę a reszta na zakupy. Zaczęliśmy się też czaić na arbuzy, tyle słyszeliśmy opowieści, o tych krymskich arbuzach, a tu jeszcze nic nie wpadło, w nasze ręce, szczególnie mocno wyraz swojej frustracji dawał Wojtek. Cios zadał nam miejski bazar, który okazał się już bezludny, w ogóle jakby wywiało mieszkańców z ulic, a to była dopiero 17.00. Zawiedzeni, odwiedziliśmy jednak pare magazinów i zakupiliśmy sobie trochę win do degustacji. Ciekawostką okazało się monstrualne-jak na nasze życiowe doświadczenia z takim urządzeniem-liczydło, oczywiście sprawne, na którym wyliczono nam ile mamy do zapłaty.
Wrażenie z innej grupki robiącej zakupy:
Patrycja i Dorota opanowały do perfekcji technikę drażnienia pań sprzedawczyń. Nawet najbardziej cierpliwa babuszka traciła grunt pod nogami, kiedy nie udawało jej się wkręcić dziewuszkom, że jedyne dostępne wino, to to najdroższe, kiedy musiała podchodzić do tej samej pułki kilka razy z rzędu, odstawiać wina i znów po nie sięgać, trzy razy ważyć tego samego pomidora i starannie podliczać coraz to nowszą sumkę... Zwykle kończyło się żałosną litanią w stronę dziewuszek, które mimo wszystko wychodziły z tego cało, od czasu do czasu słysząc tylko, że za stłuczoną witrynę będą musiały płacić.
Do tego jeszcze postępy w mowie miejscowych:
Patrycja (w sklepie): Ja bym jeszcze chciała... (robi gest ręką wskazujący na to, że potrzebna jej siatka, by włożyć do niej zakupy).
Ekspedientka: Reklamówkę?

Na kwaterze zranił nas też prysznic z gorąca wodą, akurat jak każdy marzył o chłodnej kąpieli. Wieczorem rozsiedliśmy się wokół stołu, winka się już trochę schłodziły, więc czas był na rozpoczęcie degustacji. Był to też czas, gdy Kwic włączył telefon i dostał sms-a od Marty: Szybciej bo zasypiam. Nie muszę tu się chyba rozwodzić, że za to czeka Martę w domu miesiąc zmywania i nie pomogły tłumaczenie, że to była wiadomość dla mnie ;) Winogrona rosnące nad głowami kusiły strasznie więc już dwie osoby, nie wiedząc o sobie wzajemnie nagabywały właścicieli, że chcą kupić owoców i nagle słyszymy Daniela jak czystą mową porozumiewawczą zagaduje właścicieli:
-Winogrona(pauza na reakcję gospodarza), kupić (pauza- Daniel szuka zrozumienia w oczach rozmówcy)można?(zdanie dokończone nabrało sensu i Ukrainiec zrozumiał), my w śmiech, bo to trzecie podejście o te winogrona i jeszcze jakie przekonywujące, że gospodarz, chyba zmęczony naszymi podchodami zabiera się za ścinanie. Ale nam już było mało winogron, więc Dorota zabrała się za złożenie zamówienia na pomidorki z ogrodu:
Dorota: Czy ma pan sprzedać tomaty?
Gospodarz: ?
Dorota (gestykulując): No takie czerwone, okrągłe...
Gospodarz: ???
Dorota: Ja chciałam kupić tomaty, tam rosną, na krzakach, takie czerwone...
Gospodarz: Aaaa, pomidorka chcecie kupic!

Degustacja przebiegła nie do końca jak trzeba bo Kasia z Anią, oraz Daniel kupili wina suche, czyli ostro wytrawne, które po słodkich innych smakowały jak babcie kapciem sucho! Do tego ten ostatni wstając podbił stół i wylał na Organizatorkę jej wino, oj! To podniosło niektórym na chwilę ciśnienie, no ale po jakimś czasie wszystkim wróciły humory, pojawił się tez mały skubany kotek, który wybrał sobie niektóre osoby na miłe legowiska. Warto tu tez przytoczyc pewna scenkę, po której dziś nie ma pewności, czy to był naprawdę wypadek ;P
Kwicu: Misiaku, chodź no tutaj, chodź do wujka Wojtka.
Dorota ląduje na kolanach Kwica.
Kwicu: Dorota, ja mówiłem do kota...
(Dodam, że lądowanie to było czysto przypadkowe, wychyliłam się, żeby kotka zobaczyć i krzesło coś mi się zachwiało).

degustację zakończyliśmy późna nocą bardzo radzi z przyjazdu na Krym.
23. sierpnia, czwartek
Noc była krótka, a tu jeszcze wczesna pobudka, ekspres śniadanie i lecimy na kolejkę do Sewastopola. Podróż trochę przydługa, do tego, zostały nam tylko miejsca od strony słonecznej, więc katusze potworne. Marta starała się nam trochę poczytać o miejscach, które mieliśmy odwiedzić, szczególnie o czystości plaż przewodnik był bardzo szczery waląc prosto z mostu, gdzie spodziewać się syfu.
Na jakiś też czas, rozrywki dostarczyła nam modliszka, która wleciała przez okno. Tak pięknie się prezentowała na ścianie wagonu, że aż Wojtek zauważył z podziwem: Jeszcze tak modliszki na łonie dzikiej natury, nie widziałem.
Ostatnie kilometry do celu, urozmaiciły nam też widoki stacjonującej floty czarnomorskiej. W Sewastopolu, do centrum kierowaliśmy się bardziej na wyczucie, bo wskazywana w przewodniku trasa przez schody nadające się do remontu, prowadziła, przez jakieś chaszcze, piachem i stertą śmieci wyłożona. Tu warto wspomnieć, że takiego śmietnika, jak na Krymie to ja jeszcze nie widziałem, wszędzie poza paroma miejscami w centrach miast i miasteczek, czy kurortów, dosłownie wszędzie walały się sterty śmieci, miliony butelek i papierków, po prostu syf. Nie mogliśmy też do końca dociec, czy butelki SA wymienne, czy tez nie, spotkaliśmy się w czasie wyjazdu z dwoma skupami i z dwoma-trzema osobami zbierającymi butelki, ale w dużych miastach, było sporo bezdomnych, a jakoś przy każdym śmietniku można było znaleźć dziesiątki szklanych butli. Wracając do Sewastopola, to kłuły w oczy rzucające się w wielu miejscach rosyjskie symbole narodowe, nie wspominając już o wszechobecnych czerwonych gwiazdach. Pierwsze kroki panie skierowały do kantoru, a panowie do sklepu, później w tym samym sklepie, chyba Patrycja zgarnęła wizytówkę od jakiegoś fotografika, zachwyconego naszymi kobietami, co my -płeć przeciwna-skwitowaliśmy kolejnym łykiem Obolona. W ogóle nieoczekiwanie zielony Obolon wyrósł nam na piwo wyjazdu i naprawdę to nikt nie wie, dlaczego, po prostu, dobre piwo.
Pod soborem Opieki Przeświętej Bogurodzicy, urządzamy małą sesję na chodniku, ale złote kopuły robią swoje, w środku bez większych sensacji, no, ale trafiliśmy na remont. Kolejny cel to plac Lenina, jego kolejny pomnik, fotka i po krótkich poszukiwaniach robimy przerwę na miejscowym bazarze i bardzo dobrze, bo już mi się nawet marudzić odechciało z głodu. Każdy coś tam wrzucił na ząb, a przy okazji odkryliśmy arbuzy. Głosami większości zadecydowaliśmy tego dnia na plaży rozpracować ze dwa. Daniel z Wojtkiem dokonali zakupu, a przy okazji mogli się potem pochwalić zdobyciem magicznej wiedzy opukiwania arbuzów podczas wyboru. Kolejny etap dnia to przystanek autobusowy, na którym zalegliśmy na dobre 15 minut. Marszrutki podjeżdżały ciągiem, ale nasza przyjechała po trzech 91A, pięciu 95A, trzech 22… wymieniać dalej? Do ruin starożytnego Chersonezu dotarliśmy szybko, choć w lekkim ścisku. Pozwolenie na fotografowanie nie wykupywaliśmy, więc pierwsze zdjęcie na tle aeropagu było na lekkim strachu, ale potem to już poszło gładko. Rozstawione plany sytuacyjne niezbyt nam pomogły, więc pokierowaliśmy się trasą roznegliżowanych turystów, obok jakiegoś budynku na… nie no dobra! Nie będę już taki płytki. Na plażę zeszliśmy po minięciu monumentalnego klasztoru i soboru św. Włodzimierza zwieńczonego piękna złotą kopułą, górującego nad okolicą. Obowiązkowo wykonaliśmy rząd fotek i na plaży podzieliliśmy wedle upodobań, czyli Dante i Wojtek na plażę, a my jeszcze połazić po ruinach. Ostatecznie myśl o bliskości morza podziałała i na resztę i po ekspresowym spacerze po lądzie, prawie każdy dał nura do wody. Pierwsza kąpiel w Morzu Czarnym, zapewne Ania geografka poprawiłaby, że czarnomorskim ;P sprawiła nam szczerze dużą frajdę, dojście na głębokość zdatną do pływania utrudniały zaglonione głazy, ale w tym skwarze to było nieistotne. W przerwie zjedliśmy arbuzy, a nawet, jakieś piwka i lody się znalazły. W wodzie jakiś ukraiński Polak przedstawił nam listę miejsc godnych odwiedzenia na Krymie, która nawet nie różniła się zbytnio od naszych planów. Mogliśmy też po podglądać innych turystów, np. dwie starsze panie w pływackich czepkach, moczące zadki w glonowej breji-złośliwi powiadają, że tajemnica tkwi w takich małych krabach żyjących w kamienistym podłożu. Oczywiście były też ciekawsze obiekty, ale politycznie poprawnie będzie o nich nie wspominać. Gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, przyjęliśmy kierunek na centrum i na jakąś jadłodajnię. Jedynie Daniel sobie darował knajpę i na chwilę zniknął. W tym czasie obsmarowaliśmy oczywiście Daniela jako nieobecnego, tak, że potem Dorota bała się pójść do toalety, no ale życie jest okrutne i ją też obgadaliśmy w końcu. W pociągu mimo zapadającej nocy nic pod względem temperatury się nie zmieniło. Dziewczyny zazdrosnym okiem spoglądały na nasze roznegliżowane torsy, aż zaproponowaliśmy litościwie by się tez rozebrały, że nam to nie będzie przeszkadzać. A zaduch był znaczny, drewniane siedzenia w stylu boazerii jak nic przypominały ławy w łaźni. Tu nawet piwko nie pomogło. Jedyną jeszcze godną uwagi rzeczą była kontrola biletów:
Pojawia się korpulentna pani konduktor z koleżanką, Marta próbuje jak może najlepiej kupić bilety dla całej gromadki, łamiąc sobie język i przekręcając obce słowa, w końcu szacowna pani tknięta jakimś przeczuciem pyta
Pani konduktor: Skuda wy?
Gromadka: Z Polszy!
Panie konduktor: A to trzeba od razu mówić, że z Polski. Niech pani już lepiej mówi po polsku, bo jak pani mówi po rosyjsku, to ja już nic nie rozumiem. Skąd wyście jechali i dokąd chcecie jechać?
-Tak to jest jak się ma rodzinę w Szczecinie.
Na kwaterze przybyło nam turystów sztuk dwie, a dokładnie pewna parka z Zaporoża bodajże, zapamiętaliśmy ten moment, bo chrapanie tego faceta było słychać przez otwarte okno jak przemarsz batalionu. Naturalna dyskusja wynikła na ten temat w kolejce do prysznica, ujawniła, że w naszej grupce nikt nie chrapie, no ok., Wojtek raz na tysiąc lat.
24. sierpnia, piątek
położyliśmy się spać po ciemku, wstajemy po ciemku, normalnie jak na obozie kondycyjnym! Ten poranek był masakryczny, pobudka o 5.00. Jeszcze w nocy spaliśmy przy otwartych drzwiach i oknach, więc kanonada paru chrapaczy była znaczna, ale dowalono tylko Wojtkowi, że właśnie minęło tysiąclecie i to nie, kto inny jak dziewczyny z jego własnego pokoju. Przedpotopowy autobus z baterią 6 butli na gaz na dachu przewiózł nas do wioseczki Sokolinoje, z której rozpoczęliśmy dłuższy marsz do wejścia do „Wielkiego Kanionu”. W trakcie tej godzinnej przeprawy przez las, miałem sporo czasu by przeliczyć ukąszenia komarów na niejednym ramieniu i rekordzistą okazała się Kasia z dziewięcioma świeżutkimi śladami, na jednym tylko ramieniu. Z odnalezieniem wejścia do kanionu mieliśmy drobne problemy, bo okazało się być ono w zupełnie innym miejscu, niż by na to wskazywał układ miejscowej gastronomii i biznesu pamiątkarskiego. Posileni śniadaniem, ruszyliśmy na trasę, która wcale nie okazała się nad wyraz trudna i zachwycająca. Trochę kamieni, trochę wody, więcej górek w stylu Trójmiejskiego parku Krajobrazowego i ani się obejrzeliśmy jak dotarliśmy do tak zwanej wanny młodości. Muszę przyznać, że wielkość to była naprawdę większej wanny, a temperatura wody bezdyskusyjnie odmładzająca. Wcześnie się tam pojawiliśmy, więc byliśmy prawie sami, to i fotki popstrykaliśmy we względnym spokoju i Wojtek sobie poskakał ze skałek. Daniel się długo zastanawiał, ale nasze uwagi, że będzie miał tylko młode stopy tak go rozkojarzyły, że mały poślizg dał jego ciału pełne zanurzenie. Kasi i Dorocie sam pomogłem, za co liczę na piwo wdzięczności za tak profesjonalne chlapanie. Gdy zaczęło się zagęszczać pod wanną Marta zarządziła odwrót. Pora okazała się na tyle wczesna, że zaryzykowaliśmy szybszy marsz powrotem do Sokolinoje, na powrotny autobus. Niestety na miejscu trafiliśmy jedynie na jakiegoś smętnego taksówkarza, który próbował nas naciągnąć na podwójny kurs za majątek. Tak, więc, poczekaliśmy na autobus kierujący się na Sewastopol i wysiedliśmy w połowie drogi. Wioseczka okazała się niezłą dziurą bez znanej mi nazwy. Ratunkiem okazał się otwarty magazin, posiadający nawet rozkład jazdy autobusów, zaopatrzeni w zimne Obolony i lody rozsiedliśmy się wokół przystanku, panie w cieniu, panowie w samych slipkach na słońcu. Tu rozbawił wszystkich Wojtek, bo gdy pojawił się po drugiej stronie ulicy jakiś autobus potruchtał w samych bokserkach do kierowcy po informacje. W tym samym miejscu dowiedzieliśmy się także, że jego mięsień piwny się nie opala, ponieważ zimne piwo schładza ta część ciała i nie pozwala słońcu jej przypiec. W Bakczysaraju byliśmy przed 16.00 ale i tak nie udało nam się znaleźć żadnych owoców, aż tu nagle! Głodne oko Wojtka wypatrzyło na dolnej półce sklepowej lodówki karłowatego arbuza! Decyzja była natychmiastowa, ale pani sprzedawczyni pokiwała tylko jak na właściciela rarytasu przystało głową i powiedziała w wolnym tłumaczeniu: Nie malutki ten arbuzik jest mój! Kolejny dzień bez arbuzów, w ładny Krym nas nabito. Na bazie relaks, ale lekko dołujący był widok pięknego arbuza we wspólnej lodówce. Wieczorem jednak nie od razu poszliśmy spać. Zaczęła się posiadówa z naszymi sąsiadami-Dymitrem i Janiną, pomijając bezsensowne wymienianie, kto ma, kogo w rodzinie o imieniu Janina to była jeszcze opowieść, co poradziła mama Wojtkowi w dniu wyjazdu: Piwo je piwo, wódka je wodka, wino je wino, do sklepu- kuda do magazina i ty sobie rade dysz!
Dymitr okazał się milicjantem na odpuście Krymskim, skroił nam swojego arbuza uważnie obserwowany przez męską część grupy, pojawił się nawet mrukliwy gospodarz, włączający się czasem do rozmowy, ostatecznie zszedł arbuz, zeszły podłe suche wina z lodówki, a potem niektórzy robili sobie foty z pozbieranymi na plażach kamieniami-taka była impreza!
Etap II –Gurzuf
25. sierpnia, sobota

Rano już nie było tak haraszo, ani nawet vamos. Dzień okazał się jednym z trudniejszych i to nie z powodu opróżnienia suchego wina Daniela. Pobudka skoro świt, pakowanie i drałowanie na dworzec, nawet pożar przy drodze nie wzruszył nas zbytnio. Pech chciał od rana, że marszrutka do Jałty była lekko za mała, dla osób dłuższych, a do tego jechała lekko do okoła przez Symferopol, gdzie staliśmy w upale dobre 20 minut, czekając, aż się zapełnią puste miejsca. W Jałcie zamiast od razu zapytać o noclegi i ich ceny to zainteresowana część grupy podjęła decyzję, że jedziemy od razu do Gurzufa, który okazał się z lekka kurortem z wysokimi cenami, a co w tamtym momencie ważniejsze, nie czekał na nas nikt z ofertą noclegu. Upał, kierowca cham, jak się później okazało wyprosił nas na rogatkach, bo miał kolejnych chętnych do zabrania na pętlę usytuowaną bardziej w centrum. Po zejściu niżej-cała miejscowość usytuowana na wzgórzach -i po rozpuszczeniu języków znalazło się pare pań gotowych dać noclegi, ale też nie dość, że po 10$ to jeszcze z podziałem grupy i na nic się zdały tłumaczenia, że my nie Amerykany tylko Polacy. W końcu ruszamy za jakąś kobieciną i oczywiście pod górę, milion schodów, skwar, ciężko, prawdziwa mordęga i rosnąca irytacja, ostatecznie lądujemy na jakimś polu namiotowym (5min drogi pod górkę od pętli, na którą byśmy zajechali normalnie marszrutką), do którego przechodziliśmy przez coś na podobieństwo slumsów-tak w tamtym momencie nie do końca obiektywnie to oceniłem zapewne pod wrażeniem luksusów kwatery na Suvorova. Dobiło towarzystwo na polu -zgraja nastolatków, lecąca głośno muzyka, aż strach było zostawić sam namiot, oj, ale w tamtym momencie byłem wściekły, ale tak to jest jak się nie weźmie udziału w procesie decyzyjnym dzień wcześniej ;) Dyskusja na plecakach na tej jałowej ziemi przyniosła wpierw pare propozycji, od powrotu do Jałty z mojej strony, poprzez poszukanie kwatery wieczorem ze strony reszty panów, do pozostania w tym miejscu na jedną noc ze strony dziewczyn. Czas leciał, my nie za bardzo wiedzieliśmy, co z sobą począć, więc pani Organizator, po raz pierwszy weszła na ton despotyczny i zdecydowała o rozbiciu namiotów na miejscu i poczekaniu jak się rozwinie sytuacja do wieczora. Z ciężkim sercem złożyliśmy mniej potrzebne rzeczy w namiotach i ruszyliśmy na marszrutkę do Jałty. Tak oto rozpoczęliśmy trwającą pare dni karuzelę na trasie Gurzuf-Jałta-Gurzuf, muszę tu wyjaśnić, że większość miejscowości leżała nad morzem, a trasa przelotowa biegła górą zboczami, nigdy nie wychodziliśmy na ta obwodnicę, bo tak dużą grupka ciężko by było złapać transport, więc drałowaliśmy marszrutką do Jałty, by 20 minut później znów przejechać przez górny Gurzuf jadąc dalej. Wracając z kolei nikomu nie chciało się wysiadać na górze i drałować wpierw w dół do centrum a potem pod górę na pole więc jechało się do Jałty a stamtąd spowrotem-irytujące ;] Z Jałty od razu łapiemy transport do pałacu w Liwadii. Ciężko się było dogadać z kierowcą, gdyż operował inną zupełnie nie podobną nazwą, stąd wysiadaliśmy w szczerym polu z sercem na ramieniu, czy to oby dobre miejsce, ale udało się, dojście prowadziło przez chaszcze i potem wzdłuż jakiejś dziwnej kamienicy-trasa naprawdę trudna do opisania, ale dotarliśmy. O tym pałacu należy wiedzieć tylko tyle, że to tu nastąpiło spotkanie tych trzech gamoni pod koniec wojny, którzy oddali powojenną Polskę pod Ruskiego buta, całą bibę nazywając konferencją jałtańską i tyle z historii. Pałacyk niczego sobie, grupa zaraz obsiadła stoiska z pamiątkami, więc akcja zwolniła tempa na dobre 10 minut. Sensacji tu też nie było, dużo turystów włażących w kadr, zakaz deptania trawników, nie pozwalających ująć całości budowli w pożądany sposób i nadal wysoka temperatura nie pozwalająca się wyzbyć nagromadzonej od rana irytacji, nie działały zachęcająco, a dziewczynom zebrało się na zwiedzanie. Chwila rozrywki przyszła wraz ze starszym, grubszym, lokalnym jegomościem, który usłyszawszy naszą mowę i upewniwszy się, żeśmy z Polszy, zaczął nas odpytywać z dat dotyczących II Wojny Światowej, w końcu zadał nam jakieś takie dziwne podchwytliwe pytanie, że Wojtek pokiwał mu śmiejąc się palcem i wywalił: Orz ty byczku!
Dziewczyny w tym czasie nie zrezygnowały z wejścia choćby na dziedziniec, gdzie zostało wykonane foto pamiątkowe „Wielkiej Trójki”, więc postanowiliśmy, że spotkamy się na plaży gdzie od razu ruszyli chłopacy z naszą Geografką. Trochę się na skakaliśmy z tych schodków, ale w końcu nastąpiło to, co musiało nastąpić… utknęliśmy na bramce płatnej plaży. Grrr, no nie możliwe! Ale determinacja nasza była silniejsza i kawałek dalej znaleźliśmy darmową. Nie powiem, żeby było na niej więcej miejsca, jak na złożenie plecaków, ale okazało się to miejsce jednym z najlepszych, dla mnie głównie dzięki dużym falom potrafiącym na płyciźnie nie tylko przeszurać delikwenta po kamienistym dnie, ale i nasypać pare szufelek kamyków do slipek ;) Po tym całym dniu to ta kąpiel to był naprawdę wypas! Gdy już wszyscy się nacieszyli wodą i tą „wspaniałą” kamienistą plażą, a słońce zaczęło znikać za byle czym, ruszyliśmy wzdłuż plaży w kierunku Jałty. Na głównym nadmorskim deptaku, jedyną ciekawą rzeczą rzucającą mi się w oczy były plany fotograficzne, na których można było się na chwilę zmienić czy to w dzikiego harleyowca, czy damę z epoki. Zmęczeni, a co niektórzy mega głodni zostajemy jeszcze zaproszeni do spaceru po naszej miejscowości, niestety mój głód staje się na tyle upierdliwy, że robię scenę i fochem przerywam spacer udając się do najbliższej jadłodajni. Jak się okazało, tylko z Danielem udaje nam się dostać do wnętrza, bo kolejnym osobom idącym z tyłu zostają zamknięte drzwi przed nosem. Reszta idzie do restauracji o romantycznej nazwie: Start. Jadłodajnia, o której wspomniałem to coś jak bar mleczny, i tak funkcjonujący, z tą różnicą, że odnowiony i strasznie drogi. Ale trzeba przyznać, że gdzie się nie pojawiło w takim barze to zawsze na wejściu można było umyć sobie ręce. Noclegu, żadnego nowego nie wypatrzyliśmy, więc na następny dzień ustaliliśmy, czas na Gurzuf i zwiedzanie Jałty. Większość z nas padła zmęczona, ale znalazło się takich dwóch u nas, którym mało było wrażeń i jeszcze ruszyli na miasto, niestety, nie otrzymałem od nich żadnych uwag dotyczących tego nocnego wypadu.
26. sierpnia, niedziela
Może kogoś zaskoczę, ale poranek okazał się słoneczny i bardzo ciepły. Wojtek całą noc przespał przed namiotem i bardzo sobie to chwalił, a jego wywody były tak przekonywujące, że następnej nocy miał się pojawić problem z wolnymi ławami do rozłożenia na nich karimat. Bardzo byliśmy radzi dnia poprzedniego, że nam nic nie zginęło z namiotów, więc tym razem jakoś z mniejszym strachem, zostawialiśmy swoje ukochane śmieci i ruszaliśmy na plażę. Już po drodze na dół przylepiła się do nas jakaś starsza kobiecina i znów, że nam pokaże, że nas zaprowadzi. Strasznie byłem na takie coś uczulony, bo najczęściej wiązało się to z jakąś finansową gratyfikacją za doprowadzenie, a to wręcz obelga dla Gdaka by nas wodził ktoś za nos! Młodzi jesteśmy, sami trafimy! No, ale Kwic uległ jej namowom i postanowił sam się udać na jakąś skałkową plażę. My tym czasem znajdujemy miejsce na zwykłej płatnej 4 hrywny plaży, Część dziewczyn rusza na zwiedzanie, a reszta zażywa w końcu chwili relaksu. Schodzimy się wszyscy ponownie po minięciu południa i jedziemy na spacer do Jałty. Na dworcu chwila postoju, bo Daniel zostawił okulary w busie, ale już go nie odnalazł, ja z Wojtkiem tymczasem zagadnęliśmy z głupia frant jakiejś babuszki, o noclegi i stała się rzecz zaskakująca, wszyscy przechodnie wyglądający do tej pory jak jacyś znudzeni przejezdni, jak by byli statystami, porzucili swoje znudzone role i otoczyli nas przekrzykując się, ze swoimi ofertami. Pięć minut twardych negocjacji i mieliśmy cenę zbitą do 3$. No, ale, jako, że nie mieliśmy tej sprawy załatwiać w tej chwili to potraktowaliśmy całą sytuację jako swoisty sprawdzian swoich możliwości. Dosyć dziwne, ale nie pamiętam zbyt dużo z tego spaceru po Jałcie, były jakieś pamiątki, była fontanna, był czas wolny, była wizyta na poczcie, gdzie każdemu sprzedano znaczki do Polski o innych nominałach. Marcie udało się mnie i Dorotę zaciągnąć, na bulwar do tych planów fotograficznych, ale oczywiście się na tym przejechaliśmy bo zapłaciliśmy po 30 hrywien , za jedno, jedyne zdjęcie, a obsługa była na tyle niemiła, że chcieli zabrać Patrycji aparat by wykasować wszystkie zdjęcia. Ostatecznie zostało naprawdę po jednej fotce, no prócz Dorci, której zachowały się trzy ujęcia, ostro nas to zniesmaczyło i nawet szybka kąpiel w morzu nie pomogła. W drodze powrotnej zaszliśmy jeszcze do sklepu… nikt tego nie zarejestrował, w jaki sposób, ale wszyscy zaopatrzyli się w wina, może to wina innej grupy Polaków, która nas trochę zagadała, no, ale jak to już się stało to ok., dzisiaj się bawimy! Ach przepraszam! Anda nie kupił wina za to dziewczyny dały mu znalezione tam okulary przeciwsłoneczne prawie identyczne jak jego poprzednie. Na polu zjedliśmy kolację i w drogę na plażę.
Impreza zaczęła się spokojnie. Dość zmęczeni upalnym dniem spędzonym w Jałcie, postanowiliśmy kupić winko w kartoniku (jedno na głowę) i udać się na plażę celem jego konsumpcji. Jedynie Daniel wyłamał się i szukał po całym Gursufie ulubionego „Obalonego” piwa.
Chłopacy bohatersko przyciągnęli dla nas leżaki, coby nam się wygodnie piło winko. Ktoś jednak nas ofuknął, że za leżaki trzeba płacić, więc zrezygnowaliśmy z tego pomysłu. Postronny obserwator mógłby stwierdzić, że spokojna grupka z Polszy przeszła niezwykłą metamorfozę tak siedząc na tej gursufskiej plaży, podziwiając księżyc i niewinnie sącząc winko z kartoników. Naszła nas nagła ochota na pstrykanie fotek, nie opuszczała nas pomysłowość na coraz to nowsze pozy i wygibasy. W końcu Kasia i Dorota zaczęły krzyczeć, że chcą iść potańczyć, ruszyliśmy, więc na podbój nadmorskich imprezowni. Pierwszą przeszkodą okazał się szlaban, który trzeba było pokonać, by wydostać się z plaży. Następnie wchodziliśmy po kolei do coraz do nowych knajpek, podbijając parkiet i serca gości, opuszczaliśmy te knajpki w momencie, kiedy kelnerki wręczały nam karty dań (nie ma nic za darmo, nawet potańczyć nie dadzą). W końcu zmęczeni tym dziwnym rytuałem, postanowiliśmy, że potańczymy sobie sami na „Gursufskim Monciaku”. Wojtek wpadł na pomysł, że ustawiamy się w rzędzie (jakoś wszyscy zdołali zrozumieć, że chodziło mu o szereg, a więc wężyk) i każdy naśladuje osobę z naprzeciwka (do dziś nie wiemy, o co dokładnie chodziło, ale wężyk udał się znakomicie). Ludzie zatrzymywali się, by na nas popatrzeć, robiono nam nawet fotki! (Następnego dnia niektórych z nas rozpoznano witając słowami: a to wy tańczyliście wczoraj węża na deptaku!). Nie obyło się też bez hymnu „Hej sokoły!”, który wyszedł nam całkiem całkiem, a wszystko to jest sfilmowane przez Patrycję. Następnego dnia doszło do zabawnych sytuacji, kiedy to Patrycja nie mogła uwierzyć, że śmieszne zdjęcie księżyca obejmujące głowę Adama zostało zrobione jej aparatem, była też gotowa przysiądz, że nie nakręciła żadnego filmiku.

Gwoli uzupełnienia. Najbardziej kąśliwe były wina słodkie-które niektórych z nas zdradziły ;P na początku przekolarzowalismy cały deptak by znaleźć zimne Obolony dla Daniela, bo oczywiście nie mogło to być inne piwo –wtedy się z tego nabijaliśmy, następnego dnia mieliśmy do Daniela pretensje, że nas nie ostrzegł przed winami ;P Dorotka, od połowy imprezy powtarzała, że nie da rady już swojego kartonika, więc tą ponad połowę pomagaliśmy wypić chyba tylko ja z Wojtkiem, zdjęcie księżyca z moją głową to było nad wyraz piękne zdjęcie wielkiego wozu i to nic, że Daniel miał trafić w nielichą grupkę ośmiu Polaków! Zamkniętego wyjścia z plaży nie wszyscy są gotowi potwierdzić. Są osoby gotowe potwierdzić, że faceci ssali piersi kobiecej rzeźby na trawniku, to zapewne działania wrogie i nie poparte wyraźnymi zdjęciami, taniec w wężyku utrwaliła połowa Gurzufskiego Monciaka, aż potem przeglądaliśmy lokalne gazety. Hej Sokoły zostały wykonane na odcinku ok. 50-60 metrów w samym centrum miejscowości, z siłą dwóch Piniów (GDAKKi wiedzą, o co chodzi). Nie wiemy, o której poszliśmy spać, ale było haraszo!
27. sierpnia, poniedziałek
Od razu jak się obudziłem, ze zgrozą pomyślałem o czekającym nas rejsie do Ałupki. Niestety Organizator była nieugięta i ruszyliśmy wszyscy, niektórzy jak na skazanie ;]
Hitem dnia było przeglądanie zdjęć i niestety kasowanie najbardziej kompromitujących póz z parkietu, czy też z wężyka, a szkoda, szkoda. Na przypłynięcie statku musieliśmy trochę poczekać, więc najbardziej chorzy rzucili się do morza schłodzić cierpiące dusze. Cóż mogę napisać o rejsie, chyba największą porażką była przesiadka, bo, tak to jeszcze sobie z Wojtkiem podrzemaliśmy na ławach, ale jak nas facet obudził w Jałcie i kazał wysiąść na ten skwar, to Kwic tylko walnął: chodu. I poszliśmy do portu szukać odpowiedniego miejsca. Niestety los chciał, że Wojtka żołądek nie chciał czekać, więc przybraliśmy gwałtowny kurs lewo-skos i poznaczyliśmy sobie teren i pod daktylem i pod palmą i pod jakąś sosną, nie zważając na nic i na nikogo. Ach to był triumf Daniela i jego Obolonów ;P Trochę się nastaliśmy jeszcze czekając na ten kolejny statek, a samopoczucie nadal kiepskie. W końcu siedliśmy w kolejną krypę i na rufie dalej próbowaliśmy się odnaleźć, a podobno widoki były piękne, choć mnie nad uchem skrzeczała tylko po rosyjsku jakaś automatyczna przewodnik z radiowęzła, piekielnie irytująca. Dziewczyny pstrykały zdjęcia, czas płynął, minęliśmy pałac w Liwadii, na chwilę zawinęliśmy do Gaspry, prawie, że pod skałą, na której wzniesiono bajkowy budyneczek imitujący zamek-Jaskółcze Gniazdo. W końcu jednak –jak dla mnie- zaczęło się coś dziać. Na horyzoncie pojawiły się wzgórza osnute białym dymem i zaczęło się robić głośniej. Głośniej od szumu, a w końcu od terkotu krążących helikopterów. Większe wrażenie sprawiła jedna z maszyn, która rozpoczęła pobieranie wody w pobliżu krypy, ach cóż za atrakcja, po godzinie oglądania przesuwającego się wybrzeża. W końcu dobiliśmy do brzegu. Osobiście chwilę przerwy przed ruszeniem do pałacu Woroncowa, wykorzystałem do wskoczenia do morza, ale chyba nic mnie nie ominęło. Do pałacu dotarliśmy bardzo szybko, pstrykając foty pod palmami, których wcale na Krymie dotychczas dużo nie zaznaliśmy i podkładając nasze rozgrzane ciała pod kolejne zraszacze do trawy. Sam pałac jest bardzo miłą dla oka kompozycją łączącą wątki orientalne z neogotykiem, jednak Do środka weszły tylko panie, bo Daniel od razu poszedł szukać plaży a reszta facetów, nie miała siły krążyć po zamkniętych przestrzeniach. Dziewczyny z tego, co mi przekazano musiały wykupić przewodnika, ale nie rozumiejąc języka przeskakiwały z grupy do grupy, de facto zwiedzając na własną rękę. Tymczasem my z Wojtkiem, zeszliśmy na plażę, ale Daniela nie udało nam się odnaleźć. Natomiast odnaleźliśmy blisko bardzo porządną plażę, prawie pustą, z ratownikami, którzy siedząc przy wejściu wyglądali jak kasujący za wstęp, no, ale my jednak weszliśmy za darmo, tylko unikając siadania na leżakach, podejrzewając, że są płatne. Dziwne to było leżakowanie, cały czas trochę jednak za głośny szum krążących, co pare sekund helikopterów, Daniela ciągle nie było, w sumie zaczęliśmy się nawet trochę nudzić. Gdy już pojawiły się dziewczyny to ruszyliśmy tyłki na poszukiwanie Daniela, bo dotychczas się nie zjawił. W końcu jednak sam się odnalazł. W międzyczasie Patrycja dostała bardzo ciekawego sms-a, ale trochę jakby za późno z ostrzeżeniem, byśmy uważali na pożary, które wedle polskich serwisów informacyjnych szaleją gdzieś w okolicy Jałty ;) W Ałupce, zauważyliśmy rzecz dotychczas niesłychaną, mianowicie budowę z robotnikami przy pracy, widok niespotykany do tej pory mimo natrafienia na sporo placów budowy. Brnąc przez kolejne stoiska z pamiątkami, mijając mini zoo na ulicy (orzeł, sowa, paw, boszzz, ile pawi tego dnia!), zachodzimy do dobrze wyglądającego pseudo baru mlecznego. Tu zagadują nas lekko przerażeni Polacy z Warszawy, czy od dawna jesteśmy w Ałupce i co zamierzamy dalej. Dowiedzieliśmy się paru ciekawostek od nich-czyli od tej parki konkretnie, np., że koleżanka już drugiego dnia dostała udaru, że ten pożar nad miastem trwa już trzeci dzień, a dopiero pierwszy dzień wprowadzono do akcji helikoptery, że ich głowy bolą od dymu i że nocami mają zadymiony ogród na kwaterze, oraz, że nie wiedzą czy nie będzie ewakuacji, a z mniej mrożących krew w żyłach spraw, to, to, że przylecieli tu samolotem za marne 500zł, bo była jakaś promocja. Po obiedzie chwila czasu wolnego i ruszamy na poszukiwanie marszrutki do Jałty. W drodze powrotnej zastanawiamy się, czy ludzie będą nas rozpoznawać na ulicach po naszych nocnych hulankach. Kolejny spacer po Jałcie nastraja nas na arbuzy, a decyzja zapada podczas sączenia nieziemskiej lemoniady Krym, o posmaku gumy balonowej w klimatycznej półlitrowej butelce. Ach z tymi arbuzami. Po złości na pewno, na górnej pętli tym jednym jedynym razem, nie było już arbuzów. No cóż, decyzja była trudna ale ogólnie plan możliwy do wykonania i ruszyłem na dół w rejony deptaka na poszukiwania owoców wraz z naszą geografią. Cena nie była zachwycająca, ale negocjacje doprowadziły do zakupienia 35 kilogramów arbuza w cenie 32, lub coś w okolicy. Ciężko było, ale opłacało się dla tych paru chwil przejedzenia arbuzowego! Większość z nas padła wycieńczona spać, ale nie wszyscy. Daniel rześki po ostatniej nocy ruszył do miasta na „kebab” a na placu boju przed namiotami zostały bodajże Patrycja, Dorota i Kwic, byłem też ja ale bardziej duchem, gdyż ponoć przez sen zabrałem głos w jakże zapewne ważnej kwestii arbuzów, co brzmiało mniej więcej tak: Ona powiedziała, że tyle było tych arbuzów, ile w rzeczywistośći było tych arbuzów jako, że w miare sprawne moja mowa podpasowała do tematu to towarzystwo pomyślało, że nie śpię, dopiero po chwili nastąpił wybuch śmiechu. no co? Wciskają mi się z gadką do snu, a potem dziwią, że gadam przez sen. ;] Daniel wrócił po zamknięciu czasowym tego dnia.
28. sierpnia, wtorek
Daniel wrócił. A rano jak to rano, śniadanko złożone z nieśmiertelnych kanapek i świeżutkich pomidorów-spokój, choć nie do końca, w zakupionym chlebie było życie!, Na szczęście ruch kanapek odkryliśmy po zasmarowaniu trzech kromek, ale i tak zaczęło się robić tłoczno na stole. W chlebie mieściło się mrowisko malutkich czerwonych mrówek! Efektem tego kanapki złożyliśmy z rozpadających się chałw. Zaczęliśmy też dostrzegać, że jeżeli Ania jaroszka, jest jaroszem, czy też jeszcze kimś bardziej bezwzględnie przestrzegającym pewne żywieniowe ograniczenia-ach ta moja ignorancja z nazewnictwem ;] to może powinniśmy zacząć i dla niej robić jakieś kanapki z czymś bezkonfliktowym. A po śniadaniu kolejna wyprawa tym razem na wschód. Dla zapominalskich przypomnę trasę ;P Marszrutką z Gurzufa do Jałty, by z Jałty ruszyć, przez górny Gurzuf do Partenitu. Podróż wokół pięknej charakterystycznej i majestatycznej góry Ajudah przypominającej olbrzymiego niedźwiedzia przyklękającego u stóp morza, szczerze polecam, bo jest, na co popatrzeć, osobiście chciałem tego dnia wejść na tą górę śladami naszego Adasia Mickiewicza, ale jakoś w tej temperaturze nie znaleźli się chętni, a szkoda. W Partenicie nasze kroki skierowaliśmy od razu do celu głównego, czyli delfinarium. Nie jedna osoba chciała popływać z tymi niesamowitymi ssakami, jednak cena zrobiła swoje, 130 hrywien to trochę jednak jest. Ostatecznie faceci ruszyli na bezpłatną plażę, Ania z Kasią na zwiedzanie, a reszta dziewczyn na delfiny ;)
Delfiny to takie kochane zwierzątka! Marcie, Patrycji i Dorocie udało się po pokazie delfińskich sztuczek popływać z tymi inteligentnymi ssakami. Wrażenie niesamowite. Nic za darmo, delfinki wiedziały kogo wziąć na przejażdżkę po tym, gdzie rzucono im rybkę. Mimo wszystko jednak były niezmiernie miłe, np. Delfinek Doroty cofnął się do niej po tym, jak nie dała rady chwycić się jego płetwy za pierwszym razem. Każdy delfinek był inny, np. Ten Marty bardzo szybko pływał, wszystkie jednak wywiązały się z tego zadania na szóstkę z plusem! To nic, że czasem prawie nurkowały, to nic, że kopały tylnią płetwą w nasze brzuchy i tak były milusie. Wiedziały jak się ustawić do zdjęcia i szczerzyły do nas swe wielkie paszcze w geście przyjaźni.
No tak, ale u nas też nie było tak tragicznie, a nawet dosyć ciekawie. Początek to było wybranie najbardziej optymalnego miejsca, przeszliśmy cały odcinek otwartego nabrzeża, od centrum do skałek, popijając zimne Obolony, aż w końcu znaleźliśmy dobre miejsce. Kąpiel tym razem nie była tu najciekawsza, a kontakty z ludźmi. Wpierw zagadała nas pewna korpulentna starsza Lwowianka, słysząc polską mowę nie mogła się powstrzymać jak to opisała. To od niej dowiedzieliśmy się, paru rzeczy, na temat działania polskiej ambasady we Lwowie, gdzie pracuje jej córka. Chwila przerwy, spora fala podtopiła nam rozmówczynię, a dalej jeszcze pare ciekawostek o rzadkim występowaniu Polaków na Krymie. Po kąpieli, pora na kolejnego zimnego Obolona i przy zejściu na plażę staje przy nas zbyt blisko jak na nieznajomą, pewna starsza pani i chwila zawieszenia z krążącym w kącikach ust uśmiechem z jej strony
-Pani z Polski?
-Piotrków Trybunalski, nie mogłam się powstrzymać słysząc polską mowę…-dalej już znacie.
Pani była dowcipną osoba, zapoznała nas ze swoją haraszo córką, której widać było na początku, że jest trochę głupio z powodu rozgadania mamy. Poopowiadaliśmy sobie gdzie byliśmy dotychczas, usłyszeliśmy historię o jednej babci na kwaterze, która wywaliła panie wcześniej od siebie. Ta właścicielka posesji miała derkę-ponoć jakąś „psiarę dziurawą” ;) a nasza rozmówczyni zabrała ją sobie na plażę, „bo na kamlotach twardo”. Pech chciał, że tego dnia złapała ich ulewa i ta „szmata” wody nabrała, więc wywiesiła ja nasza Polka na lince, a jak babuszka, to zobaczyła to prawie apopleksji dostała, rzuciła im w twarz pieniądze i krzyknęła „paszoł won!”. „Wariatka jakaś” podobno ;) takiego typu historie poleciały, a my na słoneczku z piwkiem w rękach śmialiśmy się szczerze.
Po dotarciu w końcu do naszych ręczników i otwarciu kolejnych chłodnych napojów, nie omieszkałem zauważyć, że wszyscy wokół nas mieli karty, a nawet zaryzykowałem twierdzenie, że wszyscy Rosjanie i Ukraińcy na Krymie posiadają takie akcesoria, wniosek? Trzeba się dowiedzieć, w co oni tak zapamiętale rżną na tych odpustach. Daleko nie szukaliśmy, na kocach obok zagadnęliśmy dwie krasiwe w miarę Ukrainki i zaczęła się nauka gry, ciężko szło, ale chyba do zakończenia nauki pojęliśmy, co nie, co. Naszą naukę w pewnym momencie jednak przerwano. Na planie akcje pociągnęła starsza bezdomna Ukrainka w skórzanych butach z dziurawymi skarpetami niechlujnie podciągniętymi, tworzącymi fantazyjne fałdy na nogach- to najbardziej u niej zapamiętałem patrząc z poziomu ziemi. Wojtek jak to zazwyczaj miał w zwyczaju zaczął się narażać i wysupłał z sakiewki hrywnę. Pani rozochocona tym szczodrym datkiem zaczęła gadkę do Kwica, ale to nie był zwykły smętny monolog dziękczynny, a ostra inscenizacja sceny erotycznej. Pani nie zdjęła z siebie niczego, ale zaczęła wykonywać ruchy kopulacyjne, powtarzając przy tym chyba: jebu, jebu. Normalnie komedia, na szczęście dziewczyny w końcu ofuknęły naszą panią i się zmyła w inną część plaży. Ze śmiechu byśmy się popokładali, gdyby nie to, że już leżeliśmy. Ostatecznie, powstały dwie interpretacje. Pierwsza, że, ta bezdomna chciała się oddać urodziwemu Polakowi, który ją wspomógł, a druga, że wdzięczna zachęcała nas i nasze Ukrainki do przejścia do poważniejszej gry niż karty. A wracając do kart, jeszcze nie zakończyliśmy nauki, a pojawiły się nasze panie, całe w skowronkach po przygodzie z delfinami i zachwycone też jakąś plażą na terenie delfinarium, czy sanatorium, która to plaża miała się okazać najcudowniejszą ze wszystkich dotychczasowych, podsumowując nie to, na co trafiły szukając nas. Jeszcze trochę posiedzieliśmy na tej plaży, ale nie wszyscy bo na przykład Patrycja i Dorota postanowiły zobaczyć Jałtę z lotu ptaka. Ruszyłyśmy więc żwawo na podbój słynnej jałtańskiej kolejki linowej. Trochę zdziwiła nas cena oraz stan wagoników, do których wskakiwać trzeba było w biegu i które niemiłosiernie chwiały się i trzeszczały. Widok nawet czasami jakiś tam był, choć za tą cenę można było spodziewać się lepszego. Patrycja pocieszała Dorotę, że na szczycie na pewno będzie cudowny widok. Wysiadając z wagonika Dorocie udało się po raz kolejny ochlapać kogoś wodą (to naprawdę dobry uczynek w taki upał). Szczyt przeszukałyśmy dokładnie, ale jedyny widok, jaki udało nam się zobaczyć, to widok na kolejkę linową i skrawek morza z maleńkiego balkoniku należącego do znajdującej się na górze restauracji. Właściwie poza restauracją nic tam nie było, więc chyba ta kolejka służy jedynie jako transport po jedzonko. W końcu wszyscy zjechaliśmy do „domu”, by się wyszykować na wieczór, a wieczorem ważna rzecz, Patrycja miała imieniny. Miała być porządna impreza, ale ciężko było przebić noc win, a może niektórzy się bali? ;P
Zaczęliśmy od posiłku w sprawdzonym już lokalu „Start” Zdawałoby się nawet, że mieliśmy szczęście gdyż jeden ze stolików w stylu tureckim, okazał się wolny. Dopadliśmy go kocimi skokami i klapnęliśmy po upewnieniu się, że taka przyjemność kosztuje 10 hrywien, nie mniej, nie więcej jak dziesięć, bo tak zostało powiedziane, że dziesięć hrywien i powtarzam, że dziesięć to było hrywien, nie mniej i nie więcej. No ale już po paru minutach co mniej przyzwyczajone jednostki, do siadu tureckiego w tym na przykład ja, poczuły lekki dyskomfort, a co dopiero później, no ale jesteśmy na odpuście i to jeszcze na imieninach, więc warto się przemęczyć, dla odpowiednich wspomnień. Nie pamiętam co jedliśmy bo mi było niewygodnie ;P ale na pewno dziewczyny coś tam pod relacją dopiszą, jeśli ktoś zapyta, było za to pare fotek i widoczny wysiłek pani kelnerki w trakcie procesu składania zamówień, a jak na złość zamawialiśmy wiele i wcale nie rozszyfrowując krzaczków w menu, tylko waląc co nam przyszło do głowy, w czym swoją drogą przodował Daniel, osiągając szczyt sadyzmu tłumacząc już spoconej kelnerce, że chętnie zje ogórka. Przynajmniej tak to wyglądało z mojej strony. Ha! Przypomniało mi się, jedno danie-faszerowane mięsem papryki, wyglądające i smakujące jak nasze gołąbki. Ostatecznie z tej knajpy wyszedłem zniesmaczony, a to za sprawą-nie wątpię, że z zemsty- zapłacenia ostatecznej ceny za stolik pięć razy wyższej, czyli 50 hrywien :( Wrażenia Doroty: Wieczorem udaliśmy się do naszej gursufskiej restauracji. Zakręconą z natury panią kelnerkę udało nam się zakręcić jeszcze bardziej. Każdy miał inne życzenie kulinarne, jedni chcieli danie z dużą ilością mięsa, inni w ogóle nie chcieli mięsa, a jeszcze inni chcieli danie bez niczego. Pani jednak wywiązała się znakomicie ze swej roli. Ostatecznie jednak najedzeni wylądowaliśmy tradycyjnie już na plaży, ale było strasznie zimno! Temperatura spadła chyba do 25 stopni Celsjusza, bo nie było za przyjemnie. Część towarzystwa zrzuciła się na imieninową wodę ognistą, przy czym Patrycja doskonale spełniła się w roli barmana, robiąc pyszne drinki z sokiem ananasowym. później była jeszcze jedna wyprawa do sklepu, a potem miała być impreza, ale ja z Martą i naszą geografią wymiękliśmy, w końcu się towarzystwo pogubiło i z tego, co pamiętam chłopacy skończyli imprezę na jakiś schodach z Ukraińcami. Jak ktoś mi coś o tym napisze to chętnie dodam.
29. sierpnia, środa
Ostatni dzień wspólnego pobytu na Krymie zastał nas nadal w Gurzufie. Pierwotnie mieliśmy ruszyć dalej, ale Dorota i Patrycja nie chciały ryzykować dalszej podróży do pociągu, a Daniel wolał miejscowe plaże i pościg do koloru mojej ;P opalenizny niż zwiedzanie. Nie do końca wiedzieliśmy, co jeszcze zwiedzić w tej okolicy, ale uparcie wracał temat odwiedzenia którejś z dwóch winnic. Jedna to znana na całym świecie Massandra, a druga to taka miejscowa, mieszcząca się gdzieś ponad naszym obozem. Niestety osoby nagabywane w celu zlokalizowania owej winnicy wykazywały zdumiewające rozbieżności w kwestii opisu dotarcia. Ostatecznie z powodu silnego parcia na ostatnie opalanie przed wyjazdem, daliśmy się zaprosić na plażę, sprawdzoną już przez Wojtka. Faktycznie tak jak nam to naświetlił, na wejściu facet skasował nas taniej biorąc zapłatę do kieszeni, inna rzecz, że babki narobiły tam małego zamieszania, bo wolały zapłacić więcej, byle tylko mieć paragon i móc wchodzić i wychodzić bez dalszego płacenia. Nad wodą w pierwszej chwili się trochę poirytowaliśmy, bo nigdzie nie było wolnego miejsca na wetknięcie naszej dziewiątki. Próbowaliśmy zająć miejsce pod prysznicem na peryferiach, ale test, czy dany prysznic działa skończył się kompletnym zmoczeniem bodajże Doroty stojącej dwa metry dalej. Ostatecznie zajęliśmy mniejszy teren, z czasem rozpychając się, by nie napisać podbijając kolejne skrawki plaży. Nie będę, pisał o procesie opalania, więc skupię się na wodzie. A tu tradycyjnie ucieczka od skwaru, a tym razem jeszcze bardzo sympatyczne skałki na głębinie, tworzące zalane wyspy. Nie skłamię, jak napiszę, że z czasem opanowaliśmy wszystkie te obiekty, nie pozwalając, na podpływanie do nich innym, nawet, jeśli by to miały być dwie sympatyczne Rumunki. Daniel na pożegnanie z morzem nawet w pewnym momencie zostawił na brzegu swoje magiczne niezatapialne klapki i ledwo go bez nich poznaliśmy. Potem jeszcze się tak zakręcił przy prysznicu, że za odkręcenie wody jakiejś emerytce dostał garść winogron. Jeszcze z ciekawostek, nabrzeże było betonowe ponad plażą, na którą się schodziło po schodach, dla bezpieczeństwa były zamocowane barierki, które jednocześnie były rurami doprowadzającymi wodę do pryszniców gdy ktoś puszczał wodę to wprawiał całą konstrukcję w drgania, inne spostrzeżenie, kąpiel pod prysznicem przypominała bicz wodny z odłamków szkła-woda miała taki specyficzny skład i takie ciśnienie, że po prostu kłuła. ;] Oczywiście nie każdy chciał gnić na tej dziwnej plaży morza ”śródziemnomorskiego” tak długo jak my, więc umówiliśmy się, że chętni stawią się o 13.00 na noclegu i pojedziemy do winnicy w Massandrze. W ostateczności odpadli nam tylko nasi dwaj nocni kowboje. Tym razem, już ostatnim, udało mi się zaprosić dziewczyny do wysiadki nie w Jałcie tylko po drodze i trochę ruchu, a nie uzależnienie od marszrutek. Na obwodnicy w Massandrze, mimo masy sklepów i przedstawicieli lokalnego folkloru, a naszym niezbyt precyzyjnym informacjom, zajęło nam chwilę zanim w ogóle wybraliśmy kierunek marszu. Bo tak, na międzynarodowy znak pijaństwa -siekierką w szyję kierowano nas do góry, no, ale nasze dwa uzupełniające się przewodniki wskazywały na dół, na wybrzeże, no to cóż, co tam miejscowi wiedzą! Idziemy na dół! Nie każdy przekonany, ale wszyscy schodzimy z drogi schodami do Parku Massandrowskiego, lekko dzikiego i na tzw. czuja kierujemy się do muzeum wina. Pare fotek na tle ciekawych i egzotycznych okazów drzew i wychodzimy… w wielkim nic, czyli znów na drodze. Miejscowy uliczny sprzedawca, niezbyt nam pomaga, więc dla rozrywki podchodzimy do widocznej powyżej drogi cerkwi. Upał znaczny, ale na wodę z beczki pod świątynią się nie zdecydowaliśmy, chyba dzięki opowieści Patrycji o jej zatruciu w Hiszpanii. Mimo to miejsce urzekło swoim pięknem, a kobieta opiekująca się przybytkiem, daje nam na odchodnym numer telefonu do poszukiwanej winnicy, ale i tak nikt nie odbiera. Mimo pory postanawiamy ruszyć za sprawdzonym gestem opojów i skierować swoje kroki ponad obwodnicę. Na obwodnicy, chwila przerwy na regenerację sił i już 5 metrów wyżej przy pomocy loda zatrzymuję busa do winnicy-przynajmniej tak mi się wydawało, że mnie zrozumiano ;P I w końcu dotarliśmy, mi spadł kamień z serca, że dojechaliśmy, a reszcie, że nie muszą już więcej chodzić. Zwiedzanie sobie odpuściliśmy, ale nikt nie odpuścił proponowanej degustacji. Oczekiwanie na tą atrakcję poświęciliśmy na pozowanie do zdjęć i wypełnianie widokówek. A degustacja, pewnie nikt by nie zgadł -poprawiła nam znacznie humory. Usadzono nas przy dębowych stołach, zastawionych drewnianymi tacami z kieliszkami dziewięciu win i jednym wody. Pojawiła się jakaś dystyngowana dama, a może zwykła pracownica winiarni, no i się zaczęło. Oczywiście, tempo rozpędzonego Ikarusa na wzniesieniu, nie wszystkim pasowało, no ale sytuacja wymagała odrobiny ogłady, szkoda, że nic nie rozumieliśmy, ale wino było smaczne, choć jedno od drugiego niewiele się różniło. Każdy smak porównywaliśmy z nazwą na liście, z jego rocznikiem i ceną, momentami światową i stawialiśmy już z przyzwyczajenia gwiazdki. To nic, że jak Marta stawiała adnotacje „tandeta”, to kontrastowało to z moją „słodziutkie, z nutą mirabelek”. Na koniec dla każdego kto chciałby się dowiedzieć jak smakuje Massandra Madera- wino z grona stu najlepszych win świata, postaram się wyciągnąć przepis na nalewkę od pewnej szanowanej i poważanej opiekunki grup turystycznych, która nic sobie nie robiąc z Krymskiej winnicy produkuje identyczne smaki sposobem domowym! Do Gurzufa zjechaliśmy z lekka okrężną drogą, nie do końca chcący, przez dolną Jałtę. Ostatni wieczór spędziliśmy na karimatach przed namiotami, otoczeni pestkami z arbuza, przez chwilę w towarzystwie pary Białorusinów przyciągniętych przez Wojtka. Potem już wedle znanego schematu chłopacy ruszyli na miejscowy monciak.
Etap III –Sudak
30. sierpnia, czwartek

Wakacje, wakacje, wakacje, a tu pobudka o 5.00! i gdyby to jeszcze było pierwszy raz na tym wyjeździe. Zostawiamy na polu Dorotę, Patrycję i Daniela tym razem śpiącego na leżance koło umywalni ;) Na pętli w górnym Gurzufie, najpierw czekamy ponad 10 minut, a potem jeszcze nas nie wpuszcza bezczelny kierowca do swojej marszrutki. Następny jest już milszy, choć i tak było ciężko się dostać do wnętrza pojazdu. Śniadanie na dworcu w Jałcie i po chwili niepewności, co do miejsca lokalizacji naszego przystanku, ruszamy do Sudaku. Trasa dłużyła się i dłużyła. Jechaliśmy chyba najgorszą trasą na Krymie, pokonując kolejne wzgórza i doliny, czasem ledwo podjeżdżając pod wzniesienia, czasem ledwie co się mieszcząc na mijance z innym pojazdem, a wszędzie dookoła tylko wysuszona na popiół trawa i słońce. Wzruszeni tymi widokami oczywiście posnęliśmy, a tym czasem:
Patrycja, Dorota i Daniel ruszają już w stronę domu. Czekają ich trzy dni i dwie noce w podróży. Podróż tą zaczynają od jazdy trolejbusem z Gursufu do Symferopola. Cóż za jazda! Poszło jak po maśle, nawet wtedy, kiedy trolejbus zerwał się z linek. Oprócz nas nie zdziwiło to nikogo, ani pasażerów spokojnie siedzących na swoich miejscach, ani pana kierowcy, który przygotowany na taką sytuację, całkiem spokojnie przyczepił trolejbus na jego miejsce. Jadąc dalej zauważyliśmy przez okno inny trolejbus, który urwał się z linek. To widocznie część programu wliczona w cenę biletu.
Jak już napisałem ekipa jadąca do Sudaku zasnęła, stąd po dojechaniu na miejsce wierzyć nam się nie chciało, że to Sudak. Parking z małym dworcem pośrodku pustyni zamkniętej wzgórzami na horyzoncie. Nie było czasu na głębsze zdziwienie, czy niedowierzanie, bo od razu obskoczyła autobus chmara starszych pań hałaśliwie walcząc o każdego turystę. W końcu sprawdziło się co opisywały przewodniki, szkoda, że tak późno ;] Pertraktować osobno nie było sensu, więc odsyłaliśmy wszystkie do naszej organizatorki. Wyciągnąłem też mapę prosząc by każda pokazała gdzie by nas chciała zabrać na nocleg. 20$ naturalnie bardzo szybko stopniało do 5$, a nawet 3$ Selekcje przeszły dwie panie, korzystniejsza oferta, niestety znajdowała się dalej, a oferta wożenia nas maszyną, gdzie byśmy chcieli wydała się nam podejrzana, więc z drugą panią wynegocjowaliśmy 4$ i było po krzyku-dosłownie. Pustynia skończyła się po trzech minutach drogi na jakiejś ulicy, a po kolejnych dziesięciu minutach dotarliśmy na nocleg, blisko centrum i 5-10 min. od morza.
No i trafić lepiej chyba nie mogliśmy, woda całą dobę, pokoje na piętrze z tarasem, brama na szyfr otwarta w nocy, miodzio. Po odpoczynku schodzimy deptakiem wśród masy pamiątek i nocnych klubów na nabrzeże. Z trudem znajdujemy miejsce na plaży, no i do wody, ale nie było to najlepsze miejsce, woda brudna i jakby zimniejsza, jedyny plus to piękny widok na genueńską twierdzę na pobliskich skałach. Koło 17.00 wciągamy jakieś szybkie żarcie typu shaurma i ruszamy na zwiedzanie twierdzy. Pare zwykłych fotek, pare nieprzeciętnych, ładne widoki na miasto z góry i na góry nad którymi chyliło się powoli słońce. Chodzenie po murach muszę przyznać, że momentami podnoszące ciśnienie bo bez jakichkolwiek zabezpieczeń, sporo Polaków. W jednym miejscu zostajemy w dwójkę, jeszcze z Kwicem przy jakimś dystrybutorze piwa i pojawia się w międzyczasie Polska wycieczka. Pierwsza taka okazja to sobie z Wojtkiem puszczamy oczko i podpinamy się do niej sącząc piwko.
Przewodnik: Proszę sobie wyobrazić, że ta twierdza nigdy nie została zdobyta (efektywna pauza z filuternym przymrużeniem oka), ale proszę sobie również uświadomić, że nigdy nie była zdobywana!
Dowcipniś z tego naszego przewodnika, parsknęliśmy cichym śmiechem i ruszyliśmy szukać naszych pań. Na sam szczyt już nie weszliśmy, ale zakończyliśmy naszą wspinaczkę na niedużym wierzchołku z widokiem na klimatyczny zachód słońca, wdając się jednocześnie w kolejną edukacyjną pogawędkę z Polską parką z Przemyśla. Wracając robię naszym Aniom ciekawe foto na ścieżce do centrum, gdzie są położone płyty z otworami większymi od wielkości ludzkich stóp, no i tam nasze Anie pozwoliły sobie wpuścić nogi w te bezmyślne pułapki, wpuścić nogi po uda! Wracając w końcu i ja ulegam magii pamiątek i w odpowiedzi na „50” zakupów mojej żonki, dokonuję swojego pierwszego. Wybór pada na piękny lakierowany kij bejsbolowy- powiadam wam –cudeńko! ;) Wieczorkiem niektórzy testują piwa w plastikowych opakowaniach. Pojawia się w końcu temat polityki, bardzo ciekawy i nie należy przy tym się przejmować zaśnięciem Marty z kubkiem w ręku, a nawet pochrapywaniem pewnej innej niewiasty. Pojawiły się też historie ze zwierzakami. Walki rybek akwariowych organizowanych po sopockich piwnicach, rybiego więzienia-słoiki w akwarium, a nawet spektakularnych ucieczek-żółw z ogródka. Dzień się kończył, przed snem jeszcze wspomnieliśmy naszą ekipę wcześniej wracającą, ale o tym wiem tylko tyle:
Wieczorem - już w pociągu, Daniel ocknął się w kałuży chlupoczącącej u jego stóp. Woda okazała się być jego własną wodą, wylewającą się z felernej butelki. Bez namysłu, bohatersko poświęcił swą ostatnią (a do tego białą) koszulkę na wytarcie błota z podłogi. Tyle opisów tej drogi powrotnej zachowało się w wersji pisanej. ;P
31. sierpnia, piątek
Wcinamy nieśmiertelne kanapki i lecimy na dworzec. Wstępny plan z nutą wariacji. Nie wiemy gdzie jedziemy, zobaczymy jak nam podpasują autobusy. W wyniku tej akcji czekamy godzinę na autobus, ale przynajmniej spokojnie kupujemy bilety. Marszrutka ma nas wieść tym razem do Starego Krymu. Oczywiście wychodzi problem z miejscówkami, bo niby jest to ostro tam przestrzegane, ale zawsze znajdzie się jakiś zamot, który zajmie miejsce innej osobie. Nie zawsze chce się walczyć z kimś takim, więc i z naszej grupy nie każdy usiadł na swoim miejscu, olewając już to, że zajęto jakieś nasze miejsce. Takie podsiadanie oczywiście funkcjonuje dopóty, dopóki komuś nie spodoba się miejsce które zostało wolne, a przecież ma miejscówkę w lepszej lokalizacji. Tym razem poszło jak w dominie. Pan wyprosił panią, pani kolejną panią, pani wyprosiła mnie, ja inną panią, która wyprosiła panią, która wyprosiła jakąś babuszkę, która zajęła ostatnie wolne miejsce. Scena jak z „Dnia Świra” w autobusie, bo towarzystwo zaczęło krążyć po całym pojeździe. Po niecałej godzince jazdy wysiadamy na jakiejś przelotówce i ruszamy między zabudowania szukać atrakcji, ale zaczynamy od zielonego Obolona, który jak zawsze z początku stopuje akcję. Stary Krym to takie trochę sprawiająca wrażenie wymarłej osada ze spokojną zabudową i prowincjonalnym klimatem lat dawno minionych. Pierwsze foto i sik obok obelisku poświęconego czerwonoarmistom, a chwile potem docieramy do pierwszego i jak się okazało głównego celu wyprawy. Meczet chana Uzbeka to jedna z najstarszych budowli na Krymie, niestety wedle przewodników czynna tylko raz w tygodniu a to i tak tylko dla mężczyzn. Pierwsze foto z boku budowli zza płotu, potem podejście do głównej furtki. Chwila zastanowienia i postanawiamy jednak wtargnąć na teren i pstryknąć fotkę pod wejściem do budowli. Panowie dopijają piwka-z szacunku-wiadomo. ;) Otwieramy furtę i… jakaś korpulentna pani nas wypatrzyła. Coś do nas zakrzyknęła, coś co brzmiało jak pytanie, czy nie chcemy zwiedzić meczetu. Ja oczywiście w pierwszym odruchu, niezbyt przemyślawszy wszystkie za i przeciw zaprzeczyłem ;P
Na szczęście reszta była bardziej rozgarnięta i ruszyła do przodu. Starsza już pani, okazała się jednak milsza niż by mi się zdawało z daleka i jakoś od razu wyczuła skąd jesteśmy. W dodatku już na samym króciutkim odcinku do wrót meczetu pozwoliła sobie zakwestionować polskość Kwica, argumentując, że Polacy to chodzą tylko w sandałach, a kolega ma na nogach adidasy. Na progu musieliśmy zdjąć obuwie jakiekolwiek ono nie było, a dzieweczki opatulić się różnymi szmatkami z pobliskiego kosza. Klapnęliśmy sobie skromnie na ławie pod ścianą pustego wnętrza świątyni, a nasza przewodniczka rozpoczęła wędrówkę po kartach historii. Tłumaczyć próbowała Ania-nasza geografka, ale w sumie wszyscy rozumieliśmy tyle samo, czyli trzy po trzy ;) Tymczasem znacząco się ściemniło i to nie z powodu długości opowieści, a wzbierających od rana chmur. Pierwszy, drugi grzmot i wzmagający się szum. Niesamowite, ale na Krymie PRAWIE złapał nas deszcz! Zrobiło się jakoś przytulniej w tym meczecie wyłożonym miękkim dywanem, gdy na zewnątrz trwał sądny dzień. Aż poczułem wdzięczność do pana Allacha za to, że nas przygarnął, a tu nagle przyszedł na modlitwę jakiś facet-skubany, akurat jak padało. No ale zasady są jasne, kobiety i niewierni muszą wyjść. Na szczęście pojawiła się alternatywa w postaci obejrzenia mini muzeum w domu naszej przewodniczki, domu obok. Te 15 metrów przelecieliśmy przez wodę po kostki i poziomy deszcz, więc naprawdę szczęście nas nie opuszczało tego dnia. W kolejnym przybytku przywitała nas egzotyczna muzyka z basowymi wstawkami wcale nie w stylu starszej kobiety. Ugoszczono nas w przestronnym pomieszczeniu, wyłożonym materiałem, ozdobnymi chustami i z masą różnych eksponatów, zupełnie jak w Kaszubskim skansenie. Na stoliku po chwili pojawiła się aromatyczna herbata, słodkie wafle i karmel w półmiskach. Babuszka jak już skończyła krzątanie w kuchni, poprzebierała każdego z nas w stroje tatarskie do zdjęć, następnie zaczęła opisywać przeznaczenie każdego z eksponatów, niejednokrotnie używając polskich słów spisanych na papierze i niejednokrotnie z komicznym skutkiem, bo ktoś jej podyktował nazwy nie zawsze poprawne i tak hak do wieszania żywności w studni, nazywała lodówką, a na przykład podgrzewacz do czajnika, czyli trójnóg na żar pod czajnik stał się mikrofalówką. My byliśmy bardziej poważni i na zapytania o brakujące jeszcze polskie odpowiedniki, podawaliśmy konkretne nazwy. Nasłuchaliśmy się też paru historii jak o maharze, czyli męskim wianie i o kobiecie, która była bardzo skromna, nie chciała nic, więc rodzice pana młodego podarowali jej rafinerię. Babuszka bardzo była ciekawa jakiż to mahar otrzymała Marta, ale tu tylko ja mogłem się zawstydzić ;) Za to i ja miałem chwilę radości, jak zaproponowano mi znalezienie kolejnych trzech żon, by zwyczajem muzułman, czy tam tylko tatarskim-nie znam się-mieć cztery żony. Śmiać nam się potem chciało, jak nasza gospodarz wpierw mówiła, że jest tylko zwykłą biedną starszą kobietą, a trzystuletnią derką wyszywaną złotymi nićmi machała jak ścierką, gdzie w Polsce wisiał by taki eksponat za pancernym szkłem. Na koniec wizyty jeszcze obejrzeliśmy ostatnią salę z legowiskiem gospodarz, masą obrazów i mega sprzętem komputerowym-biedna babuszka ;] Cała wizyta kosztowała nas po 10 hrywien, ale było to wiadome przed wizytą i pod każdym względem nikt nie żałował, jeszcze sobie herbatek zwanych „czaj” nakupiliśmy. Padać przestało, więc jeszcze przeszliśmy koło ruin innego meczetu i już znudzeni zwiedzaniem ruszyliśmy na przystanek autobusowy, szukając przy okazji jakiejś knajpy i żywo komentując otrzymany sms od ekipy wracającej szybciej. A było co komentować, bo Patrycja napisała, że pociąg się opóźnił, a Daniel poszedł w Kijowie do bankomatu i się zgubił. Normalna katastrofa, a Dorocie tak bardzo zależało na tym powrocie!
Jak się później okazało to był żart, ale ten sms był taki realistyczny, że łyknęliśmy to jak świeże bułeczki i zupełnie bezkrytycznie! ;D Dowcipnisie się znaleźli. Przed jedzeniem jeszcze małe zakupy, a obiad zjedliśmy nie byle gdzie bo w knajpie przerobionej niechybnie z warsztatu samochodowego, bo za ladą kuchnia naprawdę mieściła się jakby w starym warsztacie samochodowym. Kasia z Anią próbowały upolować ten niesamowity widok, aparatem, ale nic z tego nie wyszło. Mimo wszystko ceny były z zeszłego wieku i nikt chyba nie żałował tych pieniędzy. Ostatnia ciekawostka to wspaniała zakurzony zeszyt skarg i zażaleń na tablicy jakby ogłoszeń. W marszrutce zaczęliśmy trochę szaleć i podśpiewywać do dźwięków płynących z radia kierowcy, a muza była dyskotekowa, ukraińsko języczna, a jedna z piosenek miała nawet temat przewodni: „Haraszo” Tak nas ten klimat natchnął, że pierwsze co zrobiły Kaśka z Anią to zakupiły po drodze na bazarze płyty z rosyjską muzą (po 200 kawałków na krążku). Po drodze na kwaterę robimy mały eksperyment i kupujemy uszka mięsne i sosy w słoikach. Jest też mniej przyjemna chwila. Następuje wypłata przez Anię geografię pieniędzy z bankomatu- rzecz w następnych dniach częściej występująca. Na noclegu super uczta, po niej arbuz i piwka z winkami-bardzo delikatnie do nich podchodziliśmy ;P Po 22.00 zostawiliśmy zmęczoną i lekko przeziębioną Martę i w reszcie składu ruszyliśmy na podbój nocnego Sudaku. Sprawdzaliśmy po kolei ceny wstępu do każdej knajpy, ale weszliśmy dopiero tam gdzie było gratis ;] miejsce w pierwszej chwili niezbyt oszałamiające, ale miało podest z dwoma rurami do tańczenia z którym potem się zapoznaliśmy bliżej. Nie skłamię, że rozkręciliśmy tą imprezę, a jak już ją rozkręciliśmy to poszliśmy po kolejne wino. Z zakupem siedliśmy sobie na murku i to była chwila! Nie, nie wypiliśmy duszkiem zakupu tylko jedna z osób w pewnym momencie zniknęła w krzakach z tyłu zostawiając na miejscu tylko swoje piękne nogi ;D To był sygnał do powrotu na imprezę i znów ją rozkręciliśmy, dominując nie tylko na parkiecie, ale nawet na podeście! W końcu koło 2.00 dziewczyny opadły z sił, ku wielkiemu żalowi męskiej części ekipy. Powrót był głośny, wesoły, było pare przystanków przy knajpach, w których działy się większe cuda, jak np. tańczące striptizerki w klatkach, czy przy większych niż tradycyjne, szaurmach. Ostatnie foto zrobiliśmy już na „naszej” uliczce i znów rano trzeba było kasować różne dziwne fotki ;)
A jakoś w tym czasie (plus, minus 20h):
Patrycja, Dorota, Daniel i dwaj bliźniacy z Wrocławia przekraczają granicę.
Nie ma jak przekraczać granicę na piechotę i ze śpiewem na ustach „Hej ho, hej ho, do Unii by się szło!”. Widok kobiet wciskających sobie w majtki papierosy, mężczyzn w podobny sposób chowających wódkę. Pomysłowość nie zna granic!
Nasi Wrocławianie okazali się być bardzo przyjemnymi towarzyszami podróży (przynajmniej tak stwierdziły dziewuszki). Daniel chyba też ich polubił, choć jedyny jego komentarz brzmiał: „Następnym razem poznajemy dwie dziewczyny”.

1. września, sobota
Uff powoli zbliżamy się do końca wyprawy, ale po wczorajszym lekkim ochłodzeniu spowodowanym deszczem, dziś lato wraca z podwójną mocą. Śniadanie robią Kasia i Ania, nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego akurat zapamiętałem ten szczegół, może posiłek był straszny? ;P nie wiem. Przy głównej ulicy wciskamy się dopiero do drugiej z rzędu marszrutki do Nowego Świata- miejscowości oddalonej o niespełna 7 kilometrów od Sudaku, jednak za pasmem Sokoła. W mega tłoku telepiemy się wąziutką drogą śmierci wpierw na przełęcz, następnie ostro w dół, dzięki czemu widoczki spod czyjejś pachy są naprawdę piękne. Wysypujemy się w końcu na żar spływający z nieba i znów dylemat gdzie szukać wejścia do rezerwatu botanicznego. Stojąca nieopodal mapka niewiele nam pomogła, a przy okazji niewiele na niej widziałem, bo mi tak oczy łzawiły od intensywnego światła. Nie obeszło się też bez fotki okupionej małym spięciem organizatora z fotografem. Martuś uważała, że zostawienie aparatu na skrzyżowaniu na 10 sekund skończy się zdewastowaniem sprzętu, a ja, że oczywiście nie. W końcu zdjęcie powstało, a przedstawia ono nas na tle cało ściennej mozaiki przedstawiającej kobietę w winnicy. W końcu tempo odszukiwania początku ścieżki dydaktycznej przyśpieszyłem osobiście co zaowocowało odnalezieniem wejścia ale tego którym planowaliśmy wyjść ;P Trudno się mówi. Ten mały szczegół szybko odszedł w zapomnienie, jak tylko pojawiły się piękne widoki do obfotografowania. Pierwszy dłuższy odpoczynek urządziliśmy przy grocie Lwa Glicyna.
W dwóch zdaniach: Lew Glicyn urodził się pod Węgrowem, miał matkę polkę. W Nowym Świecie mieszkał przez 30 lat, a zasłyną produkcją szampanów dorównujących francuskim. Do dziś istnieje stworzona przez niego winiarnia.
No i do groty w której leżakowały winka właśnie doszliśmy. Pierwsze foto pod relacją przedstawia właśnie to miejsce. I tu można było się przebrać do zdjęcia za jaskiniowca dla odmiany, lub jakiegoś rycerza. Za grotą pokonaliśmy pare łańcuchów na trasie i w końcu to o czym nie tylko ja marzyłem, czyli plaża w Zatoce Sinej! Z góry patrząc, tłok jak w hipermarkecie w niedzielę, ale znaleźliśmy fajne miejsce i już bylim w wodzie ;D Kąpielisko fajne, bo z zatopionymi skałami, na jednej z tych skał, spotkaliśmy Ukraińca, który w Babilonie stacjonował z Polakami. Zrobiliśmy sobie wzajemnie foty swoimi aparatami, a miły pan opowiedział nam jak było w Iraku jednym pięknym zdaniem, parafrazując jednego z naszych żołnierzy podczas wspólnego rozpoznania w mieście, czyli zawył na pół zatoki: „Dawaj kurwa Marek do przodu”. Po obowiązkowym opalaniu i kolejnej dyskusji między mną a Kwicem o wyższości opalania naturalnego nad olejkowym i 128 porównaniem opalenizn, zwijamy się dalej, czyli pod górę i na wysoki szczyt na cyplu bez nazwy oddzielającym od siebie zatoki Siną i Błękitną. Masa fot i fot i fot. Przyśpieszając, po wyjściu z rezerwatu dowiedzieliśmy się gdzie było drugie wejście, chcieliśmy się też zrzucić na miejscowe wino rozlewane do butelek, ale okazało się mega drogie. Tu miałem też niezrozumiałą dla mnie przygodę językową. Pytam faceta ile kosztuje pół litra wina, on nie kuma. Wojtek powtarza mu „pół litra” z prawie niedosłyszalnym zmiękczeniem i facet rozumie-komedia. W Sudaku mamy czas wolny, odświeżenie, dziewczyny łapią kafejkę internetową, a wieczorem, zakupujemy zielone Obolony i zajmujemy jeden z betonowych falochronów biegnących w morze. Zapada zmrok, a my dalej dyskutujemy, to była miła posiadówa z pięknym widokiem na twierdzę. Tego dnia nie zdecydowaliśmy się na balety.
2. września, niedziela
Ostatni pełny dzień zwiedzania i jedziemy do Teodozji, miasta wysuniętego najdalej na wschód podczas tej wyprawy. W autobusie zdycham okrutnie z powodu jakichś sensacji żołądkowych, a podróż nie rozpieszczała wygodą oferowaną, przez leciwego ogórasa. Z tej też przyczyny kompletnie olałem zachwyty reszty pięknie odnowioną cerkwią przy dworcu. Dzień nie miał przynieść wspaniałych widoków, a raczej to czego nie znoszę czyli chodzenie po mieście, blee. Dla mnie pierwszą atrakcją okazały się szczury na brzegu jakiejś rzeki przepływającej na naszej trasie. Ten nieoczekiwany widok natchnął mnie do wspomnień na temat ilości spotkanych już na tej wyprawie ptaków, orły, sowy, pawie pod daktylami… ach a to tylko niektóre ciekawsze ;) Przez park z kiczowatą budowlą przypominającą ruiny antycznych budowli wkroczyliśmy na deptak. Tu główną atrakcją miały być wille sławnych i bogatych minionych epok, ale plany uległy drastycznej zmianie pod naporem rosnącej liczby kramów z pamiątkami. No i tak minęło kolejne 76 minut! Serio pilnowałem czasu! Szliśmy wzdłuż tych stoisk jak w transie, a żar lejący się z nieba nie nadawał tempa, minęliśmy lamę i dwa pawie, minęliśmy papierek od lodów o smaku marihuany i dalej wzdłuż tych pamiątek. W końcu się uwolniliśmy, ale tempo nadal było ślimacze, utknęliśmy na pare minut przy kupowaniu widokówek, potem obeszliśmy wielbłądy w kolejnym parku i koło starej baszty genueńskiej. Od tej poru zaczęliśmy się poruszać już tylko po teodozyjskich uliczkach w poszukiwaniu kolejnych obiektów starszych od nas. Kwic znów dał się naciągnąć na hrywnę jakiemuś miejscowemu, wszystkim poprawiły się humory po zakupie naszej lemoniady „Krym”. Zaczęła się również rozmowa na temat odkrywcy tego cuda. Śmieszne to było bo po kolei ktoś sobie przypisywał ten pierwszy kontakt, a kolejni rozmówcy podawali jeszcze i jeszcze wcześniejsze dowody na korzyść kolejnych odkrywców. W końcu ku mojej wielkiej radości wróciliśmy na nabrzeże w poszukiwaniu wolnego miejsca do kąpieli. Jak na złość, jak już się rozłożyliśmy na czarnych drobnych kamyczkach zwanych od biedy piaskiem, zabrakło słońca. Nie okazało się to oczywiście przeszkodą dla nas, chcących zaznać pierwszej w życiu kąpieli w zatoce Teodozyjskiej. A co się okazało w wodzie? Że dalej od brzegu jest piasek! Wow! Dziwne uczucie dla zmaltretowanych dwoma tygodniami kamiennych plaż stóp. Czas nas gonił z powrotem, więc już po godzinie ruszamy dalej w podróż do Ogórka i dalej do domu. Tfu! Do Sudaku znaczy się. Na noclegu byliśmy dosyć wcześnie, więc co poniektórzy narobili sobie nadziei na ostatnie wieczorne balety. Na kolację zjedliśmy tym razem leczo, które delikatnie rzecz nazywając, było ohydne. Z Wojtkiem dla rozruchu smętnych tego wieczoru dziewczyn ruszamy do sklepu i kupujemy sobie ;) sprawdzone już wina. Niestety panie, nie dały się namówić i tylko we dwóch ruszamy na podbój nocnego Sudaku. Ludzi oczywiście było mniej niż w piątek, ale i tak dawaliśmy radę, znów trochę podkręciliśmy opisywaną już imprezę z podestem, ale tym razem byliśmy już bardziej mobilni i krążyliśmy między różnymi dyskotekami nic sobie nie robiąc z ochroniarzy. Naszym miejscem odpoczynku okazała się pewna ciemna alejka nieopodal „naszego” głównego parkietu, gdzie nie tylko regenerowaliśmy siły, ale i zalegaliśmy czasem po parędziesiąt minut ciągnąc różne dziwne tematy nad ukraińskim winem. Najciekawsza jednak sytuacja dopiero miała nadejść, szukając kolejnej ciekawej potańcówki zbliżyliśmy się do nabrzeża, gdzie zwróciło naszą uwagę mrowie mundurowych przed pewnym lokalem –dwóch ochroniarzy, dwóch czy trzech może wojskowych, bo w mundurach i do tego ze trzy patrole milicjantów z dwoma psami. Myślimy sobie no ładnie, na mieście nie widzieliśmy mundurowego od paru dni (inna rzecz, że tak jakby wydawało się by nie byli potrzebni), a tu takie siły pod płotem jednej knajpy, no tu musi być bezpiecznie i pewnie właściciel to jakaś szycha, warto spróbować wejść. Po krótkiej naradzie idziemy na aferę, czyli pewnym krokiem próbujemy wejść za płot, w kierunku widocznego zapełnionego parkietu, ale oczywiście czujna ochrona zastępuje nam drogę i co? W tej wydawało by się straconej sytuacji w niebo wzbiły się czyste polskie słowa, zadane tonem zupełnie niewinnym: „Możemy wejść?” Przez ułamek sekundy wydawało by się że w oczach ochroniarza widać konsternację, ale wyraz twarzy nie wyraził niczego tylko ręka opadła i zrobiono nam przejście. Tak oto znaleźliśmy się na parkiecie ekskluzywnego lokalu w Sudaku siejąc popłoch u kiepskich tancerzy swoimi profesjonalnymi wygibasami, ;D a Kwic może opatentowywać swoje magiczne zdanie otwierające wrota najlepszych ukraińskich knajp. Potańczyliśmy z 30-40min, w trakcie których jakiś dresiarz próbował wyciągnąć od Wojtka pare hrywien, a ja zaprotestowałem u dj-a, by również w pozdrowieniach wymieniał „Polsze”. Na nocleg dotarliśmy jakoś przed 4.00.
Zakończenie -Powrót
3. września, poniedziałek

To już koniec, tęsknota za domem, przeplata się z lekkim zmęczeniem nawałem wrażeń, jak również sentymentalnym żalem za tym co już za nami. Silne lobby prowadzi nas na ostatnią kąpiel w Morzu Czarnym, to nic, że brudnym, to nic, że już chyba chłodniejszym o 1-2 stopnie, to nic, że znaleźliśmy miejsce tylko przy schodach na plażę, bo jednak w dzień nadal jest tu masa ludzi mimo września. Olejek Kwica prycha żałośnie wydając ostatnie tchnienia, ale nie dziw, po właścicielu widać jak się napracował by z syna młynarza zrobić rasowego krymskiego obywatela lata. „Panie Prezesie plan został wykonany” chciało by się przy tym rzec. Smażąc przez te ostatnie minuty swe ciała na tej Krymskiej patelni już czuliśmy, że to ostatnie w tym roku chwile, że wracamy do innego świata, a taki piękny był widok genueńskiej twierdzy z wód Morza Czarnego. Ostatni rzut oka na skały pnące się z fal, ostatni powrót z plaży, ostatni prysznic z wodą ni to za zimną ni to za ciepłą, a na pewno nie do wyregulowania. Po 14.00 zostawiamy za plecami pustynny krajobraz okolic dworca, a po 17.00 jesteśmy w Symferopolu. Zrzucamy plecaki pod niskim murkiem przy dworcu. Otoczenie dworca nic się nie zmieniło w ciągu tych dwóch tygodni, nadal wszystko obsiadają czekający na coś podróżni i turyści. Przy plecakach zostaję sam i po paru minutach zastanowienia nawiązuję rozmowę z trójką Warszawiaków, rozbitych obok, ci dopiero przyjechali, plan jakiś taki pospolity, będą podążać głównie naszymi śladami, więc poszerzam ich wiedzę paroma bezcennymi radami i koślawymi planami dotarcia tam gdzie my musieliśmy dotrzeć drogami prób i błędów. W międzyczasie wraca część naszych i rozmowa toczy się dalej, ale nie w sposób godny przytoczenia tutaj. Kolejne dwa zdjęcia, szybka partia w kości i postanawiamy zmienić miejsce, na mniej wietrzne, no i tu mam małego zonka bo jak ostatni burżuj zahaczam plecakiem o swojego ostatniego zielonego Obolona. Piwo się tylko przewróciło ale, ciśnienie powstałe w środku, sekundę później z głuchym tąpnięciem otworzyło butelkę w cale nie w moim stylu. To przykre zdarzenie odmieniło mnie znacznie bo, kroki swe skierowałem następnie do bankomatu i nie było tego złego co by na dobre nie wyszło ;) Symferopol opuściliśmy po godzinie 20.00 rozpoczynając kolejną wielogodzinną podróż do Lwowa.
4. września, wtorek
Cały dzień w pociągu, ale czy kiedyś jeszcze będzie nam się chciało coś takiego przeżyć? Czy długo jeszcze będą jeździły takie integracyjne składy? Nam się udało i jesteśmy bardzo zadowoleni, bo było miło, wygodnie, schludnie i po prostu niepowtarzalnie. Im bliżej Lwowa tym zaczęło się robić chłodniej. Zaczęliśmy wyszukiwać tak dziwnych rzeczy, jak swetry polary i długie spodnie. No i znów muszę coś napisać o tej gadule od olejku ;) Wśród takich absurdalnych postanowień i obiecanek jak „wyrzucę generała z ręki” pojawił się i taki „nie nałożę długiego rękawka aż do wkroczenia do Polski” i słowa dotrzymał a ciężko było bo temperatura w Polsce wynosiła tylko 17 stopni, czyli tak jakby od 10 do 20 mniej. We Lwowie jesteśmy koło 22 i zaczynamy intensywne poszukiwania transportu do granicy, łączymy się przy okazji z dwoma Wrocławiankami i już stanowimy większą siłę przetargową. W końcu trafiam na jakiegoś dziadka który jest gotów nas powieść do granicy za 40 hrywien, wstępne targi kończę na 30 hrywnach i ruszam po resztę udając, kompletnie niezadowolonego i prosząc kierowcę by się jeszcze zastanowił. Po dziesięciu minutach już się pakujemy do busika po cenie 25 hrywien od głowy. Transport ten z ruchomymi ponad miarę siedzeniami, nie sprawiał wrażenia bezpiecznego, ale dowiózł nas szczęśliwie prawie do granicy, a prawie bo nagle stanęliśmy w korku. Nie było daleko, więc w mżącym deszczu doczłapaliśmy do granicy.
5. września, środa
Minęła północ. Wpierw spacer rękawem by stanąć w, na szczęście małej kolejce do przejścia przez pierwszą kontrolę mieszczącą się w małym budyneczku. Ktoś tam z niego nas dostrzegł, więc z końca przewędrowaliśmy na początek kolejki. Wpuszczano nas dwójkami i niestety kazano wszystko wypakowywać, sprawdzając, czy aby nie wywozimy jakichś cudów, oczywiście lekkie zdenerwowanie się wdało w byków przemytników, bo jakoś zapomnieliśmy, że Ukraińców, nie interesuje towar z ichnią banderolą, nie obeszło się też bez strat, bo Ani pamiątka pod postacią kubka nie wytrzymała tego przepakowywania, inna rzecz, że mnie i Marcie udało się przejść bez kontroli, bo nagle pogranicznik, gdzieś sobie poszedł, co bez skrupułów wykorzystaliśmy. Znów rękaw i znów kolejka w której wybitnie nas drażniła Polska hołota. Wpychali się i zachowywali gorzej niż bydło, a do tego opisywane w przewodnikach, ukrywanie kontrabandy. Jednak jak nas dostrzeżono w kolejce to już poszło gładko bo zaproszono nas poza kolejnością. Sympatyczna pani zapytała tylko czy czegoś nie mamy, a jak się dowiedziała, od kiedy byliśmy na Ukrainie to puściła bez dalszych zbędnych pytań. Nie muszę tu dodawać, że każdy byczek przemytniczek odetchnął z wyraźną ulgą. Od razu udało nam się wcisnąć do pierwszego busa pod granicą, ale kosztem spięcia z innymi pasażerami, a dokładniej jedna z Wrocławianek pojechała po bandzie z jedną tłustą pyskatą, o przesunięcie swoich czterech liter. Miejscowym z kolei nie podobały się głównie nasze plecaki. Wysiedliśmy na dworcu Przemyskim, gdzie dawno, dawno temu dołączył do nas Daniel. Lało tak, że nic innego jak udać się do ciepłego. Z cynku przekazanego przez pierwszą grupę powrotną, wiedzieliśmy o takim miejscu. Opanowaliśmy stolik, no i wciągnęliśmy pierwszy Polski posiłek. Do pociągu mieliśmy jakieś cztery godziny, więc wskoczyłem na miejscowego neta, odpalam GDAKK-ową stronkę i jakoś przy logowaniu z przyzwyczajenia kliknąłem w pole loginu i co? Wyskoczyła mi Dorota! :D Tak oto, dzięki roztargnieniu Doroty udało mi się zrobić wpis na naszym forum z drugiego krańca kraju, z komputera, który pierwszy raz w życiu widziałem. A w międzyczasie reszta naszych, zaczęła oglądać zdjęcia Wrocławianek i co? Wszystko jak z manufaktury, można by pomyśleć, że spędziliśmy z dziewczynami ostatnie tygodnie, a nie godziny, gdyż zdjęcia były identyczne. W kwestii baru, było tam przyjemnie, schludnie, właściciel był bardzo uczynny, ale klientela z każdą kolejną godziną upodobniała lokal do noclegowni, więc, na pół godziny przed otwarciem dworca PKP, zostaliśmy wszyscy wyproszeni. A na zewnątrz lało jak z cebra. Biegiem do tunelu i te trzydzieści minut już jakoś przeboleliśmy pod dachem peronu. Potem jeszcze trochę czasu w dworcowej poczekalni i w końcu pojawił się pociąg, nie będę dalej smucił więc już tylko zauważę, że Ania nam się lekko rozchorowała w pociągu, więc bezbłędnie zdiagnozowaliśmy to jako uczulenie na brak słońca, natomiast druga Ania, na godzinę przed wysiadką w Gdańsku, a po ponad pięćdziesięciu godzinach podróży powiedziała:
„Ale już bliżej niż dalej.”
zdj1
przechowalnia win w grocie Lwa Golicyna
zdj2
Monastyr Uspieński
zdj3
chłopcy wchodzą do Monastyru
zdj4
Czufut-Kale (skalne miasta)
zdj5
Bakczysaraj (Pałac Chanów Krymskich)
zdj6
degustacja win pod winogronami (patio na kwaterze)
zdj7
Chersonez Taurydzki
zdj8
pierwsze arbuzy...
zdj9
w drodze do Wanny Młodości
zdj10
w tureckiej knajpce
zdj11
zdj12
Jaskółcze Gniazdo
zdj13
płonące lasy w Ałupce
zdj14
wieczór na plaży z winkiem...
zdj15
...wężyk na "Monciaku"...
zdj16
zdj17
Damy są wśród nas :)
zdj18
zdj19
palmy też były...
zdj20
degustacja win w Fabryce Win Massandra
zdj21
delfiny i my :)
zdj22
ostatni wieczór w pełnym gronie :(
zdj23
piękne widoki w Sudaku
zdj24
zdj25
Stary Krym
zdj26
Tatarzy też są wśród nas :)
zdj27
zdj28
Nowy Świat
zdj29
Nowy Świat
zdj30
w drodze na Krym
Komentarze wyjazdu
Dorota Brach
Dotka
klubowicz
235492   dotab@poczta.onet.pl   http://www.dmtransfer.com/  
Hej Sokoły!! :: 2007-09-07 07:37:42
Dużo już pisałam, o tym, jak niezwykly był to wypad, ale pisać można więcej i więcej bez obawy, że temat się wyczerpie. Nasze krymskie podróże obfitowały w gigantyczną ilość przygód i szalonych pomysłów. NIe ma jak ukraińskie pociągi, obsługa klienta w kasach przedsperzdaży, naganiacze gotowi ograbiać Bogu ducha winnych studentów z Polszy (toć my nie z Ameryki, jakby powiedział Kwicu), nic nie cieszy bardziej niż przepiękne krymskie widoki, woda morska znakomicie chłodzi, słonko przypieka (naładowałam się energią za 3 stracone lata), arbuzy, winogrona i pomidory prosto z krzaka nigdzie nie smakują tak wyśmienicie, a wężyka na deptaku nie tańczy się tak profesjonalnie jak na Krymie!
Skoro "Jak walczyka, to tylko we Lwowie", to "Jak wężyka, to tylko w Gursufie" :)
Brawa dla organizatorki, dziękuję też całej gromadce - było świetnie. Już za Wami tęsknię. Do następnego!
Michał Skrzypnik
Kulfonides
klubowicz
3575385   michalskrz@poczta.onet.pl   
Suvorova :: 2007-09-11 16:36:52
hehe, niezły ubaw - Suvorova 14, zapomnieliście tylko wspomnieć o upierdliwym, rudym kocie który nie dawał żyć podczas posiłków;) Kto miał pokój najbliżej lodówki ten przejął go bezpośrednio od Rybka i ode mnie więc wszelki syf to nasza wina;) Czekam na dalszą część relacji :)
Michał Skrzypnik
Kulfonides
klubowicz
3575385   michalskrz@poczta.onet.pl   
kotek :: 2007-09-11 16:42:56
A jednak jest o kotku, nie doczytałem;)
Dorota Brach
Dotka
klubowicz
235492   dotab@poczta.onet.pl   http://www.dmtransfer.com/  
Fotki :: 2007-09-12 00:51:26
gratuluje wyboru fotek, wyobrazam sobie, jak trudne bylo to zadanie!
Dorota Brach
Dotka
klubowicz
235492   dotab@poczta.onet.pl   http://www.dmtransfer.com/  
Kotekja :: 2007-09-12 01:00:20
ja nic nie chce mowic, bo mnie Patrycja zabije, ale i tak mnie zabije. to Wam jednak powiem;) wchodze do domku, a tam kotek sobie slodko lezy na lozku Patrycji. no tak slodko lezal, to co mialam zrobic?? no oczywiscie, ze fotki zaczelam robic, no bo to sama slodycz przeciez! przyszla Patrycja i sie wsciekla, bo w tym momencie kotek zaczal lizac sobi j... no i chyba troche sie na mnie pogniewala Patrycja i zaczela namawiac kota, zeby przeniosl sie na moje lozko. i chyba do dzisiaj jest zla, ze kota nie zgonilam z jej lozka, ale kto ogladal Shreka ten wie...
Adam Kępa
Kemp
klubowicz
pazuryskorpiona@wp.pl   http://duzozyciamaloczasu.word  
kolejność :: 2007-09-12 10:27:24
jeszcze, żeby ktoś te fotki poukładał chronologicznie ;] no i stanowczo za mało jest fotek z tych wszystkich imprezowni, które zaliczyliśmy ;D
Hanna Arendt
Hanka
klubowicz
444722   hanna.arendt@wp.pl   www.zawszezarece.pl  
zazdorszcze :: 2007-09-12 10:56:47
ale fajne fotki i relacja (mimo ze strasznei dluuuyuuga ;p )
Teraz to juz tylko chyba ja nie bylam na Krymie ;]
Marta Seweryńska-Kępa
Marta
klubowicz
3194381   msewerynska@wp.pl   mia.kaszuby.pl  
ad kolejność :: 2007-09-12 15:21:46
faktycznie, niektóre zdjęcia nie są ułożone chronologicznie, ale inaczej się nie udało :(
Patrycja Armada
Patrycja
klubowicz
armandaaa@wp.pl   
dzięki wszystkim! :: 2007-09-12 20:13:25
Super, że pojawiła się już relacja :) !
Dzięki wszystkim za świetną atmosferę na wyjeździe, oczywiście podziękowania dla Pani Organizator :) Atmosfera jak na wycieczce w liceum :) , zupełnie oderwałam się od pracy i od wszystkiego.
Jak przypominam sobie "wino-charaszo" i wężyka na "Monciaku", to wciąż wybucham śmiechem.
Moja krótka przygoda z GDAKKiem niestety się urwała trzy lata temu, ale teraz obiecuję tu zaglądać! Czekam na dalszy ciąg naszych krymskich przygód i mam nadzieję, że się niedługo zobaczymy na powyjazdowym spotkaniu (może z degustacją ukraińskiego jedzonka?)

Dorota, ja już w ogóle zapomniałam o tym kocie :) , tylko Twoje zdjęcie mi o nim przypomniało - ale wybaczam Ci ten incydent;)
Dorota Brach
Dotka
klubowicz
235492   dotab@poczta.onet.pl   http://www.dmtransfer.com/  
Relacja :: 2007-09-12 22:17:15
Smialam sie wczoraj na cala kamienice, chyba sasiedzi mieli nieprzespana noc;) Super relacja, Adam - juz zapomnialam jaki z Ciebie super faktopisarz! No i swietny pomysl na relacje w odcinkach ;)
Hanna Arendt
Hanka
klubowicz
444722   hanna.arendt@wp.pl   www.zawszezarece.pl  
;] :: 2007-09-13 12:23:04
fajna relacja ale jak tak do konca Adas opiszesz to tu ksiazka powstanie ;p
Daniel
klubowicz
9019652   nowi44@wp.pl   
:D :: 2007-09-13 18:40:45
...z gory zaznaczam, ze wszystkie opisy znajdujace sie w relacji i wspominajace o mnie sa... nie prawdziwe i przeklamane... wogole to My bylismy w Bulgari a nie na Krymie!!! ...Adam Krym bedzie za rok :P
Dorota Brach
Dotka
klubowicz
235492   dotab@poczta.onet.pl   http://www.dmtransfer.com/  
Niescislosci, czy tez poplatanie faktow.. :: 2007-09-13 23:16:07
jest ich tu kilka, ale nie bede wymieniac wszystkich, bo popsuja klimat relacji :) powiem tylko, ze nie do 3 chrywien udalo Wam sie zbic cene w Jalcie, a 3 dolarow chyba? ;) Aha - z obwodnicy dalo sie zejsc bezposrednio w poblize naszego campingu, nie trzeba sie bylo wspinac ponownie :)

Znowu sie usmialam jak glupia:

"Hej Sokoły zostały wykonane na odcinku ok. 50-60 metrów w samym centrum miejscowości, z siłą dwóch Piniów "

"ja z Wojtkiem tymczasem zagadnęliśmy z głupia frant jakiejś babuszki, o noclegi i stała się rzecz zaskakująca, wszyscy przechodnie wyglądający do tej pory jak jacyś znudzeni przejezdni, jak by byli statystami, porzucili swoje znudzone role i otoczyli nas przekrzykując się, ze swoimi ofertami."
Dorota Brach
Dotka
klubowicz
235492   dotab@poczta.onet.pl   http://www.dmtransfer.com/  
apropos smieci na Krymie... :: 2007-09-13 23:18:21
nawet mnie tak bardzo nie razily, znam wiekszy smietnik - Dublin. Na Krymie na szczescie byly smietniki co kilka metrow, cos czego w Irlandii nie uswiadczysz. No te czesci Krymu nastawione na zachodnich turystow wygladaly na bardzo czysciutkie i zadbane :)
Patrycja Armada
Patrycja
klubowicz
armandaaa@wp.pl   
sprostowanie :) :: 2007-09-13 23:19:36
Telefon do pana fotografa, który to chciał nam,dziewczynom robić zdjęcia na plaży, wciąż posiadam, jakby ktoś był zainteresowany ;)
Chciałabym sprostować, że ja oczywiście wszystko pamiętałam - to tzw. zdjęcie Wielkiego Wozu i to, że filmik ze śpiewania sokołów nagrywałam, wszystko, wszystko :) -to taki żart tylko był, że nie pamiętam.
A co do kobiecej rzeźby, to dowody są - na zdjęciach Doroty - wszystko zostało udokumentowane !
Dorota Brach
Dotka
klubowicz
235492   dotab@poczta.onet.pl   http://www.dmtransfer.com/  
Do Patrycji :: 2007-09-13 23:26:53
ja wiem, ze wciaz posiadasz ten telefon do pana fotografa :D Niestety, nie znalazlo sie to w relacji, chlip ;( (bo pozwolilam Adasiowi na ciecie - giecie mojej czesci relacji), widocznie fakt ten zagraza w jakis sposob czemus/komus?? nie wiem;)

a co do zdjec i filmiku - dobra, dobra :P ja pamietam jak sie wyklocaclas, ze A) to nie byl Twoj aparat, tylko Daniela B) ze wcale nie bawilas sie w filmowca i pamietam Twoj wybuch smiechu, jak zaczelas przegladac, co ciekawego masz w aparacie :D
Dorota Brach
Dotka
klubowicz
235492   dotab@poczta.onet.pl   http://www.dmtransfer.com/  
Co do piersi rzezbionej pani :: 2007-09-13 23:29:11
to jak bede wredna, to zrobie sobie avatar z tego zdjecia, haha :P w sumie mam inny pomysl - w moim posiadaniu znajduje sie teraz cos cennego, kto da wiecej?? ;)
Adam Kępa
Kemp
klubowicz
pazuryskorpiona@wp.pl   http://duzozyciamaloczasu.word  
no tak :: 2007-09-14 07:49:08
święta racja z tą waluta za nocleg ;)
całowanie piersi-napisane zostało, że WYRA?NEGO foto nie ma, a to co jest może zostać odczytane wieloznacznie ;P
"skrótu" do pola od obwodnicy nikt się szukać ze mną nie podjął, więc jestem zaskoczony stanowczym stwierdzeniem Doroty i nie wiem kiedy go odkryłaś, myślałem, że tylko ja w Gurzufie odkrywałem kolejne skróty, chyba przy okazji irytując ostro Anię, która nie mogła dojść do tego, czy to są wciąż nowe ścieżki, czy to tylko ona traci orientację na znanej już trasie :D
Sprawa notatek Doroty do relacji-nic nie tnę wrzucam jak leci, ale kwestia fotografa to było jedno-dwa zdania i podane w bardzo suchej wersji. jak dostanę odpowiedni tekst to go dodam ;)
Patrycja Armada
Patrycja
klubowicz
armandaaa@wp.pl   
co dalej? :) :: 2007-09-23 22:17:39
Co się stało z dalszą częścią relacji ?
Adam Kępa
Kemp
klubowicz
pazuryskorpiona@wp.pl   http://duzozyciamaloczasu.word  
a no właśnie :: 2007-09-24 07:40:21
czekam na opis z delfinarium, a tak poza tym, to trochę czas mi uciekł, ale do końca tygodnia na pewno pojawi się kolejny dzień :P
Marta Seweryńska-Kępa
Marta
klubowicz
3194381   msewerynska@wp.pl   mia.kaszuby.pl  
drobna aktualizacja :: 2007-09-24 18:10:10
dodałem opis kolacji w dniu imienin Patrycji
Adam Kępa
Kemp
klubowicz
pazuryskorpiona@wp.pl   http://duzozyciamaloczasu.word  
Oczywiście powyższy wpis to z mojej strony ;] :: 2007-09-24 19:35:15
zaktualizowane pewne wątki i dodana środa, tylko już nie piszcie do mnie wykrzyknikami
Adam Kępa
Kemp
klubowicz
pazuryskorpiona@wp.pl   http://duzozyciamaloczasu.word  
Degustatornia 28.09 :: 2007-09-26 09:06:32
W końcu napijemy się zielonego Obolona ;D
Ania Knoff
żyrafa
gość
zyrafi-chan@o2.pl   
. :: 2007-10-03 09:02:22
no, no, powieść w odcinkach się z relacji zrobiła ;) Adam, rozglądaj się za wydawcą :P
polska jesień też jest haraszo, ale jak pomyślę teraz o krymskim ciepełku... eh :)

pozdry dla załogi!