glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Mus Allah, czyli Wyprawa na Dach Bałkanów
termin: 10-28.VIII
sezon: Wakacje 2007
1173884618
Autor tekstu: Tomasz Marek Karol hr. Larczyński
Autor zdjęć: Krzysiek&Marta Kurowie,Tomasz Larczyński,Magda Przytuła,Maciek & Michał Rynkiewiczowie,Asia Urbańska

(u dołu, pod częścią opisową, znaleźć można informacje praktyczne, w tym m. in. ceny. Zapraszam także do zapoznania się z relacjami krótszymi, zamieszczonymi w komentarzach)


Pokaż Mus Allah, czyli Wyprawa na Dach Bałkanów na większej mapie


Pokaż Mus Allah, czyli Wyprawa na Dach Bałkanów na większej mapie


Słońce szybko, jak to zwykle na tej szerokości geograficznej, wzbija się nad dolinę Siedmiu Jezior. Złote łaty zstępują po zboczach Suchijego ridu, ustępuje chłód poranka; słychać rżenie koni znad Ribnoto ezera. Przeciągam się w namiocie i z lubością wciągam świeże, górskie powietrze. Cholera jasna. Śmierdzi. Znaczy się: znowu zawiało od kibla… Witamy w Bułgarii!

Podróż w południowo-wschodni róg Europy jest jak skorzystanie z niewydarzonego wehikułu czasu: takiego, który przeniesie cię wstecz o jakie dwadzieścia-trzydzieści lat, ale nogę pozostawi we współczesności. Ooo! Jak u nas w latach ’70! – zakrzyknął mój ojciec, gdy oglądając zdjęcia natrafił na nieśmiertelne kolorowo-tłusto-poplamione plastikowe wstążki, które w niemal każdym bułgarskim sklepie i urzędzie zastępowały drzwi. Wjazd do Sofii zderza podróżnika ze ścianą rozpadających się bloków, które osiągają niemal metafizyczny poziom szarości, znany mi niejasno jedynie ze zdjęć archiwalnych z czasów głębokiego PRL-u. A przy tym na (główniejszych) ulicach (większych) miast, na całym tym ich olbrzymim, wszechogarniającym liszaju brudu i rozpadu, niczym jedna nowa struna na przedpotopowej, rozstrojonej gitarze – zainstalowały się płaty zachodnich reklam, kilka nowych szyldów i flagi UE – tworząc dezorientujący konglomerat radosnego kapitalizmu i agonalnych drgawek przewodniczącego Todora Żiwkowa.

Niemal symbolicznym tego przejawem jest odchodzenie w niebyt – ale bardzo powolne – „stópek”. Czymże są „stópki”? Otóż jest to, znany nam jedynie z głupawych dowcipów, wschodni (a może raczej bałkański, bo w Turcji też był) model sedesu… O ile „modelem” można nazwać coś, czego nie ma: toalety takie składały się bowiem z dziury w podłodze i starannie wyznaczonego miejsca na stopy; zresztą patrz fotografię niżej. Dodając, iż Bułgarzy nie zawracają sobie głowy wykopywaniem jakichkolwiek dołów w ziemi pod „stópkami”, a także gorący klimat Bałkanów, łatwo jest pojąć niewiarygodny, wręcz ponadwymiarowy smród panujący w tychże przybytkach (i w większej strefie skażenia naokoło). No i właśnie: tam, gdzie biedny przybysz nadziewa się na „stópki”, tam słychać wkoło dumne chóry sławiące Partię, wkoło fruwają flagi CCCP, a babcia klozetowa siedzi z ukrytym mikrofonem i w czujnym skupieniu nagrywa defekację przybysza. Tam zaś, gdzie trafić można na zwykły sedes (czyli tylko w wyremontowanych prywatnych mieszkaniach i nowych szaletach publicznych), tam okna granatowią się od sztandarów Unii, a odtwarzacze mp3 odtwarzają unisono IX Symfonię.

Jak najłatwiej dostać się w te krainy? Opcja pociągowa była bardzo kusząca, jednak dramatyczne doświadczenia zeszłego roku z przejazdem przez Madziarlandię skłoniły nas jednak do wyboru tańszej i pewniejszej, choć dotkliwie niewygodnej opcji wysyłki samych siebie autobusem Touringa linii Warszawa-Sofia. Aby choć trochę ulżyć nogom, załadowaliśmy się do autobusu dopiero w Krakowie (zresztą to spora oszczędność na bilecie autobusowym, podczas gdy bilet Gdynia-Kraków jest tylko niewiele droższy niż do Warszawy) i obładowani zapasami wyruszyliśmy w daleką drogę na południe.

Mimo wszystko jednak noc przeżyliśmy bez wielkich strat w ludziach (w czym walnie pomagały postoje co parę godzin), a autobus przyjechał do Sofii sporo przed czasem, tak więc na gościnną bułgarską ziemię wyturlaliśmy się po drobnych 19 godzinach siedzenia, po czym wyruszyliśmy na Wielką Wyprawę w Poszukiwaniu Centrum Sofii.

Dobyr den, kyde e centarat na grad? Że co? Centrum? Panie, nie mam pojęcia! Nieważne, że pracuję w informacji komunikacji miejskiej przy jakimś tam głównym skrzyżowaniu, prawdę mówiąc nikt tu tego nie wie, no bo takowego nie ma. Zresztą, panie, i tak się pan ze mną nie dogadasz w żadnym obcym języku. Ja, statystyczny Bułgar, zapomniałem już rosyjskiego, a angielski? Za trudny, ta wymowa… Niemiecki? Panie, co ja, hitlerowiec?

Ech, tu w ogóle można się dowartościować odnośnie Polski i Polaków. Oto punkt pierwszy dowartościowania: Polacy są narodem niezwykle porządnym i skrupulatnym. Tak tedy wiedzeni naszą polską potrzebą ordynku ustaliliśmy, nieco umownie, iż centrum Sofii to okolice placu Swetej Nedelji. (Konkurencyjna, równie rozpaczliwa opcja, to plac Aleksandra Newskiego). Tenże plac zawiera w sobie XIX-w. cerkiew pod takimż wezwaniem z ładnym ikonostasem (patrz foto, o dziwo można w tej cerkwi robić zdjęcia!), kilka socrealistycznych budowli oraz Narodowe Centrum Informacji Turystycznej, w niedziele zamknięte, tak żeby było śmieszniej, a co tam, pośmiejmy się razem, hahaha! Ah, no i uroczy meczet Bania Baszi (ale gdzie tam mu do stambulskich) i naprzeciw niego wymyta i (może właśnie przez to) droga hala targowa. Wspomnę jeszcze o „głównym deptaku handlowym”, porównywalnym cca z rynkiem w Kościerzynie (ul. Pirotska), koniec, spadamy stąd.

Podbudowani życiem miejskim milionowej przeszło stolicy podebraliśmy bagaże z „garderoby” (przechowalni bagażu, przy okazji dowartościowanie drugie: Warszawa Centralna to wspaniały i światowy dworzec) i czmychnęliśmy gdzie mandarynki rosną, znaczy się do Bełowa. Owoż okazało się być rzężącą miejscowością w stanie przedzawałowym, a my tam jeszcze noclegu szukamy, no, brutale jedni. Gdy już popadaliśmy w schizofrenię od smutnego kiwania głowami na (nasze) „tak” – Bułgarzy odwrotnie machają główkami i „nie” wyrażają pionowym ruchem głowy – udaliśmy się na posterunek policji, by podeprzeć się władzą. Ta wykazała, w osobie dwóch funkcjonariuszy, młodego oraz grubego – młody znał łacinkę, a gruby pięć słów po rosyjsku – wspaniałą ofiarność, przez dobrą godzinę wydzwaniając po znajomych, coby nam znaleźć ładną kwaterę namiotową. Przy okazji dowartościowanie trzecie: polska policja jest wspaniale wyposażona i skomputeryzowana, a jej komisariaty lśnią czystością i nowym tynkiem. Lecz już bez ironii: tzw. „zwykli Bułgarzy” są naprawdę niezwykle uczynni i chętni do pomocy, może tylko niektórzy są nieco niezrównoważeni psychicznie, ale to tam taki drobiazg.

Z wydzwaniania urodził się półoficjalny hotelik z pięknym trawnikiem, trzy klocki za Bełowem, w Błagoju Zachariewie. Pomaszerowaliśmy tedy raźno w stronę tegowieczornej mety, oglądając przepiękne krajobrazy „Bułgarii B”, która wygląda, jakby przez nią całą przeszedł właśnie biblijny potop, zostawiając w losowo wybranych miejscach, z czubkami wzgórz włącznie, sterty wszelakiego dobra, z wrakami samochodów, drzwiami od lodówek i niezidentyfikowanymi workami na czele. No nic, jeszcze tylko zwyczajowe targowanie się (jak to na Bałkanach, można przywyknąć) i lulu.

Następnego dnia zwinęliśmy się i poczłapaliśmy na stację, która składała się z właśnie spalonego budynku, toru oraz kozy, spełniającej rolę żywej kosiarki do trawy i krzaków. Nic to; pociągiem, wyglądającym na rozpędzone zardzewiałe żelazko, dotoczyliśmy się do Septemwri i zapuszkowaliśmy w kolejce wąskotorowej. Oważ okazała się być przedziwnym zjawiskiem przyrody: mimo niewiarygodnego w niej tłoku, linia ta zadowalała się dwiema parami pociągów dziennie, dla których to dwóch par utrzymywano kilkanaście potężnych stacji including przechowalnie bagażu, miłe konduktorki i obsikane ściany. Na szczęście nadmiarowy, spocony i ostro cuchnący tłum wysypał się w Welingradzie i do Banska jechaliśmy w tłoku już znośnym. Kolejką jechali wszyscy – starzy, młodzi, babcie w chustach, Cyganie z batalionami dzieciaków, lokalne studentki – słowem, wszyscy - tylko nie turyści. Ich strata. Nie oglądają przez to potężnych turni wąwozu Czepinskiej reki, zagubionych w dolinkach dopływów Awłamicy wiosek, w których cerkiewki sąsiadują z meczetami, nie widzą wspaniałych panoram Pirinu i Riły, oglądanych z coraz to innej perspektywy; wreszcie nie znają połonin Awramowej sedłowiny, na którą setkami tuneli i kolejowych serpentyn, sapiąc i krztusząc się, wdrapuje się wąskotorowa ciuchcia. A sedłowina ta leży na niebagatelnych 1278 metrach, przez co położona na niej stacja Awramowi kolibi dzierży dumne miano najwyższej na Bałkanach. Wszystkiego tego można niemal dotknąć – przejścia między wagonami są tylko wąskimi pomostami, na których można siedzieć i nogami zamiatać mijane krzaki – Dziki Zachód – tyle że na południu!

Nasza docelowa miejscowość, czyli Bansko, przywitała nas… nie, tym razem nie kozami, tylko wywłokami kiblowymi na stacji, ale też całkiem ładnymi ludowymi kamieniczkami i śliczną cerkiewką św. Trójcy z sobotami dającymi schronienie od wszechogarniającego upału. Nie mogło zabraknąć rzecz prosta kolorowych zasłonek i sklepów, w których głównym towarem na półkach jest echo, ale ogólnie było tu zaskakująco czysto i schludnie.

Powłóczywszy się tedy po okolicach czegoś udającego rynek (jednak prawo magdeburskie rulez a miasto bez układu lokacyjnego to co najwyżej taka rozpaśnięta purchawa), nawróciliśmy się ku stacji kolejowej i zapakowaliśmy do busa. Tamże Bułgarzy podnieśli sobie u nas o kilkanaście oczek współczynnik sympatii, kiedy to jeden z nich, ciężko zasapany, przybiegł za Marcinem do busa odnosząc mu cyfrówkę, którą to Marcin zostawił był w poczekalni. Drogą cyfrówkę, dodam. Chyba to jednak by się w Bolandzie nie zdarzyło. Nic to; jak już wspomniałem, zapakowani do busa wtoczyliśmy się nim kilometr do góry i zderzyliśmy się frontalnie ze schroniskiem; no nie, nie ze ścianą, ile raczej z kulturowym faktem bułgarskiego schroniska. Chyża Wichren, tysiąc dziewięćset coś npm. Kibel: stópki, współczynnik rozpoznawania węchowego – cca 50 m. NJA MA, rzucana z flegmatyczną stanowczością odpowiedź na pytanie o wrzątek (wrzątek gotowano raz na dwie godziny po pół czajniczka). Tajemnicze plamy na kocach, podejrzewane o pochodzenie wewnątrzorganiczne. Rudawy kot-zabijaka przesiadujący na szlakowskazie. Światła Banska kładące się wieczorem jak dywan pod dalekimi olbrzymami Rodopów. Góry.

A właśnie z przyczyn gór nocowaliśmy tu, nie zaś w Bansku – by przez noc złapać aklimatyzację. Tak tedy, zagęściwszy sobie hemoglobinę w żyłach, z rana zrzuciliśmy kota i ruszyliśmy raźno na pętelkę wokółwichreńską. Podejście na Wichren, drugi najwyższy szczyt Bałkanów, zaliczyliśmy przez Wichrenski presłap (tak, szlak na niego wchodzi, mapa kłamie, nihil novi sub sole ratunku); nie jest trudne technicznie, tylko męczące, w końcu to kilometr w górę. Ale to, co się dzieje wokół, zaćmiewa wszelki wysiłek. W odróżnieniu od granitowego Pirinu kopuła Wichrenu, tak jak kilka szczytów leżącej dalej na północ grani Konczeto, są marmurowe, więc odcinają się nieskazitelną, lśniącą bielą od szarawych okolicznych wierchów, w słońcu lśniąc jak valinorski tron Manwëgo. Wokół nas przelewało się światło, przesycone nim białe chmury sprawiały, że promieni można było niemal dotknąć; co jakiś czas odsłaniało się wokół niekończące się morze alpejskich szczytów, ciągnące się aż w głąb Macedonii.

Zejście, podjęte na Premkatę, okazało się być trudniejsze i na odcinku pod szczytem nie można było obyć się bez rąk. Na przełęczy Premkata część grupy, rozzuchwalona widać łatwością wejścia, raźno pomknęła na Konczeto, dochodząc aż w rejon szczytu o fenomenalnej nazwie Bajowi dupki i przynosząc zeń pełne garście fotografii i opowieści. Reszta nas poczłapała sobie do schroniska trawersując Dżamożiewi skałi, nasycając sobie pamięć potężnymi, parusetmetrowymi ścianami kotła Kazanite.

Gdy wróciliśmy do schroniska okazało się, że czynna jest bania, czyli bułgarska podróbka łazienki, z czymś, co ze średnim powodzeniem udawało prysznice. Opłata za skorzystanie z kolei nie była udawana. Sądząc po zapachu, nikt z obsługi schroniska (ani w ogóle żadnej bułgarskiej chyży) z tego przybytku nie korzystał, natomiast nasze morale po tym w widoczny sposób wzrosło.

Tak więc, w bojowych nastrojach, rankiem następnego dna ruszyliśmy w stronę Gławniszkiej porty. Skąpany w słońcu, mieniący się dziesiątkami jeziorek Bynderiszki cirkus tylko zachęcał do wędrówki. Co trwało do podejścia za Dyłgim ezerem, za którym nastrój, ochota, chęć i wszystkie tym podobne pierdoły uległy oszałamiającej implozji w obliczu wesołego pomysłu bułgarskich znakarzy.

ANONIMOWY BUŁGARSKI ZNAKARZ

Hej, stary! Widzisz ta ściana kamieni? Same ruchome wańtule!

JESZCZE BARDZIEJ ANONIMOWY BUŁGARSKI ZNAKARZ

Joł bejbe ekstra pomysł! Puśćmy przez nią szlak!

TRZECI, TOTALNIE ANONIMOWY BUŁGARSKI ZNAKARZ

Hahaha! Wszystkie te zagraniczne cioty z ich ciotowskimi plecakami wyplują sobie swoje ciotowskie flaki na tych gołoborzach! A co im tam! Góry dla górali!

CHÓR ANONIMOWYCH ZNAKARZY

Hahahaha! Hahaha! Ha! Haha!

Ekhm, ile myśmy tam godzin stracili? No, dużo. W każdym razie po osiągnięciu przełęczy lekko padliśmy, wraz z pomysłem osiągnięcia schroniska Pirin, pomimo kuracji panoramami. A naszym wyzipywaniom ze stoickim spokojem przyglądały się krzaki kosówki, nagie skały, alpejskie kwiatki, stada krów i koni. Zaraz, zaraz. Konie? Krowy? Na gołoborzach wznoszących się 2600 m npm? Po dłuższym namyśle zdecydowałem się odrzucić ewentualność zbiorowej halucynacji z niedotlenienia i uznałem realność przeżuwających. Sprawa ma się tak: S-W zbocza głównej grani Pirinu są w większości dość łagodne i trawiaste, co skutkuje tym, iż stada wypasane w dolinach poniżej, totalnie niepilnowane, rozłażą się po całej grani, urozmaicając krajobraz i srając gdzie popadnie. Jak lokalni pasterze zwołują swoje stada, to przekracza pojęcie człowieka Zachodu, prawdopodobnie komunikują się z nimi sygnałami smrodowymi.

No dobra, my tu sobie patrzu-patrzu, a tu w drogę trzeba! Nadzieje na kres gołoborzy rozwiały się szybko jak mgła, a my, stękając niczym Łysek z pokładu Idy, osiągaliśmy w porywach 2 km/h, przeklinając w myślach wesoły przewodniczek Riła i Pirin wyprodukowany przez Bezdroża, który z abstrakcyjnym humorem podawał czasy przejść powstałe prawdopodobnie w wyniku mechanicznego zsumowania ilości kilometrów i podejść, bez zwracania uwagi na takie bajery jak np. trudność trasy. Trafiały się też odcinki dość pieruńsko eksponowane, z okolicami Goljamatej strany na czele; choć, to prawda, dookolne wciąż i wciąż oszałamiały. Tak dowlekliśmy się do Winarskiej porty, za którą szlak stał się łatwiejszy, także na gołoborzach – jak się bowiem okazało, była to na tym odcinku droga zaopatrzeniowa do schroniska Tewno ezero, nad które dotarliśmy wreszcie także i my. I tak oto wkroczyliśmy do nieistniejącego państwa o nazwie

WOLNA REPUBLIKA TEWNO EZERO


ustrój
federacja namiotowa z luźnym zwierzchnictwem ośrodka centralnego w budce

ludność
5 mieszkańców letnich (2 ludzi, 2 konie, 1 pies) oraz fluktuująca ilość nomadów z plecakami. Zimą bywają tu mamuty.

historia
państwo to, istniejąc poza czasem, jest więc zarazem najstarsze i najmłodsze na świecie

waluta
1 garść słońca (1 gs) = 100 uśmiechów (100 u). Na zasadzie wyjątku uznawane są też lewy bułgarskie.

komunikacja
Republika łączy się ze światem autostradą ścieżkową Ś1 (schodzącą do doliny Polenite) oraz ścieżką krajową Ś01, wiodącą ku Żelezniszkiej dolinie. Możliwa jest również wizyta poprzez zrzut na spadochronie, aczkolwiek grunta tutejsze bywają skaliste.

handel i przemysł
Cały handel zagraniczny republiki zmonopolizowały konie. Pomimo tego nie zaobserwowano zwyżki cen. Jest to przedmiotem dyskusji w obliczu widocznej zmowy obu koni.

kultura
Ogranicza się w zasadzie do wielostronnych i wielojęzycznych wywiadów udzielanych sobie nawzajem przez nomadów w budce centralnej. Urywają się one raptownie o 22:00, gdy jeden z mieszkańców letnich (niektórzy badacze uważają go za przebranego konia) gasi światło. 15 sierpnia 2007 roku Marcin Kowalski, ambasador Kaczystanu, złożył ofertę przyniesienia (własnoplecnie) i zainstalowania telewizora. Według informacji z 25 września 2007 roku, oferta ta nadal nie została zrealizowana.

Tereny republiki opuściliśmy nazajutrz i skierowaliśmy się ku Macedonii – nie, nie ku państwu uszczęśliwionym obłąkańczym akronimem F.Y.R.O.M., lecz ku Macedonii historycznej, której spory kawałek znajduje się tez w Bułgarii. Sielskie-anielskie zejście dolina Polenicy urozmaicił nam pasterz-euroentuzjasta, który w swoim koszarze przytroczył do jakichś patyków flagi Bułgarii i UE, co z perspektywy kosówki wyglądało dość psychodelicznie. Sielskość-anielskość została mocno zamącona wraz z dematerializacją na Konskiej poljanie szlaku, który miał nas doprowadzić do schroniska Jane Sandanski. Podnieśli nas na duchu kolejni pasterze, którzy podzielili się z nami (za pomocą ruchu ręki – prawdę mówiąc nie wyglądało na to, by w procesie ewolucji opanowali już mowę) swoją wiedzą kartograficzną i naprowadzili nas na ścieżynkę kuschroniskową. Przy schronisku wynegocjowaliśmy korzystną cenę zjazdową z kierowcą autobusu, który najwyraźniej mono się nudził, i zjechaliśmy jego wehikułem czasu, w którym obok siebie wisiały tygrys, Matka Boska i goła baba, do miasta Sandanski, skąd drugim busem dotelepaliśmy się do Mełnika. Tam jeszcze zwyczajowe, niezwykle skomplikowane targi cenowe i rozkładamy się przy domku sympatycznego macedońskiego dziadka, w starej, kamiennej dzielnicy z widokiem na ozłocone zachodzącym słońcem piaskowcowe „piramidy”.

Zaś następnego dnia oczywiście te piramidy spenetrowaliśmy. Detalicznie zaś udaliśmy się super-duper-klimatyzowanym autobusem do Rożena, z którego walcząc z pustynnym skwarem dopociliśmy się do Monastyru Rożeńskiego. Ów ładny, drewniany, klimatyczny, nieprzeludniony i chłodny. Cerkiew klasztorna cudnie opacynkowana ikonami, a popi śmiesznie wyglądają zaiwaniając starymi złomami udającymi traktory. Po ochłodzenie się wśród drew klasztoru powoli posnuliśmy się w kierunku sławetnych „Piramid Mełnickich”. Okazało się, że jak rzadko który „turystyczny hit” te zdecydowanie zasługują na rozgłos. Wśród śródziemnomorskiej roślinności, wśród rzadkich zagajników akacji i figowców przetykanych absurdalnie sielskimi osiołkami skubiącymi ich liście, wznoszą się olbrzymie, stumetrowe, fantazyjnie pocięte piaskowcowe stożki, zwieńczone skalnymi „grzybami” – większymi głazami, które osłaniają znajdujące się pod nimi „piramidy” od erozji. Wokół panoramy – sięgające po góry Meníkio w Grecji i Belasica w państwie Macedonia – słowem, widok na połowę włości Filipa II i młodego Aleksandra Wielkiego. Z piramid osypującymi się ścieżkami zeszliśmy do koryta wyschniętej rzeki i nim, w cieniu okalających je piramid, doszliśmy do Mełnika.

Mełnik to miasteczko-widmo, które zaczyna się – patrząc od strony piramid – o wiele przed swym faktycznym początkiem. Teraz liczy sobie ledwie nikły procent populacji z czasów swej świetności, co skutkuje tym, że obecny Mełnik otoczony jest pierścieniami kamiennych ruin, ruin domów, zamku, cerkwi i klasztorów, między którymi snują się puste, zalane macedońskim słońcem uliczki, których starożytne bruki depcą jedynie zabłąkani turyści, pnący się do zdziczałych winnic u podnóża piramid. Jednak centrum żyje, jak na Bułgarię nawet całkiem mocno, pławiąc się nadal – jak w złotych czasach Mełnika – w lokalnym winie i miodzie, których to specjałów w sklepach spożywczych jest więcej niż czegokolwiek innego.

Po krótkiej, rozgłośnionej miriadami owadów południowej nocy szybko wstaliśmy i pomknęliśmy do Monastyru Rilskiego, a więc już w Riłę, z przesiadkami w Sandanskim, Błagoewgradzie i wiosce Riła, autobusami i busami czasem niemiłosiernie przeładowanymi (Atak Człowieka z Jednym Zębem, linia Błagoewgrad - Riła), ale zawsze z klimatyzacją. Monastyr Rilski okazał się być faktycznie najbardziej chyba zatłoczonym zabytkiem Bułgarii, ale wbrew przesadzonym opiniom tłumy nie zalewają klasztoru, tak więc jeżeli ktoś nie cierpi na alergię na homo sapiens sapiens, to będzie miał co podziwiać. Klasztor i cerkiew, choć dość nowe (w dzisiejszej postaci pochodzą w większości z XIX stulecia), urzekają bowiem ogromem i iście barokowym przepychem zdobień; dodatkowego smaczku dodają wznoszące się zaraz nad murami klasztoru 2700-metrowe wierchy Riły. Po zwiedzeniu zabudowań dokonaliśmy zwiadu kempingowego i przełożyliśmy „Bor” nad inne z uwagi na cenę, po czym zapakowaliśmy się w śpiwory, doznając lekkiego szoku termicznego po macedońskich upałach.

A na dobry początek kolejnej trasy dostaliśmy na twarz 1600 do góry. Na szczęście podejście przez Dyłgija rid było rzecz jasna masakryczne (plecaki!) kondycyjnie, ale łatwe technicznie, jak i cała Riła zresztą: Po mega-stromym odcinku przez las nastąpiło jeszcze stromsze podejście przez ukwiecone polany, a na koniec przebijające stromizną wszystko drapanie się po połoninie. No ale co to dla nas, w dwóch grupach, w jakie pięć godzin wewlekliśmy się na grzbiet; jeszcze tylko trochę skałek do szczytu Dodow wrychu – i stanęliśmy na skraju trawiastego morza Riły.

Bo też Riła to zjawisko jedyne w swoim rodzaju. Wyobraźcie sobie bieszczadzkie połoniny rozciągnięte do rozmiarów całych gór i wyniesione ponad dwa razy w górę – i tak na wysokości 2500-2700 metrów falowały łagodne, zielone pagóry, przetykane stadami koni i pasterskimi ścieżkami, z wciętymi w nie co jakiś czas jak wykrzykniki polodowcowymi kotłami, wypełnionymi dziesiątkami migoczących w słońcu stawów. Wszędzie wokół rozbrzmiewał wiatr i pasterskie dzwonki, a trawiastą ścieżką można było wędrować bez końca… aż do przełęczy Razdeła. Za owąż, urozmaiconą frapującą konstrukcją metalowo-rdzawą, służącą jako nabieżnik dla najeźdźców z galaktyki Xinu – rozpoczęło się zejście do doliny Siedmiu Jezior – ponoć najpiękniejszego zakątka Riły. No, właściwie to może i jest on najpiękniejszy, o ile wygonić z niego dywizję gości, która miasteczkiem namiotowym wielkości Przystanku Woodstock rozpełzła się po brzegach Jeziora Rybnego, wskakując nawet na pobliski szczyt (!). Nie, nie mam antyczłowiekączki, ale w ogóle to wtf: przez lornetkę obserwuję coś w rodzaju wysypiska w Szadółkach rozpostartego wokół czegoś, co imitowało schronisko, ale imitowało dość nieudolnie; po przybyciu na miejsce okazało się, że po pierwsze – nocleg w namiotach był za darmo, po drugie – zainstalowała się w nich pewna masowa sekta, ale – surprise, haha! - po rozłożeniu się następnego dnia przybyli strażnicy parkowi i jęli całe towarzystwo spędzać niczym owce z doliny, tłumacząc, że promocja się skończyła i money money.

Nas jednak podówczas w obozowisku nie było, za wyjątkiem chorych, kobiet i dzieci, a więc głębokich rezerw, które jednak dzielnie wytrzymały napór strażników aż do powrotu sił głównych, rzucając w oblegających brudnymi skarpetkami i polskimi madafakami. Główne siły zaś wybrały się ironicznie skonfrontować sakralny wymiar religijnych misteriów sekty „białe bractwo” z realiami rzeczywistości postmodernistycznej, mówiąc po ludzku – pokręcić bekę z legionu przymułów w białych wdziankach wykonujących mistyczne ruchy do wtóru ludowego hopsasa na skrzypkach. Znaczy się chodziło teoretycznie o to, że oni się łączyli z Kosmosem czy inną TP S.A. i stamtąd ładowali baterie w komórkach. No nie wiem, nie do końca załapałem. (Załapałem za to, że wyżarli całe jedzenie w schronisku.) W każdym razie po obejrzeniu sekty i (zwłaszcza) jej młodszych członkiń grupa uderzeniowa szturmem zdobyła wodospad Skakawica, a właściwie to, co z niego pozostało po długotrwałej suszy, niewiele zatem. Ważna dla morale okazała się natomiast kąpiel higieniczna w potoku Skakawica, dla co poniektórych będąc pierwszym kontaktem z zapomnianym medium o nazwie WODA, co pozwoliło nam się wyróżnić z lokalnego tłumu i tak łatwiej (nosem) się znajdować. Po powrocie do obozowiska i zwinięciu oblężenia zdreptaliśmy do schroniska Wada, tam wyśmialiśmy dziadka co chciał 10 lw za transport 30 km (i tyleż za nocleg), poszliśmy dalej na Rudaricę, ale zamiast romantycznego noclegu na dziko pod gwiazdami nadzialiśmy się na transport po 3 lw, który zrzucił nas w Borowcu. Tam złapaliśmy niemniej romantyczny nocleg na niemniej dziko na nartostradzie i lulu.

Przy okazji pozdrowienia dla tych, którzy przespali noc w spokoju, nie musząc o 3:00 budzić się i roztrząsać kwestii, czy mianowicie stado koni, które znienacka wypadło z lasu, stratuje namiot, czy też jednak wykręci i jakoś go minie.

Tak więc po krótkiej i emocjonującej nocy powlekliśmy się na wyciąg, by wdygować się z nimi do Ikonostasy, oszczędzając większość podejścia do schroniska Musała. A tu niespodzianka – ale choć raz miła: dopiero co, prawdopodobnie tego samego dnia, otwarto też drugi, wcześniej remontowany odcinek kolejki - i tak oto ślicznymi (jak na Bułgarię), nowiutkimi (jak na Bułgarię) i czystymi (jak na… no wiadomo) wagonikami wdygowaliśmy się na sam Jastrebec, skąd ceprostradą doszliśmy do schroniska Musała. W nimże (osobliwie przypominającym kilkanaście zlepionych ze sobą bud dla psów i jeden domek hobbita) zrzuciliśmy bagaże i na lekko pofrunęliśmy na najwyższy szczyt Bałkanów. 2925 metrów Musały okazały się być o dziwo (wbrew przewodnikowi) łatwiutką trasą – do tego stopnia, że niektórzy zdążyli zlecieć do schroniska, wziąć plecaki i zdążyć na ostatni kurs kolejki. W sumie żal, że nie skusiliśmy się na trasę zachodnią granią Kotła Musaleńskiego (bo wschodnia istotnie jest bardzo trudna, tu nie ma dyskusji). Na szczycie piękne widoki i niepiękne stacje meteorolo-astronomo-cośtam, ludki z przeróżnych krajów i nagły atak uczciwości (w sensie że kilograma leżących na słupku wysokościowym monet nie schowaliśmy do plecaków, kurka no, nigdy bym się tego po sobie nie spodziewał). Po powrocie okazało się, że nawet nieśmiertelna zupa leszta się wybyła, więc ja z Agatą w przystępie desperackiego głodu (po drodze zjedliśmy kawał kosówki) poczłapaliśmy na Jastrebec, gdzie w surrealistycznie zagubionym domku, na totalnym – po zakończeniu pracy kolejki – odludziu siedział sobie wesoły Ukrainiec i oferował cały przekrój kuchni bułgarskiej, gratis ogłupiając Kijewskają. W stanie delikatnej pomroczności jasnej opuściliśmy więc Jastrebec, na którym w tzw. „międzyczasie” zainstalowało się coś w rodzaju ukraińskiej mafii (uhm, jakby co to jestem niewinny), i z najwyższym trudem powróciliśmy ceprostradą na Musałę, gdzie reszta grupy rozszarpywała ostatniego kebapcza i integrowała się do ostatniej kropli paliwa w schroniskowym generatorze.

I wreszcie – żegnamy góry… Mieliśmy zejść na bucikach, ale podstępny leń zaatakował większość grupy i ostatecznie tylko 2 śmiałków z arystokratycznym grymasem wzgardy olało kolejkę. Rozpierzchnięta lekko grupa wykonała koncentrację w Borowcu i złapała półbusa do Sofii. Tamże przez dwie godziny heroicznie walczyliśmy z bułgarską niechęcią do linearnej rzeczywistości oraz absolutną nieznajomością obcych języków i – niestety pożegnawszy się ze zbyt drogimi biletami na pociąg – zaokrętowaliśmy się w przytulnym autokarze firmy Öz Varol Turizm, przy pomocy którego wykonaliśmy Wielki Skok na Wschód. W rzyć chędożona granica, nie, panie celnik, nie mam trzydziestu kilo amfy pod paznokciami. Ale co tam, skoro ktoś wszedł do kibla przy schronisku Siedem Jezior, to znaczy że przetrzyma wszystko, ze Stutthofem i dwugodzinną kontrolą w Kapıkule włącznie.

No i nareszcie… Wymarzony świt nad tysiącami wież Konstantynopola… Oczywiście nie miałem złudzeń, że Konst będzie wypieszczonym cacuszkiem à la jakieś bawarska totalitarna mieścina, w sumie zresztą źle nie było, biorąc pod uwagę, że wylądowaliśmy na dworcu Esenler, na dalekiej orbicie wokół kosmopolitycznych blokowisk. Stamtąd metrem i na butach dotarliśmy do Pery, gdzie w przytulnym hostelu Chillout Cengo zrzuciliśmy bagaże i ruszyliśmy na dwa dni szwędać się po stolicy Imperium Rzymskiego. (Nie, nie uznaję faktu okupacji cesarstwa przez barbarzyńców ze wschodu.)

Konstantynopol… chyba całą książkę możnaby napisać o tym przedziwnym mieście. Żaden ze znanych mi przewodników - podobnuie zresztą z relacjami – nie pokazuje najistotniejszej jednak cechy miasta: otóż jest to jeden gigantyczny plac handlowy. Nie tylko chodzi tu o Kryty Bazar, on jest czymś w rodzaju jądra wielkiej Galaktyki Handlu, wypuszczającej swe ramiona w najdalsze krańce miasta, z wylotową autostradą włącznie: gdy wyjeżdżaliśmy, wystarczył chwilowy korek, by między pasami wybrzuszyli się wnet z asfaltu handlarze, bohatersko wciskając obwarzanki i butelki z wodą; w takim razie nie dziwi fakt, iż przejście odcinka X kilometrów ciągiem Oddu Caddesi - Yeniçeriler Caddesi. czyli kręgosłupa centrum, zajmuje znacząco więcej czasu aniżeli przejście takiegoż odcinka Grunwaldzką we Wrzeszczu. Frapująca jest zwłaszcza struktura zatrudnienia w punktach gastronomicznych, handlowych i w ogóle sprzedających: otóż minimalna obsada takiego składa się co najmniej z dwóch osób: Flegmatycznego Sprzedawcy oraz Naganiacza z Zaawansowanym ADHD: ten drugi wykonuje chaotyczne spirale wokół swego ula, będąc zatem największym ciałem we Wszechświecie poruszającym się ruchami Browna, zderzając się przy tym z przechodniami, samochodami, rowerami i stadami kotów, prowadząc to wszystko ku Polom Elizejskim Się Targowania. (Bez targowania nie próbujcie kupować czegokolwiek.) Tak, zgadza się, dotyczy to nawet kibli publicznych: jest kosmopolityczna Babcia Klozetowa i mniej kosmopolityczny Naganiacz Sedesowy.

Fascynujące są także tłumy klonów Lorda Vadera, znaczy się tej 1/3 tureckich dziewoj podrywających przechodniów przy użyciu szparki na oczy; krzepiąca jest świadomość tego, iż moherowy beret jednak nie jest szczytem masakry, bo jednak babcia podberetowa poci się w odczuwalny sposób mniej aniżeli Lord Vader w +40 w cieniu. Rycerzy Ciemności więcej jest zresztą w Chrysopolis, na brzegu azjatyckim, na który zresztą również się wybraliśmy; w Europie jest jeszcze 1/3 dziewoj-centrystek (chodzą w normalnym ubraniu + chusta) i 1/3 wyzwolonych lewaczek.

A zabytki? To oczywiste – wart przejechać pół Europy, by je obejrzeć, choć nie zawsze warto płacić żądaną cenę wstępu. Hagia Sofia poraża ogromem, choć chyba ciekawsze wrażenie robi równie wielki, a bardziej „barokowy” wewnątrz Błękitny Meczet. Pozostałości Cesarstwa nie ma niestety zbyt wiele – za Błękitnym Meczetem co bystrzejsi wypatrzą ruiny Wielkiego Pałacu, wciąż stoi i ma się dobrze kościół św. Ireny, tak jak dumne Mury Teodozjusza, Akwedukt Walensa i Pałac Porfirogenety. Ale może najpiększniejsza, poza Hagią Sofią, jest cysterna na wodę z czasów Justyniana Wielkiego, w celach marketingowych zwana obecnie „podziemną bazyliką”; nie trzeba jednak sztucznego upiększania, by poczuć cień skradzionej chwały Konstantynopola, gdy z rozpalonego anatolijskim wiatrem Stambułu zejdzie się do gigantycznej, chłodnej i mrocznej przestrzeni, gdzie pomiędzy setkami kolumn pływają leniwie karpie, a woda ciurka jak za czasów wszystkich jedenastu Konstantynów.

I tak nadszedł czas na powrót, który był tyleż męczący, co kompletnie nieinteresujący, wyjąwszy może śliczny zachód słońca nad Dunajem koło Be?ki. Öz Varolem kopnęliśmy się do Sofii i po dłuuuugaśnej przesiadce touringowym kapciem z psującą się klimatyzacją (oczywiście psującą się, hyhyhy, w największy serbski upał) wróciliśmy do Krakowa. Adieu i do przyszłego roku!

A teraz czas na…

CENY I INNE INFORMACJE PRAKTYCZNE


dojazd i przejazdy
My jechaliśmy Touringiem, wynegocjowaliśmy zniżkę grupową 375 zł (w dwie strony).
Pociągi w Bułgarii są absurdalnie tanie, o ile pamiętam za dwa bilety, Błagoj Zachariew-Septemwri i Septemwri-Bansko, a więc za kilkugodzinną podróż, zapłaciliśmy jakie 2,70 lw.
Busy i autobusy są droższe, choć też dosyć tanie (nawet małe busy są z klimą!). Bansko-chyża Wichren 5 lw, Sandanski-Mełnik chyba 2 lw, Mełnik-Rożen coś koło 1,50 lw, Sandanski-Błagoewgrad 5 lw. Busy wynajmowane są drogie, zwłaszcza dla cudzoziemców, Mełnik-Sandanski 4 lw na przykład, choć z kolei ze schroniska Jane Sandanski do miasta Sandanski ugadaliśmy cały autobus za 3 lw.
Autobus Öz Varola to 70 lw w dwie strony. Ogólnie ceny autobusowych biletów dwustronnych Sofia-Konstantynopol to 70-80 lw (można też płacić w euro i YTL). Pociągi są droższe, 90-120 lw.
W Konstantynopolu komunikacja miejska to bilety/żetony jednoprzejazdowe po 1,30 YTL (obowiązuje to też na promy!).

noclegi - prawie wszędzie po targowaniu się:
Błagoj Zachariew 7 lw
Wichren 8,40 lw
Tewno Ezero 2 lw pole namiotowe, 10 lw budynek
Chatka dziadka w Mełniku – 3 lw gleba, 3,50 łóżko
Kemping „Bor” w Monastyrze Rilskim – 7 lw
Namiot przy schronisku Siedem Jezior – DARMO (ale nie wiem czy to nie była tylko jednorazowa akcja, patrz relacja)
Schronisko Musała 6 lw
Chillout Cengo Hostel w Konstantynopolu 15 YTL

Wyżywienie – w Bułgarii w sklepach wbrew pozorom dość drogo, trochę drożej niż w Polsce. O wiele tańsze są „krowie masło” (coś jak owczy ser, zastępuje u nich żółty, sto tysięcy odmian), jogurty, arbuzy i brzoskwinie. Szczególnie drogie są mięso i sery żółte. Chleb 0,80-1 lw.
W Turcji w ogóle nie opłaca się robić zakupów w sklepach spożywczych. Wszyscy Turcy jedzą na mieście, w tryliardach taniutkich kebabiarni, i trzeba się do nich dostosować. Śniadanie w ten sposób to 1,50 YTL, a obiad można złapać za 4-5 YTL. Podobnie bardzo tanie są knajpy bułgarskie (w droższych obiad to nie więcej niż 7 lw), nawet w wysoko położonych schroniskach ceny są jak w barach mlecznych, tyle że w nich potrawy są mniejsze. Specyfiką jest niechęć do specjalnego podgrzewania żarła, czytaj: „ciepłe” w Bułgarii = „letnie”.

język
Bułgarzy nie znają żadnego (poza bułgarskim), Turcy chyba wszystkie.

bezpieczeństwo
Wszędzie luzik. Nie polecam tylko grupkom czystko żeńskim (a samotnym kobietom zwłaszcza) spacerować po Konstantynopolu, wiąże się to z nieustannymi zaczepkami (patrz komentarz Asi u dołu).

mapy i przewodniki
Te zielone mapy Riła i Pirin, w dziwnej skali 1:55 000, to jakaś pomyłka. Totalne niezgodności z terenem i warstwice co 50 m (!). Ale …innych nie ma. Przewodnik – ostatnio wyszedł Riła i Pirin Bezdroży i mimo pewnych zastrzeżeń jest do używania, choć bardzo ostrożnie z czasami przejść! Stary przewodnik Riła PTTK „Kraj” jest już ostro nieaktualny, a Pascal jest za mało dokładny jeśli chodzi o góry.

inne
Wiza do Turcji – 10 euro
Muzea i takie tam: monastyry Rożeński i Rilski darmo, niewielka ekspozycja w części Rilskiego 5 lw. Muzea w Konstantynopolu absurdalnie drogie, wszystko po 10 YTL (nawet głupia wieża Galata!), w pałacu Topkapı osobno płatne wejście do haremu (ponoć nic ciekawego), Dolmabahçe nawet 20 YTL. Tylko Błękitny Meczet za darmo.
Wszędzie bardo tanie są za to pocztówki.
zdj1
Ikonostas w cerkwi św. Nedelji w Sofii
zdj2
Kolejka wąskotorowa relacji Septemwri-Dobriniszte zjeżdża w dolinę Dreszenca z przełęczy Awramowi sedłowina, gdzie znajduje się najwyżej położona stacja na Bałkanach (1278 m)
zdj3
(Nie)sławny bułgarski model kibla, zwany pieszczotliwie "stópkami" lub "na Małysza". Tu przykład z ww. kolejki
zdj4
Zaułki Banska przy cerkwi
zdj5
Ekipa w komplecie na Wichrenie. Od lewej w górnym rzędzie Tomek, Karol, Magda, Krzysiek, Kuba, Hania, ja i Agata. Kucają Maciek, Natalia, Magda, Marta, Michał, Marcin i Asia.
zdj6
Grań Konczeto widziana z Kuteła. W prawo ciągnie się skalisty Koteszki rid; w środku, na ostanim planie, wyraźnie wybija się Gyrdec, a z prawej na horyzoncie majaczy Riła. Skrajnie z lewej Butin.
zdj7
Wbrew wszelkim pozorom Krzysiek z Martą nie zabłądzili - tędy naprawdę biegnie szlak. A konkretnie to jest to podejście znad Dyłgiego ezera pod Gławniszką portę. W tle Włachinski prewał
zdj8
Widok z Gławniszkiej porty na górną dolinę Byndericy. Za nią z lewej wystaje Graniten; na prawo odeń przełęcz Włachinski prewał i łagodny Chwoinati wrych. Z prawej dwa olbrzymy - Wichren i Kuteło
zdj9
Wszystko w porządku, ale dlaczego te krowy pasą się wielkimi stadami na prawie 2600 m npm? Tu akurat pod Wyzełą, z Goljam Tipicem (2645 m) w tle
zdj10
Jedno z Gławniszkich ezer widziane z grzbietu pod Wyzełą
zdj11
Panorama Pirinu spod Goljam Tipica. Widoczne jedno z Tipiszkich ezer; za nimi grzbiet z Izworcem (nieco izolowany, z lewej) i podwójny masyw Wojwodskiego wrychu i Małkiego Poleżana (w środku).
zdj12
Zejście z Goljamatej strany. Za grzbietem z lewej Prewałski cirkus z Prewałskimi ezerami, zamknięty grzbietem, w którym z lewej wybija się Waljawiszki czukar, a w środku wcina się Mozgowiszka porta
zdj13
Widok spod Mozgowiszkiej porty na otoczenie doliny Mozgowicy. Trzy szczyty na środku to kolejno Kamenica, Kameniszka kukła i Jałowarnika
zdj14
Stado półdzikich (a może zupełnie dzikich?) koni na, nomen omen, Konskiej poljanie. W tle typowe dla Pirinu przypominające tundrę rozlewiska
zdj15
Pornoślimaczki (a cio te źwieziątka robią prosie pani?) przy domku "naszego" dziadka w Mełniku. Hobbyści mięczaków proszeni o doprecyzowanie rasy źwieziątek (w komentarzach na dole).
zdj16
Piramidy Mełnickie
zdj17
Domy Mełnika (widać bardzo charakterystyczne dla Mełnika nadwieszenie wyższych kondygnacji nad parterem) na tle "piramid"
zdj18
Monastyr Rilski - cerkiew klasztorna Bogurodzicy z freskami przedstawiającymi sceny ze Starego Testamentu pędzla m. in. Zachariego Zografa, Dymitra i Simeona Molerowów, Atanasa Tutagora i G. Daszina
zdj19
Monastyr Rilski: krużganki, cerkiew Bogurodzicy i wyłaniająca się zza niej wieża Chreljowa Kuła. A w tle, a lewej, Riła - dokładnie nasza trasa na następny dzień
zdj20
Przerwa podczas pokonywania 1600-metrowego (tak, 1600 w pionie, nie w poziomie) podejścia Dyłgijim ridem (faktycznie, 'dyłgi' jak cholera)
zdj21
Podejścia ciąg dalszy - jesteśmy już na stokach Goljam Mramorca; za nami Dyłgija rid w całej okazałości, a dalej dolina Rilskiej reki. W tle przełęcz Dobro pole
zdj22
Ezero Bliznaka - nad nim z lewej wznosi się Chajduta, a z tyłu widać ściany Cirkusa Sedemte Rilski Ezera
zdj23
Ko(s)miczne obrzędy sekty "białe bractwo" przy stawie Bybreka
zdj24
Wodospad Skakawica, na zdjęciu troszkę niedomagający z przyczyny ogólnej suszy
zdj25
Tak wygląda zasadniczy transport zaopatrzenia do i z większości bułgarskich schronisk - tu karawana ciągnie ze schroniska Siedem Jezior
zdj26
No i to właśnie "dach Bałkanów"-Musała (2925) i jej otoczenie. W dole Lodowate Jezioro ze schroniskiem o takiejż nazwie. Ze szczytów: z lewej Deno, w środku na horyzoncie, Borin, z prawej Małka Musała
zdj27
Jeden z 54223454 terminali, przez które trzeba przebrnąć na przejściu granicznym Kapitan Andreewo-Kapıkule
zdj28
Hagia Sofia - wnętrze - widoczne fragmenty rzymskich fresków
zdj29
Tzw. "Nowy Meczet" (Yeni Camii), zwany też Meczetem Gołębi, widziany z Galaty przez Złoty Róg. Z prawej Most Galata.
zdj30
Sekta "tańczących derwiszy" daje pokaz w kawiarni przy morskich murach obronnych Konstantynopola. W tle "Błękitny Meczet", czyli Sultanahmet Camii
Komentarze wyjazdu
Maciej Rynkiewicz
Cox
klubowicz
603000   rynkiewiczm@gmail.com   
Wypas... :D :: 2007-08-28 11:30:32
Rewelacja... Piryn jest piękny i zaskakujący ;)
Trasy niewyrypiarsko zabójcze!
Zimne piwo w schronisku pyszne :)
ludzie jakże przyjaźni, szczególnie nasz ulubiony szef restauracji z Melnika... "aristokrat" :)

Późniejsze nasze przygody (po odłączeniu się do Grecji) wkrótce opiszemy na naszej stronie: http://www.hm.kaszuby.pl/
Krzysztof  Kur
pchełek
klubowicz
3602845   koggut@poczta.onet.pl   
Się działo... :: 2007-08-28 12:25:17
Ciężko wrócić do rzeczywistości po takim wyjeździe. Śni mi się, cały czas myślę i wspominam, przeglądam zdjęcia, oglądam miejsca po zlazłej skórze, wącham butelkę po 2,2-litrowym pirińsku. Ja chcę do Bułgarii, do namiotu nad Tewnym Jeziorem lub pod winogronami, do Gdakków z rzadka trzeźwiejących, taniego piwa, kisałego mleka, mega brzoskwiń na trawie przed Suleymanem, basenu pomiędzy piramidami melnickimi, do tej knajpy co ciarki po plecach przechodzily od głośnej muzyki na żywo i rytaulnych tańców, na stambulską uliczkę muzycznie-klimaciarską, a nawet choćby do pociągu Kraków-Gdańsk. Po jednym dniu bez wrażeń jest mi jakoś mdło. Jak dojdę do siebie to napiszę coś więcej.
Michał Rynkiewicz
Toff
klubowicz
3317349   michal_rynkiewicz@wp.pl   
Padłem... :: 2007-08-29 19:41:18
...na pysk po tym wyjeździe i dopiero wstałem. Wszystko dało w kość. Począwszy od podróży w korytarzu pociągu do Krakowa, Bridget Jones w autobusie do Sofii, zwiedzania stolicy Bułgarii czy wyczerpującego szukania z pomocą policji noclegu w Belovie.
Nóż z restauracjo-baru w Bansko - przydał się na szlaku nie raz - przypomina mi pierwszym kontakcie z 2-litrowym Pirinskiem - tak tęsknie dziś wspominanym (na tyle, że nadal mam jedną wielką butlę w lodówce!).
Aklimatyzacja, moje pierwsze prawie 3000 metrów, nie-wyrypiarska trasa do schroniska Pirin zakończona nad Tewnym Ezerem, nocleg na 2500 metrach w namiocie przy przymrozku, cały dzień schodzenia do Sandanska - wprawdzie ciężko było, ale to w końcu pamięta się najbardziej.
Melnik - piękne "winne" miasteczko z bardzo klimatycznym noclegiem u dziadka, który nie przepada, gdy używa się jego pralki. Jego koty nie przepadały też za mną... Naprawdę nie wyrypiarska trasa z monastyru w kilkudziesięciostopniowym upale i misz-masz na obiad.
Może i piękny, ale przeklęty (przez niektórych) Rilski Monastyr, 12 godzin snu, prawie pionowe ;) podejście na Sedemte Ezera, nocleg w towarzystwie kilkuset namiotów oraz białej sekty (zupełnie niegroźnej) i ostateczna niechęć do "małyszomanii" - tak ja zapamiętałem początek Riły. Dalej cwaniaczki w UAZach (10 lewa do Borowca - nie skorzystaliśmy) i kierowca "busa" (3 lewa i 13 osób na pace!). Nocleg w Borowcu, czyli przechodnie piwa i kanapki z pasztetem oraz namiar na hostel w Stambule od dziewczyn z W-wy. A w nocy konie i psy pomiędzy namiotami.
Super kolejka linowa prawie na Musałę i moje ogólne "górołazowe" oklapnięcie przy schronisku Musała - żegnamy góry.
Wreszcie Stambuł - miasto potężne, ogromne, przytłaczające, buchające żarem i hałasem. Super hostel w bodaj najładniejszej dzielnicy największego miasta Europy. Zabytki, otumaniający Wielki Bazar, muzeum marynarki wojennej, krótka wizyta z Azji i tamtejsze super brzoskwinie myte w fontannie. Bosfor i jego promy - niektóre typowe, inne o drapieżnej sylwetce i prędkości niszczyciela! Smażona ryba z Bosforu z cebulą i kebab z ayranem za 1 lira - czyli jemy coś rdzennie miejscowego. Woda pita litrami. I upał, upał, upał... To się pamięta.
Powrót - dwie partie tysiąca i piwo w centrum Sofii, polski (niestety) autobus do Krakowa i sikanie w parczku przy dworcu w Katowicach i 44 piwa...
O tak, było warto! :)
Magda Przytuła
Magda nie Magdalena
klubowicz
2831085   magda200watt@interia.pl    
ehh.. :: 2007-08-29 20:42:56
..jakos nie moglam sie zebrac do napisania czegokolwiek, bo nic, co tu nabazgrole nie odda nawet w czesci przezyc z tym zwiazanymi..ale ale:D przynajmniej sobie przypomne;]
-no to jedziem! pociag zapchany, przeddzial do ktorego trafilysmy-sluzbowy
-mniej sluzbowy, ba nawet sympatyczny okazal sie turecki bus z tureckimi kierowcami (no i ten dywanik na posadzce)
-pychowate Bazanty i mniej pychowate zapiekanki na postojach;p
-calkiem apetycznie wygladala tez kraina kukurydzy-serbia czyli;]
-mniej apetycznie jawila sie zas stolica bulgarii(gdyby nie rozowy straszak w futerku w ogole przytlaczalaby ponuroscia-co jednak oryginalne bez watpienia tez jest)
-tendencja do dziwnych ludzi w sofii to tradycja-patrz babeczka calusna stojaca na srodku skrzyzowania zgarnieta przez "polis"
-albo tez babcia w kolejce waskotorowej w swetrze(mechatym!)i plaszczu(przy ponad 30 stopniowym upale)
-przesympatyczni policjanci, poruszajacy wszelkie kontakty(2 razy-raz dla 3 osob-potem bedac w szoku ze jeszcze 12 nas nas na dworcu czeka, dla wsiech=))
-winogrona na prywatnej posesji czesc pierwsza nieostatnia
-przeeeepyszne zarelko w barze Rosi w Bansku=) (dodatkowe porcje itd;p)
-pamiatki z tegoze miejsca (keczup i nozyk)
-arbuzowe schronisko wichren!!=)))
-rowniez arbuzowy Jan Sandanski w Melniku;)
-kolorowe materace i zjedzona przez myszy czekolada;]
-brak kibli(w ich miejscu-dziury w podlodze-masakra-zwlaszcza w pociagach;p)-
-najbardziej masakryczny wyczyn-podejscie(wlasciwym byloby napisanie, ze podczolganie sie) na Wichren
-a po goloborzach calkiem dobrze sie wdrapywalo(z plecakiem;])
-krowiszcza, owciszcza i kociszcza byly zawsze i wszedzie:D
-byl tez stanik na trasie:)
-oraz rozmowki polsko-angielsko-czesko-niemieckie w schronisku Tiewne Jeziera
-nigdy nie zabraklo tez czasu na poartyjke(badz 2)na tysiaczka:D
-gdyz wygrac oplacalo sie!(bo to raz zdobylo sie batonika, piwo, czy marchewke;p)
-papier toaletowy tez sie dostalo za free(pachnacy!)
-anteny na drzewach i rolerkostery w busach bulgarskich to standard;]
-niestandardowa zas byla traska relaksacyjna na piramidy melnickie=)) (3kmy-zgon wszystkich-przesada ze sloncem)
-za to widoki pikne!
-i nie mowie tu o skitranych "malyszach";p
-w malniku zas gruba zwierzyna czychala=)
-i pajaki-mutanty
-i skorpiony:)
-i slimaki ze srubkami=))
-melnik slawetny jest, chociazby dlatego ze zostal zwalony tam arbuz przez Red Tent Team=)
-oraz dlatego ze na samiutkim koncu czai sie holtel wypasiasty z basenem..i lwem w klace=)
-oczywiscie w basenie nie moglo zabraknac bialych delfinow=)
-a droge powrotna przerwala nam niesamowita muzyka bulgarska i szoł, ktorego chyba nikt z nas nie zapomni..
-monster przeklety niech bedzie!
-i niebieski szlak, ktory wcale sie nie konczyl;)
-nie konczyl sie tez widok namiotow na 7 Jeziorach-miliony a nawet tysiace! :)
-widok niesamowity i wrazenia na gondolach na Musale tez byly!
-podejscie na najwyzszy szczyt Balkanow tak lajtowy, ze niektorzy 2 razy tam wchodzili;]
-rybacy na moscie w Stambule-miliardy a nawet tryliony;]
-bombastycza uliczka i nasz Chill Out z hustawka:)
-nie mniej bombastyczne "rozmowy meczetow";p
-"special pufa for you! only 50 euro!" czyli targowanie na Wielkim Bazarze
-no i cale 20 min w Azji!:D
-niecale 3 h oczekiwania na prawde o paszporcie;)
-ostatnie piwenio w Sofii i partyjka tysiaca
-i tylko 2 doby i wracamy
-w busie bez dywanikow, wody sosnopodobnej, goracych kubkow, za to przy hukach "The Marine";]
-no i finito

kurde, ale pooszlo. a anprawde staralam sie omijac wiele rzeczy zeby nie rozpisywac sie nadto;)

ehh.. szkoda, ze juz po wsiem
Dorota Brach
Dotka
klubowicz
235492   dotab@poczta.onet.pl   http://www.dmtransfer.com/  
No piknie, piknie :: 2007-09-01 03:20:06
pozdrowienia z Przemysla od Patrycji, ktora pojawila sie u nas na kilku rajdach, Daniela, mnie i dwoch blizniakow, ktorych znamy tylko my, ale dzieki ktorych znajomosci rosyjskiego udalo nam sie w srodku nocy przekroczyc granice, po tym jak uciekl nam ostatni bus z Lwowa do Przemysla. bylo Charaszo i dzis meldujemy sie w Polsce, granice przekraczalismy ze spiewem na ustach: "Hej ho, hej ho do Unii by sie szlo!". Ogolnie wesolo i masa milych wspomnien. Buziaki dla wszystkich gdakkow i do zobaczenia gdzies na szlaku albo w Trojmiescie, jak los pozwoli.
Dorota Brach
Dotka
klubowicz
235492   dotab@poczta.onet.pl   http://www.dmtransfer.com/  
aha :: 2007-09-01 03:21:12
sliczne fotki macie i czekam na relacje i fotek wiecej:)
Krzysztof  Kur
pchełek
klubowicz
3602845   koggut@poczta.onet.pl   
trochę zdjęć :: 2007-09-02 01:40:25
sofia_pirin
pirin_melnik
melnik_rila
stambul
Hanna Arendt
Hanka
klubowicz
444722   hanna.arendt@wp.pl   www.zawszezarece.pl  
Dzięuję :: 2007-09-04 13:35:54
Dzięki wielie dla całej ekipy za super wyjazd i dla Tomka za pomysł i organziację - naprawdę supe rmiło się wspomina łazikowanie z Wami po Pirynie :)
My późneij wylądowaliśmy w Grecji - podróżując stopem, autobusami, skuterem i promem :) też było fajnie :)
Magda Przytuła
Magda nie Magdalena
klubowicz
2831085   magda200watt@interia.pl    
aa :: 2007-09-06 23:55:11
ino foty z majnego aparatu:

http://www.sendspace.com/file/mgbzo9

enjoy=)
Marta Kur
Marta
klubowicz
3602845   antifa5@wp.pl   
i jeszcze kilka :: 2007-09-08 15:15:31
http://www.sendspace.com/file/3z5r2s

http://www.sendspace.com/file/11l22o

http://www.sendspace.com/file/5fvqsf

http://www.sendspace.com/file/4z5qhk

Joanna Urbańska
Asia
klubowicz
urbanek80@wp.pl   
wrażenia z Bułgarii i Stambułu :: 2007-09-08 17:08:37
udana wyprawa górska i udany Stambuł tzw w 5minut. Moje wrażenia takie z BUŁGARII: # wysokie góry, nagie skały
# pasące się krowy i trochę dzikie konie
# niekończące się szlaki ze schroniska do schronu przez przełęcze ,granie ,kotliny ... po prostu inny świat
# żar z nieba, obfite poty , ostre podejście do góry
# miejsce z religią - ikony w monastyrach
# Sofia - brzydka stolica jak Wawa poza zabytkami
# Mełnik - malownicze miasteczko z górą piasku czyli Piramidy Mełnickie
# obładowane konie w kotl 7jezior

A z STAMBUŁU: # miasto europejskie a kultura islamska
# meczety
# Turcy się czepiają - ile razy mozna??
# nachalny i adorujący Turek zapłacił za mnie kebab :/
# klimat nieziemski
Joanna Urbańska
Asia
klubowicz
urbanek80@wp.pl   
a to moje fotki :: 2007-09-08 21:21:44
nie banalne i nienajlepsze :
http://picasaweb.google.com/plasturba/BuGariaStambu?authkey=QZ4nv2auuuc
Maciej Rynkiewicz
Cox
klubowicz
603000   rynkiewiczm@gmail.com   
hmm :: 2007-09-09 14:25:57
a dlaczego na zdjęciach z relacji nie ma ludzi?
Przecież nas tam było 15 osób (potem 13 osób)!
Moje fotki - jeszcze dziś dam linka.
Maciej Rynkiewicz
Cox
klubowicz
603000   rynkiewiczm@gmail.com   
Nasze... :: 2007-09-09 18:24:40
...zdjęcia z części Bułgarskiej wyjazdu:
http://www.pg.gda.pl/~maciex/bulgaria.rar
Michał Rynkiewicz
Toff
klubowicz
3317349   michal_rynkiewicz@wp.pl   
nocleg namiotowy przy schronisku Siedem Jezior :: 2007-10-11 11:13:55
To była zdecydowanie jednorazowa promocja - gdy następnego dnia STRAżNICY PARKU NARODOWEGO wywalali nas stamtąd, podpierali się właśnie istnieniem parku jako argumentem na jak najszybsze usunięcie nas i naszych namiotów pełnych śmierdzących skarpetek :P
Normalnie namiotów rozbijać tam nie wolno (tyle zrozumiałem z ich bułgarskiego potoku słów).
Michał Rynkiewicz
Toff
klubowicz
3317349   michal_rynkiewicz@wp.pl   
muzea w Stambule :: 2008-01-20 00:21:26
Właśnie sobie przypomniałem, że nie wszystkie były tak obrzydliwie drogie! Muzeum Marynarki Wojennej kosztowało tylko 3 YTL ;P