glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Góry Złote, Bialskie, Masyw Śnieżnika, Góry Bystrzyckie, Stołowe i Sowie
termin: 11-20.07
sezon: Wakacje 2006
1152164035
Autor tekstu: Adam Piotrowski / Michał Rynkiewicz
Autor zdjęć: Adam P, Przemek P, Monika P, Piotr P. oraz Michał R. i Łukasz B.

11.07

Podróż zaczęliśmy w Gdyni ładując się do w połowie pełnego pociągu relacji Hel – Kudowa Zdrój oraz Szklarska Poręba. Przedział mieliśmy swój prywatny, a w podróży przeszkadzał nam najwyżej szybko kończący się zapas pewnych napojów, który to próbowaliśmy uzupełnić w Poznaniu, w końcu stał tam aż z 6 minut.

12.07

W każdym razie z blaszanej dżdżownicy wyczłapaliśmy się niepunktualnie około 5 rano w Kłodzku Mieście. Zweryfikowaliśmy rozkład jazdy PKS i przystąpiliśmy do zwiedzania Kłodzka. Znaczy ten tego, no obejścia go, bo o 5 rano to nawet i Żabka była zamknięta. Obejrzeliśmy sobie twierdzę z zewnątrz i wejście do podziemnej trasy, jakąś fontannę ze śmieciami i pływającymi w niej rybami oraz miniaturkę mostu Karola. W sklepie kupiliśmy po jogurcie i udaliśmy się w kierunku dworca autobusowego, gdzie nasz PKS spóźnił się chyba z 20 minut, mimo iż stąd właśnie startować miał. W zamian za to autobus miał gdańskie tablice (czyżby specjalnie dla nas go sprowadzili). Z tegoż środku transportu po krótkiej drzemce wyładowaliśmy się w Złotym Stoku. Zaczęliśmy od miejskiej trasy turystycznej, która nie zaprowadziła nas do kopalni złota, tylko sami tam w końcu trafiliśmy. Oczywiście główne wejście było zamknięte, a my w wyniku chęci do zrobienia jakiś zdjęć znaleźliśmy drugie, a raczej trzecie wejście, gdzieś schowane i sami sobie ją zwiedziliśmy oszczędzając w ten sposób 7 zeta i dwie godziny czekania na otwarcie. Umazani złocistym błotem w końcu opuściliśmy kopalnię i ruszyliśmy dalej w górę Złotego Jaru. Kolejnymi atrakcjami był wielki kamieniołom oraz jeszcze jedno wejście w podziemia gór. Właściwie to nie jedno a kilka – z Lulem penetrujemy jeden korytarz, który wydawało się, że nie ma końca, ale jednak miał, w tym czasie reszta ekipy obmywa buty ze złotego błota w Złotym Potoku i barykaduje nam wyjście. Następnie podążając dalej wzdłuż doliny i kolejno zaliczając całkiem spore podejście znajdujemy się na zarośniętym bez widoków szczycie Jawornika, natomiast widok jako taki był wcześniej, podczas przerwy na jagody. Podążając czerwonym szlakiem przez krzaczory docieramy do zarośniętej pokrzywami wiochy o nazwie Orłowiec, gdzie niby nawet PKS dojeżdża, ale stan okolicznych opuszczonych budynków i brak sklepu raczej nie wskazuje na dużą liczbę mieszkańców. Dalej również tymże szlakiem wąską dróżką, na której wyprzedza nas gigantyczna ciężarówa marki Volvo docieramy do Lądka Zdroju. Tutaj robimy na ryneczku kanapki z serem i keczupem oraz odprowadzamy Zbyszka i Marysię na PKS, którzy to z powodu niewyspania, upału i nadciśnienia Zbycha postanawiają na miejsce noclegu dotrzeć tym właśnie sposobem. Dodatkowo zakupujemy w pewnym sklepie: Krzysiek krawat i ja koszulkę rowerową, ba, za 3 zł. Dodatkowo jeszcze kupuję napój o tajemniczo brzmiącej nazwie Sprant, po którym butelka służy mi do noszenia wody aż do końca wyjazdu. W Lądku wpadamy jeszcze pod jakiś dom zdrojowy czy coś, ale nie żeby wyzdrowieć, tylko żeby ochłodzić się w tamtejszej fontannie. Teraz tniemy pod górę szlakiem niebieskim, po drodze wspinając się na jedną ze sporych rozmiarów skałek. Kolejno docieramy na szczyt Trojaka, gdzie robimy przerwę i zdjęcia za barierką z pięknym widokiem. Kolejną atrakcją są ruiny ruin zamku Karpień, które „zwiedzamy”. Dalej Zaremba z Lulem zwijają się w stronę Starego Gierałtowa i szosy, by stopem podjechać do Bialskiej Jarmilki, gdzie nocujemy, a ja z Piotrem wzdłuż granicy z buta napieramy prawie do Przełęczy Gierałtowskiej, przed którą urządzamy sobie skrót wprost do tablicy Stary Gierałtów, nieopodal której znajduje się nasze dzisiejsze nocowanie. A w ogóle to jadłem chleb z oranżadą, bo nie chciało się szukać niczego lepszego. Na szlaku przez cały dzień spotkaliśmy dosłownie tylko parę osób, w schronisku też jesteśmy sami, no może poza kotem, który tam urzęduje. Zasięgu też tam nie było. Góry Złote mamy już za sobą.

13.07

Następnego dnia zrywamy się z wyr około 10 i uderzamy w kierunku Czernicy, po drodze w wyniku zagadania gubiąc czerwony szlak, a później jeszcze z kolei w wyniku dużej ilości przewalonych drzew na ścieżce szlaku żółtego i przymusowym pójściem na przełaj kolejno go odnajdując. Widok z Czernicy ani nawet z polanki z ławeczkami nieopodal nie zapierał tchu w piersiach, ale jagody były dosyć smaczne a i latawiec próbowaliśmy odpalić. Upał niesamowity. Schodząc tak sobie napotykamy na źródło, które ratuje nam życie a raczej przywraca chęć do niego. Oblewamy się wodą dosyć długo, by w końcu ruszyć dalej i dotrzeć prawie do Nowej Morawy gdzie prawie dopada nas burza. Dalej przez przełęcz Staromorawską dochodzimy do Bolesławowa i sklepu pierwszego od półtora dnia opuszczając definitywnie Góry Bialskie. Posilamy siebie oraz biegającego przy sklepie kota różnymi rzeczami i lecimy do Kletna, do schroniska, gdzie za 12 złotych mamy super warunki w postaci wygodnych łóżek oraz ogólno dostępnej kuchni, gdzie nawet cukier z solą był i malunki czegoś, co po rozszyfrowaniu stwierdziliśmy, że się nazywa Pandzia Żółcia i straszy mieszkańców po nocach wyjadając keczup.

14.07

Rano udajemy się do kopalni rudy uranu, już nieczynnej, ale zwiedzamy ją za to zakładając żółte kaski, była to też jedyna w Polsce kopalnia fluorytu. Wcześniej zaparkowaliśmy plecaki w budce przy parkingu strzeżonym oraz obadaliśmy kamieniołom nieopodal – fajne były poziomki, najlepsze te na samej krawędzi urwiska. Następnie odwiedzamy Jaskinię Niedźwiedzią, którą zwiedzamy w formie multimedialnej. Dalej udajemy się do Schroniska pod Śnieżnikiem celem konsumpcji jajecznicy i uwolnienia od gęstej mgły. Tutaj też zostawiamy plecaki i idziemy z latawcem i statywem na Śnieżnik, po drodze straż graniczna spisuje nikogo innego jak tylko samego Krzysztofa Zarembę. Schodzi nam na tym trochę czasu, bo trzeba było sprawdzić, czy Krzysiu płaci na bieżąco alimenty. Na szczycie wieje, jest zimno, mgła i pada, idealne warunki do robienia zdjęć i puszczania latawca. Odlewamy się z wiatrem na Czechy, a i latawiec w końcu zaplątał się na jakimś badylu po czeskiej stronie i trzeba było go odwinąć i spadać. Ze schroniska schodzimy szlakiem czerwonym i docieramy do Międzygórza, gdzie roi się od pięknych drewnianych i drewniano - ceglanych w tyrolskim bądź norweskim stylu domów. Sami nocujemy w pięknej ruderze, w której mieści się stacja GOPR, nawet Land Rovera mieli, kimanie 15 złociszy. Ogółem miejscówka jest super, schowany w lesie drewniany domek, z krzywymi stropami i zaciekami na ścianach i podłodze, ale za to skórzane sofy i schody na środku salonu, no i pies, którego pochodzenia nie znał nikt, nawet sami Goprowcy. Kupiliśmy też pizzę na wynos, i dwa dżemy, które konsumujemy we wspomnianym salonie.

15.07

Pobudka 7 rano, no z minutami. Szybkie śniadanie, pożegnanie z Mariuszem zwanym Marianem, krótkie porady co do noclegów od niego i toczymy się na przystanek PKS, pies niczyj też się z nami udał. Autobus zawozi nas do Bystrzycy Kłodzkiej, gdzie od 10 minut czekają na nas Przemas z Moniką, śpiąc sobie spokojnie na ławce. Wpadli do nas na weekend. Odwiedzamy muzeum filumenistyczne i cykamy wspólną fotę w centrum, bo odjeżdżają do nas już dziś Zbych z Marysią oraz Krzysiek. Udajemy się żółtym szlakiem w kierunku Gór Bystrzyckich. Pierwszy przystanek urządzamy na uroczej łące pełnej poziomek, motyli i innych kwiatków, spożywamy tam trzecie śniadanie. Kolejną przerwą jest Fort Wilhelma, a właściwie jego okolica, bo nie prowadzi do niego nawet najmniejsza ścieżynka. Przemas odsypiając pilnuje plecaków, a Monika zrywając jagody i poziomki pilnuje Przemka, żeby mógł spokojnie spać. My w tym czasie szukamy wspomnianego fortu. Idziemy drogą, później skręcamy w las i po około 200 metrach w dziczy w zasadzie bez trudu znajdujemy zarośnięte ruiny z 1790 roku. Niesamowity klimat tego miejsca, wyraźnie widać kształt obiektu – otoczony wałem i suchą fosą, wszystko zarośnięte zarówno krzaczorami jak i kilkudziesięcioletnimi wysokimi drzewami. Penetrujemy dokładnie całą budowlę dookoła i udajemy się z powrotem do plecaków. Dalej podążamy żółtym szlakiem, po drodze robiąc przerwę pod Anielską Kopą, skąd rozpościera się bardzo ładny widoczek na całą Kotlinę Kłodzką i okoliczne pasma górskie. Już zmęczeni dochodzimy na Kamienną Górę, z której to już nie ma aż takiej fajnej panoramy, ale za to jest trochę skałek, po których można poskakać, bądź też schować się pod nimi w niektórych przypadkach. Idealne miejsce do zabawy w chowanego, ale nie to nam w głowach, jeszcze przed nami daleka droga. Ścieżką Zajęczą i następnie jakąś następną kamienistą drogą docieramy do czerwonego szlaku i dalej nim koło leśniczówki Bobrowniki idziemy. Później tenże szlak nabiera trochę innego charakteru i prawie pionową dróżką staczamy się w głąb doliny, w której to już zupełnie nie można zauważyć cywilizacji, bądź też jakichkolwiek śladów, że ktoś tędy szedł przez ostatni rok. Wszystko jest zarośnięte, ścieżką, o ile można nazwać tak coś, po czym idziemy płynie czasem rzeczka, a czasem po prostu zalega błoto, a ogółem pokrzywy i inne maliny po łokcie. W końcu szlak skręca i teraz znów pod górę resztkami sił się wtaczamy po łące. Już niedaleko do schroniska, bo widać gdzieniegdzie jakieś śmieci czy walające się deski. Mówimy, że co by nie było to zostajemy w schronisku „Pod Muflonem”, a jak się okazało to było i to śmiesznie. Na drzwiach wisi kartka „Nieczynne”, no ale wchodzimy, w środku pustka, na pułkach resztki Tymbarków, kuchnia nieczynna, ogółem nikogo, jeden koleś gdzieś w rogu cicho siedzi. Pytamy co i jak, no i mówi, że spoko nas przenocuje, ale schronisko jest już nieczynne i będą je likwidować, wody nie ma, prądu nie ma, ogrzewanie nie działa, ponarzekał trochę i włączył wszystko. Woda była, ale jak ją odkręcił to w umywalce leciała ciurkiem, pod prysznicem podobno była ciepła, a prąd tylko w kiblu, ale baterie aparatowe naładować się udało. No a najlepsze na koniec. Przyjechał Mercedesem klasy E kierownik z dwoma laseczkami, zimne piwko było, spożywamy je na ławeczkach przed schroniskiem z panoramą na Duszniki Zdrój i widokiem na zachodzące za Górami Stołowymi słońcem. Jesteśmy trochę wykończeni. Wieczorem kontaktujemy się z Toffem, oznajmiamy mu, że nie mamy zamiaru wstawać na jego pociąg o 8:20 czy ileś tam, bo jesteśmy padnięci i będziemy spać. Rano nas budzi. Resztę opowie wam właśnie on.

16.07

Jest słoneczny poranek 16-go lipca, niedziela, gdy o godzinie 8:25 wysiadam z nieco spóźnionego pociągu w Dusznikach Zdroju. Tu – w schronisku Pod Muflonem – mam dołączyć do reszty ekipy, która bawi w górach już ładnych kilka dni. Schodzę do centrum miasteczka głównie po to, aby zaraz wspinać się do schroniska, które okazuje się być... nieczynne! Schronisko jednak nieczynne jest dopóty, dopóki nie pojawi się w nim jakaś większa grupka chętnych na nocleg jak informuje mnie gość, chwilowo zarządzający tym przybytkiem. (Ciekawostką jest fakt, iż na drugim piętrze w tymże nieczynnym schronisku, w pokoju nr 22 na oknie suszą się czarne stringi... Ciekawe jak długo już?)
Po śniadaniu ze Skałami Puchacza, Szczelińcem i Lisim Grzbietem w tle schodzimy – my znaczy Adam, Lul, Piotrek, (brat Adama) Przemek z dziewczyną i ja do Duszników tą samą ścieżką, którą godzinę wcześniej zasuwałem pod górę. Nabieramy wody mineralnej ze źródła Agata (niedobra, znaczy woda) na drogę i w centrum rozdzielamy się. Przemek zabiera swoją towarzyszkę w podróż życia do Kudowej, a następnie na Błędne Skały, gdzie mamy się spotkać, bowiem pozostała czwórka również tam butuje. Początkowy plan przewiduje tego dnia Skalne Grzyby, Szczeliniec i nocleg w schronisku Pasterka w Pasterce. Naturalnie już wkrótce zaczynają się spontaniczne modyfikacje w stylu „a może pójdziemy tam, a tu jutro?”, co jest w naszym przypadku raczej nie odbiegającym od normy objawem.
Na ulicy wspinającej się do przejazdu kolejowego znajdujemy przy śmietniku krzesło na kółkach. Pojawia się pomysł zjechania nim w dół ulicy. Niestety z braku kandydatów na kamikaze pomysł upada. Niebieskim szlakiem zbliżamy się do Skał Puchacza, w okolicach których znajduje się dawny kamieniołom, a nieco wcześniej tabliczka witająca w Parku Narodowym Gór Stołowych. Wspinając się w górę (a tak na boku – czy można wspinać się w dół...?) natrafiamy na „skocznię narciarską”, a konkretnie na kamienną, płytką ale szeroką i wysoko biegnącą rynnę. Punkt K skoczni określamy na jakieś 200 metrów, ale znów brakuje śmiałka, do zweryfikowania tej teorii. Patrząc na tę rynnę i mapę nasuwa się skojarzenie, iż być może używano ją w ramach infrastruktury kamieniołomu do transportu kamiennych bloków lub czegokolwiek innego. Po wdrapaniu się na szczyt (i oczywiście punkt widokowy) urządzamy popas, aby po chwili ruszyć nadal niebieskim szlakiem ku Lisiej Przełęczy. Po drodze jest trochę jagód skutkujących niebieskim uzębieniem u niektórych oraz pompki w wykonaniu Lula półtora metra nad ziemią z plecakiem pomiędzy dwiema skałami.
Z Lisiej Przełęczy włazimy na Fort Karola, skąd Szczeliniec widać już bardzo dobrze, bo jest oddalony o skromne 3 kilometry. Stamtąd czerwonym szlakiem człapiemy na Błędne Skały. Jest gorąco i droga zaczyna się nam nieco dłużyć. Według mapy powinna zająć godzinę i dwadzieścia minut. Według drogowskazów około dwóch godzin. Prawda leży gdzieś po środku. Przed samymi Błędnymi spotykamy parę, która odłączyła się od nas rano, a która jeszcze tego samego wieczora wraca do domu. Na Błędne wchodzimy „od tyłu” i zwiedzamy pod prąd, o co pretensje mają co niektórzy z licznie napotykanych niedzielnych turystów samochodowych w japonkach, sandałkach i różowych bluzeczkach... Naturalnie jest tam zakaz wchodzenia na skały oraz zbaczania ze ścieżki. Po trudach przedzierania się przez skały (nieraz i na czworakach, bo plecaka nie chciało się zdejmować) mniej więcej w połowie trasy naturalnie zakaz łamiemy – włazimy na pokaźny głaz i jemy patrząc z góry na pełzające dołem, a nieco zmieszane naszym widokiem japonki, sandałki i różowe bluzeczki. Kończymy popas i wyłazimy z Błędnych Skał na kolejny punkt widokowy, gdzie główną atrakcją jest Śnieżka.
Z Błędnych schodzimy po granicy z Czechami zielonym szlakiem (dosłownie zielonym, bo zarośniętym wysokim świerkowym lasem i grubą warstwą innych drobnoustrojów jak np. krzaki jagód, które są wszędzie, nawet na wielkich blokach skalnych walających się gdzieniegdzie) do Ostrej Góry. Wioska ta w pełni zasługuje na swoją nazwę, bo tuż za nią zaczyna się prawdziwa premia górska. Jest stromo i męcząco, na szczęście do schroniska w Pasterce zostaje już niewiele. W schronisku prysznic, kolacja, piwo i spać. Wcześniej jeszcze podczas zakupywania drugiego piwa (a może wrzątku?) następuje drobny zgrzyt ze strony średnio miłej i raczej mało sympatycznej pani bufetowej/kucharki/starej jędzy (niepotrzebne skreślić). Otóż niecierpliwie oczekując przy kontuarze na zakup wody z dodatkiem chmielu (a może tylko gorącej wody?) pewien osobnik uderza rytmicznie w znajdujący się tam recepcyjny dzwonek, celem przywołania osoby uprawnionej do sprzedaży owego piwa (wrzątku?). Osoba w postaci wyżej wspomnianej pani w końcu się pojawia, lecz pierwsze co robi to chwyta dzwonek i chowa pod ladę ze słowami, w których daje się wyczuć nutę słabo maskowanego wkurzenia, cytuję: „Zabawkę sobie znaleźli...!”

17.07

Z Pasterki lecimy na Szczeliniec skoro świt. Czyli około dziesiątej-jedenastej. Przy ostatnich zabudowaniach wsi mijamy zagubionego w pokrzywach i krzaczorach Kurczaka z rożna i podchodzimy żółtym szlakiem od „dzikiej”, północnej strony Szczelińca. Na szczycie obowiązkowo tarasy widokowe i piękne panoramy gór skąpanych w południowym słońcu. Zaliczamy skalny labirynt za 2,50zł. Znowu jest ciasno, znowu miejscami na kolanach, ale przecież nie pojechaliśmy w góry, żeby narzekać. Na dodatek znajdujemy wręcz fantastyczną zabawkę – śnieg! Jest połowa lipca, a w rozpadlinie, do której zaraz też schodzi Adam zalega całkiem sporo śniegu, którym to zaraz się rzucamy! Zabawa przednia, turyści (japonki, sandałki i różowe bluzeczki) nieco zdziwieni naszą plebejską rozrywką, choć w nie mniejszym stopniu obecnością śniegu. To w końcu tylko 919 metrów, więc białego puchu, który jest raczej zmrożoną i brudną breją nikt się nie spodziewał. A z drugiej strony, miejsce gdzie śnieg zalega zwane jest Piekiełko... Po opuszczeniu labiryntu trafiamy na kolejne tarasy z panoramą w kierunku wschodnim, z Masywem Śnieżnika majaczącym w oddali. Szczęśliwie udaje się odwieść Adama od pomysłu przeskoczenia na skałę odległą od tarasu o co najmniej 189 cm, a może nawet i 2 metry. To jeszcze nic wielkiego, ale kilkunastometrowa szczelina wprowadzała jednak pewien procent ryzyka w to przedsięwzięcie. Szczeliniec opuszczamy po jego „cywilizowanej” stronie. Tej przeznaczonej dla japonek, sandałków i... Tej, po której były... schody. A u podnóża co krok to stoisko z pamiątkami z Gór Stołowych w postaci drewnianych mieczy, gumowych dinozaurów, świecących długopisów i zapalniczek z gołymi babami. Były też różnej maści certyfikaty, w tym certyfikat piwożłopa! Nie wiedzieć czemu, nie otrzymaliśmy takowych za darmo... Rozczarowani z tego powodu udaliśmy się w stronę sklepu – jedynego w okolicy, gdzie ceny piwa stanowią doskonały przykład dla studentów marketingu, jak powinna wyglądać polityka cenowa monopolisty na rynku. Sklep ten mieści się w Karłowie, gdzie mimo wszystko posilamy się i poimy odrobiną napoju chmielowego. Tu też ogłaszamy ten dzień Dniem Piwosza! (W piwnym menu dominuje Książ – skutkiem tego Lul już do końca wyjazdu odnosi się do tej marki z dystansem i sceptycyzmem wyrażającymi jego doznania związane z konsumpcją.)
Z Karłowa przy pomniku poległych w Wielkiej Wojnie okolicznych mieszkańców uderzamy na leśną drogę – raczej boczną i całkiem malowniczą. Celem jest Radków, zaś droga – pomimo swej niekwestionowanej przyrodniczej urody – nudnawa. Mijamy Wielkie Torfowisko Batorowskie, które wielkim jest chyba tylko na mapie, bo zdaje się, iż w ogóle go nie zauważamy. Na skrzyżowaniu wbijamy się na szlak koloru dojrzałego banana, by w końcu, po chwilowym kluczeniu po chaszczach Radkowskich Skał trafić na niebieski szlak, którym schodzimy do Radkowa. Tamże najpierw sklep i lody z oranżadą malinową, potem zaś godzina wylegiwania się w parczku niedaleko przystanku z zimnym piwem w dłoni.
Rozklekotany PKS nareszcie przyjeżdża, zaś 15-to kilometrową podróż do Słupca przez Wambierzyce okraszamy następnym Książem. W Słupcu pierwsze co rzuca nam się w oczy to bar mleczny! Zamknięty... Cóż możemy zrobić...? Idziemy do sklepu po piwo i w drogę czerwonym szlakiem – do Srebrnej Góry. Na szczycie pasma wzgórz przez które wiedzie szlak urządzamy popas. Przysiadamy na zwalonej kolumnie postawionej tam w 1680 roku przez Collegio Glacensi (cokolwiek to znaczy) i raczymy się specjałami typu chleb z pasztetem i keczupem Aro za 0,99 groszy oraz wiadomo czym. Jest już dość późno, bo po osiemnastej, a my mamy jeszcze kawał drogi do celu i coraz mniej chęci na człapanie. Ale iść trzeba. W Czerwieńczycach (przeze mnie uparcie zwanych Ciemięcieżycami z powodu braku chęci na dokładne sprawdzenie na mapie prawidłowej nazwy) wracamy z polnej drogi na szosę i niebiosa litują się nad nami! Łapiemy stopa! Mniej istotne, czy to Mercedes czy Volkswagen – ważne, że bus, który podwozi nas do Nowej Wsi Kłodzkiej. Tam za płotem jednego z gospodarstw pod tabliczką UWAGA! ZŁY PIES! natykamy się na szczeniaka, który z radości na widok ludzi mało nie przetyka łba przez siatkę. Zaiste, przesympatyczne bydlę. Z kolei zaraz za Nową Wsią Kłodzką łapiemy czerwonego Opla Kadeta prowadzonego przez mieszkańca Srebrnej Góry, który podwozi nas prawie pod samo schronisko. A dokładniej na parking, w pobliżu którego jest bar. A skoro jest bar, a mamy Dzień Piwosza... W barze jest tablica cała pogryzmolona podpisami ludzi, którzy już tu byli. Tak też i my się podpisujemy czcionką tak wielką, iż przeoczenie jej graniczy niemal z cudem!
Schronisko niestety nie chce nas przyjąć, czego dowiadujemy się dopiero od pani z kuchni w piwnicy, bo recepcji brak. To znaczy jest, ale już zamknięta. Nie, to nie. Sami sobie znajdziemy nocleg. I faktycznie, szosa wykonuje „S w dół”, a my trafiamy na tabliczkę informującą o noclegach. Właścicielka zgadza się na 15zł bez pościeli. A do tego nie musimy płacić za wrzątek, bo mamy do dyspozycji kuchnię! Tymczasem Piotrek zostaje, a Adam, Lul i ja idziemy poszukać sklepu. I jakieś 500 metrów niżej takowy znajdujemy. Sklepowa wprawdzie ma już do połowy opuszczoną roletę, ale zgadza się nam sprzedać to i owo (dzięki temu na kolację jest makaron z serem i fasolą!). Wyprawa do sklepu przedłuża się nieco, bowiem w drodze powrotnej zaglądamy do drink baru Sokółka (ul. Letnia 26, Srebrna Góra) z mocnym postanowieniem: jeśli piwo będzie za 3,50zł to zostajemy! Zostaliśmy.

18.07

Z racji, iż dzień poprzedni był Dniem Piwosza, dość późno wyruszamy wpierw zwiedzić srebrnogórską twierdzę, później zaś na szczyt Wielka Sowa i nocleg gdzieś w tamtej okolicy. Zbudowaną w latach 1765-77 przez Fryderyka Wielkiego twierdzę, zwaną po walkach w 1807 roku z armią Napoleona śląskim Gibraltarem oglądamy na własną rękę. Właściwie to oglądamy tylko fort Donjon – główny element twierdzy. Najpierw spacerujemy po chłodnych wnętrzach, chroniących przed palącym słońcem (co nie jest bez znaczenia, bowiem nie wszyscy jesteśmy w najwyższej formie), później zaś po wierzchu fortu, który przynajmniej na mnie robi wrażenie. Jest tam też lorneta dostępna po wrzuceniu pieniążka. Otóż okazuje się, że i bez tego da się jej używać, choć przy obracaniu stawia zaciekły opór! Niepotrzebnie... Zabieramy plecaki z kasy, gdzie zostały na przechowanie, rzut oka na mapę i napieramy. To akurat ta nudniejsza część szlaku. Ani wiosek, ani sklepów, ani jakichkolwiek atrakcji. Tylko las i góra, dół, góra, dół, góra... (Plus drobna przerwa na eksterminację grzyba znalezionym nieopodal pięciokilowym młotem, zostawionym zapewne przez drwali, których regularnie napotykaliśmy). Tak mniej więcej upływa czas. Gołębia, Przełęcz Pod Gołębią, Malinowa, Przełęcz Pod Szeroką, Szeroka, Przełęcz Woliborska. Tu natykamy się na cywilizację – czytaj: szosę i stół z ławkami. To oznacza popas, na którym zjadamy ostatnie oprócz paczki herbatników zapasy jedzenia.
Niezbyt chętnie ruszamy pod górę. Następny postój to Wigancicka Polana po przejściu zaledwie 1,5 km. Coraz częściej i na coraz dłużej zaczynamy się zatrzymywać. Potem jest szczyt Popielak i Bielawska Polanka, gdzie zjadamy wygrzebane z mojego plecaka herbatniki i popijamy resztkami posiadanej wody. Przy okazji rzucamy się grudami błota dla rozrywki. Może to i niezbyt wysokich lotów impreza, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma... Stamtąd skręcamy na niebieski szlak rowerowy. Może jest i ciut dłuższy, ale za to biegnie cały czas mniej więcej poziomo. Omijamy przez to wieżę widokową na Kalenicy, ale trafiamy strumyki spływające z gór! Nareszcie woda! Przy pierwszym jest średniej jakości, przy drugim już lepsza, a przy trzecim pierwsza klasa! Jest też ławeczka i stolik, więc spędzamy tam dobre pół godziny oblewając się wzajemnie, tworząc napisy na okropnie kurzącej się drodze, tamując strumyk i ponownie go udrażniając, itp. W końcu ruszamy się, bo czas najwyższy dotrzeć do schroniska i zdjąć zaczynające już ciążyć buciory. A jako, że nie mamy sił i czasu aby jeszcze leźć na Wielką Sowę, nocujemy wcześniej.
Schronisko Zygmuntówka położone jest przy cokolwiek stromym stoku narciarskim. Ale to w sumie mniej istotne. Miejsca są, wrzątek za 50 groszy (tudzież za 50 giera jak by powiedział Adam), ale prysznic za 2zł, a kibel za zeta! Tego jeszcze nie było! Ale z brudu jeszcze nikt nie umarł, a opłaty za wychodek nie są egzekwowane zbyt sumiennie, więc nie płacimy. Jeszcze tylko godzinny wypad do sklepu do Jugowa po niezbędne zaopatrzenie (Piotrek zostaje w schronisku), czyli lody, oranżadę (to na miejscu), piwo, chleb, paprykarz czy napój winopodobny (to na wynos). W drodze powrotnej zaglądamy – z postanowieniem takim jak w Srebrnej Górze – do Bukowej Chaty, która zimą stanowi bazę dla klientów stoku narciarskiego, u podnóża którego się znajduje. Wbrew nazwie, chata to to na pewno nie jest. Raczej hotel i to nie jedno czy dwugwiazdkowy. Ale szybko wychodzimy, bo nie jesteśmy grupą docelową piwa za siedem złotych... Kolację okraszamy wspomnianym napojem winopodobnym oraz lekturą lutowego numeru kobiecego czasopisma Claudia. Lektura prowadzona jest na głos. Piszą tam między innymi o ćwiczeniu jakiegoś tam mięśnia, o ogródkach piwnych, dmuchanych pudlach i testach na typ osobowości. Być może nasza interpretacja tekstu jest nieco nieszablonowa, ale za to szalenie wesoła (momentami aż do łez!). Jest tylko jeden minus tego noclegu – strasznie twarde wyra!

19.07

Ze schroniska przez Przełęcz Jugowską w 40 minut docieramy na Wielką Sowę. Wpierw dręczymy kota, który przyleciał jak tylko zobaczył, że pojawili się jacyś ludzie. Zapewne sęp liczył na żarcie. Stoimy u podnóża wieży widokowej z 1906 roku, świeżo odremontowanej (maj 2006) i suszymy całe mokre na plecach koszulki i zastanawiamy się nad ceną wejściówki, gdy jakiś dziadek oznajmia nam, że bilety to u niego i że nie ma studenckich. O nie! Za 4 złote to nie włazimy! Ale Lul przynosi dobrą wieść – w wieży mają piwo. Za 5 zł i to ciepłe... Rezygnujemy... Gdy zbieramy się już do zejścia z Wielkiej Sowy, ów namolny dziadek od biletów zaczyna nam (przez nikogo nie pytany) doradzać, że do Walimia to trzeba iść czerwonym szlakiem. Geodetą może nie jestem, ale na mapach na tyle się znam, że widzę wyraźnie, iż do Walimia prowadzi szlak żółty. Pozwala mi to zignorować „dobre rady” dziadka.
Toczymy się w dół. Po drodze zdobywamy jeszcze Małą Sowę i nieco na skróty wypadamy z lasu na szosę idealnie naprzeciw podziemnego kompleksu Rzeczka. Pani w kasie doradza nam szybkie dołączenie do grupy, która dopiero weszła do kompleksu. Zrzucamy plecaki w pokoju przewodników, gdzie rzekomo mają być bezpieczne, chwytamy polary, bo wewnątrz jest +5 stopni i idziemy. Aparaty mamy dobrze schowane w rękawach polarów, bowiem przywilej czynienia fotografii w sztolniach kosztuje 3 złote, a te pieniądze można znacznie pożyteczniej zainwestować, np. w lody albo piwo. Po chwili doganiamy grupę turystów (o, przepraszam, miało być: japonek, sandałków i różowych koszulek, choć na szczęście były wyjątki) i brodatego przewodnika. Zwiedzamy zarówno obetonowane korytarze, jak i te zaledwie wydrążone w skale. W jednej z największych znanych hal wszystkich okolicznych podziemnych kompleksów jako przykład obrazujący jej wielkość stoi... biały Fiat 126p! Po wyjściu z wnętrza góry bawimy jeszcze chwilę w bunkrze wartowniczym, po czym pobieramy przysługujące nam „zniżki” z tytułu okazania biletów ze Srebrnej Góry. Zniżki okazują się być średnio gustownymi pocztówkami (z resztą pocztówka pocztówce nie równa, bo każdy dostaje inną). Nic to, idziemy do centrum Walimia, do sklepu. Wspomnieć należy, iż nazwa miejscowości zobowiązuje – co kawałek mijamy rudery, ruiny czy budynki grożące zawaleniem. Po zakupach ostro napieramy na kolejny podziemny kompleks – Włodarz. Trzeba zagęszczać ruchy, bo czas ucieka, a mamy jeszcze do zwiedzenia Osówkę.
Na Włodarzu czekamy 20 minut na wejście do wnętrza, zaś plecaki czekają na nas przy kuchni. Czas ten wykorzystujemy na krótki popas oraz zabawę ciężarowym Ziłem i sprawną armatą p.panc. kalibru 85mm stojącą przed wejściem. Wreszcie pobieramy obowiązkowe kaski i znów zanurzamy się w ożywczo chłodną ciemność tuneli. Przewodnika mamy dość zabawnego, bo opowiada w taki sposób, że trudno się oprzeć wrażeniu, że zamiast strun głosowych ma wbudowany magnetofon. We Włodarzu nie ma może wystaw takich jak w Rzeczce, ale za to korytarze są znacznie dłuższe i do tego atrakcją jest rejs łódkami po części zalanych tuneli. Jedną z łódek (naszą!) na ochotnika prowadzi Adam. Nie wiem jak pozostali pasażerowie, ale nasza trójka nie ufa zbytnio w umiejętności kierownika łódki. Szczęśliwie poziom trudności rejsu jest na poziomie pierwszej klasy gimnazjum imienia Kawalera Orderu Uśmiechu w Wałbrzychu (tak, tak – jest takie). W drodze powrotnej do „przystani” pomagamy łódce w osiągnięciu sensowniejszej prędkości odpychając się od ścian korytarza, co oczywiście jest zabronione... Wychodzimy z Włodarza – uderzenie fali gorąca. Wyjście z +5 stopni na +30 musi jednak być odczuwalne. Łapiemy plecaki i zasuwamy na Osówkę – ostatni z kompleksów na naszej trasie. Czasu mamy niezbyt dużo, bo według informacji z neta Osówka otwarta jest do 18tej, a mamy 16tą i minut kilka. Ale to tylko 4 km, więc powinniśmy zdążyć. Tempo mamy szybkie, mimo że nogi porządnie dają się we znaki. Do Osówki docieramy na 17:30. Tyle że wszystko jest tam pozamykane na głucho... Czyli cały wysiłek na marne. Odpoczywamy, gasimy pragnienie wodą ze źródełka (trochę to wątpliwe źródełko, gdy z ziemi wystaje końcówka szlaucha), bawimy się wypalonym wrakiem ciężarowego Lublina, którego można śmiało datować na początek na lat 50-tych. Teoretycznie plan zakłada nocleg gdzieś w okolicy, czy to na dziko, czy na prywatnej kwaterze. Do domu zaś mamy wracać następnego dnia stopem w dwuosobowych zespołach. Jako, że modyfikowanie planów na bieżąco to nasza specjalność, dochodzimy do wniosku, że mamy duże szanse na zjechanie do Wałbrzycha na pociąg o 22:02. Butujemy więc do Głuszycy i to już nie jest męczące – powoli staje się marszem przez mękę... Nogi bolą, a iść trzeba. Do tego słońce, mimo, że jest już po 18tej grzeje niesamowicie...Dowlekamy się do Głuszycy, w sklepie zasięgamy informacji i dowiadujemy się, że lepiej łapać busa do Wałbrzycha niż czekać na PKS. Posilamy się lodami, a po chwili udaje nam się dopaść transport. Wreszcie wygodne fotele... Tylko coś nikt nie przejawia chęci do siadania w pobliżu nas. Czyżbyśmy aż tak „wonieli turystyką” (czyli śmierdzieli potem)? Ale przynajmniej podziwiamy jadące z nami busem zdrowe dziewczyny, jak to określił Lul.
W Wałbrzychu przegapiamy dworzec PKP, w efekcie czego znowu musimy maszerować. W marszu pomaga supermarket Albert oraz zakupione tam rekwizyty w ilości 4 sztuk. Rekwizyty opróżniamy w pobliskim parku za Komendą Główną Policji i po jakimś czasie docieramy na dworzec Wałbrzych Miasto. Kupujemy bilety i jak na skrzydłach lecimy na drugą stronę ulicy do Żabki po prowiant i Leśne Dzbany! Objuczeni zakupami (w tym wielką paką flipsów) stwierdzamy nadmiar wolnego czasu pozostały do odjazdu pociągu. Na szczęście dosłownie dwa kroki obok jest bar kategorii CPS (Całkiem Przyjemna Speluna). A skoro jest bar, a piwo będzie kosztować nie więcej niż 3,50zł to zostajemy. Zostaliśmy! Adam ucina krótką pogawędkę z autochtonem, który ongiś pracował w Gdańsku, zachwycamy się „kartą dań” wywieszoną na ścianie, a szczególnie, cytuję: hod-dogiem. Tymczasem zbliża się czas odjazdu pociągu. Leziemy na peron. Jeszcze kilkanaście minut i ładujemy się do wagonu rowerowego, wbijamy w pierwszy wolny przedział, zdejmujemy nareszcie buty i zaczynamy biesiadę! A co, należy nam się!
zdj1
Urokliwa miniaturka mostu Karola w Kłodzku - a pusty dlatego, że to było koło 6 rano
zdj2
Chwila przerwy na szczycie Trojaka. Uwagę zwrócić warto poza flagą klubową na mocherowy świeżo nabyty krawat Krzyśka.
zdj3
Przed Bialską Jarmilką Piotr i jego kot, znaczy nie jego tylko Jarmilski.
zdj4
Życiodajny wodopój, przy którym spędzamy dobre pół godziny.
zdj5
Szczyt Śnieżnika i piękna panorama na całą Kotlinę Kłodzką, no i my czyli od lewej: Lul, Krzysiek, Piotrek, Marysia, Zbyszek, Adam, a od prawej: Adam, Zbyszek, Marysia, Piotrek, Krzysiek, Lul
zdj6
Odpalanie latawca na Śnieżniku wzbudzało całkiem spore zainteresowanie przechodniów
zdj7
W Międzygórzu staczamy się na autobus i towarzyszą nam bezpańskie psy
zdj8
8/9 ogółu uczestników wyjazdu czyli: Adam, Lul, Piotr, Krzysiek, Marysia, Zbych, Przemas, Monika
zdj9
Jeden z licznych chwilowych uczestników wycieczki, oj a było ich naprawdę dużo
zdj10
Śniadanko na jakieś łące oraz flaga klubowa, która znalazła sobie nowe zastosowanie
zdj11
A ten z kolei chciał nas pożreć na śniadanie, ale chyba nie daliśmy mu się
zdj12
W Górach Bystrzyckich napotkaliśmy na dość nietypowe oznaczenia szlaku
zdj13
W nieczynnym schronisku Pod Muflonem ustalamy plan logistyczny na kolejny dzień
zdj14
Dołączył do nas Toff co i zaowocowało fotką przed schroniskiem
zdj15
Takich przepaści na niebieskim szlaku było całkiem sporo :D
zdj16
Pod skałą, na której siedzimy była oczywiście przepaść, ale na szczęscie jej nie widać ;)
zdj17
hmm no dobra pozostawię to bez komentarza - zajrzyjcie do relacji ;)
zdj18
Wpełzywaliśmy na większość skałek...
zdj19
..ale czasem to te skały już olewaliśmy ;)
zdj20
Jak to na Błędne Skały przystało napotkaliśmy mnóstwo różnych ciekawych lub mniej ciekawych form skalnych
zdj21
A no oczywiście widoki były
zdj22
Na Szczelińcu Wielkim
zdj23
W Piekle nieopodal Szczelińca Wielkiego smaży się Lul na słońcu
zdj24
Dzień Piwosza obfitował również w całkiem interesujące krajobrazy
zdj25
W twierdzy Donjon w Srebrnej Górze
zdj26
Widok z Twierdzy
zdj27
Kolacja w Zygmuntówce
zdj28
Wartownik Toff w kompleksie podziemnym w Walimiu
zdj29
Tak się trochę zastanawialiśmy jak ten fiacik się tam znalazł
zdj30
A tu we Włodarskich podziemiach wszyscy szczęśliwi, bo zaraz będziemy pływać łodzią
Komentarze wyjazdu
Adam Piotrowski
adam p
klubowicz
725097   adampiotrowski@poczta.fm   rowerami.com  
ufff :: 2006-07-22 03:38:15
oj musze przyznac iz wybranie 30 zdjec z ponad 700 to calkiem ciezka sprawa. w kazdym razie wyjazd super :) dzieki dla uczestnikow ze wpadli ;)