glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Rowerkiem na wschód Polski
termin: 25-31.VIII
sezon: Wakacje 2006
1150197364
Autor tekstu: Michał - kolor czarny, Maciek - kolor niebieski
Autor zdjęć: Michał / Maciek Rynkiewicz

Więcej zdjęć:
http://www.pg.gda.pl/~maciex/fotki/wschod/

25-08-2006
Osobowym docieramy do Morąga. Jest 16 z minutami. Zakupy w Biedronce (parówki i bułki) i jazda na Żabi Róg. Pogoda elegancka, ciepło, prawie bezwietrznie. Z Żabiego Rogu chcemy jechać na Gubity, Gamerki, Pupki i przez Jonkowo bocznymi drogami do Olsztyna. Ale już w Gubinach mylimy drogę. Objeżdżamy okoliczne jezioro ze złej strony i po jakimś czasie trafiamy do Florczaków, przy głównej drodze Morąg-Olsztyn, czyli przy tej drodze, której chcieliśmy uniknąć. Trudno, ale za to będziemy mieli równy asfalt, bo już kilka razy jechał tędy TDP.
W Olsztynie jesteśmy na 19. Przebijamy się przez starówkę, gdzie trafiamy na jakiś koncert, gdzie jakaś grupa śpiewa coś po ukraińsku. Nie mamy czasu dochodzić co to za jedni, więc szybka fota i kręcimy przez miasto. Zaliczamy sklep i Olsztyn za nami. Zaczyna się robić zimno, ale jesteśmy już w Klebarku Wielkim, skąd na nocleg zostaje nam dosłownie błysk szprychy. Oglądamy zachód słońca lecąc do Klewek (tak, do TYCH Klewek). Kilkanaście minut później jesteśmy w naszym domku w lesie. Rozpalamy w kominku, pieczemy kiełbaski i otwieramy coś zimnego.
Dystans – 72km

26-08-2006
Pobudka o 7, otwieramy oczy, a tu... leje. Co za porażka... Śpimy dalej, może przestanie. W końcu wstajemy o 8:40, bo i tak nic się nie zmienia.
Jest 10 – nadal pada. Nie czekamy dłużej, pakujemy się, trzeba jechać. 10:45 – wyruszamy, przestaje padać (mży tylko). Kawałek błotnego czelendżu przez las i po około 12km jesteśmy na asfalcie w Patrykach. Później nic szczególnego się nie dzieje. Droga, las, pola, darmowa kukurydza, itd. Przy szosie pomiędzy Nowymi, a Starymi Kiełbonkami trafiamy na cmentarz z XIX wieku – postój, parę fotek. Na wyjeździe ze Starych Kiełbonek Toffiego atakuje pies (z gatunku tych wkręcających się w szprychy). Toff tylko wyciąga nogę, piesek dostaje z buta – robi 360 wokół własnej osi i wraca do siebie. Będzie miał nauczkę.
Postanawiamy, że dziś jedziemy do Rucianego-Nidy na nocleg. Wjeżdżamy przez Nidę, która jest straszną dziurą! Dojeżdżamy do campingu PTTK (który campingiem PTTK’u jest tylko z nazwy). Wchodzę, pytam o zniżki, ale oni niestety nie honorują. Bez komentarza... Ceny za nocleg nas nie zadowalają – kobieta z IT mówi, że minimum 30zł. Szok, w Zakopanem jest taniej. Niestety pod IT przytrafia się nam najgłupsza awaria. Rowery stoją razem oparte, jeden się obsuwa i oba leżą. Pęka pancerzyk linki zmiany przedniej przerzutki. Wygina się w taki sposób, że jedyne co daje się zrobić, to wyregulować tak przerzutkę, że mam tylko 1 i 2 – dramat... Ale kręcimy korbą dalej, dojeżdżamy do Wejsun, gdzie znajdujemy nocleg za 15zł w kwaterze prywatnej.

De facto nocleg jest za dychę, bo właściciel myli się przy wydawaniu nam reszty, a my siedzimy cicho. Warunki nie powalają na kolana, ale ważne, że mamy dach nad głową. Bierzemy prysznic (jest za 5zł, ale płacimy tylko za jeden) i butujemy spory kawałek do sklepu. Kupujemy „prawie jak piwo” (Regina z browaru Giżycko – jak to ma być królowa piw, to ja jestem książę afrykański), lody, herbatę i chleb. W drodze powrotnej obdarowujemy dwóch przemiłych sympatyków win polskich złotówką, bo im brakuje, cytuję: „trzy zeta do bałagana”. Są średnio zadowoleni, chyba liczyli na więcej. Docieramy na kwaterę, jest 21, a my padamy. Przemoczone rzeczy suszą się gdzie się tylko da, idziemy spać.
Dystans w deszczu i po mokrych drogach – 86km

27-08-2006
Budzę się, wyglądam przez okno i – alleluja! – czyste niebo! Co za odmiana w porównaniu do wczoraj! Zbieramy porozwalane po pokoju rzeczy, śniadanie na świeżym powietrzu i jedziemy. Kierunek – Popielno i prom na przesmyku na jeziorze Bełdany. Po drodze przejeżdżamy przez rezerwat konika polskiego (koniki również napotykamy). Chcąc być jak najwcześniej w Giżycku naciskamy ile sił w nogach. Przy promie jesteśmy o 10. Jak łatwo się domyślić, prom kursuje od 11... A byliśmy tacy szczęśliwi, że mamy dużo czasu... Spędzamy bezczynnie tę godzinę, bulimy po 3 zeta od łebka i po 10 minutach ruszamy na Mikołajki, przez które śmigamy robiąc tylko dwie fotki. Centrum odpuszczamy, bo też i zapewne nie ma tam nic ciekawego. Dalej prujemy na północ nowiutką szosą. Przez kilka kilometrów nie schodzimy poniżej 30km/h, ale w końcu trzeba jednak odbić na Giżycko. W Szymonce zatrzymujemy się przy kanale, po którym co chwila idzie w jedną, bądź drugą stronę jacht. Cox zażera się kanapkami ze smalcem, a ja szukam umocnień z XIX/XX wieku jak wskazuje mapa. Umocnień nie znajduję (co wcale mnie nie dziwi).
W Kozinie uzupełniamy zapasy energii i do Giżycka – do twierdzy! Twierdzę znajdujemy bez problemu, chociaż chcemy się tam wbić zamkniętą, boczną bramą. Jakiś gość kieruje nas do właściwego wejścia, przy kaponierze. Objeżdżamy fosą bastiony Leopold i Ludwig i wjeżdżamy na dziedziniec. Zwiedzanie za 3 złocisze, przewodnika sobie odpuszczamy. W 40 minut obchodzimy twierdzę – ciekawe miejsce. Centrum Giżycka odpuszczamy podobnie jak Mikołajki (nie teraz, to następnym razem je zobaczymy), bo mamy zamiar zdążyć jeszcze do Martian i Gierłoży (Wilczego Szańca).
W Martianach odrestaurowany bunkier jest na prywatnej posesji, którą znajdujemy bez problemu – jest przy głównej drodze do Kętrzyna. Ale wszystko pozamykane na głucho... Dzwonimy pod podany numer telefonu i ku naszemu rozczarowaniu okazuje się, że właściciele wyjechali 10 minut wcześniej i wrócą za 2 godziny. Jedziemy więc dalej i po kilku kilometrach zjeżdżamy z asfaltu na leśny dukt w kierunku Wolfenschanze. Droga okazuje się być starą, bardzo starą leśną drogą. Brukowaną... Dla samochodu (a szczególnie czarnych Mercedesów wożących niemieckich oficerów do okolicznych kwater jakieś 60 lat temu) to żaden problem. Dla roweru i rowerzysty – morderstwo. Tym bardziej z sakwami. Trzęsie potwornie, ale jedziemy. Mała konsternacja przy krzyżówce, której nie ma na mapie i wkrótce wypadamy wprost na bramę Wilczego Szańca. Rowery zostają przy kasie (parking za zeta), a my (5 zeta od głowy) maszerujemy przez byłą kwaterę Adolfa. Mijamy powysadzane bunkry, zaglądamy tu i tam – oficjalnie oczywiście nie wolno, ale kto by tam się przejmował. Ja wbijam się na dach schronu (albo jak kto woli bunkra) Hermanna Goeringa, na dachu którego znajdują się stanowiska armat p.lot. Dziwnym trafem armaty jednak nie zachowały się.
Z Wilczego Szańca strzała na Kętrzyn, aby znaleźć jakiś nocleg. Ale trafiamy tylko jedno miejsce i to za 30zł – to nie dla nas (na dodatek właściciel, pomimo naszych starań, nie rozumie, co oznacza nocleg bez pościeli – głupi jakiś...?). Zaś w tej samej miejscowości, gdy stoimy pod sklepem, dwójka dzieciaków, myśląc, że jesteśmy Niemcami, próbuje wyłudzić od nas lody albo inne cukierki (dziecko do mnie: „Dzień dobry”, ja: „Dzień dobry”, dziecko do drugiego dziecka: „Eee, Polaki...”, a po chwili znów do mnie: „Kupisz nam lody?” – nie kupiłem, nie mam w zwyczaju dokarmiać sępów). W Kętrzynie przychodzi nam do głowy złapać pociąg do Olsztyna, gdzie nocleg z racji posiadania tam rodziny mamy za free. Pociąg jest i to już za pół godziny – pośpiech „Pogoria”. Gdy podjeżdża z niemałym trudem ładujemy się z niskiego peronu do wagonu rowerowego i po godzinie jesteśmy w Olsztynie.
Dystans – 95km

28-08-2006
Dziś dzień lajtu. Pogoda jest znośna, więc jedziemy gdzieś w okolice Olsztyna. Wybór pada na kierunek północny, a konkretnie na Barkwedę i jazy na rzece Łynie tamże. Jest tylko jeden mały problem – przez drobne nieporozumienie nie wzięliśmy mapy. Ale przyjrzałem się jej przed wyruszeniem, więc jakoś sobie poradzimy. Z Olsztyna przez Kieźliny i Dywity wypadamy na szosę na Barkwedę. Po drodze przejeżdżamy przez Brąswałd, gdzie zaglądamy do neogotyckiego kościoła. Zaglądamy to duże słowo – wtykamy nosy (i obiektyw) przez kratę w przedsionku. Kościół ładny, a obok rosną darmowe papierówki.
W Barkwedzie jesteśmy po kilkunastu minutach. Przy moście z jazami postój na foty. Z Barkwedy chcemy jechać niebieskim szlakiem – napoleońskim (w 1807 odbyła się tam cokolwiek większa bitwa) – na Gutkowo, ale nic z tego, bo szlak jest fatalnie oznakowany (o ile w ogóle jest). Tu zaczynają się schody, bo wybieramy szlak czerwony, który również wiedzie na południe. I tyle o nim wiemy... Do tego jeszcze jest piaszczysty (Cox zalicza solidną glebę), a w lesie błotnisty i mocno nierówny. Nieco na ślepo jedziemy naprzód – trafiamy na most, świeżo zamknięty dla ruchu pieszego. Jest drewniany i cały się chwieje. Desek brakuje, wszystko zbutwiałe. Z rowerem nie da rady. Cofamy się i kluczymy dalej po lesie. Gonią nas jakieś przeklęte psy z jakiegoś równie przeklętego leśnego gospodarstwa. Wreszcie docieramy do elektrowni wodnej na Łynie. To już coś, wreszcie jakiś punkt orientacyjny, który pamiętam z mapy. Przekraczamy więc rzekę i lecimy dalej, ku swojemu zaskoczeniu wracając do Brąswałdu. Czeka nas więc ta sama droga do Olsztyna, gdzie odwiedzamy sklep rowerowy – Cox kupuje nową linkę i pancerzyk. Popołudnie stoi pod znakiem obiadu i piwa na mieście.
Dystans wypoczynkowy – 44km

29-08-2006
Już dzień wcześniej decydujemy, że jedziemy do Elbląga osobowym, a dalej na dwóch kółkach. (Mimo, że pierwotny plan zakładał rowerem do Iławy i stamtąd pociąg – niech żyje spontan!) Pobudka 7:00, o 8:34 ruszamy klasycznym EZT (Elektryczny Zespół Trakcyjny). Po dwóch godzinach jesteśmy w Elblągu. Mały objazd po mieście, Toff kupuje mapę Żuław i lecimy. Po jakichś 5 kilometrach od wyjazdu z miasta, orientujemy się, że jedziemy źle! Szybka decyzja – przebijamy się na przełaj na zachód, aby wydostać się z Wysoczyzny Elbląskiej na Żuławy. Najpierw kilka prób dróg odchodzących, ale same ślepe. W końcu udaje się, jedziemy wzdłuż jakiegoś pola. Koleiny na wysokość ośki, prędkość zabójcza – około 12km/h. I tak przez 10 kilometrów, a po drodze stary poligon podelbląski (są nawet resztki drutu kolczastego i stanowiska dla czołgów na skraju lasu – w Elblągu jest jednostka pancerna). Udaje się wyjechać pod Nowakowem. Mój licznik pokazuje 12km dystansu dziennego, średnia 14km/h. Straciliśmy na to błądzenie ponad godzinę, ale co tam, przynajmniej większe urozmaicenie.
Zaczyna się żuławski asfalt, a wiatr bardziej pomaga niż przeszkadza, więc prędkość widoczna na liczniku waha się w granicach 28-32km/h. Urozmaicenie tereniu minimalne, taka Holandia (ciągle płasko) tylko więcej drzew. Pierwsza przeprawa dzisiejszego dnia (Nogat): wyjeżdżamy zza zakrętu – widzę szlaban opuszczony, a prom właśnie odbija od brzegu. Gdyby nie Toff, który jechał jako drugi, to bym wskoczył... Ale operator promu, bo nie mogę go chyba nazwać marynarzem, ani kapitanem, gdy nas zauważa, zatrzymuje prom 2 metry od brzegu i wraca po nas! Rewelacja! Do tego prom dla studentów jest za darmo! Później lecimy bardziej na północ – mosty podnoszone, kawałek objazdu E7 (tu uciekamy przed TIRami, które jadą za nami o parę metrów –
jazda z potężną „szafą” 2 metry za plecami podnosi poziom adrenaliny... – tu prędkość po płaskim wynosi u mnie 43km/h, a Toffa 41km/h.
Postój w Marzęcinie, mały popas i jazda przez Tujsk na Rybinę. Tu szukamy żuławskiej wąskotorówki, ale nawet miejscowi mało o niej wiedzą. Muszę jeszcze wspomnieć, że już od dawna za nami kłębią się deszczowe chmury. I delikatnie zaczyna kropić... Do Jantara wpadamy już w deszczu. Ubieramy kurtki, zabezpieczamy sakwy i dalej na drugi dzisiaj prom, tym razem z Mikoszewa do Świbna. Tam czekamy z 20 minut, opłata 3zł i jesteśmy po chwili po drugiej stronie Wisły. Wyspa Sobieszewska, prawie jak w domu – po prawej widać fosfory – znajome miejsca. Wylatujemy na E7 na wysokości Makro, przez most wantowy
(gdzie ponoć ruch rowerowy jest zabroniony) prujemy do Nowego Portu. Prom na Wisłoujściu, na który wpadamy oczywiście w ostatnie chwili, krótka pogawędka z dziewczyną sprzedającą bilety, dwa machnięcia korbą i jesteśmy w domu! Mieliśmy dużo szczęścia, bo chmury (i burza) które nas goniły, ominęły nas nad zatoką i okrążyły patrząc po linii horyzontu, aby przejść nad Gdańskiem tuż przed naszym przyjazdem.
Licznik pokazał 94km. Nowa mapa do wysuszenia i sklejenia.
zdj1
Droga z Morąga do Olsztyna...
zdj2
Olsztyn, trafiliśmy na jakiś koncert :)
zdj3
Nasza lodówka na pierwszym noclegu - pełna rozpusta!!
zdj4
Dzień drugi...silnie deszczowy...a my lecimy na Grzegrzółki.
zdj5
Po drodze trafiamy na cmentarz z końca XIX wieku.
zdj6
Robimy obiad w miejscowości Zgon.
zdj7
Następny dzień (3 już) znów piękne słońce, więc lecimy dalej!!
zdj8
Ooo, Koooooonik!!
zdj9
Jesteśmy godzinę za wcześnie, musimy poczekać na przeprawę.
zdj10
11:00 płyniemy na drugą stronę.
zdj11
Popas nad kanałem :)
zdj12
Twierdza Boyen - Giżycko.
zdj13
Umocnienia zwiedzanej twierdzy.
zdj14
Jedno z wielu zabudowań 'wnętrza' twierdzy.
zdj15
Jeden z niewielu drewnianych, niespalonych budynków twierdzy.
zdj16
Kwatera Hitlera, Wilczy Szaniec - Giżycko k. Kętrzyna
zdj17
Jeden z gigantycznych bunkrów.
zdj18
Ogrom bunkrów w porównaniu z Gdakiem ;)
zdj19
A tu drugi Gdakk na górze, wchodzić tam nie wolno było :P
zdj20
Z powodów ekonomicznych pociągiem z Kętrzyna pojechaliśmy do Olsztyna.
zdj21
Dzień 4, dzień lajtu, czyli zwiedzamy okolice Olsztyna.
zdj22
Koniec odświeżonego szlaku czerownego kończył się na...
zdj23
Faktycznie most cały się chybotał :P
zdj24
Pociąg relacji Olsztyn - Elbląd, dzień ostatni.
zdj25
...mogę dodać tylko, że na tej drodze nasze liczniki pokazywały około 12km/h.
zdj26
Coś na cześć naszego kolegi ;)
zdj27
Mosty na Żuławach
zdj28
O tam, prom przez Wisłę!
zdj29
To już tradycja, że wracając przez Żuławy musi nas zmoczyć deszcz.
zdj30
Przepraw promowych przez cały wyjazd 4, w tym ostatniego dnia 3 :)
Komentarze wyjazdu
Adam Kępa
Kemp
klubowicz
pazuryskorpiona@wp.pl   http://duzozyciamaloczasu.word  
Lodówka :: 2006-09-02 13:39:34
Dałbym słój miodu za to, że gdzieś już tą lodówkę widziałem, tylko paru Specjali brak..
Michał Rynkiewicz
Toff
klubowicz
3317349   michal_rynkiewicz@wp.pl   
... :: 2006-09-02 23:12:38
A zgadnij, co było w zamrażalniku... :]
Maciej Rynkiewicz
Cox
klubowicz
603000   rynkiewiczm@gmail.com   
ja wiem!! :: 2006-09-03 13:08:10
ja wiem co tam bylo :D
i nie byl to specjal :P hehhe
Adam Piotrowski
adam p
klubowicz
725097   adampiotrowski@poczta.fm   rowerami.com  
hmm :: 2006-09-06 22:39:56
a co z relacja pisemna? kiedy sie pojawi??
Maciej Rynkiewicz
Cox
klubowicz
603000   rynkiewiczm@gmail.com   
juz :) :: 2006-09-07 10:07:16
relacja pisemna dodana
Adam Piotrowski
adam p
klubowicz
725097   adampiotrowski@poczta.fm   rowerami.com  
No i jest relacja... :: 2006-09-07 21:51:53
My w tamtej okolicy rok temu smigalismy, szkoda ze nie odwiedziliscie Mamerek, bo warto, co do Wilczego Szanca to nam udalo sie znalezc sposob na wbicie sie tam za darmo - powiedzielismy ze chcemy zobaczyc jak wyglada pola namiotowe na terenie i o dziwo udalo sie - miedzy Ketrzynem a Wilczym Szancem tez trafilismt dokladnie w ta sama "agroturystyke" i tez im powiedzielismy papa po uslyszeniu ceny (tyle ze my jechalismy w przeciwna strone). a co do opierania roweru o rower - beka - prawie dokladnie tego samego dnia (u was to bylo 26.08.06, u mnie w nocy 25/26.08.06) mialem identyczna sytuacje a efektem bylo rozwalenie manetki przerzutki tylnej. czy to byl jakis dzien przewracania rowerow? fakt - moje urodziny.
Michał Rynkiewicz
Toff
klubowicz
3317349   michal_rynkiewicz@wp.pl   
Mamerek... :: 2006-09-07 22:15:51
...trochę żałuję, ale przynajmniej będę miał motywację, żeby wybrać się tam w przyszłym roku na kilka dni :]
A co do fatum przewracania i uszkadzania rowerów - to na pewno wina Kaczyńskich!!!