glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Czarnogóra 2006
termin: 2-17.VIII
sezon: Wakacje 2006
1149147720
Autor tekstu: Tomasz Marek Karol hr. Larczyński
Autor zdjęć: Michał Kasperowicz, Asia Urbańska i Olga Żebrowska


Pokaż Czarnogóra 2006 na większej mapie

Uprzedzam bez bicia: relacja będzie długa i nieciekawa, więc jeżeli ktoś komunikuje się tylko językiem obrazkowym, to zalecam przewinięcie tych śmiesznych znaczków klawiszem „Page Down”. Hasta la vista, bejbe.

Ale dlaczego właściwie Czarnogóra? Cóż, odpowiedź na to pytanie jest nader prosta: inne kraje były albo zbyt drogie, albo leżały za daleko, albo były spustoszone przez powódź – jak Rumunia i Bułgaria, choć tu akurat okazało się, że wpadliśmy – dosłownie – z deszczu pod rynnę… Czarnogóra oferowała mocną już dawkę południowej egzotyki za sensowną cenę, no i leżała w zasięgu podróży pociągiem.

Mimo dość jednak mało znanego kierunku – przytłoczonego atrakcjami sąsiedniej Chorwacji – szybko zebrała się spora grupa chętnych odwiedzić ten najmłodszy – choć z bogatą historią i długą tradycją państwową – kraj świata. Czarnogóra oddzieliła się od Serbii ledwie na dwa miesiące przed naszym przyjazdem. Pojedyńcze nasprejowane serducho z wyznaniem „DA” [„tak”] widziane w ®abljaku wyglądało początkowo na lokalny wyskok wioskowego Romea, ale gdy ujrzeliśmy je na każdym słupie przy szosie do Budvy – kilometry natchnionych wyznań w różu - to szybko zrozumieliśmy, że chodzi o „tak” w niedawnym referendum niepodległościowym. Zresztą euforię widać było na każdym kroku: wszędzie powiewały ogromne flagi z dwugłowym orłem, a godło nowego państwa było na tapetach wielu komórek. Ale nikt do nikogo nie strzelał – cóż, Bałkany się cywilizują…

Od początku zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że największym wyzwaniem będzie dla nas podróż, a ściślej – przeprawa przez Węgry. Rzecz jasna jak się pieniążki ma, to problem znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wraz z kosztującym pół średniej krajowej biletem międzynarodowym, no ale jak się na takowy nie ma, to trzeba kombinować i przekraczać granice na piechotę. A jak się w dodatku nie ma na to czasu – takie podróżowanie dwukrotnie wydłuża czas przemieszczania się – to trzeba kombinować do kwadratu. Z różnym skutkiem. A właściwie to z jednym skutkiem: wszystkie peany na cześć przyjaźni polsko-węgierskiej można sobie wsadzić w dupę. Węgrzy to naród wredny, złośliwy i gnomowaty. Dla niebogatych, rzecz jasna.

Lecz owo quasi-bleee fatum wisiało nad nami już od punktu 0, jak się okazało. A objawiło się tuż przed Katowicami – w których mieliśmy przesiadkę na „Batorego” do Budapesztu - w postaci pewnej pani, która postanowiła opuścić ten padół łez przy pomocy naszego właśnie pociągu. Cholera, chyba się starzeję: nawet się nie popłakałem. Wściekałem się tylko, że Batory nam się zdematerializuje, gdy poczciwy pośpiech z Gdyni stał sobie wśród kopalnianych pagórków Dąbrowy Górniczej, a policjanci z prokuratorem pracowicie zeskrobywali doczesne szczątki owej pani z szyn. W końcu zabrał nas przejeżdżający drugiom torem pośpiech z Lublina; o dziwo jednak, Batory grzecznie na nas w Katowicach poczekał, kosztem własnego godzinnego opóźnienia. Widocznie jednak był do takowego stworzony, gdyż po drodze załapał jeszcze trzy godzinki i z planowanej pięciogodzinnej przesiadki w Budapeszcie (w sensie że wino, langosze, ciepłe źródła i spróbuj wymówić „id?k egyik legnagyobb matematikusaként tartják számon” dwa razy szybciej) ostało się półgodzinne orbitowanie między kasami biletowymi, kantorem i odjeżdżającą „Avalą” do Nowego Sadu.

Zresztą już samo dojechanie do B. można uznać za sukces. Słowacja – luz, przyjemna pogwarka z konduktorzycą i ładne widoki na Fatrę (nie taką znów) Małą. Ale i SMS od naszej straży przedniej, wysłanej dwa dni wcześniej do Bratysławy z zadaniem kupienia nam biletów na granicy słowacko-węgierskiej: „mission failed”. Zatem pełni dobrych chęci i tzw. karteczek komunikacyjnych (wypisałem na nich kluczowe kwestie w tłumaczeniu mojej znającej węgierski kuzynki) wysiedliśmy na pierwszej madziarskiej stacji – w Rajce – i przyjęliśmy kierunek na kasę, by zaopatrzyć się w bilety i wykonać z nimi odwrót na ten sam pociąg. Niestety, nasza ofensywa utknęła na linii rumcajsopodobnego konduktora (chwała Bogu, rozumiał niemiecki), który wkopał nas z powrotem do przedziału. Skończyło się na idiotycznie wysokiej łapówce dla Rumcajsa, no ale pozycję w Batorym obroniliśmy, a to już coś.

Ciąg dalszy podróży upłynął bez większych przeszkód. Straż przednią w postaci PrezaXa oraz jego lubej złowiliśmy na dworcu w Budapeszcie. Podróż do Nowego Sadu uprzyjemnił nam faktycznie opłacalny węgierski bilet międzynarodowy – na trasie Budapeszt-pierwsza stacja zagraniczna i z powrotem (w ciągu dwóch miesięcy) daje 60% zniżki. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że na rzyć nam to wszystko będzie, ale kto mógł przypuszczać, jak będzie wyglądał powrót… Na wzmiankę zasługuje też frapujący żółty przedmiocik, który po naciśnięciu małego guziczka emitował „Dragostea din Tei” wiadomych cieciów, zaś wyglądał, jakby dopiero co zgubił go Szatan. Serbia to na powrót przyjazne słowiańskie dusze (łapówka takoż w normalnej, słowiańskiej wysokości), w Nowym Sadzie polecam pljeskavicę w restauracji dworcowej (taki jakby ichni hamburger), a w ogóle to postać wnętrz serbskich pociągów, momentami *nie ogarniam*: z jednej strony mongolski design i skansen na kółkach, z drugiej – kapitalne, rozkładane siedzenia, dzięki którym z przedziału robi się kuszetkę, w której społem podróżują i leżą na sobie przypadkowi podróżni – free love à la Slobo.

I tak *w miarę* planowo wyskoczyliśmy wczesnym rankiem w Mojkovacu, zamieniwszy wcześniej po krótkiej dyskusji kolejność eksploracji (najpierw Durmitor, a potem smażenie się nad Adriatykiem). Czarnogóra przywitała nas tym, czym raczyła przez cały pobyt: monumentalnymi masywami i zleżałą mżawką przechodzącą w rączą ulewę. Jako iż do autobusu mieliśmy sporo czasu, to rozlokowaliśmy się na dworcu autobusowym, chcąc poddać się terapii zgnilizną; ale nie tak prędko, panowie Polacy! Widok koczującej grupki wyzwala natychmiast w Czarnogórcach ich wrodzoną przedsiębiorczość – i tak pędem znalazł się pewien kolo, który chciał nas przewieźć malutkim busikiem (14 osób z plecakami!) za jakąś absurdalną cenę, licząc, że nie znamy realiów. Otóż dwie rzeczy są bowiem w Czarnogórze niezbędne – umiejętność targowania się i znajomość realiów właśnie, w tym wypadku – cen normalnych biletów autobusowych. Wyposażeni w tę wiedzę szybko zbiliśmy cenę do 50%, ilość busów zwiększyliśmy do 200% i dostaliśmy jeszcze fotostopa na moście przy Tarze. I po chwili pomykaliśmy wzdłuż owejż, najgłębszym w Europie kanionem.

Nie wierzcie zdjęciom (również tym poniżej), które pokazują most na Tarze. Wszystkie one nijak się mają do rzeczywistego ogromu tej konstrukcji. Cóż, most ma po prostu pecha – ukształtowanie terenu sprawia, ze bardzo trudno jest go ująć w całej wielkości, niech za porównanie starczy ten współczynnik: 2,5 raza wieża kościoła Mariackiego – od mostu do Tary.

Dalszy przejazd to falowanie przez typowy czarnogórski interior – pagórkowaty ocean trawy, bezkresne krasowe przestrzenie upstrzone łatami wapienia i podkreślone zębami Durmitoru w tle – w tle, do którego pracowicie zmierzaliśmy. Interior – dodajmy – położony średnio na wysokości Śnieżnika. Busiarze zawieźli nas bez pytania na kemping Razvrąje nad ®abljakiem – jak się okazało, był to dobry strzał, biorąc pod uwagę warunki i cenę (2,5 euro, po targowaniu się rzecz jasna). W – jakżeby inaczej – periodycznych polewywaniach z nieba rozbiliśmy się i ruszyliśmy w teren.

®abljak ma znaczenie jako punkt wypadowy w Durmitor, miejsce zaopatrzenia w pożywienie (dla tych, którzy nie lubią samemu biegać z dzidą myśliwską) oraz miejsce koncentracji okolicznej złotej młodzieży (to po 22:00). Zabytków brak, wszystko zbombardował ktoś tam w czasie II wojny światowej. Ceny żywności ogólnie wyższe o jakieś 20% niż w Polsce, co być może bierze się z faktu, iż Czarnogóra z racji warunków przyrodniczych praktycznie nie posiada własnego rolnictwa i większość żywności importuje – aczkolwiek cenowo zdarzają się wyjątki. Polecam owczy ser (coś jak nasza bryndza) – najtańszy i najsmaczniejszy z serów. Chleba „®abljackiego” nie kupujcie – dobry, ale rozpada się w dłoniach. Lepszy jest „Pljevljacki” (0,40 euro o ile pamiętam). Z informacji praktycznych: pocztówki kupicie tylko na poczcie i w niewielkim wyborze (większy na wybrzeżu), znaczek do Polski 0,6 euro (choć na poczcie wciskają po 0,5 euro, ale takie też dochodzą, tyle że wolniej). Supermarket „Durmitor” czynny jest do 23:00, także w niedzielę, którą Czarnogórcy najwyraźniej specjalnie się nie przejmują. Język – najlepiej niemiecki, angielski słabiej, ale też nieźle; przydają się rozmówki polsko-serbskie (nawet tylko kilka zwrotów) i odpowiednio wygimnastykowane ramiona. Zaś jeśli chodzi o nocleg, to pamiętajcie, że śpicie na 1500 m npm, więc nie ma bata – ziąb wliczony w cenę. No i nie liczcie na jakąkolwiek możliwość wymiany złotówek – choć euro to i tak nieźle w porównaniu z serbskimi dinarami, które można wymienić tylko i wyłącznie na terytorium Serbii, bo już nawet nie w Czarnogórze!

Z ®abljaka zrobiliśmy spacer wokół Jeziora Czarnego, zamkniętego przez tłoczące się zewsząd wapienne mury płaskowyżów i wysokich kotłów krasowych. Jezioro normalnie latem częściowo wysycha i dzieli się na dwa mniejsze – my jednak mogliśmy je podziwiać w wysokim stanie - możecie się chyba domyślać, skąd on się wziął… Wokół jeziora prowadzi piękna, wzorowo (jako jedyna w całym Durmitorze – choć najłatwiejsza…) ubezpieczona trasa, której atrakcją jest …nieistniejąca jaskinia. No, taki typowo czarnogórski myk: zachęcający, choć enigmatyczny opis w przewodniku, pięknie oznakowane dojście i …duży kamień, przy którym dwóch Czarnogórców ze śmiechem wyjaśnia: „yes, this is THE cave”. No ale przynajmniej zwiedziliśmy jedyną jaskinię na świecie o długości korytarzy wynoszącej 0, a to z pewnością spory wyczyn. Z jaskini udaliśmy się na Vodeną glavę, chcąc się cepersko wtoczyć wyciągiem na Savin kuka, ale po raz kolejny (i nie ostatni – patrz niżej) zrobił nas w ciula przewodnik odnośnie warunków otwarcia wyciągu. Tak minął poranek i wieczór – dzień pierwszy.

Drugi chcieliśmy rozpocząć od tego, na czym padł poprzedni, czyli od słynnego już wyciągu. Wobec jednak całkowitego zachmurzenia szczytu i ogólnie mało ciekawej pogody zmieniliśmy plany i postanowiliśmy się udać na niższy płaskowyż ©tuoc. Granica lasu, choć wyższa z racji szerokości geograficznej, skończyła się jednak wreszcie pod Malą gredą i dzięki temu mogliśmy podziwiać jedyny w swoim rodzaju, zupełnie niespotykany w Polsce krajobraz. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o Jablan jezero i jego tajemniczych mieszkańców (coś jakby skrzyżowanie salamandry z posłem Gosiewskim) oraz o skraj burzy, którą przeczekaliśmy metodą „na królika” (hop pod krzaczek). Panorama ze skraju płaskowyżu, z Crvenej gredy, wszystkich zostawiła bez słów.

Bowiem Durmitor to coś naprawdę jedynego w świecie. Jasne, białe lub jasnoszare pociski wapienia wypływają zuchwale w lazurowe niebo, układają się bez żadnego obowiązku w chaotyczne spiętrzenia, zębate jak piła grzbieciki, jakby-łuki zawieszone wbrew prawu ciążenia na niewidzialnej nitce uczepionej świetlistych chmur. Płaskowyże pokryte kosówką i krasowymi lejami urywają się nagle iście Tolkienowskimi ścianami, zupełnie, jakby wędrowiec znalazł się nagle w obliczu murów Pelóri czy Echoriath. Zaskakuje też cisza, punktowana jedynie ostrymi zacięciami wiatru, cisza, której nie mącą strumienie – tych bowiem w Durmitorze nie ma, wapień wszystko wchłania w swe szczeliny i niezgłębione korytarze. Doliny też różnią się zatem ogromnie od tatrzańskich – to raczej wysoko zawieszone olbrzymie kotły krasowe, niecki, stanowiące odrębne światy, ze swymi własnymi mieszkańcami, prawami i nigdy niespisaną historią. Łąki w nich uginają się pod ciężarem kwiatów, wszystko tonie w zalewie pociętych na strzępki barw, punkcików, źródełek odcieni, które ciągną do oczu niczym dalecy posłańcy do nieznanej stolicy. Świat pachnie, świat walczy kolorami i pisze poematy odciskiem ścian w powietrzu.

Ale ten świat jest też oczywiście groźny. Zapomnijcie o Tatrach – pogoda tatrzańska to przy durmitorskiej oaza spokoju. Tu w ciągu godziny – nieraz nam się tak zdarzało – spotka cię piękne słońce, burza, znowu słońce, ulewa z gradem, wichura i jeszcze raz słońce. Stoicki spokój jest więc bardzo wskazany.

No a my zabraliśmy się w drogę przez ©tuoc do szosy, którą chcieliśmy spotkać pod Vodicami. Było już późno, ale luz – w końcu wg przewodnika to niecała godzina. Żeby nie było wątpliwości: chodzi mi o dzieło Agnieszki Szymańskiej, wyplute przez „Rewasza”; właśnie piszę do autorki długiego hate-maila. Szliśmy 4,5 h, wlokąc się, szukając fatalnie oznakowanego (to norma) szlaku w labiryntach kosówki i przede wszystkim tracąc mnóstwo czasu na drapanie się po ścianach olbrzymich, kilkudziesięciometrowej głębokości lejów krasowych. Na nich szlak był akurat dobrze oznakowany, ale cóż z tego, skoro cały czas po wyjściu z kosówki wiódł najczystszym przełajem, bez żadnej ścieżki, po prostu od kamienia do kamienia, przez ścianki skalne, pola firnowe i niczym niezabezpieczone przepaście. A zmrok na tej szerokości zapada szybko, zaraz po zachodzie już jest ciemno. Skończyło się na tym, że o 11 w nocy dopełzliśmy do Razvrąje, a to, że nikomu nic się nie stało, jest sporym szczęściem. Wszyscy kochamy Agnieszkę Szymańską. (Dodać należy, iż całą tę trasę przebiegł z nami Razvrąjowski kundel.)

Kolejny dzień postanowiliśmy przeznaczyć na „lajcik”; w cudzysłowie, bo lajcik miał to byś tylko względem długości trasy. Naszym łupem padł tym razem Me?ed – krótki, ale emocjonujący (wyrasta 800-m ścianą z Jeziora Czarnego) grzbiet, wymagający nie lada wprawy przy przejściu. Prawdę mówiąc, gdybyśmy znali trudność trasy, nigdy byśmy się na nią nie wybrali, ale zacytują Miszczówę Agnieszkę: „zabezpieczono eksponowane miejsca”, „umieszczono tu ułatwienia w postaci prętów” – a chuja, nic z tego, tylko w jednym (zresztą akurat łatwym) miejscu zwisał sobie kawałek stalowej liny. Niezwykle frapujące są zwłaszcza fragmenty grani nad przełęczami Devojka i Velika Previja, gdzie pełznie się okrakiem lub jak-bądź po piłowatej grani (ale spoko, da się na niej zmieścić dwa palce), za podłoże mając 500-m przepaście. Jakkolwiek – to trzeba przyznać - widoki zwyczajowo niszczą. Dodatkowe atrakcje tej trasy to zgniłe skarpetki zamiast księgi szczytowej w puszce na Severnim vrchu Velikiego Me?eda, oraz tradycyjne pomrukiwania burzy (w górach nas minęła, dopiero na samym dole, przed ®abljakiem, dostaliśmy po parę wiader wody na kości twarzoczaski).

Jako następna trasę zaplanowaliśmy przejście przez centralną i najwyższą część Durmitoru. Rzecz jasna nie było to takie proste, a walnie przyczynił się do tego Pinokio, nasz najlepszy czarnogórski przyjaciel. Pinokio wraz ze swym kumplem monopolizują rynek busiarski w ®abljaku, tworząc taką minimafię dyktującą ceny – przy braku użytecznych połączeń autobusowych - wzięte kompletnie z sufitu. Wszelkie próby jej ominięcia spełzły na niczym – od różnych osób dostawaliśmy najrozmaitsze namiary, które summa summarum prowadziły zawsze do Pinokia – on zaś, widząc nas po raz kolejny, tylko szerzej się do nas wyszczerzał. (Tzn. nazywał się on chyba Vesko czy jakoś tam, ale Pinokio za całokształt.) Poprzedniego dnia, gdy zrezygnowaliśmy z przejazdu go Urdeni do (zbyt byliśmy wykończeni na trasę przez Bobotov), i tak przyjechał na kemping i zgolił od nas jakąś zaliczkę. Teraz zaś …w ogóle nie przyjechał, uznając, że chmurek jest ciut za wiele. Z opresji wybawił nas boss kempingu (tzw. „dobry Czarnogórzec”), który skombinował 2 samochody osobowe + jeepa, powciskał nas po dwie osoby na miejsce i wyruszył z nami na wyprawę przez bezdroża, przez iście tybetańskie krajobrazy, gdzie za drogę robi wysłany kamieniami, z grubsza splantowany trakt, upstrzony milionem serpentyn i drugą taką ilością krów i owiec. (Czy tych ostatnich nie jest przypadkiem w Czarnogórze więcej niż Czarnogórców?). Boss zresztą był ogólnie happy, jako że – pamiętając o zasadzie „reklama dźwignią handlu” – kieszenie miał wypchane ulotkami o kempingu, które rozdawał, zatrzymując się, wszystkim napotkanym istotom stojącym w drabinie ewolucji wyżej od płaza.

Ale nie dowiózł nas do Urdeni do, a tylko do sedla 1907, jakąś godzinę drogi wcześniej; to, plus Pinokio, sprawiło, ze już na starcie mieliśmy spore opóźnienie. Nie mieszkając więc ruszyliśmy na szczyt Bobotov kuka (2523 m), najwyższy w Durmitorze, położony też prawdopodobnie w jednym z najpiękniejszych zakątkach górskich tej starej, biednej planety. Kto nie widział prujących niebo jak iglice gotyckiego miasta wierchów grzbietu Zupci, tętniących warstw wapienia przeciętych klinem przełęczy Samar, kto nie przejrzał się w tafli Zelenego viru – ten na zawsze będzie w jakimś stopniu uboższy. A ja to widziałem. I nigdy nie zapomnę.

Podejście na Bobotova było, o dziwo, nawet łatwe, choć męczące. Jednak wobec grożącego nam załamania pogody tylko kilka osób wskoczyła na sam szczyt - ale flaga Gdakka tam załopotała! - większość przez przełęvcz Velika Previja (nie mylić z tą pod Me?edem) spadła do Valoviti do. Stamtąd polecieliśmy do ®abljaka, samą końcówkę już po ciemku i w deszczu – ten ostatni dorwał nas na szczęście dopiero w połowie drogi z Bobotova. Po drodze rozerwaliśmy się też jaskinią Ledena pećina – postglacjalną enklawą, olbrzymią dziurą w skale wypełnioną lodowymi stalaktytami, lodowymi stalagmitami, lodowymi dziurami i ogólnie lodami we wszelkiej postaci. Bez polewy, dwie gałki, proszę. Dodatkowych emocji dostarcza cholernie stromy lodowiec blokujący wejście do jaskini, po którym trzeba zejść ze 20 metrów, by móc się dobrowolnie wyziębić.

Co robimy następnego dnia? Oczywiście, idziemy na wyciąg. Próba trzecia. Efekt – patrz próba druga. Aby zatem się czymś pocieszyć, zabraliśmy się z Pinokiem do Gornego Po?ivala, by zwiedzić najpiękniejsze miejsca kanionu Tary w wersji dla ubogich, czyli na butach, z najlepszego punktu widokowego, jakim jest położony opodal szczyt ćurevac. (Check out ceny raftingu na Tarze i uświadomcie sobie, że to głębokie Bałkany – odpadniecie, gwarantuję.) ćurevac wznosi się na zakręcie doliny, oszałamiające 1000 metrów z kawałkiem nad płynącą tuż pod nim cieniutką wstęgą Tary, z ledwo dostrzegalnymi tratwami pełnymi obleśnych burżujów w japonkach. Za to burżuje nie mieli tego co my widoku – pod samą krawędzią siedzących na kanionie jak miękka pierzyna chmur na leżącą już w Bośni Zelengorę, zaś w górę Tary – na potężną podstawę Bjelasicy. Z ćurovaca wróciliśmy spacerkiem do ®abljaka, trochę drogami, trochę przez las, a dużo po prostu przez nieregularne krasowe łuki pastwisk, przez cudownie miękką, do bólu zieloną trawę, z murami Durmitoru na tle świadomości. Żaden wytyczony kierunek, żadna sztywna droga nie pęta nóg na trawiastych oceanach Czarnogóry, można nimi iść po prostu przed siebie, w nagłym poczuciu najprawdziwszej wolności.

Następna trasa to przeprawa (of course z Pinokiem) na drugi koniec Durmitoru, do Todorov do, znaną już nam z wyprawy na Bobotova drogą przez bezkresne zielenie Dobri do, skąd mieliśmy ambitny plan przez cały Durmitor wrócić do ®abljaka. Części grupy na ten zamiar zmiękły kolana, więc od razu zamówiliśmy jednego busa Pinokia do wsi Czarnogóra, aby w razie czego mieć tam krótszy odwrót. No a na razie szlak zawiódł nas na Prutaąa; królowa Agnieszka I Bredząca uspokoiła nas wprawdzie zapewnieniem, ze pod szczytem szlak jest ubezpieczony klamrami, ale przezornie jej nie wierzyliśmy, co było dobrym posunięciem. Niemniej dało się przeżyć. Prutaą wynagrodził nas zwyczajowymi turbopanoramami, ze ścianami Bobotova z jednej strony, masywem Volujaka na granicy czarnogórsko-bośniackiej z drugiej i perspektywą głębokiego kanionu Suąicy uchodzącego na horyzoncie do Tary – z trzeciej. (Na marginesie wspomnę tylko, że nad naszym kempingiem incydentalnie przełyskiwały wierchy Prokletije w Albanii, ok. 110 km stamtąd – to normalna widoczność w tym rejonie.) Potem bezkresnymi halami spłynęliśmy do doliny ©krka, do jedynego w Durmitorze schroniska, przy okazji ucząc się, co czarnogórcy rozumieją przez schronisko (serb. planinarski dom): otóż jest to mały budyneczek z kilkoma pryczami, kominem i pilnującym tego półdzikim góralem odzianym w owcze skóry. Chyba nie myślicie, ze można tam coś zjeść, prawda że nie? To dobrze myślicie. Grzeczni czytelnicy.

Próba obejścia wypełniającego dno doliny jeziora Veliko ©kr?ko, okrężną drogą spacerową polecaną przez wiadome anty-źródło („jezioro można obejść bez przeszkód”), zakończyła się fiaskiem z braku tejże drogi, w sensie że dupa, pnącza kosówki z ambicjami buszowymi zwieszające się ze ścian do wody. Wobec narastającego objawiania się tradycyjnej popołudniowej powodzi wszyscy drapnęliśmy do wsi Czarnogóra, co oczywiście też nie było proste, jako że górna część kanionu Suąicy była zawalona potężnym wiatrołomem („krzaczory, krzaczory, małe zielone potwory”). Dopiero później powiedziałem grupie, że najprawdopodobniej wtedy, gdy capnęła nas ulewa po zejściu z Me?eda, tu przeszła regularna trąba powietrzna – a co będę siał panikę zawczasu, wystarczy, że (dez)organizator ma pełno w gaciach… Dla odmiany pod koniec kanionu przeszliśmy się dnem wyschniętego - ma wodę tylko po roztopach - jeziora Suąicko. Ze wsi Czarnogóra parę osób wróciło „autostopem” (w cudzysłowie, bo płatny, oczywiście cena do targowania się) do ®abljaka, po drodze rozwijając swe umiejętności lingwistyczne, gdy rozklekotany wehikuł czasu nagle stanął na jakiejś serpentynie nad przepaścią, a kierowca oznajmił ze stoickim spokojem: „Problem bus. Defekt guma”, w sensie że kapcia złapał. No a reszta tylko się poużerała z Pinokiem i wróciła (w miarę) normalnie.

Co robimy następnego dnia, ostatniego podczas naszego pobytu w Durmitorze? No, co? Tak jest! Zgadliście! Idziemy na wyciąg! I co? I jajo, tzn. patrz poprzednią próbę. No nie wytrzymam, jak Bóg miły, specjalnie przyjadę jeszcze raz w Durmitor, żeby wjechać na ten cholerny wyciąg i napluć z Savin kuka na pagórki poniżej. (No i żeby pośmiać się z Pinokia, rzecz jasna.) Ale tym razem nic już nie wymodziliśmy, a to z tej przyczyny, że nieustannie, depresjogennie padało/lało/kropiło/padało. No i tyle, siedzieliśmy w namiotach i kultywowaliśmy nasz reumatyzm oraz zgniliznę moralną.

Podłamani panującym ekstremizmem wilgotnościowym, postanowiliśmy się następnego dnia ewakuować autobusem nie o 10:40, a o 7:15, więc niczym meteory zagziliśmy się rano i spełzliśmy w stronę budki udającej dworzec autobusowy w ®abljaku. I tu przeszliśmy szybki kurs komunikacji autobusowej w Czarnogórze: otóż przez słowo „autobus” Czarnogórcy w 3/4 wypadków rozumieją mikrobusika. To, co przyjechało, było właśnie czymś takim, w dodatku przeładowanym tubylcami i plującym na dzień dobry ceną 20 euro. Ale już mi się nie chciało targować (normalny auto-czasami-bus do Podgoricy kosztuje 7 euro, a z Podgoricy do Budvy – 3) wobec perspektywy podróży na rurze wydechowej; musieliśmy czekać na 10:40… W tym czasie, niczym sępy nad zdychającą ofiarą, zaczęli się wokół nas kręcić taksiarzobusiarze, ale poniżej 15 euro żaden nie schodził, więc zlewka. Jeden, szczególnie uparty, kilka razy przejechał obok nas, a w końcu prawie w nas wjechał, stanął i zaczął czytać gazetę, niby że wszystko przypadkiem, taka akcja. Wyśmialiśmy go, to się zmył. Wreszcie bus (mikro, oczywiście) się wtoczył, ale tak był przeładowany, że dwa razy się psuł, aż w końcu niedaleko za ®abljakiem zupełnie się rozkraczył. Powodowało to w nas niejaką frustrację, jako że mimo minięcia pięciu godzin od wymarszu nadal widzieliśmy Razvrąje… No ale, z bólem głowy i uszu, wpół ogłuszeni puszczanym na cały regulator czarnogórskim balkan-disco (krzyżówka Bregovicia z Bayer Full, no bez kitu) dotoczyliśmy się do Podgoricy, po drodze ciesząc oczy dawno niewidzianym obrazem wielkiego miasta, po czym rychło złapaliśmy luksusowy wóz „Balkan Express” linii Sarajewo-Herceg Novi. Za Podgoricą rozpieszczały nas coraz to inne widoki na góry Lovćen, zaś za Brajići – na rozciągające się u naszych stóp wybrzeże z Budvą i lazurowy Adriatyk. U stóp, bowiem Brajići leży na 800 m npm, a od morza dzielą je jakieś 2-3 kilometry… W Budvie, opędzając się od anemicznych naganiaczy pokojowych („rooms… roooooooms…”, klimaty w sensie że zakopiańskie), złapaliśmy szybko kemping Anton (polecam – w centrum, dobre warunki, cena po targowaniu się bodajże 3,5 euro za osobę, no i atrakcje w postaci rozbicia namiotu pod palmami lub winoroślami, które przykrywają zielonym dachem cały kemping) i poszliśmy się byczyć tudzież suszyć. Budva to już zupełnie inny kraj niż Durmitor – inny klimat, roślinność – wszędzie palmy, żywotniki i cytryny, inna, typowo śródziemnomorska architektura, wreszcie ogólnie odmienne klimaty międzyludzkie – brak tej durmitorskiej nutki szaleństwa, no i gdzie są owce?! Starówka budvańska urzeka – nie ma tam specjalnie wielu pojedyńczych spektakularnych zabytków, działa ona jako całość, czaruje labiryntem wąziutkich, kamiennych uliczek zamkniętych potężnymi murami obronnymi. Plaże głównie drobnożwirowe, po południu już puste, a morze rzecz jasna oszałamiająco ciepłe – po ®abljaku można było dostać szoku termicznego.

Po wyspaniu się w gęstych, gwarnych śródziemnomorskich ciemnościach – trudno tam o ciszę, skoro koniki polne i ćmy są wielkości dłoni – wybraliśmy się na ceperską przejażdżkę do Kotoru. Jeśli chodzi o jego starówkę, to patrz opis Budvy z rozmiarami pomnożonymi x3 – spokojnie starczy na bite pół dnia zwiedzania. Ze spektakularnych punktów warto polecić niezwykle sędziwie wyglądająca katedrę św. Trypuna, a z rzeczy jednak mniej drobnomieszczańskich – wspinaczkę schodami na austriacką twierdzę Kaątel, wznoszącą się na 400-m ścianie skalnej nad Kotorem. Imponuje zwłaszcza widok na Zatokę Kotorską – jedyny południowoeuropejski fiord, zamknięty ścianami skalnymi kilometrowej wysokości. Nie polecam spaceru tam w klapkach, trekingi, proszę towarzystwa, tylko trekingi… Plus jak zwykle zapas cierpliwości na targowanie się o cenę wstępu. A już wybitnie dużo cierpliwości wymaga dworzec autobusowy w Budvie, który jest piorunującą mieszanką czarnogórskiej nonszalancji z powierzchowną skorupą zachodniego ordynku: otóż bilety kupuje się tam w kasie, ale że praktycznie każdy autobus jest od innego przewoźnika, a w dodatku wszystkie się spóźniają, to z reguły autobus, na który dostaliśmy bilet, jest jeszcze gdzieś za siedmioma górami. Wtedy biegniemy do kasjerki, mieszamy ją z błotem, a ona z wywieszonym ozorem przepisuje nam bilet na innego przewoźnika i/lub błaga kierowcę, by jednak nas wziął. Strasznie stresogenną pracę mają te bileciary, nie ma co.

Wreszcie ostatni dzień – wyprawa w Lovćen. Na najwyższy ©tirovnik, wystrzelający 1700-metrowym murem z wód Zatoki Kotorskiej, nie wchodziliśmy z racji zajęcia go przez trepów, tzn. nawet chcieliśmy, ale wobec aktualnej siąpawicy („ten dejs rejning ol de tajm, men!” – kierowca busa) nie chcieliśmy się deprymować i zadowoliliśmy się nieco niższym Jezerskim vrchem, niższym, za to przyozdobionym wariackim mauzoleum władyki Piotra II Petrovića-Njegoąa, pochodzącym z czasów Tity, więc będącym zupełnie ekstremalnym krzyżykiem Pałacu Kultury i ateńskiego Akropolu. A widoku i tak nie mieliśmy, wszystko przesłaniały pędzące z prędkością Intercity chmury burzowe. Żebyśmyż wiedzieli, co nam one w dole szykują… Z vrchu zjechaliśmy do Cetyni, dawnej stolicy Czarnogóry, a dziś sennej wioszczyny, gdzie poszwędaliśmy się trochę. Do Monasteru Cetyńskiego wchodzić nam się nie chciało (za mokro), z miejsc niebanalnych polecam natomiast mauzoleum władyki Daniły górujące nad miastem, będące świetnym punktem widokowym na otaczające je surowe grzbiety lovćenskiego interioru.

No i zjazd do Budvy. Tam się dosuszymy – w Lovćenie latem zwykle pada, na wybrzeżu zaś nigdy – i zwiniemy się do domu. Ale zaraz, zaraz… coś tu nie gra… W górach siąpiło… Tu pada… Jeszcze niżej – oberwanie chmury… O w mordę – w busa omal nie uderzył zsuwający się z góry wielki kamień! Brunatnożółte, rwące potoki wymieszane ze skalnym gruzem raz po raz przecinają serpentyny górskiej drogi. Wreszcie – Budva. Rzut oka i wiemy co się stało: powódź! Zamiast lazuru morza w zatokę wybiegają wielkie jęzory zniesionego z gór błota, budynki głęboko pod wodą, cudem dostajemy się na dworzec. O, dzięki ci, Jerzy Bushu, o dzięki wam, chińskie komuchy – dzięki nieuznawanemu przez was efektowi cieplarnianemu zdarzyło się coś, co w Budvie nie zdarza się o tej porze roku nigdy, a mój namiot zamienił się w basen kąpielowy. Szczęściem cześć grupy, która została na kempingu, wyłowiła nasze rzeczy z błotnej sadzawki, która wcześniej była flegmatyczną trawką, i teraz tłoczyła się pod jakąś wiatą. Cóż było robić? Zwinęliśmy mokre namioty i gąbki, które kiedyś były śpiworami, no i na raty ewakuowaliśmy się do Podgoricy (na raty, bo tłum panicznie opuszczał wybrzeże i na dworcu działy się dantejskie sceny). Tam dokonaliśmy ponownej koncentracji i zaatakowaliśmy pociąg do Nowego Sadu, z powodzeniem. Ale o nie, to nie był koniec przygód. To był dopiero początek.

W Nowym Sadzie mieliśmy dwie godziny przesiadki na Avalę. Niestety, po raz kolejny dała o sobie znać czarnogórska niechęć do trzymania się jakichkolwiek sztywnych ustaleń i w Nowym Sadzie byliśmy pół godziny po Avali… I tak zaczął się trzydobowy festiwal zupełnie nieprawdopodobnego pecha. Następnym krokiem był osobowy do Suboticy, na granicę serbsko-węgierską, w myśl zasady „byle do przodu”, zresztą – myśleliśmy – dwie godziny opóźnienia to nie taki znów problem, coś tam się złapie… Skąd mogliśmy wiedzieć, że te dwie godziny urosną do równo …24? No tak, ale zapomnieliśmy o Węgrzech… W Suboticy stała sobie jeszcze na granicy Avala, która miała tam pioruńsko długą odprawę graniczną, ale na nic nasze prośby o wpuszczenie… A następny pociąg za pół doby… W tej sytuacji pomógł nam pewien młodzieniec, okaz tzw. „dobrego Węgra” (ale może to dlatego, że Wojwodina leży obecnie poza granicami państwa węgierskiego?), ze wsparciem którego wyhaczyliśmy międzynarodowy autobus; ryzykując, że stracimy kupione już bilety powrotne na pociąg, udaliśmy się nim do Budapesztu, licząc na to, że wytargujemy zwrot należności za nie. A figę z makiem, jak się domyślacie. Na przejściu granicznym złapaliśmy autokar z …Elbląga; niestety, kierowca zgodził się wziąć tylko dwie osoby tłumacząc się przepełnieniem - jak się potem okazało, większość pasażerów wysiadła w Budapeszcie… No i jesteśmy w stolicy Węgier… Przeprawa na gapę metrem/pieszo/metrem (pieszo, bo - znów pech - remont linii z Deák tér do Astorii) z dworca autobusowego Népliget na kolejowy Keleti i kolejny uśmiech Smętka: ostatni pociąg na Słowację odjechał 20 minut wcześniej… Nic to, walczymy dalej! Nur do www i konstruujemy połączenie z udziałem autobusu do Bratysławy odjeżdżającego z …Népliget!… Tym razem zastosowaliśmy kombinację „tramwaj+metro”, wciąż na gapę, bo czynnego kantoru ni dudu. No i mamy: autobus odjeżdża skąd ma odjechać, ale kierowca zmęczonym głosem wyjaśnia, że on tylko do Rábu. A czemu? No bo tak.

Cóż robić? Wracamy na …Keleti, dla odmiany metrem (ostatnim), na piechotę i autobusem nocnym. Do pociągu mamy pięć godzin. Bladź, przez pięć chędożonych godzin nie można się wydostać z półtoramilionowej metropolii inaczej niż na rowerze! Zajmujemy tedy strategiczne pozycje obronne na dworcu… które musimy zaraz opuścić, bo jakiś walec z miotłą oznajmia nam, że od północy do czwartej dworzec jest zamknięty celem sprzątania. No faktycznie, czysto jest tam zawsze; a je się dziwiłem czemu… Kompletnie padnięci zalegliśmy na ławkach na Kerepesi utca, w celu zaśnięcia miast baranów – licząc pomykające grupkami karaluchy i szczury (po głębokim namyśle stwierdziłem, że tych pierwszych było jednak więcej). Wokół pustynia – żadnych sklepów, klubów, barów, nic – serce, przypominam półtoramilionowej metropolii! Tylko jakiś monopolowy kilometr dalej.

Pokrzepieni snem, wdrapaliśmy się do pociągu. A bilety? Kolejny zadzior Węgier: pociąg odjeżdżał o 6:20, a pierwszy kantor – byliśmy już spłukani przez Rumcajsa i bilety międzynarodowe – otwierany był o 6:25! Tak jest! Nie o 7:00, nie o 6:30, tylko właśnie pięć minut po naszym odjeździe! Wrrrrr. Ale może da się dogadać?… Nic z tego, kmiotku. Pierwszy konduktor nawet nas duchowo rozumiał, ale nie rozumiał leksykalnie, przyprowadził więc jakiegoś młotka w złotych łańcuchach i białych drechach, w sensie że kumpla po cywilnemu. Ten owszem, przyjął euro, ale wyliczył, że za 270 kilometrów jazdy życzy sobie ponad 20 euro. Na takie dictum acerbum powiedzieliśmy mu „wal się cieciu”, wobec czego on powziął wspaniały pomysł wywalenia nas z pociągu; stanęło w końcu na tym, że mogliśmy dojechać do Miszkolca, miasta na tyle dużego, by był w nim kantor. Tam kolejna dobra wiadomość: następny pociąg mamy za sześć godzin… Nic to: wsiadamy w tramwaj i jedziemy na dworzec autobusowy. Poprzedni i jedyny autobus do Koszyc odjechał dziesięć minut wcześniej… Cóż tedy – pośmierdzieliśmy w galerii handlowej i potramwajowaliśmy się z powrotem na dworzec kolejowy. Następny etap – tuptup osobowym do Koszyc. Tam wyhacza nas grupka wracających z Fogaraszów Zawiszaków, którzy skonstruowali połączenie w oparciu o pociąg do Czyrcza, osobowy do Muszyny i pośpieszny do Krakowa. Jeden jedyny szkopuł – w Muszynie pociąg musi na nas poczekać 20 minut, bo idiotycznie skonstruowany rozkład uniemożliwia przesiadkę, a z Krynicy – dokąd miał pociąg jechać – żaden autobus już nie ruszał. Ale spoko, przecież jest nas prawie dwudziestka, na taką grupę musi poczekać! Musi? Ale nie w Polsce (i na Węgrzech). Efekt – kolejna noc na dworcu (zauważmy: na, a nie pod, a to już jakiś postęp) i ostateczne rozlokowanie się w „Cracovii”, którą chcieliśmy, owszem, jechać, ale dobę wcześniej!… Wściekli, brudni i śmierdzący potoczyliśmy się do domu – ja z Agatą wypadłem w Stróżach, by kontynuować akcję górską, a reszta odjechała w siną dal. Chyba przeżyli. No i… tyle.

Ale warto było. Zaraza, warto.


(Poniższe zdjęcia na razie są prowizorycznie, mam je bowiem tylko w jednego źródła. Po spotkaniu poobozowym - na które przy okazji zapraszam: 6.X, 18:30 w siedzibie klubu - pojawi się ich szerszy wybór.)

Zdjęcia Michała w komplecie do ściągnięcia
zdj1
Nowy Sad by night
zdj2
W pociągu linii Nowy Sad - Bar
zdj3
Sławetny most na Tarze
zdj4
Widok z ww. mostu w górę rzeki
zdj5
Jezioro Czarne, a nad nim Savin kuk i Me?ed
zdj6
Wodny stworek z Jablan jezero, robi tam za rybę
zdj7
Widok spod Malej gredy - z prawej Cuklin na krawędzi ©tuoca, na lewo od niego, w chmurach w tle, Bobotov kuk, a zupełnie z lewej piramida Oblej glavy; w dole krawędź kotła Repe o nazwie Veliki pas
zdj8
Przeprawa przez ©tuoc
zdj9
Jezioro Czarne z Malego Me?eda, czyli odwrotnie niż na zdjęciu nr 5
zdj10
Na Severnim vrchu Velikiego Me?eda. Od lewej: Krzysiek, Marta, Wiesiek, Gosia, Rycerz Blizbor z Zielonego Lasu z Lornetką Stojący, Zbyszek; w dole Marcin, Olga, Asia, Michał, Ewa i Paweł
zdj11
Wiesiek głowi się nad zejściem na przełęcz między Severnim a Juźnim vrchem Velikiego Me?eda
zdj12
Przełęcz Samar widziana spod Zupci
zdj13
Południowa ściana masywu Bobotova (na lewo od niego Devojka) widziana znad Zelenego viru. Szlak biegnie środeczkiem ściany, wprost pod góreczkę
zdj14
Masyw Vjetrna brda widziany spod Velikiej Previji; za brdą grzbiet Izmećaj, a na horyzoncie od prawej masywy: Treskavac, Vojnik i ®urim
zdj15
Grzbiet Zupci spod Velikiej Previji
zdj16
Widok z ćurovaca w dół kanionu Tary...
zdj17
...i w górę, na planinę Lisac
zdj18
Droga przez Poljanę, a w tle Durmitor - nieco z lewej Me?ed, opadający w centrum progiem Breze
zdj19
Droga przez Dobri do, zamkniętą z lewej ścianami Lojanika
zdj20
AKK ''GDAKK'' obejmuje niniejszem w wyłączne posiadanie góry Durmitor, a czyni to przez zatknięcie flagi na Prutaąu, z kanionem Suąicy i płaskowyżem wsi Czarnogóra w tle
zdj21
Okno skalne pod Prutaąem; w tle dolina ©krko zamknięta grzbietem ©areni pasovi i przełęczą Samar
zdj22
Widok z dogi przez Vrmac na Kotor, Zalew Kotorski i zamykający go szczyt Tetinac
zdj23
Droga do twierdzy Kaątel nad Kotorem
zdj24
Zalew Kotorski z Kaątela - w dole Kotor, z lewej półwysep Vrmac z położonymi nad zalewem miejscowościami Muo i Pr?anj; zalew zamyka w środku szczyt Rudo brdo
zdj25
Budva pod wodą
zdj26
Zalew Tivatski przytłoczony ogromem Lovćenu z najwyższym ©tirovnikiem (1748 m) z instalacjami wojskowymi na wierzchołku
zdj27
Perast i Zalew Risanski. Z lewej dzwonnica kościoła św. Mikołaja, na zalewie wysepki Sv. ?or?e z opactwem benedyktynów i Gospa od ©krpelja z kościołem p.w. Wniebowzięcia Maryi Dziewicy; w tle Kabac
zdj28
Widok z Jezerskiego vrchu na Jezioro Szkoderskie. W dole wieś Bjeloąi; nad samym zalewem charakterystyczny podwójny masyw Vranjiny; w tle majaczą góry Albanii
zdj29
Krajobraz Lovćenu z Jezerskiego vrchu - z lewej masyw Huma
zdj30
Idylliczna Ivanova Korita, a nad nią ©tirovnik z Jezerskim vrchem
Komentarze wyjazdu
Olga Kasperowicz
Olga
klubowicz
1950544   kopernikuss@wp.pl   npnet.org/~kacper/  
warto bylo:) :: 2006-09-22 08:58:37
Wyjazd udany :)
My nie mieliśmy prpblemów w drodze powrotnej :) udało nam sie zdażyć na wszystkie pociagi... Zostanie kilka dni dlużej zaowocowało wyprawą do Sw Stefana i rejsem statkiem....:)

Czarnogóra to całkiem fajny kraj :D
Adam Piotrowski
adam p
klubowicz
725097   adampiotrowski@poczta.fm   rowerami.com  
:) :: 2006-09-22 13:54:45
fakt, jedyny sposob na bezproblemowy powrot/dojazd to rower :) probowaliscie liczyc ile pociagow wam ucieklo;) relka super. czekam na wiecej fot.
Michał Kasperowicz
Michał
klubowicz
2627363   mkasperowicz@wp.pl   npnet.org/~kacper  
wyjazd był super :) :: 2006-09-22 17:50:34
Górki z pięknymi widokami, szlaki nie zatloczone.

Moim skromnym zdaniem trasa na Me?ed to nie była jakas tam trudna tylko poprostu atrakcyjna :). Szkoda ze nie bylo wiecej takich motywow na szlakach bo co niektorym szlo sie na tym odcinku bardzo przyjemnie a nie zadnym okrakiem :)

Powrot mielismy bezproblemowy, (Wiesiek, dzieki za informacje ostrzegawcze :) ) za to z zabawnymi konduktorami. Najpierw przyszedl wegier i powiedzial ze na ten bilet (wegierski krajowy) do Krakowa nie możemy jechac. My mu oczywiscie ze nie jedziemy wcale do zadnego Krakowa tylko do Hidasnemeti (ostatnia stacja na Wegrzech). Koles nie bardzo dawal temu wiare, upewnial sie pare razy czy na pewno tam wysiadamy, my oczywiscie ze tak. Ostatecznie w Hidasnemeti wysiadl tylko konduktor a my pojechalismy dalej :). Potem byl Slowak ktoremu o sprawdzeniu biletu przypomnialo sie dopiero tuz przed polska granica. Zdziwil sie ze nie mamy biletu i powiedzial tu cytat: "Po troszku nie można kupowac biletu, trzeba na cala trase". Ale co mial biedak zrobic i tak sprzedal nam "po troszku" - tylko na Slowacki odcinek :)).
Tomasz Larczyński
Rycerz Blizbor z ZielonegoLasu
klubowicz
mestwin@wp.pl   
Ile pociągów nam uciekło przed samym nosem? :: 2006-09-23 02:42:29
4 (włącznie z tym, z którego nas wywalili) + 1 autobus
Kaja Baszanowska
Kaja
klubowicz
1074717   kajasopot@o2.pl   
. :: 2006-09-23 12:14:50
zdjecia sliczne :)))
a flaga klubowa to swietny pomysl -extra sie prezentuje na fotach:)
Anna Ceska
Ania C.
klubowicz
3539025   anncess@wp.pl   
piękne zdjęcia:)) :: 2006-09-26 12:01:22
w sercu żal, że nie pojechałam razem z Wami.
Niestety należe do grona osób pracujących i ciężko z urlopem.
W przyszłym roku też są wakacje, może się uda........ :)
Kamil Kosieradzki
Kamil
gość
co tutaj się wpisuje? ;) :: 2006-09-27 19:10:01
Piękne góry... miłe chwile... ciepłe wspomnienia... i bardzo dobry odpoczynek :]
Polecam każdemu, kto nie lubi tłoku na szlakach :)

Ps. Mnie nie ma na zdjęciach bo zostałem ocenzurowany :D
Piotr Daukszewicz
Piotr
klubowicz
2284816   piniowaty@poczta.onet.pl   kom 506512185  
wodne stworki :: 2006-11-28 08:07:06
jeszcze 20 lat temu takie wodne stworki, jak na zdjeciu, plywaly w wielu bajorkach w okolicach Gdanska, wyjątkowo dużo traszek było w zbiornikach wodnych przy ul. Wileńskiej oraz w stawie pod obecnie istniejącym wiaduktem na ul.Rakoczego (koło carrefoura) na Morenie. Rozbudowa miasta bez poszanowania praw przyrody, przyniosła zagładę tych miłych żyjątek będących podobno pod ochroną prawną