glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Finlandia, czyli rowerem do krainy reniferów i św.Mikołaja
termin: 10.7-12.08
sezon: Wakacje 2006
1144106715
Autor tekstu: Diana Dziaduch
Autor zdjęć: Diana Dziaduch

Statystyka:
• 34 dni
• 2500 km na rowerze
• 1500 km pociągami (2)
• 1000 km promami (6)
• zwiedzone 4 stolice: Ryga, Tallin, Helsinki i Sztokholm, można też uznać Marienhamn za 5 stolicę, gdyż Alandy pretendują do uznania swojej niezależności od Finlandii i mają własny parlament
• 6 godzin ulewy i 1 godzina mżawki
• 7 noclegów pod chmurką, 9 w domkach różnego rodzaju, resztę w namiocie, na dworcu, w pociągu i na promie

POLSKA

Jak wszystkie wielkie podróże i ta w moim przypadku rozpoczęła się na dworcu oliwskiego peronu. Po władowaniu się ze sprzętem do wagonu rowerowego musiałam tłumaczyć się, że już więcej nikt tu z rowerem nie wsiada...Rzeczywiście, wydawało się na podstawie tobołów, że może jeszcze wejdą tu 2 osoby z rowerami...W Tczewie wsiadł Lucjan i tak jak to bywa, pociąg miał opóźnienie zanim szanownie dowlókł się do Białegostoku. Tu czekając na przesiadkę do Suwałk musieliśmy spędzić noc na dworcu. Ale Białystok ma kulturkę, około godziny pierwszej służby wyganiają wszystkich z holu, w środku zostają jedynie ci co mają bilety, dworzec jest zamykany, światło przygaszone, coby się dobrze spało na ławeczkach...Rano zaś powitaliśmy ostatniego członka naszej rowerowej załogi, a mianowicie Magdę, która przyjechała do nas aż z Krakowa. Teraz już razem dojechaliśmy do Suwałk. Zaczęło się od porannej kawy w McDonaldzie, od którego to towarzystwa byliśmy potem uzależnieni na trasie całej wędrówki, aczkolwiek niekoniecznie w celu czysto konsumpcyjnym. Pierwsze pedałowanie do granicy polsko-litewskiej w Budzisku to była próba wyczucia sprzętu. Już na wstępie miałam myśli samobójcze, bo jak to wszystko mi się tak huśtało z tyłu, tiry wpychały do rowu, a skwar doprowadził do pierwszego i zarazem brzemienngo na kolejne 2 miesiące poparzenia pleców, to właściwie już nie wiedziałam po co ja to sobie robię na własne życzenie?

LITWA

A na Litwie jest naprawdę jak w opisach z „Pana Tadeusza”, sielsko, boćkowo i dość biednie, przynajmniej na wsiach. Żar pierwszego dnia schłodziliśmy kąpielą w pierwszym napotkanym jeziorku. I tu wzięliśmy sobie do serca słowa zachęty na naszą wspaniałą podróż. Otóż rodzinka litewska opowiedziała nam jak w tej okolicy niedawno banda miejscowa napadła na rowerzystów niemieckich, pobiła ich i okradła, także mieliśmy być czujni, bo na Litwie jest niebezpiecznie. A jednak los oszczędził nas od jakichkolwiek przykrych wydarzeń. Próbowaliśmy objeżdżać wstrętną tirową Via Balticę, ale tylko kończyło się na gubieniu trasy (nie polecam parszywie niedokładnej mapy „Litwa, Łotwa, Estonia” Demart). Niestety Via Baltica była naszą główną drogą przez kraje nadbałtyckie. Za to mile wspominam nasze posiłki pierwszych dni, z zapasami z Polski, pysznym chlebem litewskim i kolacjami kaszo-ryżo-makarono-soso-mielonkowymi, na myśl których w późniejszych dniach dostawało się odruchu skrętno-wymiotnego. To na Litwie sialiśmy wzór polskiej grzeczności. Zaczęło się w jednej z wiosek. Siedzieliśmy przy stoliku wiejskiego sklepiku przy miejscowym piwie. Skoczyłam po coś do sakwy. Wtedy Madzia z Luckiem zaczęli do mnie krzyczeć: Diana, Diana, żebym coś im też doniosła z sakwy. Nagle z sklepu z drugiej strony ulicy wyleciały wszystkie baby i zaczęły na przemian machać i drzeć się: diena, diena, a Madzia z Luckiem: Diana, Diana. Skumałam dopiero po jakimś czasie, że przecież Laba diena to dzień dobry po ichniemu i tak to, na wołacz mojego imienia otrzymywaliśmy uprzejme skinienia litewskiej gawiedzi. W Kownie spotkaliśmy dwóch Czechów, rowerzystów, którzy jechali do Sankt Petersburga, bo tak w ogóle niewiele podobnych nam zapaleńców napotkaliśmy na naszej całej trasie, łącznie ze Skandynawią. Na Litwie odwiedziliśmy też dziwne miejsce, tzw. Górę Krzyży za miejscowością Siauliai, gdzie przybywa się po to, aby dostawić swój krzyżyk.

ŁOTWA

Na Łotwę wkroczyliśmy jak ostatnie palanty, bez waluty, bo na granicy nie było kantoru. Upał, że aż asfalt parował, a my nie mieliśmy ani kropli wody, a to nie była Finlandia, Alandy czy Szwecja , gdzie woda z kranu jest zdatna do picia. A jak wieczorem dojechaliśmy do nieco większej miejscowości, jedyny kantor był zamknięty. I tu chwała Magdzie i jej karcie kredytowej. Cola postawiła nas na nogi. W ogóle Łotwa podobała się nam już bardziej niż Litwa, przede wszystkim dlatego, że jechało się przez lasy. I menele miały tu większą klasę. Tym razem jeden taki przysiadł się do naszego kanapkowo-ciastkowego obiadu pod sklepem. Chcieliśmy go poczęstować, gdy gość pobiegł do sklepu i kupił nam wielką paczkę ciastek, podkreślając, że to my jesteśmy gośćmi w jego pięknym kraju. W Rydze pojawiliśmy się w dniu festiwalu folklorystycznego. Przy muzyce iście wyjących wiedźm wyjących na jedną nutę swoje ludowe arie wcinaliśmy pierwszy i ostatni na całej wyprawie obiadek inny niż nasza tradycyjna papka ryżowo-mielonkowa, a więc specjały łotyskiej kuchni. Rygę zwiedzaliśmy dość chaotycznie lądując ostatecznie w McDonaldzie w celu... naładowania komórki. Tak po 22:00 trzeba było myśleć o opuszczeniu i znalezieniu sobie miejscówki. Tylko, że akurat właśnie wtedy lunęło okropnie. Gdybyśmy mieli świadomość, że to pierwszy i ostatni raz na tym wyjeździe, nie narzekalibyśmy tak na tę straszną łotewską noc. Wykończeni przeczekiwaniem ulewy na przystanku autobusowym, ruszyliśmy ok. 2:00 w celu urzeczywistnienia marzeń o ciepłym i suchym legowisku. Poszło nadzwyczaj dobrze, bo nie ma lepszego miejsca w Rydze jak dobrze przycięty trawnik pod blokiem i oczywiście 50 metrowa bliskość ... McDonaldu, gdzie udaliśmy się rano z ręczniczkiem i kosmetyczką w ręku. Noi ostatni ciekawy akcent łotewski. Tu poraz pierwszy spotkaliśmy Toshi’ego, Japończyka. Jego historia powaliła nas na nogi. Był właśnie 8 miesiąc w drodze rowerowej, po przerwie szpitalnej. Otóż gość nie miał żadnego planu na życie poza tym, że będzie sobie zwiedzał świat na rowerze. Objechał już Australię, Nową Zelandię, a kiedy zamierzał zjeżdżać Amerykę Środkową, został zaatakowany i postrzelony w Kostaryce, wrócił więc do kraju na leczenie, po czym właśnie kontynuował podróż zaczynając we Frankfurcie i zamierzając tam skończyć po objechaniu Skandynawii. Nie bardzo wierzyliśmy, że robi dziennie ok. 200 km, skoro spotkaliśmy się jeszcze na trasie 2 razy.

ESTONIA

Estonia sprawiała wrażenie jeszcze bardziej bogatego państwa niż Łotwa i już bardziej skandynawskiego. W posiadłościach nad Zatoką Ryską niektórzy mieli już sauny w ogródku, a poza tym nawet starsi ludzie umieli się z nami porozumieć płynnym angielskim. W Estonii zaczęliśmy uskuteczniać swoje noclegi na werandach domków letniskowych za przyzwoleniem okolicznych mieszkańców. Zaś do stolicy – Tallina jeszcze kiedyś chciałabym wrócić, tak zauroczyło mnie to miejsce. W Estonii zrobiliśmy super wielkie zakupy na prawie całą Finlandię, co okazało się wielkim niewypałem, zwłaszcza ruskie mielonki - blee, bo tak naprawdę w Finlandii ryże czy kasze były w podobnych cenach, a zamiast mielonek można było kupować takie gotowe kotlety mielone za ok.1,5 E. W Tallinie spotkaliśmy poraz drugi Toshi’ego. Burżuj wynajął sobie nocleg w hostelu, a my udaliśmy się na ławeczki przed terminalem, aby rano przepłynąć do Helsinek.

FINLANDIA

Przygodę fińską rozpoczęliśmy od całodziennego zwiedzania stolicy. Od razu widać, że znaleźliśmy się w świecie przyjaznym dla rowerzystów, wszędzie drogi rowerowe. Chociaż nie płynęliśmy tym samym promem, to i tak spotkaliśmy Toshi’ego. Chłopak stwierdził, że zamierza z nami zwiedzać miasto, biedak nie wiedział na co się decyduje. Bo my realizowaliśmy cały przewodnicki program i po ok.3 godzinach pożegnaliśmy się z wykończonym przez nas Japończykiem. Wieczorem opuściliśmy miasto i na dobre zaczęliśmy zmierzać ku północy białych nocy. A z tymi nocami to nie bajka, bo im bardziej na północ, tym rzeczywiście było jaśniej w nocy. Tak się do tego przyzwyczailiśmy, że potem na Alandach czy w Szwecji wielce nam przeszkadzało używanie świateł rowerowych czy latarki w nocy. Pierwsze dni to był zachwyt nad nowym krajobrazem, na południu jeszcze dość rolniczym z charakterystycznymi drewnianymi stodołami, bardzo wysokimi, bo były podpiwniczone betonem celem garażowania tam traktorów. Poza tym wszędzie drewniane, zazwyczaj brązowe fińskie domki, drewniane skrzynki pocztowe przy drodze i tylko nigdzie ludzi. Dosłownie, pustki straszliwe. Tylko do miast, które są niczym innym jak sklepo-urzędo- blokowiskiem ludzie przyjeżdżają do pracy i na zakupy. W Finlandii nie ma małych przydrożnych sklepów, dopiero markety na przedmieściu większych miejscowości, dlatego nie było dla nas zaskoczeniem jak pytając się w jakimś wiejskim domku, gdzie jest najbliższy sklep, dostawaliśmy w odpowiedzi dziwne liczby, 50, 60, 70 km. Mimo to biorąc pod uwagę sklepy na stacjach benzynowych, można by spokojnie zaopatrzyć się w żarło na miejscu. W naszym menu niezmiennie królowały śniadania papkowe, tzn. kaszka lub owsianka na wodzie z rodzynkami, potem z darami lasu, to jest jagodami, których w środkowej i północnej Finlandii było zatrzęsienie. Na obiad kupowaliśmy chleb i coś do niego, co w danym sklepie było najtańsze, co nie oznaczało, że wydawaliśmy na to przeciętnie 4 E. No niestety ceny w Finlandii to koszmar. A na kolacje, które wskutek zamkniętego kółka czasowego przypadały na godzinę 1:00, psuliśmy żołądki wspomnianą wcześniej ryżo –mielonką, urozmaicając czasami sałatkami warzywnymi. Także wiadomo o czym rozmyślało się przeważnie na trasie... „Jak wrócę do domu to zjem...” Acha, i niech nikt mi nie wmawia, że Finlandia jest płaska!! Cholera, ile my się napociliśmy w tej całej naszej wędrówce. Wszak wybraliśmy trasę wschodnią granicą państwa. A tu przebijając się najpierw przez Pojezierze Fińskie, potem przez Karelię, prowincję Oulu aż do Laponii nieodmiennie szarżowaliśmy na te wszystkie pionowe pagórki, by przekonać się, że następny jest jeszcze wyższy. Tak to mijaliśmy mäki, tunturi, vuori i vaara czyli różnego rodzaju wzgórza, które to zazwyczaj kończyły nazwy wszelkich mniejszych miejscowości. W Kuopio z wieży widokowej można podziwiać niezapomnianą panoramę otaczających miasto terenów pełnych wody, wody i jeszcze raz wody oraz tysiąca wysp. Jeśli chodzi o jeziora, to zaskoczyło mnie, że właściwie nikt tu nie żagluje, za to każdy poważający się Fin ma swój domek nad jeziorkiem, saunę, noi... motorówkę albo łódkę. Mieliśmy okazję przespać się w nowiutkim domku Jaarego, który to wziął 3 tygodnie urlopu w celu wybudowania takiej letniej daczy dla swojej rodzinki. Skorzystaliśmy też z prawdziwej fińskiej sauny. Jak to bywało, wieczorem wcale łatwo nie przychodziło nam znalezienie miejsca na nocleg, bo wszystkie jeziora są otoczone chatkami Finów jako tereny prywatne. Raz szukając noclegu natknęliśmy się na młodych Finów, którzy zaprosili nas do swojej rozgrzanej sauny, a potem na wyżerkę grillową z winkiem, ostatecznie zaprosili nas na nocleg do siebie. Tak jak wspominałam woda z kranu w Finlandii nadaje się od razu do picia, natomiast jak jechaliśmy przez tereny niecywilizowane wstępowało się po nią z rana i wieczora do gościnnych domów tubylców, dzięki czemu miało się wizję prawdziwego życia przeciętnego Fina. Wokół większych miejscowości w wolnej chwili Finowie uprawiają sporty rolkowo-nartowe, jeżdżąc po ścieżkach rowerowych. A prawdziwych narodowych rowerzystów to po prostu nie było. Raz tylko na samym początku za Helsinkami spotkaliśmy Fina, który siadł mi na kole i stwierdził, że jedzie dziś z nami. Tomas odpowiedział nam jednoznacznie na wszelkie nasze pytania dotyczące Finlandii, że on nic nie wie na temat swojej ojczyzny...? Nie wiem, czemu wszyscy tak nas przed wyjazdem straszyli o nieznośnych komarach fińskich, bo my poza specyficznymi miejscami wcale ich tam nie doświadczyliśmy. Nie pamiętam, którego dnia spotkaliśmy na trasie pierwszego renifera, ale jedno było pewne, to był dzień przełomowy. Teraz największym marzeniem było spotkać kolejnego i kolejnego i kolejnego renifera i robić im tysiące zdjęć. Trzeba przyznać, że zwierzaki te były dość głupiutkie, bo właziły prosto pod koła i to nie tylko nasze, ale rozpędzonych samochodów. Całe stadka lubiły przechadzać się właśnie... asfaltem głównych tras. Większość z tych stad nie było dzikich zupełnie o czym świadczyły opaski na szyi. Na północy Finlandii, gdy jechało się prze lasy, lasy i lasy, zaczęły się tereny wymarzone dla wędkarzy, przygotowane zupełnie za darmo miejsca biwakowe z drewutnią i suchutkim drewnem, miejscem na ognisko i powalająco czystymi kibelkami. Podobnie było w Parku Narodowym Oulanka, gdzie spędziliśmy prawie 3-dniową przerwę od pedałowania, zostawiając rowery ukryte w przydrożnym lasku. Szlak prowadził fińską głuszą z małymi śródleśnymi jeziorkami, kanionami rzek, po zwodzonych mostkach. A spaliśmy w darmowych chatkach leśnych, jedna z nich była starym młynem nad wodospadem Myllykoski. Uroczystą chwilą było przekroczenie 23 dnia wędrówki przez północne koło podbiegunowe. Poza tym, że sami sprawdziliśmy na mapie, że właśnie przekraczamy ten równoleżnik, nic na to nie wskazywało. Żadnego znaku, napisu, a w krajobrazie już dawno dominowała jałowa lapońska tundra. Tak to dotarliśmy do celu naszej wyprawy, jeszcze pojechaliśmy ok. 200 km na północ, by potem zatoczyć koło w kierunku południowo-zachodnim, do Rovaniemi. Po drodze spotkaliśmy odjazdowego Czecha, który rozpoczął swoją trasę w Norwegii i zjeżdżał stamtąd z zamiarem dotarcia na południe Finlandii na... hulajnodze! Gość miał naprawdę niezłe tempo, nawet pod górkę! W Rovaniemi, ściślej we Wiosce Świętego Mikołaja doznałam szoku. Nawet w najgorszych przypuszczeniach nie brałam pod uwagę, że tam będzie tak kiczowato! Żadna wioska, tylko budy pamiątkowe przy głównej trasie, w jednej z nich wyznaczone godziny na spotkanie ze świętym do odpłatnej fotografii, zdaje się, że ok. 10E, a za otrzymanie certyfikatu przekroczenia koła podbiegunowego 4,5E, nie mówiąc o wartości wizualnej tego papieru (zwykła kartka A4 na której na tle jakiegoś rysuneczku wpisuje się swoje imię i nazwisko). Tak to pełni pozytywnych wrażeń opuszczaliśmy daleką północ nocnym pociągiem z Rovaniemi do Turku. Tu po całodziennym zwiedzaniu miasta pojechaliśmy do jednej z bardziej uroczych miejscowości fińskich, jaką jest Naantali, gdzie w bezpośrednim sąsiedztwie znajduje się Wyspa Muminków. I nam udało się poleżeć na werandzie Domu Muminków w hamaku Tatusia Muminka docierając na wyspę po zamknięciu parku tematycznego...

ALANDY

Na Alandy mieliśmy dotrzeć bezpłatnymi promami z samego lądu fińskiego, ale z braku rzetelnych informacji nie ryzykowaliśmy czasowo i popłynęliśmy tam promem Silija Line. Nasze podróże promami przysparzały nam kolejnych wrażeń i tak oto powstał regulamin zakręconego rowerzysty (nie trzeba wspominać, że w ostatniej chwili ratowaliśmy się z wyszczególnionych tu opresji):
1) Upewnij się, że wsiadasz na właściwy prom.
2) Przygotuj się odpowiednio wcześniej do opuszczenia promu, bo w przeciwnym razie ominie cię wybrane miejsce przeznaczenia.
3) Pamiętaj na jakim decku zostawiłeś rower.
Dzięki przychylnemu losowi wysiedliśmy w Marienhamn, a nie Sztokholmie i tak oto objeżdżaliśmy sobie Alandy, które gorąco polecam. Rzeczywiście z wyspy na wyspę kursują bezpłatne promy, z których dopiero teraz skorzystaliśmy. W krajobrazie alandzkich wsi przyciągają uwagę dziwne drewniane słupy, zwane midsoomar. W dzień przed nocą świętojańską zgromadzona tłumnie ludność zdobi je wieńcami z liści, chorągiewkami i miniaturowymi łódkami. Tak udekorowany słup stoi aż do kolejnego lata. Niezwykły klimat mają też małe średniowieczne kościółki z zacisznymi cmentarzyskami w ich sąsiedztwie. Dzięki pomocy lokalnej Polki, bo poza tym sporo Polaków przyjeżdża tu na urlop, udało nam się raz dotrzeć na nocleg na skałkach nad zaciszną zatoką morską.

SZWECJA

Promem Viking Line dotarliśmy bezpośrednio z Wysp Alandzkich do Sztokholmu. Miasto wielkie, przestrzenne, nadmorskie i prorowerowe. Po popołudniowym przybyciu do stolicy nie chciało nam się opuszczać jej na noc, wskutek czego spaliśmy pod chmurką, na wyspie z widokiem na same centrum. Kolejny dzień poświęciliśmy na zwiedzanie. Większość dnia spędziliśmy w muzeach, bo do wielu z nich wstęp był bezpłatny. My byliśmy w Muzeum morskim, muzyki i na dość perwersyjnej wystawie w Muzeum Modern Art. Na ostatni nocleg tej wyprawy rozbiliśmy się, jak się rano okazało, na boisku. Rano, ostatni glut owsiany. Chlip, chlip, kiedyś wszystko co dobre się kończy. Do Nynashamn mieliśmy ok. 50 km, tylko, że drogi rowerowe były tak kiepsko oznaczone, że w ciągu 3 kolejnych godzin mijaliśmy podobne znaki: Nynashamn 30 km. Już powątpiewaliśmy, że zdążymy na wieczorny prom, ale jak zwykle udało się! Atmosfera na promie wyrwała nas z wakacyjnego letargu, a mianowicie w większości Polacy wracali z pracy do domu. Rano ostatni raz uzupełniałam swój dziennik wyjazdowy zapisując ostatnie strony w 100 kartkowym zeszycie. Utęskniony Gdańsk witał nas pochmurnym i ziewającym niebem, a potem deszczem, którego to nie doświadczaliśmy tyle dni. Spokój rozkołysał się w naszych duszach. Wysiłek opłacił się, chociażby po to, żeby poznać bardziej samego siebie. Każdy dzień wyprawy dawał nam na wyciągniecie ręki prawdziwe poczucie tętna naszego zdumiewającego globu.
zdj1
Nad Niemnem
zdj2
Góra Krzyży, Litwa
zdj3
Wjazd do Rygi
zdj4
Nad Zatoką Ryską
zdj5
Pierwsze spotkanie z Toshem
zdj6
Tallin
zdj7
Zwiedzanie Helsinek z Toshem
zdj8
Ścieżka rowerowa w Finlandii
zdj9
Ścieżka rowerowa w Finlandii
zdj10
Nocleg na werandzie sauny
zdj11
Kamienni potomkowie Karelii
zdj12
Na wieży widokowej w Kuopio
zdj13
Pojezierze Fińskie
zdj14
Zapowiedź białej nocy
zdj15
Rolko-narciarka
zdj16
Wielka ryba
zdj17
U prawdziwego Św. Mikołaja
zdj18
W drodze
zdj19
Nietypowe rzeźby
zdj20
Ku północy
zdj21
Nocleg u Jaarego
zdj22
Symbol północy- renifer
zdj23
I znów renifery na drodze
zdj24
Przez tundrę lapońską
zdj25
W Parku Narodowym Oulanki
zdj26
Przekraczamy północne koło podbiegunowe
zdj27
Hulajnogą w świat
zdj28
Wsiadamy na prom na Alandy
zdj29
Na Alandach
zdj30
Ach, co za rozkosz wieczorna
Komentarze wyjazdu
Hanna Arendt
Hanka
klubowicz
444722   hanna.arendt@wp.pl   www.zawszezarece.pl  
no nie... :: 2006-10-23 21:33:58
super wyjazd Diana!!! Normalnie pozazdroscic.. nawet na rower zachcialo mi sie wsiasc ;)) No i ten Mikolaj ;) i te renifery.. aaaa