glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Beskid Niski i Sądecki 2005 czyli "we wtorek w prawo"
termin: 12-19.VIII
sezon: Wakacje 2005
Beskid
Autor tekstu: Agnieszka Czeczatka (86%), Adam Kępa (12%), Ewa Kochanowska (2%)
Autor zdjęć: Agnieszka Czeczatka, Anna Nitner, Adam Kępa, Maciej Rynkiewicz

Przydatne terminy:

4,5- liczba tajemnica, liczba wszystko ujmująca, liczba na której "zaciął się" organizator
8.40- a raczej "oszem szterdzieszci"- liczba za którą można kupić wszystko, a na pewno Tyskie Książęce
Iku- słowo oznaczające odchodzenie, choć jego prawdziwym znaczeniem jest dochodzenie; słowo nie bez powodu dwuznaczne
pion- rzecz bardzo trudno uchwytna, łatwa do utracenia przy wkładaniu bardzo ciężkiego obciążenia i przy zejściach; związki frazeologiczne "trzymać pion", "zgubić pion"
płaski metr- nowo wynaleziona jednostka; powierzchnia nią mierzona jest bardzo porządana,zarówno w czasie zejść jak i wejść; istnieje również metr pochyły
zgłębianie żubra- czynność konieczna przy integracji naszego stada ze stadem żubrów
interfejs- wyjątkowo obelżywe określenie; można też powiedzieć "międzymordzie"
mącitrasiarz- człowiek nie dający jasnej odpowiedzi na pytanie o trasę; przypisuje mu się liczbę "4,5"
współczynnik mącitrasiarza- liczba przez którą trzeba pomnożyć jakąkolwiek liczbę podawaną przez organizatora, rośnie z dnia na dzień w postępie geometrycznym
ostatnie podejście- jednostka pomiaru długości trasy
ryż z jagodami- pożywka dla zawodników organizatora; posiłek, który podawany w nadmiarze powoduje zniechęcenie do jagód i ryżu
wojownicze wielbłądy Ninja- jednostki tajemnicze, trwają badania nad ich pochodzeniem związanym z występowaniem pory deszczowej
Hator! Hator!- słowa mające jakoby ułatwiać egzystencję na szlaku; w rzeczywistości odzywka, która powtarzana wielokrotnie powoduje błogostan w którym wszystko wydaje się możliwe
szczytowanie- zaliczanie szczytów przy dochodzeniu do celu trasy
"Dead people are cool"- hasło utrzymujące przy życiu uczestników
miss mokrych szortów- tytuł przyznawany osobie o najbardziej efektownym zejściu z Lackowej
"panta mokre"- określenie wszystkiego na szlaku beskidzkim
błoto- cząstka elementarna z której zbudowany jest wszechświat beskidzki
cofanie się- urozmaicanie trasy
Ben Gei- główny patron wyprawy wspomagający organizatora

Piątek 12.VIII

Wyjazd słynnym pociągiem do Zagórza o 16.28. Zbieramy się więc chwilkę wcześniej w Gdyni całą gromadą, obarczeni jak wielbłądy, co by miejsca zająć. Niestety pociąg choć podstawiany w Gdyni jest opóĽniony-zonk!. Kiedy wjeżdża na peron okazuje się że jednak już jacyś ludzie siedzą, w dodatku ma on wagony w różne części świata, okazało się, że te do Zagórza są w zupełnie innym miejscu niż myśleliśmy, biegamy jak opętani...ale w końcu dzięki dziewczynom 2 przedziały dla nas są zajęte. Po tak wzmożonym wysiłku większość musiała sięgnąć po wspomaganie procentowe i szybko wyczerpały się zapasy tychże procentów, ale całe szczęście w Gdańsku wsiadał Tomek, który z precyzją wykonał zadanie dostarczenia nowego wspomagania (bardzo był szczęśliwy że wszyscy się za nim na dworcu oglądali- a raczej za tak wielkim „ładunkiem”). Kiedy Niagara procentów się skończyła w Bydgoszczy padł pomysł, że Adam zadzwoni do kumpla co by wpadł na dworzec, „stary, pogadamy i kup 12 tyskich”. Niestety kumpel nie zdążył. Nam pozostały więc gazety- a były niebylejakie: „Focus”, „Newsweek”, Wprost” i „BravoGirl”. Było więc ciekawie, zwłaszcza, że w każdej z nich był artykuł o seksie. Okazało się, że mogą one dawać wiedzę bardzo przydatną w chodzeniu po górach, np. co to jest „szczytowanie”. I tak nam miło mijała podróż do Jasła.

Sobota 13.VIII

Zmęczeni nocną jazdą zamulaliśmy 2 godziny na dworcu PKS, a szkoda bo można było zwiedzić Jasło (bardzo ładny rynek),tu poznaliśmy magicznego Bena Geja . Z Jasła dojechaliśmy do Folusza opanowując po drodze przestrzeń autobusową. Tam zrobiliśmy ostatnie zakupy, a następnie dokonywaliśmy cudów tworzenia nadprzestrzeni w naszych plecakach, aby owe zakupy zmieścić. No i ruszyliśmy na szlak i wtedy też pierwszy raz co poniektórzy zgubili pion. Z Folusza ruszyliśmy zielonym szlakiem naiwnie ufając mapie, że dojdziemy nim do Diabelskiego Kamienia- tak się jednak nie stało, mimo że organizator coś tam mamrotał, że może czarnym…Ale nas popędzała gładkość asfaltu (początkowo) a następnie chęć schowania się w cieniu lasu. Podchodzenie na grzbiet Magury Wątkowskiej spowodowało spadek formy u większości i pojawiły się pierwsze rozbieżności w tempie, które skrytykował organizator na górze udzielając krótkiego wykładu. Efektem tej prelekcji było natychmiastowe pójście „Przodu” złą trasą i tak ostatni stali się pierwszymi. Całe zajście trwało moment i już po ok. 5 minutach ruszyliśmy szlakiem czerwonym w kierunku Bartnego. Niewielkie początkowo błoto zaczęło po chwili przybierać normy beskidzkie całkowicie satysfakcjonując nasze poczucie estetyki. Spadły pierwsze krople, zagrzmiało, a na szlaku ani widu ani słychu schroniska a zamiast tego wplątaliśmy się w torfowisko. Wybierając drogę pomiędzy głębokością po kostki a taką po kolana niektórzy tak się zaaferowali, że np. Iwona wpadła do wody, Hania wpadła na Iwonę, a Tomek wpadł na Hanię i zgubił soczewkę kontaktową. Udało nam się jednak dojść do schroniska (bacówka PTTK) w ostatnim momencie przed solidną burzą.W schronisku oferują głównie potrawy mączne- my więc podzieliliśmy się na frakcje jagodzianopierogowych, kapuścianopierogowych i ruskopierogowych. Bardzo były smaczne te pierogi, tyle że nie wiedzieć czemu te z jagodami były słone…hm…A Hania się ucieszyła, że dostanie pierwsza no i dostała ostatnia. Nocleg znaleĽliśmy niedaleko u gospodarza. Tam też co mniej wytrwali ustawili się w kolejce do łazienki a ci najtwardsi udali się do sklepu oddalonego „o 20 min”. Wyprawa się rozrosła, gdyż trzeba było zwiedzić Bartne- wioskę wyjątkową bo łemkowską. Jest do obejrzenia cmentarz, dwie cerkwie, chyże, liczne krzyże przydrożne. W drodze powrotnej nastąpiła integracja naszego stada ze stadem Żubrów, ale te po zajrzeniu w ich głębię okazywały się całkiem puste. Byliśmy także obserwowani przez stado kur, które zabunkrowały się na kupie (czyli gnoju). „Beka jak kura na kupie” podsumował nasz dowódca obrony- Tomek. Wieczorem nastąpiły integracje przy gitarze i impreza pod przymusem, bo „muszę wypić piwo bo za ciężkie i nie chcę go jutro nosić”.

Niedziela, 14.VIII

Tego dnia czekała nas długa trasa. Niektórzy usiłowali myć buty w umywalce, ale udało nam się ich zniechęcić. I słusznie, bo już po 100m. błota było po kolana. Szliśmy cały czas czerwonym szlakiem, tuż przed Wołowcem zaczęły się piękne polany, a we wsi pojawił się nawet asfalt, ale tylko na chwilę, a poza tym było sielsko i anielsko. Postój, a na nim same wspaniałe rzeczy do jedzenia- czekoladowe mleko z tubki, cukierki kopiko o smaku capuccino, jabłka, kanapki i 1000 innych rzeczy. Dalej szlak zaczął pracować na beskidzkie normy i błoto się spotęgowało oraz pojawiły się przeprawy przez rzeczki, które jak zwykle dostarczyły wielu uciech. W Jesionce po przedarciu się przez pokrzywy wyszliśmy na drogę i zrobiliśmy postój przy kapliczce. Następnie zaczęliśmy forsować grzbiet Popowych Wierchów. Zaczęło nam już dokuczać zmęczenie, gdyż droga do najkrótszych nie należała. Zejście wzbogacone zostało o kilka spektakularnych „gleb”, a Ewa cały czas gubiła butelkę. Pod koniec znów odpoczynek na pięknej łączce z widokiem na Rotundę i Kozie Żebro (czyli naszą dalszą trasę). Na tej to łączce spotkaliśmy młodziana z kolegami, który zwierzał nam się, że już trzeci dzień piją z okazji imienin jego drugiego imienia. W sklepie zaopatrzyliśmy się w kalorie (potrzebne przy podejściu na Rotundę) w postaci lodów. Stromizna podejścia zachęciła co poniektórych do poszukiwań drogi „na szagę”, lecz koniec końców szczyt zdobyliśmy wszyscy robiąc popas przy cmentarzu (na szczycie Rotundy znajduje się odnawiany obecnie cmentarz wojenny). Zejście okazało się jeszcze ciekawsze niż wejście i z wielkim utęsknieniem czekaliśmy na „płaskie metry”. Na nocleg zatrzymaliśmy się w bazie namiotowej w Regetowie. Powzdychaliśmy na wspomnienie wygodnej łazienki z poprzedniego dnia i wykąpaliśmy się z grymasami na twarzy w strumyczku, podczas gdy Adam i Tomek przyrządzali posiłek, gdyż stwierdzili, ze dziś ich kolej. Gotowanie trwało więc długo i nie obyło się bez problemów, ale efektem był jeden z najsmaczniejszych posiłków na trasie. (Czego tam nie było- ryż, kiełbaski, kukurydza, sos serowy, cebulka i plasterki pomidora-mniam!). PóĽniej jak zwykle integracje przy gitarze, a nastepnie wzajemne uciszanie się w namiotach bo jakoś się wszystkim na krzyki i zakłócanie ciszy zebrało tego wieczoru.

Poniedziałek, 15.VIII

Dzień rozpoczął się bardzo efektownie, mianowicie podejściem na Kozie Żebro- to zawsze robi wrażenie. Walczyliśmy dzielnie i mniej dzielnie, gryząc piach i korzenie by utrzymać pion. Majster znalazł sobie nawet pomocny talizman-zdechłego kreta. W czasie podejścia wspomagaliśmy się nadal mlekiem z tubki. Do Wysowej schodziliśmy zielonym szlakiem, na którym- o dziwo! - zaczęli nawet pojawiać się ludzie- głównie kuracjusze i wczasowicze, którzy patrzyli na nas dziwnie podejrzliwie jakbyśmy się wyróżniali. W Wysowej podarowaliśmy sobie odrobinę luksusu w postaci wizyty w restauracji i zaopatrzenia w sklepie (między innymi w 14 Beczek Porzeczkowych w celu przyrządzenia grzańca). Obciążeni dodatkowymi litrami z trudem dowlekliśmy się do bazy namiotowej w Hucie Wysowskiej, gdzie zajęliśmy 1 duży namiot. Tam też większość zrobiła pranie, co okazało się dla nas zgubne, gdyż właśnie tego dnia skończyło się słońce na naszym wyjeĽdzie. Zapachu stęchlizny nie pozbyliśmy się już do końca, choć czyniliśmy rozpaczliwe próby walki z nim. Wieczorem nastąpiła integracja przy pomocy gitary, grzańca oraz kawałów, nad którymi krążyło widmo jeżyka, a raczej dowcipu o jeżyku. W nocy wszystkich nas obudziła niesamowita burza, krążąca nad nami i grożąca oberwaniem chmury. Po pewnym czasie nie było wiadomo, kiedy uderza piorun, a kiedy ktoś robi zdjęcie.

Wtorek, 16.VIII

Rano po długich naradach, dyskusjach dotyczących priorytetów i innych sporach ustaliliśmy, że dzielimy się na dwie grupy. Część bowiem w obawie o swój stan psychiczny i fizyczny zrezygnowała ze żmudnych podejść we mgle oraz poślizgów na błocie jeszcze bardziej spotęgowanym (czy to możliwe?!) przez ulewę. Postanowili udać się do Krynicy PKS-em, druga grupa natomiast postanowiła przez Lackową przebić się do Mochnaczki i stamtąd złapać transport. Pośpiesznie oddaliśmy PKS-owcom co cięższe rzeczy i ruszyliśmy na szlak bo droga przed nami była długa. Na początku musieliśmy wbić się na azymut na szlak, żeby nie iść naokoło. Spodziewaliśmy się, że będzie wesoło, gdyż nie dość, że Niski to jeszcze azymut, krzaki i w dodatku błoto. Okazało się jednak, że nie pobłądziliśmy za bardzo, a droga nas zachwyciła- szemrzące strumyczki, wstające po deszczu opary, paprocie, nawet dostrzegliśmy storczyka, a kalorii znów dostarczało nam mleko w tubce. Wyszliśmy na szlak, który okazał się równie zarośnięty i błotnisty. Przy następnym drogowskazie rozważyliśmy możliwość utworzenia różowego szlaku im. Bena Geia. Drogę na Lackową urozmaicały nam poza mlekiem skondensowanym informacje od PKSowców. Najpierw okazało się, że ani oni ani tym bardziej my nie mamy kociołka- naszego ukochanego, choć tak często przeklinanego (nie wiadomo czemu przez noszących go). Chyba kogoś w końcu zdenerwował na dobre no i został w Bazie. Potem okazało się, że zostały również ścierki i wszystkie puszki z jedzeniem. Z tego powodu, ogołoceni z dobytku na Lackowej mieliśmy już wyśmienite humory a potem zaczęło się słynne zejście. No i wtedy już pojawiły się poważne problemy z pionem, a nawet pojawiał się poziom. W poziomie i w pionie zbiegaliśmy od drzewa do drzewa ,aż Adam po kolejnym zderzeniu został w półpionie, a drzewo zaliczyło poziom, a żeby było ciekawiej wtedy właśnie była niesamowita ulewa. Resztę zejścia spłynęliśmy. Potem czekała nas jeszcze bardzo długa droga, uciążliwa, ale bardzo urokliwa, a ze zmęczenia byliśmy coraz weselsi. Zastanawialiśmy się ile jeszcze będzie ostatnich podejść oraz komu wyznaczyć pokutę w postaci powrotu po kociołek. Jak to Ewa powiedziała-„tam, z powrotem i jeszcze jedna droga gratis!”. Ostatnimi siłami zeszliśmy do drogi asfaltowej z Mochnaczki, gdzie złapaliśmy autobus do Krynicy. Mimo zmęczenia udało nam się jakoś rozbić obóz w jednym z barów, naprzeciwko krowy Milka- spoglądała na nas w sposób, który nie dawał nam spokoju. Aż w końcu Milka została zdobyta! Jak się potem okazało PKSowcy również pożywiali się w barze naprzeciwko Milki. Odwiedziliśmy jeszcze kilka sklepów, lodziarnię, kino Jaworzyna i usłyszeliśmy kilka rozmów na nasz temat- typu „patrz,biedne dzieci, muszą z takimi plecakami chodzić”. Dotarliśmy na miejsce noclegu- schroniska katolickiego w Słotwinach, gdzie przestrzegają zasady niekoedukacyjnych sal i nawet małżeństwom nie pozwalają na spanie w tym samym pomieszczeniu. Wieczorem impreza na tarasie.

Środa, 17.VIII.

Dzień zaczął się bardzo ciekawie, bo już na samym początku grupa wykazała się niesubordynacją i organizator musiał nawracać ją z drogi. Wtedy też cofaliśmy się po raz pierwszy. Uświadomił nas on również (tzn. organizator), że zamierza zdobyć Jaworzynę Krynicką, gdyż ze szczytu roztaczają się piękne widoki, a mgła nic mu w tym nie przeszkadza. Cofnęliśmy się jeszcze z kilka razy, posłusznie, choć nie bez zgryĽliwych uwag, zgodziliśmy się nawet na podejście korytem potoku, a następnie przedzieranie się przez maliny i pokrzywy w coraz silniejszym deszczu, a to wszystko po to by następnie móc zejść na dół- do początkowej stacji kolejki gondolowej na Jaworzynę. Tutaj niektórym upadło „morale”, powiedzieli, że więcej się nie cofają i nie podchodzą i kupili bilety na wjazd, część jednak postanowiła być twarda i zdobyć szczyt na piechotę. Cofać musieliśmy się już po kilku metrach, ale cicho sza. Im wyżej wchodziliśmy tym większa ogarniała nas mgła,ale gardła to ostro co poniektórzy pozdzierali na śpiewie, oj działo się!, a na szczycie to już nawet nie wiedzieliśmy gdzie jest schronisko i musieliśmy zadzwonić do reszty. Po ciepłym posiłku ruszyliśmy teraz już wszyscy na szlak w kierunku Hali Łabowskiej. Droga, choć daleka była na szczęście w miarę prosta, ale pogoda tego dnia pokazała co potrafi- mgła, mżawka, zacinający deszcz i wiatr…Gdy dotarliśmy wreszcie do schroniska po wielu ostatnich podejściach wszyscy byli porządnie wykończeni. Po pertraktacjach z rastamańską obsługą zajęliśmy koedukacyjny pokój z pojedynczymi łóżkami dla par, ten wieczór był dosyć niewygodny dla czystolubów, mokro, chłodno, ciemno, brudno, ciasno, kolejka do prysznica, ale daliśmy radę!!! Przed snem ustaliliśmy cel wędrówki: Rytro, a jeśli nie damy rady to Cyrla, ok. 4,5h.

Czwartek, 18.VIII.

Dla wzmocnienia zaczęliśmy dzień od… nie, nie od piwa, a od nieśmiertelnych kanapek, potem powierzchowne skrobanie błota z podłogi, fotka przed schroniskiem i ruszamy zaczepiani wciąż przez jagody czerwonym szlakiem. W trakcie następuje maksymalne rozciągnięcie, które doprowadza do zebrania całej menażki grzybów przez Piotrów i Martę, a także zgłębienia paru aluminiowych wnętrz. Do kupy schodzimy się na Hali Pisanej i przez Około godzinę zapełniamy wszelkie pojemniki jagodami na kolejny posiłek. Do prywatnego schroniska Cyrla dotarliśmy około 15. To co zobaczyliśmy zupełnie nas rozbroiło, gdyż klimat okazał się bajkowy, ceny rewelacyjne, a obsługa dowcipna i w dodatku znająca nasz Klub!. Po przekonaniu Organizatora i frakcji zatwardziałych chodziarzy, zapadła decyzja, że zostajemy, lecz tu okazuje się, że miejsc w pokojach nie ma dla wszystkich, ale jak nie chcemy rozbijać namiotów, to możemy zająć hmn?.. Szopę, a dokładnie coś, w czym na dole było miejsce na ognisko, a na piętrze miejsca na spanie, ale z brakiem osłony z dwóch stron. Tu do pomysłu zapalili się miłośnicy przygód, niewiarygodnych wyczynów, ekstremaliści i miłośnicy noclegów na Syberii. Oliwy do dyskusji dołożył Adam zdobywając wizytówkę do agroturystyki w Rytrze, po kolejnych pertraktacjach wewnątrz i pozagrupowych postanowiliśmy! Schodzimy do Rytra i wtedy wyskoczył właściciel Cyrli i zakrzyknął: „Mamy dla was pokój!” kobiety odetchnęły z ulgą, faceci machnęli rękoma na odpuszczenie. Mimo wszystko trzeba było zejść po prowiant do sklepu i niestety Organizator zawrócił z trasy. Cały obóz zakończył się po paru absurdalnych telefonach, kupie śmiechu, rozlanym grzańcu Piotra vel Gaduły, które spijał następnie wyciskane z rolki papieru toaletowego, napisaniu wierszyka przez nową Ewę, podwójnej kolacji i ekscytującej nocy z odgłosami prosto z zoo.

Piątek, 19. VIII.

Rano po śniadaniu, Ci którzy mieli zamiar coś robić przerzucili się na Słowację, jednak nie mając busa do Starej Lubovni zawrócili z arsenałem pamiątek do Piwnicznej, druga część zaległa w urokliwych ruinach zamku w Rytrze. Zeszliśmy się wszyscy w Restauracji w Piwnicznej i po opiciu wyprawy i zakupach udaliśmy się na PKP. Na miejscu pozostał Piotr 666, oraz Konar. Podróż do domu przebiegła bez większych zacięć, na dyskusjach, śpiewie i pięciolitrowym Słowackim winie nie do pokonania…

Epilog

„była sobie GDAKK-ów grupa
Wciąż chodziła zlana w trupa
Tylko krzyk Mąci-trasiarza
Pobił Piotrków-to się zdarza!
W trasie gruszki nie spadały
Interfejsy nas wkurzały
Ale błotko Warszawiaków
Nie wystraszy rzadnych GDAKK-ów
Jak raz rozłam w grupie powstał
To kociołek z tyłu został
Płaczą chłopcy i dziewczęta
Czemu nikt z nas nie pamiętał?!
A w Krynicy grupa nowa
Idzie patrzy, a tu krowa
Jakaś dziwna niesłychanie
Na niej siadły cztery panie
Tu na Cyrli jest schronisko
A w szałasie jest ognisko
Wiatry wieją na pięterko
Lepiej leżeć pod kołderką
Już jest Ľle w tej Cyrli grupie
Lecz gospodarz nogą tupie
Jak z rękawa daje schron
Garść narzekań poszła won!
Już na piwko się zmawiają
Piotrki gadać nie przestają
Tak, więc mówię Tobie szczerze
Chociaż sama w to nie wierze
Choćby zaraz idę w ciemno
Byle byście chcieli ze mną!!!
zdj1
okolice Diabelskiego Kamienia, początek i radość, bo to jedynie 4,5h drogi do Bartnego
zdj2
magura Wątkowska, tu Karol Wojtyła X lat wcześniej, ale 14.VIII w niedzielę odprawił mszę, my byliśmy 13.VIII w sobotę!
zdj3
Schronisko w Bartnem, klimat Majstra
zdj4
Bartne- W starciu ze stadem Żubrów
zdj5
Bartne Integracja
zdj6
Zejście do Wołowca
zdj7
Trasa Wołowiec-Jesionka, jedna z paru przepraw
zdj8
w poszukiwaniu szlaku ku Zdyni
zdj9
Rotunda i kolejny cmentarz
zdj10
Regetów, faceci gotują kolację w SBN
zdj11
ostatnie ujęcie kociołka, (chlip!)
zdj12
pokaz mody damskiej przed Kozim Żebrem
zdj13
Wysowa i kolejne cerkwi banie
zdj14
Wysowa, nasze odkrycie-beczki
zdj15
Huta Wysowska i beczkowanie
zdj16
Azymut na Lackową
zdj17
Moment odprężenia i podelektowania się dziką przyrodą
zdj18
Lackowa opanowana!
zdj19
Tam musi być cywilizacja! Widok na Mochnaczkę Niżną
zdj20
Krynica wzięta!(razem z krową)
zdj21
a tymczasem reszta czysta i pachnąca z nowym mięsem czyli Maćkiem, kawałek dalej
zdj22
Jeden z wielu azymutów tego dnia Słotwiny-Czarny Potok
zdj23
"I wyszli z azymutu na szlak ku Jaworzynie"
zdj24
Podejście na Jaworzynę bez Jagód i Piwa? Niemożliwe!
zdj25
Oryginalne beskidzkie błoto
zdj26
Hala Łabowska - sodoma i gomora, nic dziwnego, że niektórzy wyciągnęli nogi.
zdj27
Hala Pisana, kontrola, kto nie zasługuje na posiłek złożony z jagód
zdj28
Cyrla, stół gorących debat i posiedzeń
zdj29
Cyrla-Rytro
zdj30
Winne granie na pożegnanie
Komentarze wyjazdu
Hanna Arendt
Hanka
klubowicz
444722   hanna.arendt@wp.pl   www.zawszezarece.pl  
Beskid byl taki niski w tym roku... :: 2005-11-18 23:58:22
Hehehe... jak zwykle zabawnie i milo ;) Mimo ze nie przepadam z atymi gorami to z Gdakkami wszedzie sympatycznie ;) No i Labowska odwiedzilismy ;)
Adam Kępa
Kemp
klubowicz
pazuryskorpiona@wp.pl   http://duzozyciamaloczasu.word  
Był strasznie wysoki :) :: 2005-11-21 08:31:00
Kozie ?eberko było niskie? Oj, oj, Haniu nie pij tyle na następnym wypadzie :), dziękuję wszystkim, że mimo braku dzbanów wytrzymali na wyprawie, dzięki uczestnikom azymutu na Lackową, tylko szkoda,że doszło do zemsty pewnej grupy na kociołku, oby dobrze służył w Hucie Wysowskiej