glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Rajd pękniętych szprych
termin: 03.VII
sezon: Wakacje 2005
Autor tekstu: Piotr Grzybowski


Ranek wstawał pogodny spokojny i nic nie wskazywało na to, że dzień ten będzie pełen komplikacji oraz dramatycznych wydarzeń.
Kiedy dotarłem na miejsce startu, oczekiwał tam jedynie Bartek. Stwierdziłem, że by formalności stało się zadość, poczekamy jeszcze chwilkę i ruszymy w drogę. Posunięcie było o tyle dobre, że wkrótce nasza grupka poczęła zdecydowanie się powiększać. Poczekaliśmy, aż stan wyniesie równą dziesiątkę i ruszyliśmy. Z początku po zwiniętych torach, a następnie oddaliliśmy się od nich na chwilę. Chwila ta okazała się wyra?nie dłuższa, niż zamierzałem, bo powrót na nasyp okazał się raczej trudny. Kilka razy uderzaliśmy dostępnymi drogami pod górę, by po chwili skruszeni wracać na dół, napotkawszy płot, chaszcze lub sterty gruzu. Jeden z takich podjazdów okupiłem zresztą pękniętą szprychą. W końcu zaprzestałem eksperymentów i ruszyliśmy znanymi mi już traktami, by do zwiniętych torów dotrzeć parę kilometrów dalej (po drodze jeszcze jeden płot w poprzek drogi).
Przemknęliśmy koło hipermarketu i kupy samochodów i spokojniejszą już drogą dotarliśmy nad jez. Otomińskie. Oprócz kupy plażowiczów oczekiwała tam na nas - zapewne już trochę znużona oczekiwaniem - następna trójka rowerzystów. W ten sposób dobiliśmy trzynastki. Magia tej liczby szybko dała o sobie znać, bo wkrótce znów był nas równy tuzin, bowiem koleżanka Ela wybrała alternatywną trasę - jak się z początku wydawało, równoległą do naszej, ale równoległość ta była, jak się okazało, jedynie pozorna. Dzięki najnowocześniejszej cyfrowej technologii udało mi się jednak ją odnale?ć, zanim uczyniły to wygłodniałe leśne bestie. W dwoje pognaliśmy za resztą. Po drodze pierwszy tego dnia jar, który ku czci pamiętnego wydarzenia ochrzciliśmy Jarem Zagubionej Eli. Jeszcze tylko prosta inaczej kładka przez Radunię i dobiliśmy do peletonu, spożywającego właśnie kolejną kanapkę na słonecznej polance.
Wyruszyliśmy w kierunku kolejnego jaru. Zanim tam dotarliśmy, Julia i Michał odłączyli się, by nad niedalekim jeziorkiem oddać się błogiemu lenistwu (chyba). A myśmy dotarli nad brzeg jaru Reknicy. Tam Ela i Monika postanowiły się odłączyć, by z pomocą mapy, obejmującej bliżej nieokreślony obszar globu, na własną rękę dotrzeć do Gdańska. Świadkowie twierdzą, że widzieli przynajmniej część tej grupy krążącą wieczorem w okolicach Gdańska. A pozostali, na raty co prawda, ruszyli z impetem w głąb jaru, by dokonać jego penetracji. Z tendencji tej wyłamała się jedynie Asia, która z racji koneksji rodzinnych w temacie jarów była aż nadto na bieżąco. Stwierdziliśmy, iż jar składa się z:
a) jaru właściwego,
b) płynącej dnem rzeczki,
c) szaty roślinnej,
d) komarów.
Następnie ruszyliśmy w górę Reknicy. Widoczki wypiękniały, choć z czasem zaczęły znikać za wybujałą roślinnością stepową, w którą przyszło nam się zanurzyć.
Ponownie wykorzystując najnowocześniejszą technologię, skontaktowaliśmy się z Julią i Michałem. Nie bacząc na ich przeciwstawne wytyczne, po malowniczym odcinku nad brzegiem jeziora, odnale?liśmy ich tamże, oddającym się błogiemu lenistwu. Cześć uczestników, starając się zapewne o przyjęcie do klubu morsów, zanurzyła się w jeziornej toni, a reszta dołączyła do grupy oddającej się błogiemu lenistwu.
Czas jednak płynął nieubłaganie i to bez przerwy w jedną stronę. Przy pomocy przezornie zabranej przez Iwonę mapy Suwalszczyzny wytyczyliśmy dalszą trasę i by rozhibernować pływaków ruszyliśmy od razu pod górę, przypominającą tor saneczkowy, tyle tylko że, szczęśliwie, bez śniegu i, równie szczęśliwie, bez sanek. Wkrótce pożegnaliśmy po raz kolejny państwa P., którzy wiedzeni jakimś przeczuciem, ruszyli w kierunku cywilizacji. Z rozpaczy, spowodowanej zapewne tym rozstaniem, koleżanka Mirela rzuciła się w objęcia koleiny. Po załataniu jej powłok zewnętrznych (prowizorycznie przy pomocy plastrów, choć były proponowane również bardziej radykalne metody) ruszyliśmy w dalszą drogę. Gdy zapasy wody i innych napojów były już na wyczerpaniu, dotarliśmy w końcu do sklepu w formie baru (lub może odwrotnie).
Bartek, pomny niebezpieczeństwa szkorbutu, zaopatrzył się w kiszone ogórki, a reszta w napoje i lody i, podziwiając rozstawione w pobliżu obiekty mini-skansenu, zajęła się konsumpcją. Asia natomiast próbowała ustalić miejsce naszego pobytu, ponieważ jednak mapa, z której korzystała, pochodziła sprzed ostatniego (a może i nie ostatniego) zlodowacenia, udało się to jedynie w wielkim przybliżeniu.
Spod sklepu szybko dotarliśmy w pobliże torów kolejowych. Rower Marii widocznie usłyszał z pobliska ostatni zmierzający w stroną 3miasta pociąg i postanowił od razu wejść w bliższy kontakt z kamieniem. Tylne koło z uciechy przybrało nad wyraz ciekawą formę geometryczną (właściwie koło ze względów geometrycznych jak i użytkowych nie jest może najlepszym określeniem), a dwie szprychy utraciły ciągłość. Po zastosowaniu klucza szwedzkiego oraz siły (ale bez godności osobistej) dało się doprowadzić rower do stanu bliskiego używalności. Kondycji kamienia nie sprawdzaliśmy.
Ze względu na pó?ną już porę jar Raduni oglądaliśmy tylko w poprzek i przy prędkości 40km/h.
Kolejny raz skorzystaliśmy z ultranowoczesnej technologii cyfrowej. Przy jej zastosowaniu skontaktowaliśmy się z Michałem (próbującym zapewne oddać się w końcu błogiemu niedzielnemu lenistwu) i nakłoniliśmy go, by dwa pedały zamienił na 3, a dwa koła na 4. Tak więc spotkaliśmy się ponownie na trasie, by dać sposobność Marii i Asi oraz ich rowerom odbyć dalszą podróż w bardziej cywilizowanych warunkach. A pozostała uszczuplona grupa, znaną do znudzenia trasą, ruszyła w kierunku mety. Postoje były znaczone wyciąganym z bagaży odzieniem, które zaczęło powoli wracać do łask, oraz pożegnaniami z odłączającymi się kolejnymi kolarzami, skręcającymi w kierunku swoich domostw. Żegnaliśmy się również z niknącym za horyzontem słońcem. Już w półmroku i jedynie w dwójkę z Krzystofem przecięliśmy Oliwskie lasy, by dotrzeć do samej Oliwy. Jeszcze 10min i ostateczna na ten dzień meta, na liczniku równiutki dystans, a w głowie kolejne już pomysły na następne letnie wypady.
Na które tradycyjnie zapraszam.

Grzybek
Komentarze wyjazdu