glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Beskid Niski
termin: 17 - 24 VIII
sezon: Wakacje 2004
Beskid Niski
Autor tekstu: Adam Kępa
Autor zdjęć: Adam Kępa

Uczestnicy: Magda, Łukasz, Magda, Łukasz, Dorota, Jarek, Piotrek, Darek, Hania, Ania, Marta i organizator Adam.

17.08.2004 Wtorek. Pierwsza dziewiątka desperatów gotowych na wszystko, a przy najmniej na 17 godzin jazdy PKP spotkała się o 16.00 w Gdyni na peronie. Pojawiła się też Olga i Tomek by nas pożegnać i przekazać nam trochę sprzętu, by nam zbyt wakacyjnie nie było, przejechali nawet z nami do Sopotu, jednak mało ich widzieliśmy gdyż całą trasę zmykali przed kanarami :). W Gdańsku dołączyła Prezes i w tym składzie przed Bydgoszczą otworzyliśmy w mega skwarze po pierwszym piwku. Po 20 minutach stało się oczywistym, że nie dojedziemy do Zagórza bez wsparcia. Tak więc w Bydgoszczy Organizator wraz z kawalerią pod postacią Darka zakupił 18 sztuk amunicji potrzebnej do prowadzenia dalszych działań, no i rozpoczęła się integracja, gdyż mało kto był z GDAKKa...

18.08.2004 Środa. O godzinie 3.03 nasz skład wtoczył się do Krakowa, gdzie przy okrzykach "Jazda, jazda, jazda, Biała Gwiazda!!!" Dołączyła do nas Magda ze swym kuzynem - Łukaszem, rodem z Szydłowca nastąpiła dalsza integracja... Przed 10.00 wysiadamy w Zagórzu, robimy zakupy i dajemy się wywie?ć jakiemuś kierowcy busa do Dołżycy. W Komańczy zwinęliśmy z ulicy Ukiego i Magdę, euforia, ze spotkania podupadła, gdy dostrzegliśmy w ich rękach JUŻ pustą butelkę po Fresco, wtedy posypały się uszczypliwe komentarze :). Kierowca był na tyle miły, że dowiózł nas do końca świata asfaltowego, a nawet pomógł wypakować plecaki. Przy entym z kolei zadrżała mu ręka z wysiłku, z plecaka wysunęło się puszka Żubra i rozbiła żałośnie. Nie pomogła szybka reanimacja usta - usta dzielnych i ochotnych mężczyzn, puszka zdechła. Po krótkim otrząśnięciu Organizator zarządza wymarsz. Od razu zauważamy, iż nie ma nigdzie szlaku, szybko musieliśmy się przyzwyczaić do faktu, że w tej części gór musi być ostry deficyt znakarzy. Przy podejściu na Garb Średni (822m.n.p.m.),szlakiem zielonym, znów zrzedły nam miny, gdyż znów poległa, lecz tym razem nie puszka, lecz kondycja jednego z uczestników. I tak po smutnym pożegnaniu zawróciła do Komańczy jedna duszyczka, a reszcie przybyło do taskania dodatkowo namiotu i kociołka. Na Garbie Średnim, wbrew zapewnieniom przewodnika nie znale?liśmy "polany widokowej". Tu przeszliśmy na szlak niebieski i pokonując szczyty: Danawa (841m.), Pasika (848m.), Kanasiówka (823m.),w końcu docieramy do nasłonecznionej polany w okolicy szczytu Hubań, gdzie odstawiamy sesję fotograficzną, po której Prezes stwierdza, że w jednym z aparatów nie ma kliszy :). Po niwelacji błędu i powtórce sesji, uwagę naszą przykuła grupka sielskich turystów, w których Adam rozpoznaje swojskie Fify(!), które wyszły akurat na spotkanie reszty swoich podążających naszym tropem. Te z kolei przywitały nas praktycznym hasłem: " Nie macie czarnego Specjala?" Wszyscy ponownie spotkaliśmy się na noclegu w Jasielu. Jasiel to miejsce po wymarłej wiosce w którym wbrew zapewnieniom większości map znale?liśmy pole namiotowe i to jeszcze darmowe. Podczas naszego obiadu niektórym Gdakkom się zdawało, że nasi przyjaciele z PG, patrzą na nas wilczym wzrokiem, ale to było chyba złudzenie, choć padło stwierdzenie: "Oni mają co jeść, My mamy co pić". Skład obiadu-kiedy to po raz jedyny użyliśmy kociołka: makarony sosy, ser, serki, konserwy. Po posiłku rozpaliliśmy ognisko, na które zaprosiliśmy jakiegoś samotnego turystę oraz resztę Polibudy z pola. Ognisko jak ognisko, było sporo piosenek o Specjalu czarnym, sporo gadania, goście połamali mega grubą ławkę :), z tłumu wybijał się głos Piotra tłumaczącego tajemnice sfer niebieskich...

19.08.2004 Czwartek. ...a rano sporo sprzątania, pobódka o 6.30 dla robiących śniadanie.Ciężko było wstać, pobudzała nas jedynie perspektywa spokojnego 8,5 godzinnego spaceru:). Temperatura powietrza wzrastała prawie tak szybko jak zainteresowanie pozostawionym w strumyku okazem Hainekena. Na trasę ruszamy po 9.00. Pierwszy odcinek w maxymalnym słońcu, mijając po drodze malownicze łąki i przydrożne kapliczki z poutrącanymi krzyżami o poszarpanych betonowych cokołach kulami karabinowymi. Pierwszy postój przy rzeczce, oczywiście fotka, dalej ostre podejście, wypełzający nie wiadomo skąd pot, no i nieśmiertelne muszki, z czasem doszło zmęczenie, otarcia, odciski i droga zaczęła się dziwnie wydłużać. Na Kamieniu (857m.), trochę dłuższa przerwa. Reds puszczony przez Magdę smakuje lepiej od nektaru bogów! Przy zejściu do Czeremchy znów dopada nas żar z nieba i jak na złość woda oznaczona na mapie jako rzeka gigant, okazuje się strumyczkiem doskonałym na przepłukanie podeszw butów! Kolejna godzina drogi to był mega hard-core, czyli inteligentna ścinka drzew na szlaku, po Polsku ostra przebitka przez chaszcze, zwalone drzewa, pocięte gałęzie, błoto i wodę, a szlaku tyle co lekarstw w kraju. Jednak, na szczęście kompas i wyczucie - wspomożone wypitym wcześniej piwem - naszego boskiego, wspaniałego, doskonałego, opiekuńczego, a ponad to zaradnego i niezawodnego :) Organizatora, pomogło nam przetrwać te trudne chwile, a na grani było już łatwiej bo Słowackie szlaki, w przeciwieństwie do Polskich, istnieją nie tylko na mapach. Tu też zauważyliśmy pewną ciekawostkę, choć niebo było bezchmurne już enty dzień i w dolinach było strasznie sucho, to na szczytach walczyć trzeba było ze strasznymi kałużami i błotem. Po istnym slalomie między oczkami wody i mazi błotnych, po minięciu Jałowej Kiczery (578m.), dzięki dokładności Ołówka mapy odnajdujemy słabo oznakowane zejście do Zyndranowej, lecz nim dotarliśmy do chatki studenckiej musieliśmy pokonać "trochę sążni wody i bankowo, sześć błota stóp"!!!nie rozpisując się już nad metrowej głębokości koleinami. Dopiero gdy nasze buty i nogi szczelnie pokryła powłoka brunatnej mazi ( niektórzy utrzymują, że był to kolor "Ekri"), ujrzeliśmy cel podróży. Dzięki uprzejmości pięknych pań trzęsących posiadłością, Organizator osiągnął zadowalającą wszystkich cenę za nocleg i mogliśmy się rozbić za chatą. Mimo dziennej wyrypy, męska część grupy śmiało rusza do sklepu po wina do grzańca. Pod sklepem trzeba było trochę poczekać, gdyż - co jest tak oczywiste - najlepsze sklepy są tylko otwarte rano i po 18.30. Ostatecznie wyprawa do sklepu się trochę przeciągnęła, ponieważ okoliczni homo sapiens nie znają instytucji kolejki, co oczywiście stawia w trudnej sytuacji tych którzy już w jakiejś kolejce się znale?li. Po kolacji w kuchni , która zasługuje na wspomnienie z powodu poka?nej kolekcji butelek na ścianach, rozgorzała zacięta dyskusja, w trakcie której opętani leniem uczestnicy ukuli termin: "Organizator buuuu", a wszystko przez strach przed lajcikową siedmio-godzinną trasą. Ostatecznie stanęło na drastycznym skróceniu trasy do 5,5h i noclegu na dziko na terenie pół wyludnionej Huty Polańskiej. Gdy się ściemniło, zostaliśmy zaproszeni na ognisko. Rozpoczęły się śpiewy, polały się buraki, w obieg ruszył tajemniczy kubeczek z Pepsi. Furorę robiły nasze ceglaste śpiewniki, oraz tekst Darka: "kubek się zepsuł, trzeba go chyba naprawić", na to hasło, zaraz ktoś ponownie napełniał kubek. Dobrą sławą okrył się też kuzyn Magdy, do pó?na w nocy ceniony za profesjonalne naprawianie kubka. Przyznaję szczerze, że w pewnym momencie odpłynąłem, mój spokój zmąciły jedynie ambitne starania Doroty i Hani cichego dostania się do własnego namiotu po pianiu drugiego kura...

20.08.2004 Piątek. Mimo próśb Organizatora dnia poprzedniego, Związek Zawodowy Uczestników Wyprawy, wynegocjował pó?niejszą pobódkę :( Wszyscy ruszali się jak flaki w oleju, ale humorki wracały. Przy śniadaniu robiliśmy sobie wróżby z ketchupu na kanapkach (dzięki za ten ketchup Piotrowi!). podczas pakowania zauważyliśmy, że jak coś z jedzenia pozostawało i nikt nie chciał tego zabrać, to bardzo chętnie brała to Magda i chowała z partyzanta do przepastnego plecaka kuzyna, tak, że z czasem przyjęła się nowa ksywka dla młodszego z Łukaszów - Murzyn. Ten jednak niczym się nie przejmował. na trasę ruszamy koło 10.50 w największą patelnię, co szybko pokosiło najsłabszych. kiepsko też wyglądał Piotrek, przygnieciony ciężarem plecaka, nie dość, że wolniej się ruszał, to jeszcze mniej się odzywał i nawet jego ekstra kijek nie był w stanie mu pomóc. W wyniku nie posłuchania Adama, trasę do Barwinka przebyliśmy asfaltem, a nie lasem za co oczywiście oberwał Organizator :). Godzinę i trzy foty pó?niej zalegliśmy pod sklepem w Barwinku, robiąc spore zapasy zaopatrzenia. Jednak ta godzinka zamuły tylko nas dobiła, przez co pó?niej było tylko zabawniej :). Po kolejnych trzech fotkach marszu zatrzymaliśmy się w okolicy Studenego Wierchu (702m.), już na grani granicznej. Tu sącząc piwko i deliberując nad mapą Ołówka, panowie odkrywają na zdewastowanym zgięciu mapy, że w Hucie Polańskiej jest nie tylko pole namiotowe, lecz nawet schronisko! Tu słowo wyjaśnienia, mapa Darka jako najnowsza, była najostrzej eksploatowana i bardziej w tamtym momencie przypominała ser szwajcarski stąd zatarcia i trudności w odczytaniu. przy okazji pojawiły się też propozycje zmiany planów i zejścia na bliższy nocleg na Słowacji, jednak hit upadł, gdy się okazało, że Murzyn nie ma wizy na Słowację, tzn. paszportu przy sobie. W dalszej części drogi wybiła się swym postępowaniem Dorota, która w bardzo ciekawy sposób na każdym postoju pozbywała się ciężaru z pleców, rzucając plecakiem o glebę, jak workiem kartofli, jak to ktoś zmetaforyzował: "Plecak leciał z siłą wodospadu",a wiadomo, gdzie wodospad tam i woda, no i w pewnym momencie zaczęło z plecaka ciec Dorci po nogach, na co ona spojrzała w niebo i zawyrokowała, że chyba zaczyna padać. To jednak był tylko plecak, okazało się bowiem, że na wierzchu miała Dorota 1,5l. wody która zrobiła z plecaka pralkę. Wszystko ponoć przemokło, jednak wiele tego nie było, gdyż nasza bohaterka nawet kurtki nie zabrała, by nie mieć ciężko, co ciekawie kontrastowało z Adamem obładowanym jak wielbłąd. W trakcie tej trasy zaczął się ujawniać u co niektórych tzw. syndrom słupka. Wiedząc przy którym słupku jest zejście na nocleg bacznie śledziło się numerację, co jednak było złudne z powodu zmiennych odległości między jednym, a drugim słupkiem. Na Baraniej (754m.), spotkaliśmy dwóch ciekawych studentów, jednego z irokezem, a drugiego w spodniach od piżamy i japonkach na nogach. Pod koniec dnia zaczęło grzmieć, więc co poniektórzy zaczeli wtórować naturze: "Organizatorbuuu". Na całe szczęście padać zaczęło dopiero gdy wkroczyliśmy do Huty Polańskiej, tak więc tylko nas powierzchownie liznęło. Natomiast w dalszej części przedstawienia nastały ciemności i przyznaję-takiej pompy to ja już dawno nie widziałem! Schronisko "Hajstra", to w miarę nowa, dobrze urządzona baza noclegowa z prysznicami, ciepłą wodą, dobrze wyposażoną kuchnią. Te cywilizacyjne udogodnienia na tyle mocno oddziałały na grupę, że bez szemrania zgodziła się wyłożyć po 15zł. za nocleg. Pokój otrzymaliśmy akurat 11-to osobowy, ze sporą przestrzenią między łóżkami na której po kolacji rozłożyła się śmietanka wyprawy. Hania z Darkiem i Dorotą zorganizowały koncert życzeń i było miło choć wszyscy byli nie?le wypompowani, co poznać można było po koordynacji ruchowej. Np. Anka wdzięcznym machnięciem ręki wylała cały kubek kawy, natomiast Marta tak przyłożyła w łóżko, że aż Piotrek na nim podskoczył, nie wnikając już w zaśnięcie Łukasza z puszką w ręce. Ostatnie godne uwagi fakty z tego dnia to, perfekcyjne zaśpiewanie przez Ołówka: "Leżę, leże, nawaliłem się jak zwierzę", oraz litość Doroty, która nie chcąc zabić spadającą deską Ukiego lub Madzi, zdecydowała się spać na ziemi.

21.08.2004 Sobota. Rano drastyczna pobódka Buuuorganizatora, już o 8.00 jemy śniadanie. Dorota w geście "uzewnętrzniania swojego wnętrza na zewnątrz", z rozmachem potrąca i wylewa kubek wrzątku, trafiając Darka, być może w akcie zemsty za nocne gadanie, kolejną ofiarą zostaje Uki który siada w rozlaną ciecz. Przy posiłku, oczywiście asystuje nam ketchup Pitera który tryska nie kontrolowanie na wszystko co nie koniecznie jest jadalne .Przed wyjściem wpisujemy się do księgi Pamiątkowej, a Dorota nawet wymyśla wierszyk: ”W Beskid Niski pojechały, słynne GDAKKi co się śmiały. Mimo deszczu, mimo błota, na wędrówkę wciąż ochota! Mimo braku pewnych wygód, choć nie każdy dzień gorący, humor nasz nieustający!” Tego dnia ma być króciutka 2/2,5 godzinna trasa do Grabu, jednak ktoś zerka na mapę i odszyfrowuje, że gadanie Organizatora trzeba sumować: 2 i 2,5 = 4,5h! Ostatecznie po paru "buuuuchaniach" postanawiamy zejść ze szlaku w Ciechani i pójść częściowo na przełaj. Po dojściu do asfaltu, z małym nadłożeniem drogi Szef nadgania przód i wali praktyczną, acz krótką mowę o tym kto prowadzi, w jaki sposób i dlaczego często nadkładamy drogi, a potem z uśmiechem zaprasza do zdjęcia. Troszkę dalej trafiamy na hit dnia - fiacika Tico, przy którym mamy sesję zdjęciową-pewnie z tęsknoty za cywilizacją. W trakcie drogi się rozciągamy, tak, że tylko nieliczni trafiają na siankowe zdjęcia, a jeszcze mniej uczestniczy w wydaniu wyroku na poobijane wino w kartonie, które po raz kolejny wylądowało z piekielnym kociołkiem na asfalcie. Tuż przed Ożenną odstawiamy kolejną sesję fotograficzną przy wejściu do Magurskiego Parku Narodowego (tak na marginesie to był jedyny dowód na naszej trasie istnienia takowego kompleksu). W Ożennej organizujemy sobie biwak pod sklepem. Tu też odkrywamy widoczne na zdjęciu Dzbany winne. Kilometr dalej w Grabie, w PTSM-ie udaje nam się zdobyć nocleg za 7 zł. Od osoby (po targu i uprzejmości). Rozkładamy się w obszernej sali na materacach – wybija się tylko Łukasz śpiący na całej stercie – dziewięciu! – parę stóp nad nami. Po obiedzie mamy czas wolny (dzięki buuuuuorganizatorowi J ).Do dyspozycji jest zdezelowany prysznic z zimną wodą, piłka do nogi, piłkarzyki, ping pong, można też iść w góry lub bliżej do sklepu. Faceci „poznali” w nim lewitującego fana Białej Gwiazdy z którym sobie śmiało pośpiewali. Gramy też trzy razy w Mafię w której przeważnie giną kobiety J, he, he. W końcu pojawia się grzaniec, który trochę zamieszał nam w głowach co widać na pewnym zdjęciu: Hania z Dorotą próbowały zadzwonić do domu z odłączonego aparatu, Piotr myślał, że umie grać na gitarze, Darek, że jest męski, Adam, że jest mułem, a Ania oświadczyła się Magdzie! O 19.00 tajemnicza grupka udała się do parkującego nieopodal na noc kierowcy PKS – u w celach zapoznawczych, jednak młody i przerażony kierowca nawet nie chciał słyszeć o korzyściach płynących ze znajomości z GDAKKami. Po raz kolejny się okazało, że ta grupa jest kiepska w piciu wina, gdyż do 2.00 nie dostrzegliśmy dna garnka, za to zawarliśmy znajomość z dwoma rowerzystami: Bartkiem i Krzyśkiem, od których widokówka powinna się znajdować pod relacją (Bardejov). W nocy słychać tajemnicze chrapanie oraz mlaskanie tak jak by ktoś na raz pochłaniał 5 Snickersów i paczkę sezamek.

22.08.2004. Niedziela. Po szybkim pakowaniu lecimy na PKS za furtką i już o 9.00 jesteśmy w Jaśle, a tu pada, a wręcz leje deszcz! 50 min. Pó?niej podjeżdża pośpieszny PKS. Miły kierowca otworzył nam schowek na bagaże przy okazji topiąc swoją komórkę w kałuży. Do tego schowka wrzuciliśmy tylko kociołek, gdyż sam kierowca nas ostrzegł przed potopem wewnątrz. Na trasie mamy trzy przymusowe postoje z powodu przegrzania silnika – wedle naszej teorii – z powodu kociołka na silniku. W Krynicy wysiadamy pod kinem „Jaworzyna”, w którym Marta z Adamem przez cały lipiec prowadzili wystawę „Robali Tropikalnych”. Po wylewnym powitaniu z Asią – obecną opiekunką wystawy, zostawiamy jej plecaki i ruszamy na pizze. Do pizzerii w której kelner nie wiedział jaka jest pogoda na następny dzień, a na stołach stała płatna woda, o czym nie każdy wiedział i w pewnym momencie zaczęło się dla żartu podmienianie butelek na pełne z innych stolików, co jak zobaczyła właścicielka, to szybko do nas pośpieszyła i z pięknym uśmiechem oświadczyła, że tą wodę to mamy GRATIS! Zaoszczędziliśmy w sumie całe pięć złotych! Pizza była smaczna, ale Marta i Piotr musieli na nią czekać kolejno 45 i 50 min., przez co Piotrek przy płaceniu zaczął się wykłócać o zniżkę, a otrzymał kolejną pizze gratis W PRZYSZŁOŚCI! We wzmagającym się deszczu przemknęliśmy do knajpy „Węgierska Korona” na różne kombinacje piwne np. piwo z jajkiem lub z rumem. O 17.00 znale?liśmy się w kinie na „Amnezji”. Po seansie do wracających już do domu Magdy i Ukiego (musieli), dołączają się miękkie faje Ania, Hania i Dorota zasłaniając się kwestiami finansowymi. Po tym brzydkim popisie rdzennych GDAKKów przed nowymi osobami, udaliśmy się do sklepu i kupiliśmy dwie krowy. Tymczasem relacja Ukiego z powrotu, specjalnie na moją prośbę: „No weszliśmy do pociągu i przyjechaliśmy. Bez rewelacji.” Natomiast wracając do członków wyprawy, udaliśmy się na Słotwiny na umówiony nocleg do Schroniska Katolickiego, tu jednak czekamy z pół godziny na księdza (proboszcza od dnia poprzedniego). Organizator ugadał cenę, załatwił na następny dzień pozostawienie plecaków pod kluczem i wstępnie zagadał o mały plecak na dzień następny więc w pozytywnych humorach po dłuższej gadce przed snem zakończyliśmy dzień.

23.08.2004. Poniedziałek. Rano wczesna pobudka i znów rozłam na grupę chcącą chodzić i nie. I tak Piotr pożycza plecak od księdza proboszcza i z Martą oraz Adamem jedzie do Łabowa, a Magda z Łukaszem i Darkiem ruszają na zwiedzanie Krynicy, czyli posiedzieć i się pobyczyć, stąd opis bardziej mobilnej grupy. W Łabowej jesteśmy 10.20. Umawiamy się z Organizatorem, że jeśli na najbliższej tabliczce szlakowej będzie napisane iż na górę jest więcej niż 2,5h to nie idziemy dalej, lecz na szczęście Adama już po chwili udaje nam się złapać stopa. Jak się potem okazało niezbyt nam po drodze gdyż dojechaliśmy do Uhrynia – wioseczki bliżej gór, lecz i bliżej Krynicy. Marty wzrok gdyby mógł zabijać to po zerknięciu na mapę, na pewno by to uczynił na osobie „winnej” tej eskapady. Natomiast nasz kierowca nie świadom marzeń Prezesa, zaczął nam tłumaczyć, by iść cały czas prosto na południe i nie schodzić na jakieś dziwne ścieżki, to powinniśmy dojść do czerwonego szlaku, a nim do Hali Łabowskiej, że kiedyś biegł tędy jakiś nie formalny szlak, ale on jako leśnik sam powycinał niektóre drzewa z oznaczeniami i na koniec uraczył nas anegdotką o jakiś warszawiakach którzy mieszkając u niego wybrali się tak jak my na Halę, ale pobłądzili i dotarli na miejsce dopiero nad ranem. Pokrzepieni odeszliśmy i zaraz wybuchła sprzeczka między panią Prezes, a Organizatorem, że nie damy rady i to był poroniony pomysł, na co Organizator się zaciął i oznajmił, że ruszy sam jak reszta nie chce. Ostatecznie poszliśmy dalej wszyscy. Nie zatrzymała nas nawet tabliczka: „Wstęp Wzbroniony! Odstrzał z użyciem broni kulowej.” Jeszcze na drodze wyminął nas gruby waszmość z brzuszkiem na motocrosie, ubrany na biało w puchowej czerwonej kamizelce, białowłosy i o długiej białej oczywiście brodzie. Totalny Mikołaj na wakacjach!, a jeszcze zakrzyknął nam : „Hoł, hoł”., nabijając niezłego ćwieka. Z czasem asfalt zastąpił piasek, drogę ścieżka, która też w końcu zniknęła, jednak po godzinie przedarliśmy się na szlak biegnący granią. Humory powróciły i po kolejnych 50 minutach dotarliśmy do Hali Łabowskiej. Wszamaliśmy racuchy z bitą śmietaną, popijając gorącą czekoladą również ze śmietaną, zrobiliśmy sobie fotkę i z chmielę w ręce rozpoczeliśmy zejście. Po drodze postanowiliśmy wykonać jeszcze jedno foto, na co zaraz podleciała do nas jakaś przerażona babina i zaczęła wypytywać, czy będą musieli jednak płacić za ten asfalt, co go położyli pięć lat temu, pojawił się też jakiś podchmielony góral postury wróbla, szwargocący coś wrogo po swojemu, więc się zmyliśmy dalej. W połowie drogi podłączył się do nas jakiś wielki Owczarek, więc było ra?niej. W Łabowej próbowaliśmy złapać jakiegoś stopa, lecz każdy odmachiwał, że zaraz zjeżdża z trasy więc już zaczekaliśmy na PKS. W Słotwinach spotkaliśmy się już wszyscy razem po 16.00. Wciągnęliśmy smaczny obiadek i ruszyliśmy na PKP. Podróż minęła nam szybko i miło. Rozpracowaliśmy wodę ognistą, systematycznie przy tym psując kubek. Po tym akcie dewastacji zaczęliśmy tak długo marudzić Łukaszowi, aż nie poświęcił dla dobra sprawy dwóch z trzech Dzbanów, które wiózł do domu. Strasznie pojechaliśmy też z pewną gazetą, którą zakupiła Magda. Na szczęście wydawcy nie pamiętam już tytułu, jednak był to magazyn dla pań w którym kobiety dają dobre rady kobietom jak postępować z facetami i dlaczego faceci zachowują tak, a tak. Rany! Pastwiliśmy się nad tym stekiem bzdur i stereotypów dobre trzy godziny, równocześnie płacząc ze śmiechu! Teraz już wiem, dlaczego kobiety popełniają tyle gaf i dlaczego tyle związków się rozpada!!! Zaśmiewaliśmy się też pod czas opowieści Darka na temat swego łobuzerskiego dzieciństwa, ale to już sam Darek musi wam opowiedzieć J. Gdzieś w nocy opuściła nas Madzia z kuzynem, ponoć przespali swoją stację i do Szydłowca dotarli trochę pó?niej. My natomiast wyspani w lux humorach dotarliśmy do kochanego Trójmiasta 24.08.2004 r. koło godziny 12.00.
zdj1
zdj2
zdj3
zdj4
zdj5
zdj6
zdj7
zdj8
zdj9
zdj10
zdj11
zdj12
zdj13
zdj14
zdj15
zdj16
zdj17
zdj18
zdj19
zdj20
zdj21
zdj22
zdj23
zdj24
zdj25
zdj26
zdj27
zdj28
zdj29
zdj30
Komentarze wyjazdu
Dorota Brach
Dotka
klubowicz
235492   dotab@poczta.onet.pl   http://www.dmtransfer.com/  
słonko, dobre humory... :: 2005-11-18 10:06:34
i choć mało widoczków (lasy, błotko itp), to jednak zabawa była przednia!
a w relacji jest wierszyk, który ułożyłąm, niestety wdarł się w niego chochlik oto więc poprawna wersja:

W Beskid Niski pojechały,
słynne GDAKKi co się śmiały.
Mimo deszczu, mimo błota,
na wędrówkę wciąż ochota!
Mimo braku pewnych wygód,
mamy pełno śmiesznych przygód!
choć nie każdy dzień gorący,
humor nasz nieustający
Adam Kępa
Kemp
klubowicz
pazuryskorpiona@wp.pl   http://duzozyciamaloczasu.word  
Od Organizatora :: 2005-11-21 08:35:37
Pierwszy z dwóch Beskidów Niskich był nieprzeciętny, bardzo się cieszę, że mimo, wodospadu w plecaku Dorotka się uśmiecha, a te błotko, ach! Stare dobre czasy :)
Hanna Arendt
Hanka
klubowicz
444722   hanna.arendt@wp.pl   www.zawszezarece.pl  
Bylo tak bardzo bardzo fajnie.. :: 2005-11-21 19:22:22
Mimo, ze nasz organizator to Tyran i Despota...(jejku mam andzieje ze tego nie uslyszy)
Adam Kępa
Kemp
klubowicz
pazuryskorpiona@wp.pl   http://duzozyciamaloczasu.word  
Hania! :: 2006-05-09 17:47:17
Pięć pompek! Ale już!!!