glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Góry Sokole, Rudawy Janowickie, Karkonosze
termin: 19 - 24 VIII
sezon: Wakacje 2004
Sudety
Autor tekstu: Tomek Radzikowski
Autor zdjęć: Tomek Radzikowski

Pomysł padł, gdy Olga i Radzio wiedzieli już, że nie uda im się pojechać w Beskid :( Ekipa niezbyt rozbudowana, bo w składzie: Olga, Iwona i Radzio spotkali się w pociągu do Szklarskiej Poręby Górnej. Pożegnał nas Michał, który z przyczyn roboczo-technicznych nie mógł z nami pojechać, powierzając nam Olgę :) Podróż minęła nadzwyczaj przyjemnie: do Bydgoszczy jechaliśmy sami w WAGONIE (chyba jakimś z ekspresu), a spaliśmy kuszetkowo całą drogę :)

Rano przywitał nas górski chłód i charakterystyczny odgłos pociągu w górach... Po dwóch godzinach przechyłów i ślimaczej jazdy po starej niemieckiej magistrali znale?liśmy się w Janowicach Wielkich. Pogoda niestety nie była zbyt ciekawa. W sklepie zrobiliśmy zakupy (Kit-Kat i chleb). Po obejrzeniu mapy zmieniliśmy plany udając się po asfalcie do schroniska. Droga nie była przyjemna: chłód i ulewa dały nam się we znaki. Około 10.30 udało nam się dotrzeć do schroniska "Szwajcarka". Dostaliśmy pokój wieloosobowy. Zjedliśmy sobie posiłek, zagraliśmy w karty i zdrzemnęliśmy się :) Gdy obudziliśmy się pogoda znacznie poprawiła się, więc czym prędzej wyruszyliśmy w trasę. Szlakiem zielonym udaliśmy się na ruin zamku BOLCZÓW. Są to ruiny piastowskiego zamku, zbudowanego w XIV wieku przez księcia świdnicko-jaworskiego Bolka II (siostrzeńca naszego polskiego króla Kazimierza Wielkiego). Zamek stanął na szczycie góry, pomiędzy licznymi skałkami. Skały te zostały połączone wysokimi kamiennymi murami tworząc dziedziniec. Na skałach zaś zbudowano wysoką wieżę i kasztel (budynek mieszkalny). Po śmierci Bolka II zamek przejął polski rycerz Bolczo, podstępnie zabity przez Husytów (Czechów) na początku XV wieku. Od tego czasu zamek i okoliczne ziemie (SUDETY) zostały wcielone do Królestwa Czeskiego, a potem do germańskich państw (kolejno: Cesarstwo Austriackie, Rzesza Niemiecka). W tym czasie zamek trafił piorun. Legenda mówi, że w XVI wieku zamek zdobyli fortelem rycerze rozbójnicy pochodzenia polskiego i czeskiego. Już od początku XX wieku zamek odwiedzają liczni turyści. Niemcy zbudowali tu nawet schronisko górskie, ale Sowieci spalili je po przejęciu tych ziem. Po zwiedzeniu tego pięknego zamczyska ruszyliśmy dalej. Po drodze odwiedziliśmy liczne skały: Skalny Most, Piec, Starościńskie Skały. Z dwóch ostatnich roztaczały się cudowne widoki. Z Pieca na Góry Kaczawskie, a ze Starościńskich Skał na resztę Rudaw Janowickich, Karkonosze (ze Śnieżką), Góry Izerskie i Kotlinę Jeleniogórską. Jak każdemu turyście, a w szczególności Organizatorowi Turystyki, po takiej dawce wrażeń zachciało się jeść i pić. Zeszliśmy więc do Karpnik, do Gospody. Tam zjedliśmy ogromnego kotleta z frytkami i popiliśmy lokalnym zimnym piwem! Mniam...!

Do schroniska wróciliśmy już o zmierzchu. A planów do końca nie zrealizowaliśmy. Olga rzuciła hasło: czołówki na łby i w drogę na Góry Sokole! Iwona niestety została w schronisku - za dużo wrażeń jak na jeden dzień ;) Olga i ja stwierdziliśmy, że wybieramy Sokolik. Po 30 minutach marszu w półmroku sudeckiej puszczy znale?liśmy się u stóp skały. Po krótkiej wspinaczce naszym oczom ukazał się cudowny widok: dookoła nas morze ciemnych sudeckich borów pokrywających niczym dywan Rudawy Janowickie. Gdzieniegdzie w rudawskich dolinkach leżą świecące się mdłym światełkiem górnicze osady. U podnóża skały właśnie przetaczał się po ogromnym wiadukcie jakiś wieczorny pociąg, trąbiąc na "coś" doniośle... Echo pociągu rozchodziło się po okolicznych dolinach, odbijając się od ściany jeszcze oświetlonych światłem zachodzącego słońca Karkonoszy... Kawałek dalej u stóp Karkonoszy świeciła jasnym pomarańczowym światłem Jelenia Góra, przykryta wieczorną mgiełką. Daleko na zachodzie majaczyły ciemne Góry Izerskie, zza których wystawał najwyższy szczyt Gór Łużyckich - znany starszym Gdakkom - Jested. Nad nimi rozświetlone jasnym światłem zachodzącego słońca ciemne chmurki przypominały o mokrym i chłodnym początku dnia... Na ciemnej północy ponad Górami Kaczawskimi przetaczała się gro?na burza... Zafascynowani pięknem widoku nie mogliśmy się odkleić od barierek punktu widokowego. Dopiero zimny silny wiatr od Karkonoszy i grzmoty na północy obudziły w nas zdrowy rozsądek. Zaczęliśmy schodzić... Teraz w lesie było zupełnie ciemno - trzeba było użyć latarek... Na Sokolej Przełęczy tęsknota za widokami zaciągnęła nas na drugi skalisty szczyt - Krzyżną Górę... Po podobnych wrażeniach (tym razem podziwialiśmy góry w świetle pełni księżyca) udaliśmy się w dół do schroniska, po drodze podziwiając odgłosy borów w nocy...

Następnego dnia rano wyruszyliśmy z plecakami w trasę. Ten dzień nazwałem Górniczym Extreme ;) Po kilku godzinach marszu po Pogórzu Rudawsko-Karkonoskim doszliśmy do tajemniczego miasteczka górniczego - Kowar. W Starej Gospodzie na starówce zjedliśmy pyszny obiad za grosze. Potem udaliśmy się na stary dworzec PKP. Okazało się, że taksówka kosztuje prawie tyle samo co PeKS ;) Nasza noclegownia okazała się nie schroniskiem nad Jedlicą (jak wskazywała mapa) a Hotelikiem nad Jedlicą :\ Ceny na szczęscie nie były wysokie, za to standard całkiem dobry :) Po kwaterunku udaliśmy się za namową taksówkarza ex-górnika do niedalekiej Sztolni "Jelenia Struga" - pozostałości po hitlerowskiej a potem radzieckiej kopalni rudy uranowej (zainteresowanych odsyłam na stronę: www.jeleniastruga.pl). Przed zwiedzeniem oczywiście żółty dopalacz, kask i czołowka na głowę. Dla prawdziwego poszukiwacza tajemnic sudeckich - mnie ;) - zwiedzanie tejże sztolni nie wystarcza. Za kilkunastometrowej grubości skałą na końcu sztolni zaczyna się kolejny korytarz, który... jest początkiem kilkunastokondygnacyjnej kopalni rudy uranowej... Zainteresowanych szczegółami zapraszam do rozmowy, chętnie odpowiem na pytania ;) Po zwiedzeniu i krótkiej dyskusji z przewodnikiem udaliśmy się w dół do Kowar. Początkowo celem był sklep, ale silne przyciąganie innych sztolni, kopalni i tuneli były silniejsze. Przy ogromnym wiadukcie dawnej kolei kowarsko-kamiennogórskiej zaczęliśmy zwiedzanie Kowar od drugiej strony... Udaliśmy się torem poprzez kopalnię rud metali "Maksymilian" (niestety nie zwiedzona) do tunelu pod Przełęczą Kowarską... Naszym oczom ukazała się czeluść tegoż tunelu. Po bliższych oględzinach poczuliśmy lodowaty podmuch ze środka... Wykręcony kawałek szyny wskazywał na zawieszony ruch pociągów pasażerskich i towarowych. Tunel w środku okazał się mocno zamglony, jednak latarki na czołach wydawały się rozpędzać mrok... Czym dalej wgłąb tunelu tym serce biło szybciej... Usłyszeliśmy dziwny szum, który wydawał się być coraz głośniejszy. Olga powiedziała, że ktoś idzie, Iwona, że to jakiś pociąg jedzie, ja się tylko uśmiechnąłem i ruszyłem dalej. Dziewczyny po chwili zawachania dotrzymały mi kroku... Olga nagle krzyknęła: "Patrz!" wskazując palcem jakąś bladą poświatę na prawo od torów... Czym bliżej tym szum był głośniejszy, a poświata wyra?niejsza. Po oględzinach tego "czegoś" głośno się zaśmiałem z Olgą. Owa poświata to wyrwa w murze tunelu, którą wytryskiwała woda... Po chwili namysłu ruszyliśmy szybko przed siebie. Tunel zaczął zakręcać w lewo. Gdy wyszliśmy na prostą poczuliśmy ciepły podmuch sowiogórskiego wiatru. Przed nami była jasna plama drugiego wlotu tunelu. Gdy wyszliśmy z tunelu na dworze panował już półmrok, jednak przed nami roztaczał się piękny widok na jeszcze oświetlone przez słońce Sudety Środkowe... Powrót do hoteliku nie był prosty - trzeba było przejść przez Przełęcz Kowarską (oddzielającą Karkonosze i znane nam Rudawy) - 727 m. Tunel okazał się być najwyżej położonym w Polsce - 685 m. wlot, 680 m wylot. Długość tunelu to grubo ponad 1000 metrów! Ten dzień skończył się dla nas szybko. Chyba nie muszę tłumaczyć ;)

Następnego dnia okazało się, że nie ma chleba i wody, a przed nami długi odcinek grzbietem Karkonoszy i nocleg w schronisku górskim. A więc demokratycznie zostałem wybrany do zrobienia zakupów w NAJBLIŻSZYM sklepie (ok.500 m). Gdy wyszedłem z hoteliku okazało się, że to niedziela (dzwony gdzieś w dole dzwoniły). A więc szedłem, szedłem... z 500 metrów zrobiły się 4 km. Najbliższym sklepem okazała się Żabka w centrum Kowar :( Powrót odbywał się systemem marszobiegu asfaltem w góre ;) Oczywiście dziewczyny nie zaczekały na bohatera dnia ze śniadaniem ;) Szlak na Przełęcz Okraj okazał się prawdziwą mordęgą (nie piszę już o różnicy wzniesień). Po zakupie ćeskej koruny i krótkim odpoczynku grupa podzieliła się na dwie części. Olga z Radziem udali się Kowarskim Grzbietem (cz. Strecha), zaś Iwona trawersem tegoż grzbietu - Drogą Przyja?ni. Spotkaliśmy się na Sowiej Przełęczy, skąd udaliśmy się na obiadek do czeskiego schroniska. Oczywiście menu po polsku niet, ale znajomość czeskiego się przynajmniej przydała. W kronice (specjalnej dla Polaków chyba, bo Niemców i Czechów w niej zabrakło) wystrugaliśmy trójmiejskie herby i logo GDAKKa. Smażeny Syr z frytkami był całkiem smaczny, ale cena wygurowana :( W Czeskim Raju były lepsze! Droga Czarnym Grzbietem nie okazała się ciężka, za to podejście na sam szczyt Śnieżki to znów mordęga! Musieliśmy skorzystać z czeskiego szlaku... Na szczycie każdy poszedł we własną stronę: Olga zadzwonić do Michała, Iwona podziwiała widoki, a ja otworzyłem sobie Żubra i usiadłem obok Czechów słuchając jak zachwycają się swym najwyższym szczytem. Po godzinie lenistwa w świetle zachodzącego słońca udaliśmy się w dół do Strzechy Akademickiej na nocleg. Nie zachwalam tego schroniska i nie będe komentował postawy obsługi wobec prawdziwych turystów :(

Następnego dnia udaliśmy się do Czech po zakupy oczywiście. Celem był Pec pod Śneżkou - odpowiednik naszego Zakopca. Drogę w dół wybrałem najkrótszą i ... najtrudniejszą, ale pokonaliśmy ją w miarę szybko. Po drodze witaliśmy pierwszych czeskich i niemieckich turystów pozdrowieniem: Ahooj! Na co oni zdziwieni wczesną porą odpowiadali: Dobrideen! W Pecu zrobiliśmy mega szybkie zakupy, których nigdy nie zapomnę! Potem obładowani alkoholem udaliśmy się okrężnym szlakiem z powrotem na grań. Po drodze mijaliśmy hotele-schroniska, warto wspomnieć nazwę jednego z nich: Nebożiżek (czyt.po pol. nieboraczek). Wyglądaliśmy jak przemytnicy: z napchanymi plecakami i obładowani siatami - jak przemytnicy. Teraz wszyscy inni turyści mogli nam zaśpiewać: "To wy Polacy..." :) Na granicy na szczęście kontroli nie było, w końcu Unia... Po szybkim przepakowaniu i pozostawieniu pamiątki na podłodze w Strzesze Akademickiej szybko zeszliśmy na PeKSa do Jeleniej Góry. Po drodze minęliśmy ukochane Kowary. W centrum poszliśmy do bankomatu i na szybki obiadek w Sphinx'ie. Dzień zakończył się marszobiegiem po ulicy 3 maja i wskokiem w ostatniej chwili do pociągu ;) Podróż minęła na podziwianiu znanych nam gór, przemysłowego Wałbrzycha ze znanym wiecznym ogniskiem (metanowym?!). Dalszej części drogi nie pamiętam, bo znów spało się jak w kuszetce... Tomek Radzikowski (Radzik)
zdj1
zdj2
zdj3
zdj4
zdj5
zdj6
zdj7
zdj8
zdj9
zdj10
zdj11
zdj12
zdj13
zdj14
zdj15
zdj16
zdj17
zdj18
zdj19
zdj20
zdj21
zdj22
zdj23
zdj24
zdj25
zdj26
zdj27
zdj28
zdj29
zdj30
Komentarze wyjazdu