glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Wędrówki po Beskidzie i Gorcach
termin: 9 - 19 IX
sezon: Wakacje 2002
Gorce
Autor tekstu: Agnieszka Czeczatka
Autor zdjęć: Kuba Raciborski

Sierpniowa wycieczka do Rumunii pozostawiła w nas pewien niedosyt. Gdy już wszystkie rzeczy były wyprane, rozpakowane, śpiwór przewietrzony a namiot odgrzybiony, nagle poczuliśmy, że właściwie nie nachodziliśmy się zbytnio w tych rumuńskich górach i można by plecak z powrotem zapakować. Szybko więc powstał pomysł wrześniowego wyjazdu w góry- mieliśmy jeszcze wakacyjny rozpęd i świeżo zdobytą (hm...) kondycję, więc z przyjemnością myśleliśmy o czekającej nas wycieczce.

Postanowiliśmy odwiedzić Gorce i Beskid Wyspowy, więc wyruszyliśmy wieczornym pociągiem do Nowego Targu z przesiadką o piątej rano w Zawierciu ( Zawiercie, Zawiercie...polecam tę stację- ma wejście tylko z jednej strony- od ulicy, zaś niewielki dworzec okazuje się posiadać aż cztery perony, raczej trudne do odnalezienia, wiemy o nich tylko z rozkładu jazdy i pani zapowiadającej pociągi). W Nowym Targu przesiedliśmy się na autobus i niedługo już wysiedliśmy na rynku w Krościenku, gdzie pożywiliśmy się pysznymi lodami tradycyjnymi (polecam!) i pierogami ruskimi (a jakże!). Posileni zaczęliśmy wspinać się na stoki Lubania zachęceni piękną pogodą i zniechęceni zamglonymi widokami.

Ujrzawszy dość daleko szczyt Lubania przestraszyliśmy się, że nie dotrzemy przed zmrokiem, dlatego też przyspieszyliśmy i o zmierzchu dotarliśmy do opuszczonej bazy namiotowej. Robiło się chłodno, więc z radością rozpaliliśmy ognisko zastanawiając się czy na pewno dobrze rozbiliśmy namiot, aby zaraz po wyjściu z niego oczom naszym ukazał się przepiękny (tego byliśmy pewni) wschód słońca. Gdy rano zadzwonił budzik, Kuba kilka razy penetrował okolice wyjścia, przy każdym powrocie zapewniając nas, że nadal nic nie widać. Poszliśmy dalej spać i wstaliśmy o normalnej porze.

Pogoda się jednak wyklarowała i następny dzień wędrówki minął miło. Po drodze zrobiliśmy duże zakupy w Ochotnicy Górnej, bo czekało nas kilka dni w górach, w parku narodowym, bez sklepów. Obładowani powędrowaliśmy na nocleg do słynnej Hawiarskiej Koliby, chcąc sprawdzić jak też jest tam naprawdę.

Nie zawiedliśmy się, od razu zaproszono nas do ciepłej, obszernej kuchni i poczęstowano gorącą herbatą. Szybko zostały wyciągnięte gitary i wieczór upłynął nam bardzo miło na uczeniu się przekleństw w różnych dziwnych językach (specjalność gospodarza). Ponieważ palono w piecu w łazience była nawet (o zgrozo!) ciepła woda, z czego niektórzy skorzystali.

Wypoczęci i odświeżeni (skąd mogliśmy wiedzieć, że to ostatnie nasze luksusy?) czym prędzej wyruszyliśmy w dalszą drogę. Zachęceni przez słoneczko ubraliśmy się w lekkie ubranka, które jednak po wyjściu na grzbiet (zielony szlak z Gorca w kierunku Turbacza) zaraz zmieniliśmy na cieplejsze. A gdy wreszcie zatrzymaliśmy się na posiłek przy kapliczce na Jaworzynie Kamienickiej, poczuliśmy, że określenie "zimno" jest mało wymowne. Szybko zwinęliśmy interes i poszliśmy do Chatki u Metysa na polanie Długiej, gdzie chcieliśmy dowiedzieć się o nocleg. Zostaliśmy jednak przywitani przez ponurego i małomównego młodego człowieka, który lakonicznie oznajmił, że nie udzielają noclegów "właściwie od dzisiaj". Zostaliśmy jednak zaproszeni na górę na ciepłą herbatę gdzie spotkaliśmy sympatyczne, lecz równie małomówne towarzystwo. (Zaintrygował mnie tytuł "O używkach roślinnych" , który znalazłam na półce).

Pospieszyliśmy więc na poszukiwanie noclegu szerokim łukiem omijając schronisko na Turbaczu. Udzielił go nam przytulny (hm, hm) szałas nieopodal. Jedna izba od biedy nadawała się do spania, trzeba było tylko zaimprowizować jakieś drzwi. Ale od czegóż bystra głowa- świetnie nadawał się do tego tropik od namiotu. Zadymieni i zmarznięci bez szczególnego żalu opuściliśmy następnego dnia szałas. Udaliśmy się na śniadanie do schroniska, gdzie wrzątek kosztuje 1.50 zł. za litr (ach ten darmowy wrzątek w schronisku Negoiu w Fogaraszach- co z tego, że czasami letni). Okazało się jednak, że pierwszą porcję pani wzięła od nas tylko 50 groszy, a za następną już jedynie 30 groszy- bardzo nas to zastanowiło, czyżbyśmy wyglądali aż tak ?le? No ale nie będziemy się kłócić


Wędrówka przez Kudłoń upłynęła nam bardzo przyjemnie (ładne panoramy na Gorce, a następnie Wyspowy, nocleg koło szałasu bez dostępu do wody- ale po co się nosi te osiem litrów na plecach). Zrobiwszy znów duże zakupy w Lubomierzu udaliśmy się na zdobywanie najwyższego szczytu w Beskidzie Wyspowym, Mogielnicy. Szlaki tam są przedziwnie oznakowane, lubują się np. w gęstych świerkach o ciężkich opadających gałęziach. Czarny szlak z Lubomierza na Jasień idzie po skarpie na tyłach domów nad rzeką. Pomogła nam staruszka , uświadamiając "Olaboga, tędy nie przejdziecie, tam wodospad".

Podczas wspinaczki na Jasień zaczęło kropić, wytężyliśmy więc uwagę aby odnale?ć szałas mający się ponoć znajdować niedaleko szczytu. Odnale?liśmy go na polanie gdzie w lecie urzęduje baza namiotowa. Jest to więc szałas luksusowy: duży, w miarę szczelny, z paleniskiem, nieopodal ?ródełko. (Okazało się pó?niej, że ?ródełko to ma osobliwą cechę- jest to studzienka, z której uchodzi rynna. Kiedy ktoś myje naczynia pod rynną, a jednocześnie druga osoba nabiera do butelki wodę ze studni, woda przestaje lecieć. Ale cóż znaczą te drobne niedogodności dla naszych dzielnych mężczyzn.)

Luksusowy szałas obrzydł nam po pewnym czasie, okazało się bowiem, że ze względu na fatalną pogodę (deszcz+mgła+zimno=brrr...) i z powodu mojej choroby (przypuszczam, że zadziałał tu wiatr pod Jaworzyną Kamienicką) zostaliśmy w nim przez cały następny dzień paląc ognisko i wędząc się niemiłosiernie. Trzeciego dnia i tak mieliśmy wracać, więc zdobywanie Mogielnicy musiało zostać odłożone, na następny raz. Zeszliśmy do Mszany Dolnej, gdzie jest kolejny osobliwy dworzec- tym razem wejście tylko od strony torów. Ponadto okazało się, że w celu wypisania biletów musiał się zebrać cały personel stacji, a my musieliśmy służyć podpowiedziami przez co jedzie nasz pociąg.

Jeszcze tylko osobliwy dworzec w Chabówce ( najbardziej podobał mi się napis "Bufet, zapraszamy", a pod nim "Remont, przepraszamy" oraz most, a właściwie taras nad niby-fosą z którego świetnie się pluje- polecam), przesiadka w Bydgoszczy i już można iść do domu kurować się i wietrzyć rzeczy z zapachu wędzonki.

zdj1
_
zdj2
_
zdj3
_
zdj4
_
zdj5
_
zdj6
_
zdj7
_
zdj8
_
zdj9
_
zdj10
_
zdj11
_
zdj12
_
zdj13
_
zdj14
_
zdj15
_
Komentarze wyjazdu