glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Wędrówki po Tatrach
termin: 16 - 25 VIII
sezon: Wakacje 2002
Tatry
Autor tekstu: Leszek Zawalich
Autor zdjęć: Piotr Budzisz, Marek Żenni, Dorota Szkiel

Wyprawa w Tatry - to zabrzmi zapewne dla niektórych, w dobie mody na wyjazdy do Chorwacji czy Lazurowe Wybrzeże, nieco zbyt swojsko i trochę zaściankowo . Dla większości osób, które zdecydowały się na wyjazd, Tatry okazały się jednak znaczniej bardziej wyzywające niż można było przypuszczać - tym bardziej że była to dla nich pierwsza w życiu poważna wizyta w tym rejonie.

Odnale?liśmy się w wagonie pociągu hotelowego "Tetmajer" bardzo sprawnie choć nie znaliśmy się jeszcze wszyscy przed wyjazdem. Niektórzy uczestnicy po wzajemnym odnalezieniu się w wagonie popijali jeszcze przez jakiś czas usypiające napoje (Redds). Dzięki rozmowom ze współpodróżnymi dowiedzieć się można też było w pociągu o możliwości kuszetkowania także samochodu. W przypadku pojazdu o pojemności typu "cienko cienko" kosztuje to około 80 PLN.

Nocna podróż z Gdańska kuszetkami upłynęła wręcz niezauważenie. Po zbudzeniu się stwierdziliśmy że zrobiło się górzysto a tory nagle skończyły się tak po prostu i widok Sopotu zamienił się niepostrzeżenie w widok Zakopanego. Krupówki precyzyjnie zastąpiły Monciak. Nie traciliśmy czasu. Od razu "zalogowaliśmy" się na kwaterę prywatną Na Stachoniach (Droga do Olczy) skąd ignorując wszelkie zalecenia klimatyzacyjne ruszyliśmy najkrótszą drogą przez Murowaniec na dwutysięczny Kościelec. Droga nie jest tam trudna choć wymaga trochę wytrwałości i daje pod szczytem już niejaki posmak wejścia w teren nieco trudniejszy i okazję na niezłe widoki. Pierwszy dzień pozwolił od razu zorientować się w kondycji psychofizycznej uczestników do dalszych wędrówek. Pogoda dopisała choć przyjazd nasz zbiegł się z nadejściem słonecznej pogody po dość długim deszczowym okresie i (jak mieliśmy nadzieje) słońce miało już nas nie opuścić do końca wyprawy.

Drugi dzień rozpoczął się spokojnie. Tego dnia rano dołączył do nas kolega Paweł, który miał za sobą już parę dni w Pieninach. Nikt nie przypuszczał, że wrócimy tego dnia dość mocno przemoczeni - a niektórzy też dość wystraszeni. Wyruszyliśmy przy doskonałej pogodzie na Giewont idąc od strony Doliny Strążyskiej. Ta droga jest dość monotonna i łamie często wiele osób choć nie jest specjalnie trudna. Podchodzenie tamtędy nie Giewont wymaga jednak pewnej psychicznej cierpliwości. Giewont osiągnęliśmy w rozsądnym czasie. "Dramat" zaczął się dalej podczas wędrówki z Giewontu na Kasprowy Wierch poprzez Kopę Kondracką (którą chyłkiem ominęliśmy) i Suche Czuby. W rejonie Suchych Czubów podczas wędrówki granią zaskoczyła nas burza około godziny 18.00. Tego spodziewać się było nie można. Krótkie cieplne burze w Tatrach zdarzają się bardzo często w dni o doskonałej pogodzie ale zwykle w godzinach wczesno-popołudniowych. Cóż mogliśmy robić. Na głośny d?więk gromów z jasnego nieba wybraliśmy szybki "zjazd" z grani i szlaku do pobliskiej dolinki po stronie polskiej. Dla niektórych zjazd ten okazał się na tyle szybki że trochę się poturbowali wśród traw, kamieni i krzewów. Zdecydowanie najszybciej "zjechała" koleżanka Agnieszka. Na nieosłoniętych nogach pojawiły się drobne zadrapania i ślady krwi. Inni trenowali panicznie, w sposób nieco nieporadny i anemiczny, "pozycje kuczną" - niestety bez przestrzegania stosownych zaleceń (nie wolno się wówczas chować w zagłębienia i rozstawiać nóg). Grad padał wielkości solidnej. Kasków nie mieliśmy. Było już pó?no i byliśmy jedyni w tym rejonie. Słysząc słabnące odgłosy burzy, dość niepewnie, kierowaliśmy się ponownie ku graniom i w rejon Kasprowego Wierchu, który przypominał jeden wielki kocioł. Burza - choć równie mało zdecydowanie jak my ruszyła sobie dalej opuszczając nasz teren. Zza szaro-granatowych chmur wyłoniły się wreszcie horyzontalne promienie wieczornego, zachodzącego powoli słońca oświetlając szczyty, puste, pozbawione wyrazu twarze wędrowców i ich gruntownie przemoczone ubrania. Na Kasprowy dotarliśmy jednak "planowo" i w porę. Zdążyliśmy na to, by pozwolić sobie na mało ambitny luksus zjazdu kolejką linową. Nie było już kolejki do kolejki. Powrót do kwatery był tego dnia bardzo upragniony.

Po tych wyboistych "wjazdach" i "zjazdach" przyszedł dzień na suszenie się i spacer po Krupówkach. Po dość zdecydowanej wyrypie w górę był to zapewne dobry pomysł. Wieczorem pojawił się kolega Piotr, który do tej pory przebywał w Krakowie. Niezbyt precyzyjne namiary na kwaterę dały mu okazję do przemierzenia sobie kilkudziesięciominutowym spacerkiem dość długiej Drogi do Olczy.

Czwarty dzień miał być najambitniejszym ale nie dla wszystkich się taki okazał. Tylko trójka z wyprawowiczów dotarła na sam szczyt. Pozostali wykruszyli się w drodze. Cel dnia: Rysy pozostał dla nich "magicznym" najwyższym szczytem. Prawdopodobieństwo nadejścia burzy odstraszyło już część grupy przed Dojściem do Morskiego Oka, która wybrała nieco mniej ambitną opcję. Kolega Jarek też poczuł się tego dnia schorowany na przydługawej asfaltowej drodze z Palenicy i przespał sobie ten dzień w kwaterze. I burza rzeczywiście przyszła - zmoczając nas nieco. Przeczekaliśmy spokojnie stojąc sobie niczym zmokłe kury pod Czarnym Stawem. Po otrzepaniu się z nadmiaru wilgoci mogliśmy, już niestety nieco pó?nawo, ruszyć w górę przy całkiem dobrej pogodzie. Droga na Rysy nie jest specjalnie trudna choć przydługawa a w wyższych partiach ciągnie się już monotonnie szlak z łańcuchem. Dodatkowym czynnikiem łamiącym psychicznie jest to, że szczytu nie widać aż do momentu dojścia do niego. Tuż przed szczytem osłabł na ambicji kolega Piotr i pozostawiony nieco w tyle za bandą ambitniaków zdecydował się na odwrót. Może to i była słuszna decyzja bo jak na pierwszy dzień w górach i pierwszy kontakt w życiu z łańcuchami to było chyba za dużo. Na szczyt, trochę niespodziewanie, pierwszy dotarł kolega Marek i z góry wyniośle spoglądał na kolejne zmęczone twarze, które osiągnęły szczyt jakiś czas po nim. Na rysach świeciło słońce. Ludzi prawie nie było. Wiatr był jednak dość silny i powoli zaczęliśmy schodzić. Za ambicję dotarcia na szczyt tego dnia zapłaciliśmy pó?nym powrotem. Z Morskiego Oka wracaliśmy już po zmroku. Drogę na szczęście oświetlał nam "łysy" a z Palenicy zabrała nas taksówka, która, po podzieleniu kosztów, nie nadwyrężyła jednak bardzo naszego budżetu.

Kolejny dzień dość zgodnie okazał się wyprawą a raczej spacerkiem w Dolinę Kościeliską. Część grupy wybrała się do jaskini Mro?nej. Jedynej tego typu oświetlonej halogenami i zasiedlonej przez przewodników tatrzańskich jaskini w Tatrach. Przewodnicy łupią okolicznych turystów z tych paru groszy i wpuszczają ich do jamy, z której już niestety nikt nie wychodzi. Nie obyło się tego dnia też bez wody lejącej się z nieba. Burzę przeczekaliśmy w schronisku na Hali Ornak. Powrót nie obył się bez problemów. Kolega Piotr idący w tyle poszedł prawidłowo - do Wąwozu Kraków. Pozostali chętni na skręcenie w ten rejon przeoczyli szlak i poszli dalej z całą grupą. Po dłuższym oczekiwaniu doczekaliśmy się wreszcie powrotu kolegi Piotra stojąc pod sklepikiem spożywczym, w którym brodaty pan sprzedawał wodę mineralną po "2,5 miliarda" za 1,5 litra i zwracał się do naszych koleżanek per "brzydulki". Na kwaterach nie obyło się bez miłych niespodzianek. Dzieci z kolonii nie miały wielkiego apetytu - zastał więc nas gratisowy obiad.

Następny dzień był dniem podejścia na Czerwone Wierchy od Hali Kondratowej przez Kopę Kondracką. Deszcz tego dnia spadł na Zakopane dając nam tym samym możliwość spokojnej i suchej wędrówki graniami. Kolega Paweł tego dnia wyruszył w góry z plecakiem by zejść wcześniej do Zakopca i wracać już do domu.

W ostatni dzień w górach zdecydowaliśmy się przetestować podejście na przełęcz Zawrat. Podejście to niektórych łamie - jest trochę przepaścistych miejsc w górnej partii. Tym razem grupa jednak przeszła przebojowo. Na szczycie czekał już na nas deszcz, który jednak szybko się wypadał. No może tylko kolega Piotr zbyt szybko wykluczył sobie kolejny kontakt z łańcuchami i pojechał bezpośrednio do Palenicy a potem przeszedł się do "piątki" (Dolina Pięciu Stawów Polskich) gdzie spotkaliśmy go schodząc z Zawaratu. Z "piatki" zeszliśmy doliną Roztoki mijając Siklawę do Palenicy. Tu też nie obyło się bez "afery" bo przy Wodogrzmotach Mickiewicza zgubiła się kol. Gosia. Odnalazła się dopiero w Palenicy zdziwiona czekając już tam na grupę... a potem pozostałych członków grupy, którzy pozostali by zaczekać na nią. Wieczorem skorzystaliśmy z zaproszenia gospodarzy by urządzić sobie ognisko. Nieco trocin, drzewo, kiełbaski, eleganckie metalowe szpilki do ich opiekania i można było przypomnieć sobie jak wygląda spędzanie czasu wieczorem na wolnym powietrzu. Tego dnia niestety też pogrzebałam wszystkie 70 zdjęć z tej wyprawy w moim aparacie cyfrowym. Tak to bywa z techniką cyfrową... Pó?niej mimo interwencji w supportach nie odzyskałem już nic choć aparat się udało naprawić.

Ostatniego dnia nie wyszliśmy już w góry. Po krótkim włóczeniu się po Zakopcu wyruszyliśmy pó?nowieczornym pociągiem osobowym do Gdańska. Pociąg zyskał spore opó?nienie. Raz długo staliśmy w polu bo jakiś pijany pan spał sobie na torach i obudził się dopiero gdy zszokowany maszynista wyhamował pociąg. Za Bydgoszczą przyszła pani konduktor i poleciła wysiadkę z pociągu z uwagi na to, że pociąg, jak się wyraziła: "zdefektował". Ach! Nie ma jak podróże PKP! Na szczęście po wymianie elektrowozu ruszyliśmy jednak dalej by wczesnym popołudniem ujrzeć znów nasz piękny Gdańsk. A w Tatry chyba jeszcze warto wrócić choć już nie w sierpniowej szacie roślinnej. Kameralne w swojej wielkości Tatry, szum strumyków i klimat niespełnionej olimpijskości Zakopanego zawsze pozostawiają poczucie spokojnie a nieprzeciętnie spędzonych dni.

Na zakończenie dziękuje wszystkim, którzy wzięli udział we wspólnej wyprawie: Markowi, Pawłowi, Jarkowi, Piotrowi, Gosi, Agnieszce i Dorocie. Bez któregokolwiek z Was ten wyjazd byłby zapewne mniej wesoły. Dziękuje też innym osobom, które zgłosiły zamiar wyjazdu ale w ostatniej chwili inne sprawy pokrzyżowały im plany. Mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze na jakichś szlakach.
zdj1
_
zdj2
_
zdj3
_
zdj4
_
zdj5
_
zdj6
_
zdj7
_
zdj8
_
zdj9
_
zdj10
_
zdj11
_
zdj12
_
zdj13
_
zdj14
_
zdj15
_
Komentarze wyjazdu