glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Wyprawa klubowa w góry Rumunii
termin: 3 - 20 VIII
sezon: Wakacje 2002
Rumunia
Autor tekstu: Magda Zielińska
Autor zdjęć: Paweł Lijewski

Pomysł wyjazdu do Rumunii narodził się w ubiegłym roku, chyba jeszcze podczas włóczęgi po ukraińskich bezdrożach. W zimie myślałam, że ciężko będzie zebrać 6-8 osobową grupę, tymczasem im bliżej sierpnia tym więcej osób zgłaszało chęć wyjazdu. Nie wiem do końca, co ich przyciągnęło, część chciała chodzić tylko po górach, część jechała ze względu na magiczną Transylwanię, niektórym najbardziej zależało na bukowińskich monastyrach.

Trochę problemów było ze zdobyciem dobrych map ale jakoś sobie poradziliśmy. Łatwiej kupić w Polsce przewodniki.

3 sierpnia wyjechało z Gdańska 17 obładowanych wielkimi plecakami ludzi. Wyglądało to całkiem fajnie, teraz rzadko się spotyka tak duże grupy nie będące zorganizowanym obozem lub czymś w tym stylu.

Wczesnym niedzielnym porankiem w Muszynie prawie nikt nie zdradzał jeszcze objawów zmęczenia, słowacką granicę większość przekraczała nie po raz pierwszy w życiu, prawie jej nie zauważyliśmy. Nadal było słońce, co jeszcze wtedy uznawaliśmy za oczywiste, bo przecież taką pogodą cieszyliśmy się całe lato. Słowackie Koszyce niektórzy widzieli po raz pierwszy a jest to niewątpliwie miasto należące do tych z klimatem, jak Kraków czy Praga, chyba najładniejsze w niewielkim kraju naszych sąsiadów. Dzięki sympatycznej pani w kasie bilet na międzynarodowy pociąg kupiliśmy taniej, jako grupowy. Nie wiedziałam, że u nich też funkcjonuje taki system. Z Koszyc pamiętać też będziemy chleb, wydzielany po bochenku na głowę...Niczym kawa albo papier toaletowy w dawnej Polsce.

Węgry powitaliśmy długą i niezwykle skomplikowaną rozmową z co najmniej połową obsługi pociągu. Tam nie można normalnie kupić biletu u konduktora i to z kilku powodów. Przede wszystkim nie porozumiesz się z nim inaczej niż w jego ojczystej mowie, która jest jak wiadomo nie do opanowania dla normalnego człowieka (gdy już uda Ci się nauczyć jednego zdania służącego do wyżej wymienionego zakupu to po wydukaniu wyuczonej wcześniej formułki ze strony Węgra zalewa Cię potok kompletnie niezrozumiałych słów, kojarzących się co najwyżej z chińszczyzną). Po drugie płaci się za wypisanie biletów, w tym roku było to 400 forintów od osoby (1000 for. = około 20 zł), wcale niemało biorąc pod uwagę cenę biletu. Lepiej więc na granicy wyjść na chwilę z pociągu i kupić bilet na dalszą trasę. Wieczorem wylądowaliśmy w Debreczynie, wcześniej postanowione było, że tu zostajemy na noc i rano jedziemy dalej. Szukanie noclegu w tym dziwnym kraju okazało się trudniejsze niż myślałam, nikt ze złapanych pod dworcem ludzi nie umiał (albo nie chciał) rozmawiać po angielsku. Po wielu wysiłkach udało się spędzić noc w węgierskim akademiku, standardem zbliżonym do naszych. Gdy okazało się, że jesteśmy Polakami znale?li się jednak ludzie chcący pomóc. Ciekawostką Debreczyna okazał się zwykły tramwaj: w całym mieście istnieje tylko jedna linia z numerem jeden!!! Zaczęło padać...

Rano uciekł nam pociąg do Kluża (na kilka minut przed odjazdem pani w kasie nie chciała sprzedać nam biletów, motywacji do dziś nie znamy, gdyż personel w międzynarodowym Travel Service na stacji, będący mniej więcej w naszym wieku też nie znał żadnego innego języka poza własnym) Pojechaliśmy inną, dłuższą trasą i w pierwszym z siedmiu grodów Transylwanii byliśmy tuż przed północą. Plany dotarcia do wąwozu Turda, podobno wartego zwiedzenia, upadły po rozmowie z taksówkarzami. Za dużo chcieli jak na nasze niezbyt zasobne studenckie kieszenie, pomimo, że cena za przejazd rumuńską taksówką jest zazwyczaj porównywalna z ceną biletu autobusowego. O innych środkach transportu można było pomarzyć. Tę noc spędziliśmy na dworcu, na szczęście nie było na nim cyganów, tylko samotny włóczęga w stanie wskazującym na poważne spożycie. Kluż w nocy prezentował się znaczniej ładniej niż za dnia, ale takie wrażenie sprawia chyba większość dużych miast, niekoniecznie rumuńskich. Następny w kolejności był Sybin, też całkiem przyjemny, chociaż zaniedbany. Wszędzie widać było brak środków na renowację. Stamtąd postanowiliśmy ruszyć w góry, pozostałe miasta zostawiając sobie na pó?niej. Trochę nas zmęczył hałas, ludzie, spaliny, dworce itp.

Fogarasz (najwyższe góry Rumunii) nie rozpieszczał nas pogodą, wręcz przeciwnie, królowały nieustanne deszcze o różnym nasileniu i wszechobecna mgła. Dopiero po powrocie do domu i obejrzeniu niektórych zdjęć można było stwierdzić gdzie byliśmy. Górki ogólnie przyjemne, trochę wyższe niż nasze Tatry (najwyższy szczyt Moldovanu 2543 m - nie zdobyty z powodu pogody), dłuższe podejścia od jakiegoś transportu (od linii kolejowej Sibiu-Brasov ponad 20 km marszu), większe różnice wysokości, co z plecakiem powoduje jak wiadomo większe zmęczenie. Weszliśmy na drugie co do wielkości Negoiu (2535 m), część osób (włączającw to mnie) spała pó?niej nad jeziorem, na ponad 2 tysiącach, w zdradzającym chęć odlotu namiocie... Niezapomniane przeżycie. Myślę, że niektórzy tam jeszcze kiedyś wrócą. Choćby na trening przed czymś wyższym...

Schodząc z powrotem w doliny (czy też zjeżdżając stopem słynną trasą transfogarską) zwiedziliśmy jeszcze Brasov (godna polecenia starówka, trochę podobna do gdańskiej, zwłaszcza w nocy) i Sigiszoarę (najpiękniejsze miasteczko Siedmiogrodu). Zamek Draculi w Branie mocno rozczarowuje, typowa komercja w kiepskim wydaniu, zresztą główny bohater horrorów i tak tam nie mieszkał... fajne ruinki w Rasnovie, może trochę w stylu jurajskich.

Na końcu była Bukowina, zaplanowana na około tydzień, z czego zostało zaledwie dwa dni, piękne tereny a' la Beskid Bardzo Niski z monastyrami mołdawskich hospodarów, warte obejrzenia, bo całkiem inne od tego, co mamy na co dzień. Pogoda z dnia na dzień robiła się coraz gorsza, woda już płynęła ulicami miasteczka a gospodyni, u której spaliśmy bardzo chciała się nas pozbyć...

Wracaliśmy oczywiście przez Ukrainę, moje ulubione miasto Lwów, które naprawdę jest niesamowite, a może tylko ja mam jakiś dziwny sentyment do tego miejsca... i znów zobaczyliśmy słońce. Nie sposób też nie wspomnieć o pociągu hotelowcu Czerniowce-Lwów, z wygodnymi łóżkami (cudownym zwłaszcza dla ludzi, którzy sypiają na rumuńskich dworcach :-) za niecałe 20 złotych (22 hrywny)... i zupełnie nieważny jest fakt, że 300 km pokonuje w 12 godzin a w oknach nie ma klamek.

Ogólne wrażenia bardzo pozytywne - zwłaszcza jeśli chodzi o Rumunów. Sympatyczni, chętnie nawiązujący kontakt z cudzoziemcami, nie?le mówiący po angielsku i nie tylko. Pomimo, że biedniejsi od nas to raczej nie zaobserwowaliśmy jakiejś zawiści z tego powodu. Kraj godny polecenia na wakacje, nawet przy niezbyt zasobnym portfelu.

Już w Rumunii powstały pomysły na przyszły rok. Jest ich wiele. Nie wiadomo, które dojdą do skutku.
zdj1
Koszyce (Słowacja)
zdj2
Dokąd prowadzi ten szlak? hmmm... :)
zdj3
Na Negoiu
zdj4
_
zdj5
Ja sem netoperek
zdj6
W zamku Draculi
zdj7
Pociag do Lwowa
zdj8
Na dworcu we Lwowie
zdj9
_
zdj10
_
zdj11
_
zdj12
_
zdj13
_
zdj14
_
zdj15
_
Komentarze wyjazdu