glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Pierwszy Rajd Kursancki do Kielna
termin: 15-16.11.2014
sezon: Jesień 2014
Adam1671527120
Autor tekstu: Adam Kępa
Autor zdjęć: Adam, Adam, Kasia, PAP, Piotr, Wojtek, Wojtek,

Prolog
Pamiętam ten przecudny letni, upalny dzień, gdy nowe władze Klubu spotkały się na pierwszym posiedzeniu gdzie między innymi wpisując, wciskając, przesuwając, a w końcu podmieniając, różne imprezy ustaliliśmy termin Pierwszego Rajdu Kursanckiego na weekend 15-16.11. Nikt wtedy nie pomyślał, że może w tym terminie trafić się coś ważniejszego, bo przecież przewidzieliśmy wszystkie urodziny, INO, uroczystości klubowe i mniej klubowe, a tu nagle przy organizacji noclegu szkoły kręcą nosem, że wybory, że nie możemy nocować z kartami do głosowania w jednej sali i inne wymówki, jak by czytali mi w myślach i widzieli puszczane po szkole papierowe samolociki. Szybko, po tygodniu niepowodzeń, do akcji włączyły się posiłki i do szkół dopisaliśmy bazy, stanice, remizy i inne przybytki i w końcu sukces –nocleg w prawie remizie, czyli domu kultury.
Jako klasowy klubowy grzyb plan nakreśliłem prosty, dużo kilometrów, poganiania, szukania najcięższych tras (choć tutaj akurat wiarę pokładałem w kursantach), no i oczywiście impreza do samego rana.

Rozdział pierwszy i ostatni.
Plan mniej lub bardziej świadomie zaakceptowało 24 śmiałków, stawiając się o 9.00 w Rumii. Krótkie przywitanie, zakupy, rozdanie map i nieoczekiwany problem, sympatyk nie otrzymał mapy i zawiązał w trzy minuty frakcję niezadowolonych. Na moim rajdzie! Skandal i zagwostka jak im powiedzieć, że na następne odcinki mam jeszcze mniej kopii?
Pierwszym prowadzącym został pewien kursant, który, zupełnie nie poznał się na moich żartach i zamiast poprowadzić nas asfaltem, od razu zaatakował najwyższe wzniesienie przy dworcu PKP. Strach mnie obleciał, że mi połowę grupy wybije, ale na szczęście zarządzono zbiórkę przy szczycie „do hymnu” i rozeszło się po kościach, tudzież, żyłach. Pierwszy odcinek minął nam na pogawędkach, próbach zgrania spotkania z Moniką i Kamilem, oraz dyskusjach zapoznawczych, pojawiły się też pierwsze trudne pytania:
-daleko jeszcze?
-a ile kilometrów?
-a kiedy GDAKK ma imieniny?
Na szczęście, należę już do tej uprzywilejowanej grupy mogącej się zasłaniać niedosłuchem, lub chociaż lekką sklerozą. Pierwszy kursant dobrowolnie oddał kompas pierwszeństwa kolejnym „chętnym” po podwójnym przekroczeniu zakładanego czasu dla tego odcinka, ale dzięki temu poznaliśmy leśne ścieżki, o których nie słyszeli nawet okoliczni autochtoni.
Na tym też odcinku zostały przekazane wszystkim, podstawowe zasady poruszania się w nieznanym terenie, czyli przede wszystkim:
-prowadzący zawsze, przed poprowadzeniem grupy zlicza obecnych
-przy zmianie kierunku marszu czekamy na koniec grupy
-co jakiś czas robimy postoje w celu dołączenia maruderów do grupy.
-nigdy nie głaszczemy obcych niedźwiedzi
Oczywiście nie wspomniałem, że zawsze warto policzyć jedną osobę mniej, w celu zachowania spokoju sumienia na końcu trasy.
W założonym z góry punkcie nastąpiła kumulacja zdarzeń, czyli nie tylko nastąpiła krótka przerwa w marszu, ale i dotarli kolejni klubowicze i nawet pasjonaci skądś wykopali Kesza, co mnie zgorszyło jako antykesza. Humor poprawiły mi dopiero po 4 minutach zaskoczone miny starych GDAKK-ów, na wieść, że nie idziemy ładną drogą, oraz ciężkie podejście pod górę. Zanim dotarliśmy do kolejnego zaplanowanego punktu zmiany prowadzących, na jednym z popasów urządziliśmy zabawę w zapamiętywanie imion, gdzie pewien uczestnik, nazwijmy go Marcinem, zapamiętał najmniej imion w historii prowadzenia tej zabawy, a pewien sympatyk, nazwijmy go np. Wojtkiem, wykazał się pamięcią wybiórczą, pamiętając tylko imiona pięknych kobiet.
Przy leśniczówce Piekiełko, zmieniliśmy prowadzących kursantów ponieważ za dobrze im szło, a co jeszcze ważne, 143 kroki wcześniej wykonaliśmy przecudne zdjęcia grupowe.
Dzierżący kompas przewodni przedstawili się grupie, przeliczyli nas więcej niż raz, próbując wciąż nowe cyfry dopasować do stanu początkowego i zaskoczyli wszystkich wytyczając trochę inny kierunek niż by się mogło wydawać ogółowi. Nie za długo tak sobie spokojnie wędrowaliśmy gdyż oto naszym przebystrym oczętom ukazała się ambona. Jakoś naturalnie zapragnęliśmy się w niej znaleźć, a że wszyscy na raz –normalka. Ale rzucił mi się w oczy widok nowy, wchodzenie po drabince (po tej drabince model: Dusza na ramieniu), no wiec wchodzenie po tej drabince z osobą na plecach! Szał, inna wersja, wchodzenie z kanapką „dla Adama”. Oba wejścia okazały się sukcesem, jednakże kanapka dla Adama, przed osiągnięciem celu przeszła przez wiele rąk i ust.
Pod amboną szału już takiego nie było bo „pizgało” od pól, więc ruszamy dalej, na Bieszkowice. Po jakimś czasie weszliśmy do lasu i zaintrygował mnie pewien słup z nazwą ulicy, żywcem wyciągnięty z jakiegoś osiedla. Niestety ulica Konny Trakt, okazała się ślepo kończącą na jakimś smutnym gospodarstwie, więc zasięgnąwszy języka, ruszyliśmy przez pola szukając miejscowego sklepu. W między czasie organizator będący w kontakcie z każdym, bezwzględnie każdym, umówił się z lotną grupą rowerową w sile grzybów sztuk dwie i gdy już do nich dotarliśmy, musieliśmy się nasłuchać, KIEDY to organizator miał się tu stawić, a kiedy się stawił. Mała rozbieżność czasowa, ale za to kursanci się wyżyli wśród pól.
Tymczasem w sklepie wykupujemy co się da, możliwe, że dlatego, iż nikt nie wie co jeszcze kombinuję, tak czy inaczej właściciele w niebo wzięci, tygodniowy utarg wpadł więc należy się nagroda, stąd dostaliśmy pakiet podejrzanej jakości pocztówek z podtekstami +18. –to było takie słooodkie.
Z lotną brygadą rowerową umawiamy się na ognisko jakieś 2-3km dalej, pojechali przodem rozpalić ogień i … tyle ich widzieliśmy. Nikt nie wziął pod uwagę pierwiastka kursanckiego, a już pojawienie się zaburzenia Matrixa pod postacią odrzutowych dywanoaut (patrz foto!), mogło zwiastować kłopoty z czasoprzestrzenią w tej okolicy. Niestety nie wyciągnąłem wniosków z tych znaków, a do tego zapadający zmierzch i pojawienie się mżawki dopełniły dzieła zgubienia, troszkę zaczęliśmy wytyczać nowe szlaki, tak troszkę, że zrobiło się ciemno, mokro, dziko, późno i to wszystko w 23 minuty nim nie odnaleźliśmy się ponownie na drodze. Trochę morale spadło, więc narzuciliśmy sobie większe tempo, ale i tak czas nas posuwał, tzn. wskazówki i zrobiło się na tyle późno, że nadszedł czas na kolejne zabranie słowa przez organizatora: Nie będzie ogniska, nie będzie kolacji, wszyscy umrzemy!
No dobrze, tak dramatycznie nie było, ale jednogłośnie, tzn jednym głosem –organizatora, ognisko zostało odwołane, tfu, tfu przeniesione na następny dzień.
Mżawka i zmęczenie pomogły przełknąć tą zdradę i podążyliśmy już najkrótszą drogą ku zabudowaniom Bożanki. Po drodze, ze względów zdrowotnych wykreowała się mała grupka z wolniejszym tempem, która w dodatku złapała stopa do Kamienia, czyli miejscowości w przeciwnym kierunku, ale o tym dowiedzieliśmy się dopiero w Kielnie.
Z metropolii o nazwie Bożanka, do Kielna poprowadziłem już grupę osobiście asfaltem. Wiem, wiem, nie zostanie mi to zapomniane i będę musiał znosić te pogardliwe spojrzenia do końca mych dni, ale zrozumcie potomni, był wybór. 20 minut asfaltem, lub 180+ polami.
Tak, wiem, prawdziwy PeTeTeKowiec poszedłby polami. W końcu jednak najwytrwalsi dotarli do Kielna, troszkę zaliczyliśmy poślizg co do zakładanej godziny dotarcia, ale 18.30, to dla mnie dobry czas. Sprowadziłem kluczniczkę i otworzyły się przed nami wrota szczęśliwości, zaopatrzona kuchnia, duża sala, ciepełko, jedna umywalka… [delate x15]
Po wielu solennych obietnicach naszych dobrych intencji, pokojowych zamysłów i pro zdrowotnych zamiarów, odprowadzając panią klucznik, do wyjścia wpadliśmy na naszych raczących się złotym trunkiem. Słabo mi się zrobiło, na szczęście, nie usłyszałem czegoś w rodzaju: To ja zajrzę jeszcze tu do was.
Po szybkim nakreśleniu zasad, które miały nas obowiązywać na noclegu, zabieramy się wszyscy –piszę wszyscy bo to lepiej brzmi- do robienia kolacji, czyli nieśmiertelnych kanapek. Tymczasem w kuchni, by rajd był inny od innych, zawiązała się grupa –nie bójmy się tego nazwać po imieniu –spiskowców, którzy przyrządzili zjadliwe :P leczo.
O 20.00 leczo wjechało na salę, gdzie i kanapki czekały już tylko na boskie „smacznego”, już szpony zawisły nad zastawionymi stołami, „Gorący Kubek”, pewnego kursanta, o fajnym imieniu pachniał chemicznie i do prawdy oczy obecnych się szkliły, lecz organizator milczał.
„Ej Adam! Powiedz smacznego!” –to tylko jedno z zawołań, inne przesączone złością, zawoalowaną groźbą i innymi emocjami przemilczę. Byli też tacy, co to próbowali negocjować, lub przemówić organizatorowi do rozumu. „No przecież leczo wystygnie”.
Pojawiły się też próby obalenia ustroju i zwrócenia w tej materii władzy Prezesowi, jednakże, co można było poradzić, jeśli brakowało dwóch osób?
W końcu grupa z Kamienia dotarła, organizator odetchnął znerwicowany i po dołączeniu wszystkich do stołu padły słowa. Nie było to „smacznego”, ale i nie wielogodzinne płomienne przemówienie ze szkoły Castro. Przypomniano zasady gry w kolację, poproszone o kulturę przy jedzeniu, przedstawiono plan porannej ewakuacji i padło długo wyczekiwane, sami już wiecie co.
Po gwałtownej nawałnicy nad stołami, Kamil rzeczowo zaprosił wszystkich do sprzątnięcia, co zajęło nam około 1,05s. Generalnie pani klucznik zasugerowała poranne zmycie obiektu, co dyplomatycznie zbyłem milczeniem, jednakże po trzecim rozlaniu płynów w ciągu niecałych 25 minut, darowałem sobie nadzieję, na ominięcie tej porannej atrakcji. W trakcie kolacji dołączyła do nas Agnes z Dymitrem, oraz Marta, Kasia, Tamara i Żuk, bo przecież nie napiszę po imieniu. Zaczęła się część kulturalna wieczoru. Nie byłem obecny wszędzie, więc odpuszczę sobie światłe cytaty, jednakże dawno się tak nie wybawiłem. Powstały dwa stoliki do gier, a na podłodze trwały zabawy ruchowe, Ninja, długo by pisać, ale wystarczy wspomnieć, że znów wygrywały laski. Kareta, czyli potoproduktywna ganianina wyjęta żywcem z wesela, zapewne Moniki i Kamila. Dentysta –masakryczna gra wyglądająca tak sympatycznie z boku a z której wyciągnięto mnie z obtartym cyckiem i poobcieranymi przedramionami po samiuteńkie łokcie. Pif Paf, gdzie ciągle się ktoś pojedynkował, a nawet przerobiliśmy zabawę w Chowanego. Tu nie chcę się zagłębiać w temat, ale grupa się uwzięła na organizatora i musiał ponad swoje siły pompować w opadzie.
Potem się trochę uspokoiło, w szalenie dużym gronie utworzyliśmy koło, Dymitr uderzył w struny i się zaczęło pianie, tzn piszę tu o sobie, ale pewnie i tak zagłuszałem resztę, co choć trochę próbowała prostować siedząca obok Kasia. Tak czy inaczej, grupa wokalna walczyła dzielnie i trwało to chyba długo. Odstawiliśmy też śpiewane zdjęcie grupowe. A co się jeszcze działo?
Powstała sekcja masarzu, powstała sekcja kuchenna, to chyba z niej wykluło się dwoje śmiałków, którzy w środku nocy przygonili świeże stado Żubrów. Były tańce i wywiady, utrwalone w obrazie ruchomym. Był półnagi GDAKK, wędrujący nocą po obiekcie. Było założenie kesza w butli, tzn. na terenie toalety. Był koncercik na czymś co nazwałbym Banjo, a co w każdym bądź razie powaliło Prezesa na kolana przed Sandrą. Była powódź w męskiej toalecie z pisuaru. Było sporo selfie, W końcu koło 4.00 postanowiłem umyć zęby, ale płoche nadzieje na sen, pojawił się tajemniczy Andrzej z trzema mazakami i było szaleństwo, przed piątą ktoś jeszcze klepnął Żubra, dyskusje w kuchni trwały, trochę się bałem zasypiać, bo profilaktycznie w mojej kieszeni wylądował tylko jeden z trzech mazaków, ale zaryzykowałem.
*.00, tzn. 8.00 dzwoni jakiś porypany budzik, $hit, to mój, przestawiam.
8.50, czas na zamieszanie, nie popularna decyzja, ale trzeba, sprawdzam tylko jeszcze w lustrze, czy nie dotknął mnie w ciągu tej chwili drzemania Andrzej swoim tuszem i zachrypniętym po gitarze głosem wyszeptuję pobudkę. I tu muszę z zadowoleniem pochwalić wszystkich, ogarnięcie siebie, swoich ciał, skołatanych duszy, kuchni, sali, korytarza i zalanych łazienek, a także wyniesienie paru worków śmieci zajęło nam 40 minut. Dzięki Panowie za ten pisuar!
O 9.41 przeprowadziliśmy odbiory i zabraliśmy się z sympatycznego noclegu, pozostawiając ku pamięci Kesza. W odrobinę okrojonym składzie wykonaliśmy szczere foto pod remizą, a szczere bo widać kto na nim był rano nie wyraźny. Następnie Kwic doczekał się tej chwili, czyli otrzymał własną mapę, on przywódca ruchu na rzecz obdarowania każdego uczestnika mapą, otrzymał to wspaniałe, lekko zdewastowane po dobie rajdu coś. Z Kielna ruszyliśmy drogą na Warzno, lecz nasz marsz został zakłócony drobnym incydentem pod postacią przejazdu peletonu kolarskiego –taka sytuacja.
Humory i kondycję wspieraliśmy płynami i wspomnieniami, więc chyba każdemu szło się lekko. Z odczuwalną ulgą zeszliśmy w końcu z drogi, bo wiadomo, niedziela, multum pijanych kierowców jadących do kościoła. Z ciekawostek, w okolicy jeziora Tuchomskiego minęliśmy centrum dowodzenia światem, mały domek piętrowy, z arsenałem anten na dachu, serio wyglądający jak filia pentagonu. Po oddaleniu się od tego obiektu na bezpieczną odległość, zrobiliśmy w końcu ognisko.
Wspaniałe, czilałtowe ognisko, z kiełbaskami, ziemniakami targanymi z domu –poświęcenie kursanta! Było też jedno prawie pieczone jabłko, tabaka z rogu, czekolada, kanapki, a Kwic wyskoczył z Tortillą, co zostało ukarane, objedzeniem nieszczęśnika. Było dużo tematów, sporo śmiechu i doprawdy nie chciało się nam ruszać dalej. W końcu jednak, ziemniaki się skończyły więc ruszyliśmy najkrótszą drogą do Chwaszczyna, mijając zajazd „Popas” i racząc się dalej różnymi cudnościami. Organizator był tak przecudny, że załatwił wszystkim transport autobusowy do Gdyni i Gdańska, dokładnie co do minuty. Rajd oficjalnie zakończył się około godziny popołudniowej.

Epilog
W dniu 17.11.2014r. ukazało się ogłoszenie na jednym z portali aukcyjnych.
Promocja i niesamowita okazja!
Tylko u mnie można zakupić ostatniego upieczonego i nie zjedzonego ziemniaka z fenomenalnego Pierwszego Rajdu Kursanckiego AKK GDAKK
Cena kup teraz 9,99zł Sztuk 1 z 84.

Od autora
Poniżej cytuję parę fragmentów listów, adresowanych do organizatora, po zakończeniu rajdu.

„Chłopie! Zorganizuj nam coś takiego!”
John Smith L.A. California

„Drogi Panie, wszyscy tu u nas w kancelarii, mówią o tym wydarzeniu, ile by kosztowało skorzystanie z Pana usług?”
Prezes Rady Ministrów E. K.

„W imieniu pana Tarantino, chciałbym zakupić prawa do ekranizacji, historii opartej na tym wydarzeniu”
Project Menager J. B. Douglas

„Aaaaa, było przecudnie, aaaa.”
Kursantka

„W imieniu Związku Zawodowego Listonoszy Polskich, uprzejmie błagamy Pana, o założenie w trybie pilnym skrytki pocztowej.
Z poważaniem,”
A. Psikuta

„Oddaj dziewictwo mojej córki ty…” [delate x36]
zdj1
Na starcie tradycyjne pytanie: Kto poniesie plecak Organizatora?
zdj2
Krótkie szkolenie z prowadzenia grup
zdj3
Szok! Kesz na trasie organizowanej przez Antykesza!
zdj4
Zapamiętujemy swoje imiona. Jurek, Stefan, Karol, Bronek, Helga, Staś, Ada, Kasia i ktoś tam.
zdj5
To nie kopanie leżącego, Kasia czasem lubi chwilę poleżeć w kałuży.
zdj6
Okolice leśniczówki Piekiełko. Jeszcze wszyscy cali ];>
zdj7
Dowód, że były też momenty odpoczynku i rozprężenia :P
zdj8
Moda GDAKK-owa w drodze do Bieszkowic.
zdj9
Nie mogłem się powstrzymać, by nie skłamać. Czysty azymut!
zdj10
Wspomniany błąd Matrixa, dywanobusy po podwórzach gospodarstw.
zdj11
Tradycyjna kolacja.
zdj12
Ninja
zdj13
Totem, tym razem nikt nie oberwał.
zdj14
Dentysta, gra przyjemna jak siedzenie na fotelu dentystycznym.
zdj15
Żonkiś, wyzwany, walczy o miejsce przy żonie!
zdj16
Zdjęcie ustawione śpiewająco, tylko, że wyszło w pierwszej wersji poruszone.
zdj17
Reakcja na wieść, że Monika zostawia nam Kamila.
zdj18
Nie taki rajd straszny dla kursanta, jak go malują
zdj19
Radość uzasadniona! Nie dość, że kursant, to jeszcze dotknął boskiej tkanki Zarządu.
zdj20
Integracje międzykursowe.
zdj21
Sabina i Agnes nie oszczędzały gardeł i dłoni.
zdj22
"Kogo nie ma na zdjęciu, ten już śpi!" :P
zdj23
Apropo... Bo w zapowiedzi nie było, że będzie trzeba się bawić do rana.
zdj24
Domi zszokowana... tym co uczyniła.
zdj25
Trzecie mycie zębów, godzinę przed snem.
zdj26
Popatrzmy, kto jeszcze rano wyglądał jakoś niewyraźnie.
zdj27
Powinno być napisane Idei niebezpiecznych.
zdj28
Adam i jego chustorękawiczki.
zdj29
Robimy obiecane ognisko.
zdj30
W oczekiwaniu na ziemniaczka.
Komentarze wyjazdu
domi
klubowicz
dominikawelz@wp.pl   
;) :: 2014-11-25 11:44:35
meeega długie, ale bardzo ładnie napisane Panie Adamie :)
aczkolwiek (:P):
- nie było map dla klubowiczów i sympatyków! (musiałam :D )
- nie ma zdjęć... :( czekamy z niecierpliwością!
piterb
klubowicz
5927572   piterb@vp.pl   
... :: 2014-11-26 23:34:01
Wielkie dzięki za rajd! Długo na niego czekałem i chociaż było parę niedociągnięć (BRAK MAP DLA WSZYSTKICH) to i tak się dobrze bawiłem.
Co do relacji
Dawno nie czytałem (ba! chyba nigdy) tak długiego wstępu ale niejednokrotnie mnie on rozbawił :D Dobrze, że nie pokusiłeś się o wstawianie filmików :P

Jeśli ktoś jeszcze nie widział moim zdjęć to podrzucam linka
https://drive.google.com/folderview?id=0B4B8eXpKJl3cbFhKTjlZM0tleVE&usp=drive_web

i zachęcam aby inni się też dzielili zdjęciami.
Kamil Jachimowski
Kamil
klubowicz
3480402   hybryd87@o2.pl   
WOW!!!! :: 2014-11-27 08:13:30
Adamie ! WOW !!!! po prostu wielkie WOOOW !
11/10 za opis!
Adam Specht
Bear
klubowicz
38554165   Spechtadam@gmail.com   
Brawuoo! :: 2014-11-27 09:09:19
Dostajesz odemnie 10 na 10 na 10 możliwych kategorii!!

Spoko wszystko wyszło ;)