glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Szlak Liczyrzepy: Jesienne Wyzwanie
termin: 5-7.X.2012
sezon: Jesień 2010
mestwin2140546211
Autor tekstu: Tomasz Larczyński
Autor zdjęć: Tomasz Larczyński, Piotr Ostrowski, Adam Piotrowski


Pokaż Szlak Liczyrzepy - Jesienne Wyzwanie na większej mapie


Pokaż Szlak Liczyrzepy - Jesienne Wyzwanie na większej mapie

Szlak Liczyrzepy od pewnego czasu przyciągał moją uwagę z racji niebanalnego przebiegu, pokazującego najciekawsze partie Sudetów Zachodnich (i kawałka Środkowych), będąc przy tym, jak mi się wydawało, dość łatwo (jak na góry) poprowadzonym. W końcu zainteresowanie przekroczyło znaną wszystkim podróżnikom masę krytyczną, a, co więcej, do pomysłu zapalili się także Adam i Piotrek, zwłaszcza, że można było wyprawę potraktować jako obóz kondycyjny na dwa tygodnie przed Harpaganem. Tak mocną ekipą nie mogło nam się nie powieść.

A właściwie to mogło, bo smokiem, z którym walczą wszyscy niezmotoryzowani cykloturyści w Polsce, są nie awarie sprzętu, brak szlaków rowerowych, czy nawet chamstwo kierowców, tylko spółka PKP Intercity, a wygrać z nią to hoho. No więc myśmy wygrali. Znanym i obrzygiwanym przez rowerzystów ruchem chłopcy-pICowcy zabronili od 1 czerwca przewozu rowerów we wszystkich pociągach TLK objętych całkowitą rezerwacją miejsc (czyli m. in. wszystkich nocnych) bez przedziału dla rowerów, a tego nie ma prawie żaden. Żeby legalnie przewieźć rower, musielibyśmy tracić na to cały dzień, a nam zależało na szybkim transporcie nocą. Wykonaliśmy to w ten sposób, że rowery częściowo złożyliśmy, przytroczyliśmy w poprzek do półek bagażowych i zabezpieczyliśmy folią. Z trzech drużyn konduktorskich tylko poznańska miała plucia na to rozwiązanie i kazała nam kupić bilety na rowery do tego combo, co zrobiliśmy, po czym zaraz po powrocie wysłaliśmy je w ramach reklamacji (wraz ze skargą) na Grójecką, bo tacy wredni jesteśmy.

Z przejechaniem Szlaku Liczyrzepy jest ten problem, że nie bardzo wiadomo, gdzie się on zaczyna (z końcem jest już lepiej). Jest to bowiem fragment międzynarodowego szlaku rowerowego ER-2, a ten z założenia biegnie przez całą Europę. Wg podlinkowanej na wstępie strony jeleniogórskiego PTTK wiedzie on na odcinku Lubawka-Żytawa, jednak z mojej korespondencji z tymże PTTK wynikało, że prowadzi on już od Przełęczy Chełmskiej. Przyjęliśmy zatem ten drugi, dłuższy wariant - z kolei podczas przejazdu okazało się, że odcinek przez Frýdlantsko jest zaprojektowany, ale w terenie go brak wskutek braku porozumienia z Klubem českých turistů. Do Przełęczy Chełmskiej od pociągu też jest kawałek, bo Kolej Doliny Zadrny, jak większość poniemieckich lokalek, poszła oczywiście do piachu. Wysiedliśmy zatem na stacji Boguszów-Gorce i rozpoczęliśmy dwudziestokilometrową rozgrzewkę przed Przełęczą Chełmską.

Głównym elementem rozgrzewki było przekroczenie Pasma Dzikowca (fragment Gór Kamiennych) przez bezimienną przełęcz pod Nieradą. Za nią Góry Kamienne przechodzą w serię znacznie niższych pasm, a krajobraz przypomina trochę Beskid Gorlicki, i dopiero na samą Przełęcz Chełmską, położoną w Zaworach, trzeba się było trochę wspiąć.

Tam zrobiliśmy wspólne zdjęcie na początku szlaku (choć jego znaki widzieliśmy już wcześniej, koło Strażniczego Naroża - chyba nikt tak naprawdę nie wie, skąd on biegnie). Następny, bardzo łatwy, asfaltowy, ale malowniczy odcinek do Lubawki przez Kotlinę Krzeszowską i Przełęcz Ulanowicką minął nam jak z zipa strzelił. Dopiero w Bramie Lubawskiej trafiliśmy na kawałek terenowo-błotnisty, za którym rozpoczęliśmy największy na całej trasie podjazd na Grzbiet Lasocki. Te 500 m przewyższenia, choć w całości drogą gruntową, młynkiem, młyneczkiem, jakoś tam się zrobiło. Niestety na grzbiecie trafiliśmy w strefę chmur deszczowych, które mimo silnego wiatru utrzymywały się ciągle w stanie gwarantującym wysoką upierdliwość. Przez to musieliśmy z wielkim bólem zrezygnować z Adamowego pomysłu pobocznego zdobycia przełęczy Okraj, znajdującej się w gronie kolekcji rowerowej bazy podjazdów - z doświadczenia wiedzieliśmy, że chmury skraplają się na grzbiecie, a kawałek niżej będzie już niemal czyste niebo. Cóż, Okraj zawsze jest pretekst, by na Okraj wybrać się specjalnie...

Co do pogody, to nasze przewidywania sprawdziły się - zaraz po zjechaniu w niższe partie zboczy Czarnego Grzbietu poprawiła się drastycznie. Zmarznięci, rozważaliśmy rozpalenie ogniska - i niespodziewanie nad Kowarami trafiliśmy w sam środek takowego, w ramach imprezy integracyjnej pracowniczek Domu Pomocy Społecznej w Kowarach. Po pokrzepiających przekąskach łatwiej było dojechać do Karpacza, na końcu którego czekał nas najbardziej męczący, bo nieoczekiwany podjazd - w sumie niewiele mniejszy niż ten na Grzbiet Lasocki, a znacznie stromszy. Na nocleg spadliśmy do ewangelickiego Domu Parafialnego przy kościele Wang.

Drugi dzień to znacznie ładniejsza pogoda - w sam raz, bo też odcinek był najciekawszy. Po przelocie Karkonoskim Padołem Śródgórskim zaskakująco łatwo wtoczyliśmy się doliną Kamiennej na wierzchowinę Gór Izerskich - magicznej krainy, gdzie wśród ruin wysiedlonych wsi, wysokogórskich torfowisk, meandrującej Izery i płatów kosodrzewiny snują się szerokie, bardzo wygodne drogi z szerokimi widokami, także na Grzbiet Śląski, z którego tego dnia zeszły chwilowo chmury. A na deser cudny, jeden z najszybszych w Sudetach zjazdów do doliny Kwisy. Nocleg złapaliśmy już w Czechach, w Novém Městě pod Smrkem, a że nocleg ten był w penzioně ulokowanym zaraz nad hospodą, to dalsze kroki tego dnia były dość oczywiste.

Ostatni dzień to powrót deszczowej pogody - na tyle słabej, że wyruszyliśmy dość późno i ścięliśmy dla nadrobienia czasu zakos przez Hejnice, który jednak, jak już wyżej wspomniałem, i tak jest tylko w planach. Za to śmignęliśmy drogą prosto do pałacu Frýdlant, gdzie pomarzliśmy na jednej z najdłuższych tras zwiedzania w Republice Czeskiej (w końcu coś trzeba zwiedzić). Ogrzaliśmy się za to w przytulnej poczekalni stacji ČD. Stamtąd już rzut kaskiem był do Bogatyni, za którą przygnębiliśmy się obrazem spustoszenia, jakie poczyniło wydobycie węgla brunatnego. I chwilę później był już most na Nysie Łużyckiej, Żytawa i koniec szlaku, któy, podobnie jak początek, nie był w żaden sposób oznaczony.

W Zytawie pierwotnie planowaliśmy zakończyć trasę, jednak perspektywa wydania 20 € na dojazd do Zgorzelca zmobilizowała nas do pokonania tego odcinka na kołach, zwłaszcza, że po stronie niemieckiej przez niemal cały czas do dyspozycji była perfekcyjna droga dla rowerów. Na koniec, jako, że był to szczyt komunikacyjny kończący weekend, zapakowaliśmy się nie na miejsca do siedzenia, a do kuszetek, ale szczegóły tego zostawmy może na boku, bo chcę ten wariant jeszcze parę razy powtórzyć.

Uwaga: jeśli chodzi o zdjęcia, to polecam także fotorelację na stronie Adama - poniżej wybrane są niemal wyłącznie te fotografie, których Adam nie wykorzystał.
zdj1
Przygotowania do mrożącej krew w żyłach misji transportu roweru pociągiem spółki PKP Intercity
zdj2
Widok spod Nieradej na Góry Wałbrzyskie z Chełmcem w centrum
zdj3
W ramach rozgrzewki podjazd na przełęcz pod Nieradą
zdj4
Na Przełęczy Chełmskiej – tu chyba zaczyna się Szlak Liczyrzepy, choć z nim to nigdy niczego nie wiadomo
zdj5
Spod chmur wyłania się najwyższy szczyt Gór Kruczych – Královecký Špičák
zdj6
Oznakowanie Szlaku Liczyrzepy jest bardzo fotogeniczne, ale jeździć bez mapy to się po tym nie da
zdj7
Kto będzie szybciej na Grzbiecie Lasockim – my, czy chmury?
zdj8
Otóż chmury.
zdj9
Deszczową, jesienną Żółtą Drogą przez Grzbiet Lasocki
zdj10
Podnóżami Czarnego Grzbietu z Pogórzem Karkonoskim w tle
zdj11
Poranny widok z Karpacza Górnego na masyw Skalnika i Rudawy Janowickie
zdj12
Torfowiska doliny Kamiennej pod Przełęczą Szklarską
zdj13
Meandry Izery na wierzchowinie Gór Izerskich
zdj14
Wygodną dróżką, niemal po płaskim, ale wśród kosówki – to tylko w Izerach!
zdj15
Na Hali Izerskiej
zdj16
Tak się nam śmiesznie pogoda ułożyła, że musieliśmy wyjechać poza Karkonosze, żeby je zobaczyć – na zdjęciu Wielki Szyszak i Szrenica
zdj17
Tyle pozostało ze Skalna (Groß-Iser), przed wojną rozbudowanej osady ze schroniskami, szkołą, pocztą…
zdj18
Jeden z najszybszych zjazdów w Sudetach – z Polany Izerskiej do doliny Kwisy
zdj19
Trudno było uciec od wizyty w hospodzie, zwłaszcza że właśnie w niej nocowaliśmy, a barman przygrywał
zdj20
Z życia Novoměstska: „Młody, dobrze rokujący kulturysta (lat 17) szuka sponsora”
zdj21
Wracamy do pogody z pierwszego dnia, czyli Izery w chmurach, a my pod nimi
zdj22
Na rynku we Frýdlantě
zdj23
Renesensowy pałac Frýdlant
zdj24
Bijemy rekord świata w kategorii najsłabszego zabezpieczenia roweru
zdj25
Przez Przedgórze Izerskie w okolicach Kunratic
zdj26
zdj27
Ta droga prowadziła kiedyś do nieistniejącej dziś wsi Rybarzowice
zdj28
Styk trzech granic u ujścia Oldřichovického potoka do Nysy Łużyckiej
zdj29
Spod Wostrowca (Ostritz) otwierały się widoki na Grzbiet Jesztiedzki i sam Jeszted
zdj30
Jak na pierwszym zdjęciu rozkręcaliśmy rowery, tak na końcu, we Wrzeszczu, składamy je z powrotem
Komentarze wyjazdu
Kamil Jachimowski
Kamil
klubowicz
3480402   hybryd87@o2.pl   
Ładny kawałek :: 2012-10-26 06:46:41
Gratuluje przejazdu - będziecie robić jakiś mały pokaz w GDAKKu ?
Adam Piotrowski
adam p
klubowicz
725097   adampiotrowski@poczta.fm   rowerami.com  
ta ta :: 2012-10-26 14:09:57
pokaz i to od razu z filmem, który niebawem powstanie z tego wypadu.