glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Jak zapamiętałem XXXI Edycję Darżluba – czyli relacja krótka przeze mnie spisana.
termin: 2/3.XII.06
sezon: Jesień 2006
1164991711
Autor tekstu: Michał Rynkiewicz
Autor zdjęć: ----

Trasa bardzo trudna – „Masaż stóp”. Miejsce startu – Reda, dworzec PKP – piętnasta minuta startowa. Ekipa – „Elektryk Zone”, w składzie Sebastian, Adrian, ja (oraz nieoficjalnie Magda, idąca z nami rekreacyjnie).

Jest godzina mniej więcej 18:25, gdy słyszymy okrzyk organizatora dobiegający z pełnego uczestników Darżluba wnętrza dworca w Redzie: Piętnasta!!! Piętnasta minuta startowa to nasza, więc szybko pobieramy mapy i kartę startową. Rzut oka i już po chwili idziemy szosą w kierunku Gniewowa na P(unkt)K(ontrolny) 1. Całkiem blisko miejsca startu, teren w miarę znany, na dodatek niedaleko PK biegnie czarny szlak, który znajdujemy bez problemu i z szosy wpadamy na leśną drogę.
PK znajduje się na pagórku w widłach dwóch dróżek tworzących na mapie charakterystycznego „jeża”. Łatwizna., wystarczy skręcić w las prostopadle do drogi i łagodnym podejściem wyjść prosto na punkt, co też niezwłocznie czynimy. Wspinamy się na pagórek, znajdujemy szczyt, gdzie powinien być lampion. Ale lampionu nie ma... Pierwszy PK i już zaczynają się schody, ale szukamy wytrwale wchodząc coraz dalej w las. Jedyny problem to fakt, iż pagórek się kończy i przeistacza w wąwóz. Coś ewidentnie poszło nie tak, jak powinno. Dołem wąwozu idzie droga, po której orientujemy się, gdzie jesteśmy. Z tego miejsca dotarcie do PK jest skazane na porażkę, więc decydujemy się wrócić do drogi gniewowskiej, z której zeszliśmy wcześniej na czarny szlak.
Ponownie wchodzimy na tenże szlak zataczając dzięki temu ładne kółeczko (takie na około 50 minut w plecy). Tym razem znajdujemy właściwie widły dróżek i napieramy na szczyt. Szczyt jest – lampionu nie ma. Idziemy dalej i po dłuższej chwili trafiamy na lampion, mając jednak wiele wątpliwości, czy aby przypadkiem nie jest to mylny PK. Gdy my się zastanawiamy do lampionu schodzi się z różnych kierunków kilka osób i wymieniając uwagi na temat naszego położenia uznajemy lampion za właściwy. Kod z lampionu trafia na kartę startową (wpisany jakże gustowną kredką świecową dyndającą frywolnie na sznurku przy lampionie), zaś my zasuwamy na PK 2.
Na dwójkę początkowo lecimy na południe, z zamiarem złapania pierwszej drogi w prawo (na zachód). Z tym, że nie jest to takie proste jak się wydaje. Podejmujemy więc opcję azymutową i idziemy na zachód z kompasami w dłoni z zamiarem wyjścia w Gniewowie. Po drodze jest kilka wąwozów, krzaki jeżyn i jakieś sady z ujadającymi psami. Sady te zaś, to już Gniewowo. Tu na chwilę wychodzimy z lasu, aby jego skrajem przejść wzdłuż pola i ponownie zanurzyć w leśne ostępy.
Stąd do dwójki prowadzi na północny-zachód idealnie prosta drogo-przecinka, którą znajdujemy choć nie bez drobnych komplikacji. Mimo to jednak to my nadal panujemy nad terenem, nie zaś on nad nami. Dodatkowo pomaga nam trupio białe światło księżyca rozlewające się po czystym, wczesnogrudniowym niebie. Tu też po raz kolejny natykamy się na Marka i Renatę, z którymi jak się okaże pokonamy resztę trasy (wiadomo – w grupie raźniej).
Drogo-przecinką docieramy w okolice punktu i zaczynają się poszukiwania. Bez sukcesu. Aby uniknąć bezsensownego błądzenia po głębokim wąwozie i jego okolicy wracamy do drogi i kierując się idealnie na północ skromną, 6-cio osobową tyralierą podejmujemy drugą próbę odnalezienia właściwego lampionu – tym razem udaną.
Punkt trzeci jest na północny zachód od osady Młynki (które albo to są częścią Gniewowa, albo i nie). Leśnymi duktami docieramy do asfaltu Gniewowo-Wejherowo, idziemy nim około kilometra i odbijamy w lewo w las. Jeszcze kawałek, jedno skrzyżowanie, drugie i na azymut na południe – teoretycznie prosto na PK 3. Tyle, że mapa nie uwzględnia szkółek leśnych... I takowa wyrasta nam na drodze. Omijamy ją brnąc przez gęste choinki, starając się nie stracić z oczu wzgórza, na którym naszym zdaniem jest punkt, a gdzie widzieliśmy błyskające w oddali czołówki. Jednak na wzgórzu lampionu ani widu, ani słychu, jak mawiają starzy ułani. Kręcimy się po okolicy, aż wreszcie Adrian trafia na pagórek obok i lampion znajduje. Łatwe, proste i przyjemne.
Idzie nam całkiem nieźle. Z trójki na czwórkę zasuwamy prosto na zachód doliną Cedronu. Jest tak jasno, że wyłączamy czołówki i podziwiamy piękny krajobraz, nocą nieco tajemniczy. Cedron wije się po naszej lewej ręce, zaś po prawej od czasu do czasu (jednak rzadziej niż częściej) na drzewach migają oznaczenia czerwonego Szlaku Wejherowskiego.
W planie jest wbicie się w kierunku południowym na szosę Wejherowo-Szemud, jednak popełniamy drobny błąd w sztuce i tuż przed szosą, nie więcej niż 50 metrów, chcąc skrócić sobie drogę, wpierw ładujemy się na błotnistą i zawaloną gałęziami dróżkę, zaś potem na rozlany i meandrujący potok sączący się pomiędzy nami, a wygodnym i równym asfaltem. Nie mamy więc większego wyboru, jak brnąć w błocku, w którym to raz ląduję do pół łydki! Błogosławione stuptuty... Notabene, po tym krótkim odcinku całe są obryzgane błotem.
Samo zdobycie PK 4 po przekroczeniu szosy na Bieszkowice (i zarazem naszą metę – Koleczkowo) to czysta formalność, polegająca na wdrapaniu się po stromym zboczu na szczyt oznaczony na mapie 110,7, zrobieniu odpowiedniej adnotacji na karcie i podbiciu jej perforatorem. Przy okazji będąc na punkcie obserwujemy niesamowite zjawisko – tzw. „efekt halo”, czyli kolistą poświatę księżyca na cieniutkich chmurach (które to na pewno mają konkretną meteorologiczną nazwę, której naturalnie nie znam...) powoli pojawiających się na niebie. Te chmury są jednocześnie sygnałem, iż bardzo pomocne światło księżyca może niedługo zniknąć...
Droga do PK 5 – prawie jak po sznurku (co skłania do podejmowania lżejszych, aczkolwiek interesujących tematów rozmów jak np. choinki na święta, czy kwestia zapalania światła w toalecie podczas nocnego załatwiania potrzeb fizjologicznych...). Czytelne skrzyżowania, dobre drogi i bardzo dobrze utrzymana przecinka, z której idąc na 270 stopni, po jakichś 200 metrach ujawniamy lampion.
Z piątki bez zbędnej zwłoki butujemy na PK 6. Plan jest prosty – przecinką, po której zorientowaliśmy przed chwilą piątkę cały czas kierujemy się południowy-wschód prawie do samej szóstki. Lecz ta sama przecinka, która jeszcze przed chwilą była elegancko utrzymana, nagle zaczyna skręcać (w rzeczywistości, bo według mapy leci prosto jak strzelił) i gubić się w dzikich zaroślach, bodaj bukowych i ledwie do kolan, ale skutecznie utrudniających poruszanie się. Do tego stromo wspinamy się po zboczu z „kotła” w jaki weszliśmy przecinką.
Wdrapawszy się na wierzch pagórka, trafiamy na jakąś drogę. Kompas, sprawdzenie kierunku. Droga prowadzi mniej więcej równolegle do przecinki, więc naprzód! Skrzyżowanie, kolejna chwila wątpliwości, szczęśliwie krótka. Kolejne skrzyżowanie, odbijamy w prawo. Punkt wedle mapy jest o jakieś 300-400 metrów na południowy-zachód, na pagórku za czymś w rodzaju grobli w poprzek wąwozu. Znalezienie tego miejsca jest banalne, ale PK to już inna historia. Znowu błąkamy się po krzakach, potykamy i gałęzie. Tym razem jednak w okolicy kręci się równocześnie kilka grup, więc gdy znajdujemy punkt po cichu, starym gestapowskim sposobem z wyłączonymi czołówkami spisujemy kod z lampionu i równie po cichu się oddalamy. W końcu konkurencja nie śpi...
Z szóstki w kilkanaście minut docieramy do ogniska, czyli PK 7 w Borowie, gdzie stopujemy czas i przez kilkanaście minut odpoczywamy (to tu odkrywam magiczne właściwości mojego kijka trekkingowego, którym nie tylko można ułatwiać sobie marsz, ale i upiec nad ogniskiem nabitą na niego bułkę!).
Tu też nieco zaskakuje nas upływ czasu. Bo oto powoli kończy się limit 440 minut, a jesteśmy dopiero w połowie drogi. I nawet nie bardzo wiemy, kiedy ten czas „uciekł”. To oznacza, że wynik końcowy nie będzie oszałamiający, ale w końcu nie przyjechaliśmy tu po sławę i pieniądze...
Ruszamy z ogniska, bo z braku ruchu zaczyna robić się nieznośnie zimno. Podejmujemy decyzję o odpuszczeniu PK 8 i kierujemy na dziewiątkę (wolimy dostać punkty karne za brak potwierdzenia PK niż za spóźnienie na mecie).
Borowo opuszczamy drogą na południe wzdłuż jeziora Borowo. Do tego momentu jestem na bieżąco z mapą, ale dopada mnie dziwne otępienie i znużenie. Mapa trafia do kieszeni, a ja zdaję się na resztę i w owczym pędzie podążam za swoją grupą, nawet nie starając orientować się, gdzie jestem. Do tego księżyc ostatecznie chowa się za chmurami i robi się ciemno, przez co coraz trudniej orientować się w terenie pozbawionym charakterystycznych punktów odniesienia.
Po krótkim czasie trafiamy na drogę, która ma nas prowadzić gdzieś w okolice PK 9. Jest tylko jedno małe „ale”. Otóż w poprzek drogi rozciąga się całkiem świeży płot ogradzający szkółkę leśną. Nie jesteśmy jednak pierwszą grupą w tym miejscu, o czym świadczy stan płotu, który jest odpowiednio „zmodyfikowany”, tak aby można było przejść zagrodzoną drogą przez środek szkółki. Po około 200 metrach natrafiamy na płot kończący szkółkę, również pozwalający komfortowo opuścić ten teren...
Dziewiątkę znajdujemy, choć nie jest łatwo. Uzupełniając kartę startową, której jestem szczęśliwym powiernikiem (biada mi, jeślibym ją zgubił) „powracam do życia”, otępienie mija i ponownie zaczynam interesować się mapą. Napieramy więc przed siebie – na początek do duktu leśnego przy jeziorze Wygoda, a dalej na południowy-wschód, mijając po prawej jezioro Rąbówka (nie zaobserwowuję go, ale według mapy gdzieś tam jest). Na skrzyżowaniu na południe od góry Wczesnej zaczynam wyrywać do przodu. Droga jest w prosto i czytelna. Zgadza się z mapą co do joty. Reszta grupy wprawdzie chwilami nie bardzo mi wierzy, ale zasuwam nadal na czele i po krótkim czasie odnajdujemy PK 10.
Tu kończymy zabawę z szukaniem PK, odpuszczamy PK 11 i 12 i ostatecznie decydujemy – zejście do asfaltu w Bieszkowicach i szosą do bazy w Koleczkowie, gdzie docieramy po nieco ponad godzinie (mniej więcej około godziny 05:00). Zdajemy kartę startową i tym sposobem ekipa „Elektryk Zone” kończy swój udział w Darżlubie.

W końcowym rozrachunku zajmujemy 12 miejsce na naszej trasie (na 22 ekipy). Mamy na koncie 845 punktów karnych. 295 za trasę (odpuszczenie trzech PK – 270 i PK stowarzyszony na PK 2 – 25) i 550 za czas (130 za wykorzystany 130-minutowy limit spóźnień i 420 za przybycie na metę 42 minuty po limicie spóźnień).

Dystans wyniósł około 32 kilometrów.

A tu można zapoznać się z oficjalnymi
wynikami naszej trasy.
zdj1
zdj2
Pierwsza część trasy...
zdj3
...i druga.
Komentarze wyjazdu
Magda Przytuła
Magda nie Magdalena
klubowicz
2831085   magda200watt@interia.pl    
darzlub :: 2006-12-03 22:09:08
i ty to wsio zapamietales;p
generalnie na trasce bylo fajniestycznie!:)) (no pomijajac 1 punkt i te 2 gorki-->gorzyska! na ktorych juz nigdy wiecej moja noga nie postapi)
a tematem przewodnim wyprawy byli i tak "panowie w lycrze(lykrze?) z rurkami przyczepionymi i podbiegajacy do nas zawsze z przeciwka;p
a renata byla eurenia;) i taka juz sie ostanie do konca zycia;))
Maciej Rynkiewicz
Cox
klubowicz
603000   rynkiewiczm@gmail.com   
bladzenie :: 2006-12-05 00:51:13
Tak Toff mowiles ze bladziliscie troche, ze hardcore itd, a jezdzac palcem po mapie nie wyglada to tak zle :)
Michał Rynkiewicz
Toff
klubowicz
3317349   michal_rynkiewicz@wp.pl   
ad. błądzenie :: 2006-12-05 11:13:38
Jak jesteś taki szczwany, to sam się wybierz i zobacz jakie to proste :P hehehe