glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Wyprawa w Cień Zawratu
termin: 1-5 i 8-13
sezon: Jesień 2006
1161042504
Autor tekstu: Tomasz Marek Karol hr. Larczyński & Adam Kępa
Autor zdjęć: T. L.


Pokaż Wyprawa w Cień Zawratu na większej mapie

Váźení cestující, witamy was w pierwszej symultanicznej relacji z wyjazdu Gdakkowego!

Przyświeca nam piękny duch postmoderny, w sensie że przeciągnij+upuść. Doszło na gruncie tego do sytuacji takiej, iż dwie grupy (ściśle powiązane wewnętrznie rozmaitymi więzami natury uczuciowej, nie wgłębiajmy się już w to, zresztą) przekopały się przez te same góry, aliści w odstępie jednej niedzieli. Aby to zatem wszystko wyglądało bardziej zwarcie i socrealistycznie, to zamiast akcentować partykularyzm obu par, postanowiłem zlepić relacje w jedną, z zachowaniem stosownej autonomii rzecz jasna; co było tym łatwiejsze, iż czas trwania obu wyjazdów był ≈ taki sam. Tekst normalny – to wyjazd Agaty&mój (wcześniejszy), kursywą – Marty&Adama.

Dojazd do Krakowa to TLK w stanie oblężenia, ale dało się przeżyć. Oblężenie indukowało rzecz jasna spore opóźnienie, a panująca wewnątrz atmosfera ogólnej puszki zamieniła nas w lekkie zombie; to piszę, ażeby nie było dziwnym, iż zaraz po wypadnięciu z TLK-i, usłyszawszy, że „pociąg osobowy do Zakopanego odjeżdża z… ”, wciapaliśmy się doń, choć autobus jest nieledwie dwakroć szybszy i nie droższy zbytnio. Tak więc do Zakopca dotarliśmy, choć ze sporym poślizgiem.

Druga wyprawa w Tatry odbyła się w terminie późniejszym. Jechaliśmy tam z duszami na ramionach. Czy w tak niesprzyjającym okresie wytkniemy nosy poza schronisko? W pociągu nie było tłoku, więc od pewnego momentu jechaliśmy sami w przedziale czuwając nad sprzętem, tak też rześcy dotarliśmy do Krakowa. Szczęśliwie od razu złapaliśmy PKS do Zakopca.

Wysiadamy – i, proszę państwa, rzyć. Ściana śniegu, lawina schodząca z dachu dworca zasypała przy nas 26 podróżnych, biały niedźwiedź zeżarł resztę. Pożegnaliśmy się tedy z perspektywą noclegu w Murowańcu i spełnieniem tytułu wyprawy, zadokowaliśmy się w PTSM „Szarotka” i …oczywiście poszliśmy w góry! Może niezbyt ambitnie, bo do Siklawicy i z powrotem, ale zawsze coś. W szałasie na polanie Strążyska nawet było kilku twardzieli (czyt.: kompletnych idiotów), którzy też w tę pogodę ubijali szlaki; incydentalnie zamajaczyło pół Giewontu, ale zaraz chmury wszystko na powrót wymazały, odbierając nam chęć zahaczenia o Sarnią Skałę. Dodatkowo zdeprymowało nas miejsce po Siklawicy, którą ktoś sobie chamsko ukradł, bo trudno nazwać wodospadem odwodnioną strużkę czegoś czarnego o intensywności sików noworodka.

Na miejscu pogoda jesienna, więc jak najszybciej zrobiliśmy zapasy i uciekliśmy w góry. Trasa nasza prowadziła przez Krupówki ;) Kuźnice i dalej niebieskim szlakiem przez Boczań do schroniska Murowaniec na Hali Gąsienicowej. Pogoda nie była najgorsza, choć czasem mżył deszczyk, ponad linią lasu zaczęło w ogóle wiać, ale i deszcz przeszedł w zadymkę śnieżną. Na samej Hali więcej było widać mgły niż doliny, więc z wielką radością przyjęliśmy rozpogodzenie popołudniowe, które na moment odsłoniło nam góry. Szczęśliwie zakwaterowano nas z tymi lepszymi widokami. Arkadia nie trwała długo i już pół godziny później wszystko zasłonił śnieg.

Następnego dnia postanowiliśmy dotknąć chociażby Murowańca oraz dojść nad Czarny Staw Gąsienicowy, wychodząc z założenia, że nawet przy największej zadymce coś będzie (w sensie że wodę) widać. I tak też zrobiliśmy. Na rozejściu szlaków pod Nieborakiem trochę nam co prawda szczęki opadły, gdy zobaczyliśmy kompletnie zasypany szlak na …Nosal, ale nic to Basieńko, nic to! Poprawiły nam humor sporadyczne widoki ze Skupniów Upłazu (na Pogórze) i Królowych Rówienek (na zbocza Koszystej) – prawdę powiedziawszy, tylko dla tych ostatnich warto było przyjechać w całą tę Arktykę… Czarny jeszcze niezamarznięty, przedstawiał zaskakujący i piękny widok swą – jakżeby inaczej – czarną jak węgiel taflą na tle widmowo majaczących ścian Kościelca. W drodze powrotnej, gdy z użyciem raków ześlizgiwaliśmy się zalodzoną Siodłową Percią, rzut oka na moją kochaną „dziesiątkę” ponownie poprawił nam humory: toć zbocze wznoszące się nad nami to też Zawrat, tyle że Kasprowy! I tak spełniliśmy tytuł wyjazdu. Zdjęcia Zawratu nie przedstawię, bo akurat waliło tak, że własnych myśli nie widziałem.

Pierwszej nocy, czyli z 9 na 10 listopada nocowaliśmy w schronisku sami, więc i następnego dnia, to nam przypadł zaszczyt przecierania szlaku. Nastraszono nas lawinami, więc nad Czarny Staw nie poszliśmy, a jedynie skromnie do wyciągu na Kasprowy. Już na początku spaceru zgubiliśmy drogę na szczęście przetarliśmy ślepą uliczkę jedynie na jakieś 20 metrów nim się zorientowaliśmy, że idziemy w nieznane. Szczęśliwie dla nas po 1 godzinie przecierania, pozwoliliśmy się łaskawie wyprzedzić trójce hałaśliwych, dresiarzy którzy pognali na szczyt Kasprowego, czym zasiali we mnie ziarno zazdrości. Nie ruszyliśmy za nimi, bo wydawało nam się to szaleństwem o tej porze roku, poza tym patrząc w tamtym kierunku widziało się tylko czarną mglistą chmurę. Tak, więc my kłapnęliśmy skromnie na wyciągu na śniadanie. Chcieliśmy dalej szlakiem podejść nad stawy Liliowe(?) Ale z każdym krokiem natężał się wokół nas szum wody, co wraz z mapą sugerowało, że gdzieś pod śniegiem znajduje się woda, a nikt z nas nie marzył o kąpieli w oczku wodnym, to też szybko zawróciliśmy, a w tym czasie się rozpogodziło i czapkę prawie zjadłem ze złości, że nie poszliśmy za dresami na Kasprowy, bo pogoda zrobiła się wymarzona ku temu. W schronisku na nocleg przybyło kolejnych troje turystów, więc była nas masa. Wieczór spędziliśmy przy zapasach z cywilizacji, rozmowach, hazardzie i ciekawej lekturze.

Nauczeni lekcją z poprzedniego dnia (nawet jeśli z nieba leci wiadro śniegu na sekundę, to stawy i tak widać), postanowiliśmy rozszerzyć ich ilość oraz wzbogacić je o spory wodospad, więc pojechaliśmy busem-zdzierusem do Palenicy Białczańskiej i udaliśmy się w kierunku wiadomej doliny. Przy Wodogrzmotach Mickiewicza dopadło nas jednak ciekawie się zapowiadające przejaśnienie (w wersji demo dostaliśmy olśniewający widok na srebrnośnieżną Turnię nad Dziadem), więc skręciliśmy w lewo, celem zobaczenia otoczenia Moka. Terefere bum cyk cyk, bo akurat kiedy ów widok miał się zacząć – czyli w rejonie Zakrętu Ejsmonda – wszystko znowu się zamazało, zaśnieżyło i zawirowało w tysiącu płatków śniegu. W schronisku atmosfera przygnębiająca, rządził tłum zachodnich spaślaków, którzy przyjechali bryczkami na piwo (nawet o tej porze roku!). Zmobilizowani ich widokiem postanowiliśmy się wdrapać wyżej, nad Czarny Staw pod Rysami, gdzie wyruszali już tylko konkretni deptusie (innych zatrzymywało zejście ze schroniska nad sam staw, zamienione w pół-lodową rynnę). Na Czarny weszło się w miarę przyjemnie – ściany jego kotła zabezpieczały przed wiatrem, dopiero nad samym stawem przygięła nas wichura made in Rysy. Ale góry i tak było widać, były za blisko, by do końca zamazać się w zadymce, można je było rozpoznać między płatkami, wyczuć ich cień, przynajmniej instynktownie dotknąć ogromu ścian Mięguszy. Ponownie w tych warunkach groźnych i wielkich, odartych z letniej, pomniejszającej wszystko stonki ludzkiej – takich, jakimi je widzieli XIX-wieczni pionierzy turystyki.
W drodze powrotnej bez raków się nie obyło, ale dało się przeżyć, poza faktem, iż już na Drodze Oswalda Balzera, gdzieś na wysokości Niżniej Polany pod Wołoszynem, śnieg przeszedł w deszcz ze śniegiem, a potem w deszcz. Chlup, chlup.

W święto Niepodległości zerwaliśmy się rano i ruszyliśmy nad Czarny Staw Gąsienicowy. Ktoś wcześniej przetarł szlak, więc dotarcie zajęło nam „chwilę”. Fotek parę nad wodą, śniadanko i postanawiamy spróbować podejść na Kasprowy-a jednak! Sęk w tym, że o ile trasa do i z Czarnego Stawu była osłonięta, to trasa od Murowańca do Kasprowego okazała się katorgą z racji silnego wiatru, który nie tylko wzniecał zadymki śnieżne to jeszcze zacierał ślady. Postanowiliśmy jednak kierując się wzdłuż wyciągu trochę po wdrapywać, tym bardziej, że otuchy dodało nam pare innych osób, które nas wyprzedziły. W połowie drogi Marta zwątpiła, ale po mojej wspaniałej argumentacji ;] nie przerwaliśmy akcji. Muszę szczerze przyznać, że podejście wyciągiem to nie najlepszy pomysł, są tam dwie stromizny, w tym jedna nad przepaścią, przewiana, zmrożona ziemia, w której trzeba było wybijać sobie stopnie czubkami butów, poza tym wyziębiające tempo podejścia. Marta wdrapała się na szczyt wściekła jak osa, choć chyba nie była taka zła jak uraczyła mnie pięknym przydomkiem:”Nieodpowiedzialny”:) Szczęśliwie na górze budynek był otwarty dla takich jak my nieodpowiedzialnych. W tłumie znaleźliśmy wolne miejsce, posililiśmy się i w drogę z powrotem póki jasno. Schodziliśmy już trasą jako tako biegnącej po szlaku, jednak choć szliśmy jakieś 50 metrów za sporą schodzącą grupka, tak naprawdę przecieraliśmy sobie sami szlak, do tego taka się zrobiła zadymka, że aż przysiadłem by mnie nie zwiało na lodzie, na szczęście udało nam się szczęśliwie pokonać ten odcinek i już poniżej gdzie tak nie sypało w oczy trasa była banalna. Schodząc minęła nas ciekawostka przyrodnicza, czyli trzech młodych mężczyzn żywcem wyciętych z ulicy, jeden w płaszczu i gajerku, reszta ubrana w jakieś dżinsy i zwykłe kurtki, aż nas zatkało, no ale wielu jest takich którzy marzą o przydomku na literę „N” ;] W Murowańcu byliśmy koło 15.00 czyli godzinę przed zmrokiem. W taki oto sposób wyrobiliśmy 250% zakładanej dziennej normy.

Dzień ostatni – budzimy się – i załamka: ulewa, błoto, bagno. Coby się rozerwać choćby kulturowo, skoro nie można przyrodniczo, podjechaliśmy do Chaty Sabały na Krzeptówkach, gdzie schowaliśmy się możliwie długo przed ulewą, oprowadzani przez przesympatycznego gospodarza. Potem, w akcie desperacji, podjęliśmy Niebezpieczną i Ambitną Wyprawę do Doliny za Bramką, zresztą jak zawsze – nawet w takich warunkach – piękną. Aby ominąć uliczne błoto, od wylotu dolinki wróciliśmy Drogą pod Reglami do Romy, gdzie złapaliśmy stopa do Krupówek. Pakowanie, podróż busem do Krakowa (9 zł dla studentów, cena promocyjna poza sezonem – dużo taniej niż pociąg! Chyba Euro-Bus czy jakoś tak), po którym poczłapaliśmy sobie - i koniec tego dobrego.

W niedzielę zrobiło się jakoś ciepło i nasze zejście do Zakopca przerodziło się w spacer w chlapie, a na dole to już totalna odwilż i deszcz ze śniegiem (tu też?! Przecież ten wyjazd był tydzień po naszym! Co jest, niedzielna cykliczna odwilż czy co?! – przyp. TL). Rad nie rad, ukryliśmy się w knajpce i przeczekaliśmy do wieczornego PKS-u. Do domu nie było nam dane dotrzeć o czasie, PKS do Krakowa dotarł z godzinnym opóźnieniem, a nasza kolejka do Trójmiasta z trzy godzinnym poślizgiem, ale to nie ważne, ważne że było ekstra jak zawsze! :)
zdj1
Kto ukradł Siklawicę?!
zdj2
Mały Kościelec ze szlaku niebieskiego w Dolinie Gąsienicowej
zdj3
Czarny Staw Gąsienicowy i ściany Kościelca
zdj4
Pęksowy Brzyzek
zdj5
Turnia nad Szczotami i (z lewej) Roztocka Turniczka widziane z Wodogrzmotów Mickiewicza
zdj6
Droga Oswalda Balzera i Skrajny Wołoszyn
zdj7
Widok z Białego Piarżku - Moko i nad nim ściany Wyżnich (bliżej) i Niżnich Dziadów
zdj8
Biały Piarżek - w dugą stronę: od lewej Mięguszowiecki Szczyt Pośredni (pod którym Kocioł Mięguszowiecki), Mięguszowiecki Szczyt, Cubryna i Mnich ze Żlebem pod Mnichem
zdj9
Widok spod Owczego Żlebu na Bandzioch zamknięty Mięguszami: Czarnym i Pośrednim, rozdzielonymi Mięguszowiecką Przełęczą pod Chłopkiem, a z lewej z przodu - Kazalnicą. Skrajnie z lewej Wołowa Turnia
zdj10
Bandzioch widziany z Szerokiego Piargu. Za nim Mięguszowieckie: czarny i Pośredni, a między nimi Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem
zdj11
Siklawa Czarnostawiańska
zdj12
Na buli Czanego Stawu pod Rysami - w tle ściany Mięguszy
zdj13
Czarny staw pod Rysami - koniec przetartego szlaku. W tle majaczy Długi Piarg i Kocioł pod Rysami
zdj14
Chata Sabały na Krzeptówkach
zdj15
Dolina za Bramką
zdj16
Widmo Giewontu nad Strążyskami
zdj17
Skupniów Upłaz - widok z Diabełka
zdj18
Rówień Królowej - widok na Żółtą Turnię
zdj19
Mały Kościelec z Królowych Rówienek
zdj20
Droga Oswalda Balzera i Roztocka Turniczka
zdj21
Wodogrzmoty Tymona Tymańskiego
zdj22
Żabie Oko, Żabi Szczyt Niżni i (na lewo odeń) Przełączka pod Żabią Czubą
zdj23
Chata Sabały na Krzeptówkach
zdj24
Dolina za Bramką
Podliczenie trasy GOT
Trasa: Roma - Polana Strążyska - Siklawica
Data: 2006-11-02  Punkty: 4/1 pkt
Nr grupy: T.02   Przewodnik: nie
Komentarze wyjazdu
Hanna Arendt
Hanka
klubowicz
444722   hanna.arendt@wp.pl   www.zawszezarece.pl  
hmm... :: 2006-11-23 10:19:36
czym sa Stawy Liliowe??? Od late jeżdże w tatry i znam tylko Przełecz Liliową i ewentualne Stawiki Gąsiennicowe ;]
Adam Kępa
Kemp
klubowicz
pazuryskorpiona@wp.pl   http://duzozyciamaloczasu.word  
Do Hani :: 2006-11-23 10:59:27
Nie bądź wredna bo Ci odpiszę
Adam Piotrowski
adam p
klubowicz
725097   adampiotrowski@poczta.fm   rowerami.com  
fajna pogoda... :: 2006-11-23 20:25:14
...ale na rowerach chyba tam nie jezdziliscie?:P