glowna O klubie
Relacje Najblizsze plany
Kurs OT Forum
Kaszubska Włóczęga Sukkub
Puchar GDAKKA Sniegolazy
Dolacz do nas Szlak Zrodla Marii
Lista Klubowa Panel Uzytkownika
Odznaki PTTK Zasoby

Logo AKK GDAKK

SSPG

PTTK


tuttu

Coltex Dakar

Roberts


Kurs fotografii


Eko-Kapio


Radio Sar

Relacje z imprez
Rajd rowerowy po Żuławach
termin: 13 X
sezon: Jesień 2002
Rowerem po Żuławach
Autor tekstu: Maciej Słojewski
Autor zdjęć: Tomasz Witkiewicz

     Dawno temu, czyli w sierpniu ;-) wybrałem się na samotną wyprawę rowerkiem na Żuławy. Trafiłem na czerwony szlak, który przejechałem aż do końca, czyli do Tczewa. W pa?dzierniku udało mi się przeforsować propozycję wycieczki tym szlakiem. Wreszcie 13.10.2002, w niedzielę, wyruszamy. Start o 10:00 sprzed restauracji Cristal we Wrzeszczu. Niebo jest zachmurzone, chociaż nie koniecznie są to chmury opadowe. Wieje zimny, przenikliwy wiatr, temperatura około +5 stopni. Nie jest ?le, chociaż nie jest to też rewelacja. Przecież "może zacząć padać". Nic to. Wciągam polar, zabieram picie i ruszam. We Wrzeszczu na spotkanie przybywa jeszcze sześciu śmiałków oraz Krzysiu, niekwestionowany autorytet sekcji rowerowej klubu GDAKK, pod którego patronatem odbywa się cała impreza.

Pomimo, że trasę zaplanowałem specjalnie z myślą o płci pięknej, nie zawsze skorej do dzikich harców ;-) szczególnie na rowerkach, to żadna odważna niewiasta się nie pojawiła. Nic to, następnym razem będzie pewnie lepiej.

Przeliczyliśmy się wzrokiem (7 wspaniałych) i około 10 min. od zbiórki ruszamy. Tym razem eksperymentalnie zarządziliśmy także drugi punkt zbiórki - w Gdańsku przy Locie. Niestety nikt tam nie dołączył. Wręcz przeciwnie - opuścił nas Krzysiu, który z przyczyn obiektywnych nie mógł tego dnia uczestniczyć w wyprawie. Jedziemy chodnikiem aż do Urzędu Wojewódzkiego. Potem Brama Nizinna i ulica Olszyńska. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki kończy się ruch samochodowy. Zaczynamy czuć, że jest niedziela. Przy pętli autobusowej na ul. Olszyńskiej przejeżdżamy kładką nad Motławą i dalej trzymamy się jej prawego brzegu. Mijamy ostatnie gdańskie domy. Kilkaset metrów dalej zaczynają się Żuławy. Zaorane pola i gdzieniegdzie stare, często w środku wypalone, wierzby. Mamy zdrowe tempo, nawierzchnia również sprzyja. Nie brakuje okazji do robienia fotek. Jedną z nich zrobiliśmy przy rozpadającym się moście nad jednym z licznych kanałów odwadniających, nierzadko szerokości przyzwoitej rzeki. Wkrótce nawierzchnia zmienia się na duże, betonowe płyty z licznymi otworami. Ułożono z nich dwa pasy pasujące mniej więcej pod koła samochodu. To najczęściej występujący na Żuławach sposób utwardzania podłoża. Trzeba przyznać, że da się po tym jechać rowerem, chociaż strasznie trzęsie. Nie należy kurczowo trzymać kierownicy, zwłaszcza jeżeli nie ma się "amorka", ponieważ po kilku kilometrach takiej jazdy zaczynają boleć stawy w przegubach.

Dojeżdżamy do Wiśliny, gdzie staramy się odnale?ć zabytki, o których wcześniej wyczytałem tu i ówdzie. Niestety nic z tego. Albo zostały ?le oznakowane, albo nie umiałem ich znale?ć. Wkrótce ogromna frajda z jazdy bierze górę nad zainteresowaniami historycznymi i ruszamy dalej. Krajobraz wypłaszcza się coraz bardziej. Już tylko gdzieś daleko na horyzoncie widać wzgórza wokół Gdańska.

Po drodze mijamy przyklejony do brzegu Motławy, niezwykłej urody kościółek. Znowu postój, znowu zdjęcia. Warto. Od tego miejsca bije jakiś taki spokój. Niedzielne przedpołudnie, brak ruchu samochodowego i leniwie płynące wody Motławy zaczynające się tuż przy ścianie kościółka. Mijamy kolejne miejscowości. Bystra, potem Grabiny-Zameczek. W Grabinach najpierw robimy dłuższy, zaplanowany postój przy sklepie spożywczym, a potem robimy sobie zdjęcie przy resztach "zameczku". Zabytek jest w opłakanym stanie. Ruina. Część kompleksu budynków zajmują do dzisiaj mieszkania, część kaplica. Reszta już nie ma dachu. O dawnej świetności mogą co najwyżej świadczyć niezwykle grube mury i brama z koronowanym herbem Gdańska.

Zmienia się krajobraz. Szlak coraz rzadziej prowadzi drogami utwardzonymi. Wyjeżdżamy na pola. Zachowujemy generalny kierunek "na Tczew". Jesteśmy skazani na jazdę wzdłuż licznych, większych i mniejszych, kanałów odwadniających. Droga czasami prowadzi koroną wału, czasami jego podnóżem. Taki wał przez kilka kilometrów dawał nam osłonę przed coraz dokuczliwszym, zimnym wiatrem. Na polach trwają żniwa buraczane. Są w pełni. Co to znaczy "buraki" poznamy dopiero za dwa tygodnie, gdy wybierzemy się ponownie na Żuławy, tym razem innym szlakiem. Mieliśmy przedsmak przyszłych emocji widząc, co zostaje z drogi, którą przejechał traktor ciągnący za sobą nierzadko dwie, wypełnione kopiasto, przyczepy buraków. Dwa grząskie, błotniste wąwozy.

Mkniemy dalej, zatrzymując się we wsiach przy zabytkach. Najczęściej są to kościółki lub co lepiej zachowane stare budynki gospodarstw. W pewnym momencie szlak odbija od drogi i zdaje się prowadzić korytarzem utworzonym pomiędzy dwoma polami. Droga znika pomiędzy alejami właśnie tracących liście topol. Wieżdżając w tą aleję mój stalowy rumak stanął dęba, przez co następna osoba wjechała mi w bagażnik. Niezrażony tym ruszyłem dalej. Jakieś sto metrów dalej w łańcuch wkręcił mi się patyk. Tak feralnie, że nie było mowy o dalszej je?dzie. Łańcuch zeskoczył z wózka przerzutki i zahaczył o szprychy. Żeby rozwiązać sytuację musiałem zdjąć koło. Przydało się szybkozłącze i rękawiczki. Nie był to koniec przygód. Aleja topolowa skończyła się po jakiś pięciuset metrach. Do najbliższej utwardzonej drogi został kilometr szczytem wału. Myślę, że ten fragment wyprawy wszyscy uczestnicy zapamiętali najlepiej z całej wycieczki. Szczytem wału prowadziła droga tylko pod warunkiem myślenia abstakcyjnego. Żuławska ziemia ma tendencję do pękania. Tworzą się głębokie bruzdy, w sam raz tak głębokie, by zapadło się w nie koło rowerowe. Tempo jazdy spadło poniżej tempa pieszego. Zachrzęściły przerzutki. Najlżejsze przełożenia, a i tak z trudem można było "jechać", bo chyba nie można tego nazwać jazdą. Podpierałem się dwa albo trzy razy i myślę, że nie byłem wyjątkiem. Ale nic, do przodu, zwłaszcza, że przecież widać cel. Wreszcie droga...

W Ko?linach spotkaliśmy szlak "czarny żuławski". Poodgrażaliśmy się, co to nie my za tydzień czy dwa, że daliśmy radę pokonać poprzedni odcinek, to Żuławy nam nie straszne i dalej w drogę. Naiwni...

Warto wspomnieć o domach podcieniowych. Górale mają swój styl architektury, Kaszubi swój (checze), a na Żuławach można spotkać "domy podcieniowe". Taki dom to w zasadzie dwór. Ganek został rozbudowany do ogromnych rozmiarów, tak, aby zmieścił się na nim (pod nim?) cały wóz, nierzadko z zaprzęgiem. Im większy taki ganek (podcień) tym lepiej świadczyło to o gospodarzu. Obowiązkowa fotka przy jednym z takich domów. I dalej w drogę.

W końcowym odcinku szlak stara się jak najmniej prowadzić drogami asfaltowymi, przez co trochę kluczy. Wreszcie docieramy do małego jeziorka niedaleko miejscowości Czatkowy. Dojeżdżamy do płotu firmy Flextronics. Kilkaset metrów wcześniej, przy pierwszym przystanku tczewskiej komunikacji miejskiej, kończy się szlak. Jedziemy do samego Tczewa. Krótka narada i szybki wybór baru "Kasia". Przyznam się, że głód dał mi się już we znaki. W barze pustki, o ile nie liczyć jednego klienta. Zamawiamy co treściwsze pozycje z menu. Dopiero po dwóch daniach i dwóch herbatach poczułem, że mogę się wysilać dalej. Kolejna narada. Zgodnie z planem w tym miejscu nasza klubowa wyprawa miała się zakończyć. Ci, którzy uznali, że im taka wyprawa wystarczy mieli wsiąść w Tczewie w pociąg i tym sposobem wrócić do Trójmiasta. Ponieważ wszyscy zgodnie stwierdzili, że nie jest ?le, wyruszyliśmy w drogę powrotną. Było jasno, ale zegarek wskazywał, że będzie tak jeszcze najwyżej przez 2 godziny. Zmienił się również nieboskłon wskazując, że w każdej chwili może lunąć. Szybka decyzja: wracamy asfaltem, jedziemy najszybciej, jak się da.

Ruszamy, prowadzę stawkę, czując, że opadłem z sił. Może to dlatego ?le skręciłem przy Flextronicsie. Za szybko skręciłem w prawo. Nie na tym skrzyżowaniu. W rezultacie musieliśmy nadłożyć spory kawałek. Wieje silny wiatr. Zacząłem się poważnie zastanawiać, i do dzisiaj mi nie przeszło, czy nie warto się wyposażyć w spodnie z tkaniny windstopper. Według zapewnień Andrzeja "to działa". Nie mam żadnych podstaw, by mu nie wierzyć, widząc z jaką energią rwie naprzód. Średnia prędkość w czasie powrotu rzadko kiedy spadała poniżej 22 km/h. Dojeżdżamy ponownie do miejscowości Grabiny-Zameczek. Tu wywiązuje się spór, co dalej. Są dwie konkurencyjne propozycje powrotu do Gdańska. Ja obstaję za odbiciem "w bok" do Pruszcza Gdańskiego, a następnie powrotem drogą, która prowadzi wzdłuż kanału Raduni. Jechałem już tą trasą, znam ją. Tomasz obstaje za powrotem przez Wiślinę i Wiślinkę. W końcu udaje mi się przeforsować swój pomysł. Niektórzy już nie mają zbyt dużo sił, a jadąc przez Pruszcz mogą wsiąść tam w pociąg. Jedziemy, znowu tym samym, szybkim tempem. Jest już oczywiste, że niedługo zapadną ciemności. W Pruszczu odłącza się od nas Paweł. Postanawia wrócić pociągiem. Ja się trzymam, chociaż czuję, że już spaliłem obfity obiad. Mkniemy wzdłuż kanału Raduni. Zapada zmrok, ale nie ma potrzeby używania lampek rowerowych. Droga jest wąska, ale dobrze utwardzona, co jakiś czas przecinana drogą samochodową. Mijamy samotnych pieszych. W Oruni zaczyna się aleja wysadzana kasztanami. Jedziemy środkiem. Już widać Gdańsk. Czuję, że robi mi się coraz zimniej. Wiatr i zaledwie polar robią swoje. Mam wrażenie, że temperatura zbliżyła się do zera, chociaż to nieprawda. W Gdańsku decyduję się odłączyć od pozostałej stawki. Wsiadam do eskaemki. Gdy tylko usiadłem na ławce zaczyna mnie trząść. Dreszcze. Nieomylny znak, że nieco przegiąłem. To z zimna. Czuję, że mógłbym jeszcze jechać, gdyby nie to zimno.

Następnego dnia przekonuję się, że podjąłem słuszną decyzję wsiadając w pociąg. Nie rozchorowałem się. Może to zasługa herbaty z wódką i miodem, która obficie się uraczyłem po powrocie?

Żuławy zostały za mną. Dziękuję wszystkim, którzy pomogli mi poprowadzić wycieczkę. "Budzik" pokazał przejechane prawie równe 100 km. Jak na jesień i wspomniany wiatr, to uważam wykręcony wynik za przyzwoity. Czas na przemyślenia i wnioski. Żuławy okazały się znacznie trudniejszym terenem, niż przewidywałem. W lecie wyglądało to zupełnie inaczej. A jednak żałowałem, że nie zabrała się z nami żadna dziewczyna. Po pierwsze ze względów oczywistych :-) (kobieta + rower to pełnia szczęścia), a po drugie 40 km (półmetek w Tczewie) to naprawdę niedużo. Z kolei po 100 nabawiłem się dreszczy. Trzeba się dobrze przygotować na sezon jesienno-zimowy. Nie należy je?dzić w dżinsach, a jeśli już, to z ocieplającymi opaskami na kolanach. A jak wygrać z wiatrem? Windstopper? I termos, żeby się nie odwodnić, jak mi się to przydarzyło. Drogo... Żuławom nie powiedziałem ostatniego słowa. Został jeszcze conajmniej czarny szlak.
zdj1
_
zdj2
_
zdj3
_
zdj4
_
zdj5
_
zdj6
_
zdj7
_
zdj8
_
zdj9
_
zdj10
_
zdj11
_
zdj12
_
zdj13
_
zdj14
_
zdj15
_
Komentarze wyjazdu